Kryzysy i rozstania

Mój syn przez lata szukał tej jedynej – nigdy nie podważałam jego wyborów. Wreszcie, po trzydziestce, poznał Agatę, kobietę idealną w jego oczach. Czuł się szczęśliwy, ja także ją polubiłam, a zachwytom nad synową nie było końca. Gdy gwałtownie się pobrali, całym sercem wspierałam ich decyzję jako kochająca matka. Organizacja tradycyjnego polskiego wesela była wyzwaniem, ale przyjaciele i rodzina Agaty okazali się wspaniali. Na początku wszystko układało się świetnie, ale niedługo małżeństwo syna zaczęło przechodzić kryzys – pojawiły się kłótnie, a ja martwiłam się o ich szczęście. Gdy syn został wyrzucony z domu i wrócił do mnie, sytuacja powtarzała się coraz częściej – a Agata milczała. Kiedy dowiedziałam się, iż zostanę babcią, chciałam im pomóc swoimi radami, jednak nieświadomie pogorszyłam sprawę. Syn częściej nocował u mnie, coraz bardziej przytłoczony. Jego rozczarowanie raniło i mnie – coraz trudniej było patrzeć na tak nieszczęśliwą relację, więc poradziłam mu, iż może lepiej rozstać się i być ojcem „na odległość”. niedługo złożył pozew o rozwód. Agata przyszła do mnie z prośbą o pomoc w ratowaniu ich małżeństwa, żałując podjętych decyzji. Choć zawsze radziłam jej, by walczyła o rodzinę, dziś nie wiem, czy dobrze zrobiłam, namawiając syna do rozwodu. Czy mieli jeszcze szansę na szczęście razem? Moje dziecko oddala się ode mnie, a synowa uważa, iż to moja wina. Żyć osobno źle, ale razem – chyba jeszcze gorzej.
Oksana wraca niespodziewanie do mamy na Sylwestra – chciała zrobić wszystkim niespodziankę, więc nie uprzedziła o swoim przyjeździe. Gdy podeszła do drzwi rodzinnego domu i zapukała, otworzyła je jej szczęśliwa siostrzyczka Hania! Dzień minął w mig podczas przygotowań: z siostrą kroiły sałatki, a mama przyrządziła ulubione danie Oksany – schab po francusku. – Czułam, iż przyjedziesz, ale myślałam, iż nie będziesz sama. przez cały czas z nikim się nie spotykasz po rozstaniu z Igorem? – spytała mama. – Nie, mamo… – odpowiedziała Oksana, gdy nagle zadzwonił jej telefon. Spojrzała na ekran i aż usiadła ze zdziwienia – czyżby los podarował jej nowy początek właśnie w tę wyjątkową noc?
Kolejne dziecko
Na tydzień przed Dniem Kobiet wybiegłam z sali rozpraw, zalana łzami. W głowie huczało mi tylko jedno zdanie: “Nie jesteście już mężem i żoną”. Za co spotkała mnie taka kara? Dlaczego on ze mną tak postąpił?
Podczas rozwodu zamożny mąż postanowił przekazać żonie opuszczoną farmę na odludziu. Rok później zdarzyło się coś, co go kompletnie zaskoczyło.
Drugiego dnia sąsiadka znów wisiała na naszym płocie. Moja żona podeszła do niej i powiedziała, iż mamy dziś dużo pracy, więc nie możemy posiedzieć jak wczoraj. „A co z jutrem?”, zapytała ciekawie Barbara. „Jutro tak samo. Proszę już do nas nie zaglądać.” Moje marzenie o życiu w mieście nie przyniosło nic dobrego. Żona odziedziczyła dom na wsi. Gdy teściowie jeszcze żyli, często ich odwiedzaliśmy. Uwielbiałem, gdy wieczorami rozkładali pod gruszą stół – mogliśmy rozmawiać aż do zmroku. Tak było za każdym razem, gdy przyjeżdżaliśmy w odwiedziny. Zimą teściowa rozpalała piec, stawiała na stole świeże ciasto, a w domu unosił się cudowny aromat. Najlepsi sprzedawcy odzieży Żona i ja lubiliśmy jeździć na nartach i sankach. Potem teściowie zmarli. Domu nie sprzedaliśmy – planowaliśmy odwiedzać go tak często, jak wcześniej. Jednak nigdy się to nie wydarzyło. Zawsze mieliśmy coś do zrobienia. Z czasem przestaliśmy myśleć o domu teściów. Życie toczyło się dalej, lata mijały niepostrzeżenie. Syn założył rodzinę. Nasza synowa, Wiktoria, często powtarzała, iż fajnie byłoby pomieszkać latem na wsi. Wtedy przypomnieliśmy sobie o domu. Pojechaliśmy z żoną jako pierwsi, bo minęło sporo czasu od ostatniej wizyty. Wszystko wyglądało tak samo, tylko opuszczone. Zabraliśmy się za sprzątanie – żona w domu, ja w ogrodzie. Myślałem, iż przez te lata nieobecności dom się rozpadnie, ale po gruntownych porządkach wszystko nabrało blasku. Następnego dnia przyjechały dzieci i też pomogły. W jeden dzień wszystko było już czyste i przytulne. Kobiety przygotowały obiad, a ja z synem zabraliśmy się za naprawę starego stołu i ławek pod gruszą. Wtedy zauważyłem, iż przez cały czas ktoś nas obserwuje zza płotu. Okazało się, iż to nowa sąsiadka, Barbara, która postanowiła nas odwiedzić. Jako ludzie uprzejmi zaprosiliśmy ją na obiad. Opowiadała o sobie i swojej córce z trójką dzieci, o tym, iż jest rozwódką, ale ja już jej nie słuchałem. Pod stołem poczułem jej stopę na swojej nodze. gwałtownie cofnąłem nogę, ale ona nie przestawała. Nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś podobnego. Starałem się to zignorować, żeby żona niczego nie zauważyła. Gdy zbieraliśmy ze stołu, żona szepnęła, iż Barbara to „niepoważna kobieta”. Trudno było się z tym nie zgodzić. Ale nie przyznałem jej, co działo się pod stołem. Wstydziłem się. Myślę, iż to nie pierwszy raz, gdy ta kobieta tak się zachowywała wobec mężczyzny. Następnego dnia znowu wisiała na naszym płocie. Żona powiedziała jej stanowczo, iż mamy pracę i nie mamy czasu w pogawędki. – A może jutro? – zapytała z ciekawością Barbara. – Jutro będzie tak samo. Proszę już do nas nie przychodzić. To było bardzo odważne. Sąsiadka jeszcze długo mruczała coś pod nosem, ale nie zwracaliśmy już na nią uwagi. W końcu wszyscy jesteśmy szczerzy – jeżeli ktoś nam nie pasuje, nie zamierzamy się z nim zadawać.
Miałam 36 lat, gdy zaproponowano mi awans w firmie, w której pracowałam już prawie osiem lat – nie był to zwykły awans, ale przejście z roli operacyjnej na stanowisko regionalnej koordynatorki, z wyraźnie wyższą pensją, umową na czas nieokreślony i lepszymi warunkami, a jedyną zmianą był obowiązek dwudniowych wyjazdów w tygodniu do oddalonego o godzinę miasta – kiedy wróciłam do domu z tą wiadomością, byłam pewna, iż mąż się ucieszy, ale zamiast tego uznał, iż kobieta z rodziną nie powinna tak podróżować, przez tygodnie przekonywał mnie, iż pieniądze to nie wszystko, aż w końcu uległam i odrzuciłam ofertę – trzy miesiące później dowiedziałam się, iż mąż ma romans z moją koleżanką z pracy, zostawił mnie, a awans przypadł komuś innemu, zostałam sama i bez szansy powrotu, przez co dziś wiem jedno: nigdy nie rezygnuj z własnych marzeń przez mężczyznę.
Chcesz mojego męża? Proszę bardzo!” – powiedziała żona z uśmiechem do nieznajomej, która stanęła w jej drzwiach.
Z desperacji zgodziła się poślubić syna bogacza, który nie mógł chodzić… A miesiąc później zauważyła…
Pożegnał się z Group One. W to chce inwestować Jakub Potrzebowski
Zawsze myślałem, iż moje życie mam pod kontrolą. Stabilna praca, własny dom na przedmieściach Warszawy, małżeństwo trwające ponad dziesięć lat, sąsiedzi, których znam od dziecka. To, czego nikt nie wiedział – choćby ona – to iż także prowadziłem podwójne życie. Od dawna miewałem romanse na boku. Wmawiałem sobie, iż nic nie znaczą, a skoro wracam do domu, nikt nie jest skrzywdzony. Nigdy nie czułem się zagrożony odkryciem. Nigdy nie miałem prawdziwych wyrzutów sumienia. Żyłem w fałszywym spokoju człowieka przekonanego, iż potrafi grać i nie przegrywać. Moja żona z kolei była cicha, zorganizowana – uporządkowane dni, serdeczne powitania z sąsiadami, pozornie proste życie. Sąsiad zza płotu to ten typ, którego widujesz codziennie – pożyczasz śrubokręt, razem wynosicie śmieci, machacie sobie z daleka. Nigdy nie uważałem go za zagrożenie. Nigdy nie przypuszczałem, iż wtrąci się tam, gdzie nie trzeba. Wyjeżdżałem, wracałem, jeździłem służbowo, a dom miał być taki sam jak zawsze. Wszystko runęło pewnego dnia, gdy na naszym osiedlu doszło do serii włamań. Wspólnota poprosiła o przegląd nagrań z kamer. Z ciekawości przejrzałem też nasze. Nie szukałem niczego konkretnego, po prostu sprawdzałem, czy coś wydaje się podejrzane. Przewijałem do przodu, do tyłu. I wtedy zobaczyłem coś, czego wcale nie szukałem. Moja żona wchodzi przez garaż, gdy nie ma mnie w domu. Chwilę później – sąsiad pojawia się za nią. I to nie raz, nie dwa. Cała seria. Daty, godziny, powtarzający się schemat. Oglądałem dalej. Gdy wydawało mi się, iż wszystko mam pod kontrolą, ona również prowadziła swoje równoległe życie. Różnica była taka, iż ból, który poczułem, był nie do opisania. To nie był smutek jak po stracie ojca – głęboki i cichy. To było coś zupełnie innego. To był wstyd. Upokorzenie. Miałem wrażenie, iż moja godność tkwi uwięziona w tych nagraniach. Stanąłem z nią twarzą w twarz. Pokazałem daty, nagrania, godziny. Nie zaprzeczała. Powiedziała, iż zaczęło się, gdy byłem emocjonalnie daleko, czuła się samotna – jedno prowadziło do drugiego. Nie przeprosiła od razu. Poprosiła, bym jej nie oceniał. I wtedy zrozumiałem najokrutniejszą ironię tej historii: nie miałem prawa jej sądzić. Ja też zdradzałem. Ja też kłamałem. Ale to wcale nie umniejszyło bólu. Najgorsze nie była sama zdrada. Najgorsze było uświadomić sobie, iż gdy myślałem, iż udaję jedynego gracza, tak naprawdę dwoje ludzi żyło tym samym kłamstwem – pod jednym dachem, z tą samą pewnością siebie. Czułem się silny, bo ukrywałem swoje tajemnice. Okazało się, iż byłem naiwny. Zabolało moje ego. Zabolał wizerunek. Zabolało bycie ostatnim, który dowiaduje się, co się dzieje w jego własnym domu. Nie wiem, co dalej będzie z naszym małżeństwem. Nie piszę tego, by się usprawiedliwiać czy ją oskarżać. Wiem tylko, iż są cierpienia, które nie przypominają niczego, co wcześniej przeżywałeś. Czy powinienem wybaczyć? Ona nie wie, iż ja też ją zdradzałem.
Urwała się huśtawka z ludźmi. Dramatyczny wypadek w lunaparku w Indiach
Samotne święta Rity zamieniły się w noworoczną niespodziankę: Poszła do mieszkania przyjaciółki Poli, by podlać kwiaty i nakarmić żółwia, gdy nagle zastała w łazience obcego mężczyznę – kuzyna Poli, który niespodziewanie zatrzymał się w Warszawie. Ta nietypowa noc, pustka po rozstaniu z narzeczonym i przypadkowa znajomość przerodziły się w wyjątkowy Nowy Rok – z prezentem w postaci niebieskiego, puszystego swetra i… początkiem wielkiej miłości, którą cała rodzina będzie świętować już za rok.
Mam 42 lata i jestem mężem kobiety, która była moją najlepszą przyjaciółką od czasów, gdy mieliśmy po 14 lat. Poznaliśmy się w szkolnej ławce – bez iskier, bez romantycznych uniesień, po prostu jako dwoje nastolatków spędzających razem każdy dzień: od prac domowych, przez przerwy, po zwierzenia i sekrety. Znaliśmy wszystkich swoich chłopaków i dziewczyny, nigdy nie padł żaden dwuznaczny gest. Po liceum każde z nas poszło własną drogą – ja wyjechałem na studia do innego miasta, ona została. Wziąłem ślub z inną kobietą, ona była gościem na moim weselu, a mimo odległości wciąż dzwoniliśmy do siebie, prosząc o radę i wsparcie. Mój pierwszy związek rozpadł się po sześciu latach. Przeszedłem przez trudny rozwód, podczas którego to właśnie moja dawna przyjaciółka z ławki była tuż obok: pomagała szukać mieszkania, chodziła ze mną na zakupy, zostawała na kolację, bym nie czuł się samotny. Z czasem pojawiło się między nami coś więcej niż tylko przyjaźń – długie spojrzenia, ciche porozumienia, nieprzyznana zazdrość. Przez rok próbowaliśmy się oszukiwać, spotykaliśmy się z innymi, ale zawsze do siebie wracaliśmy. W wieku 35 lat zdecydowaliśmy się spróbować razem – z obawą, iż możemy zniszczyć coś wyjątkowego. Dwa lata później wzięliśmy ślub – bez fajerwerków, za to z pełną świadomością, iż jesteśmy dla siebie najważniejsi. Dziś, po latach małżeństwa, wiem, iż nie ożeniłem się z przyjaciółką z wygody, tylko z osobą, przy której nigdy nie musiałem udawać kogoś innego.
Rozwód przez sąsiadkę – Dlaczego spośród wszystkich kobiet świata wybrałeś właśnie ją? Dlaczego odszedłeś ode mnie – do niej? Historia Marii i Valerego: Dwadzieścia lat małżeństwa, wspólne dzieci, trudny wybór, niechciane rady ze strony rodziny i znajomych, oraz decyzja o życiu według własnych zasad w polskich realiach.
Głupia Anka – tak mówili o niej wszyscy. Od piętnastu lat tkwiła w małżeństwie, wychowywała dwójkę dzieci: Alicję (14 lat) i Szymka (7 lat). Mąż niemal jawnie ją zdradzał, po raz pierwszy jeszcze podczas wesela – z kelnerką. Potem – już nie do zliczenia. Koleżanki próbowały ją ostrzec, ale Anka tylko się uśmiechała i milczała. Pracowała jako księgowa w fabryce zabawek: pensja mizerna, pracy po kokardę, choćby w weekendy, a w okresie sprawozdań – nie wracała na noc. Mąż dobrze zarabiał, ale Anka z gospodarowania była kiepska. Dawał ile mógł, a w lodówce ciągle pusto. Wokół wszyscy dziwili się, widząc Jacka z kolejną kochanką. Często wracał „suchy jak wiór”. — Ale z niej głupia baba, po co ona to znosi? W dniu dziesiątych urodzin Szymka Jacek oświadczył, iż odchodzi: zakochał się i chce rozwodu. — Nie obrażaj się, Aniu, składam pozew. choćby jako gospodyniś nie poszło ci najlepiej. — Dobrze, zgadzam się. Prawie spadł z krzesła – spodziewał się dramatu, łez, awantury, a tu spokój. — Pakuj się, nie będę przeszkadzać. Jutro wrócę, zostaw klucz pod wycieraczką. Anka uśmiechała się dziwnie. Jacek myślał tylko o nowym życiu. Następnego dnia klucza nie było. — Zmienię zamki, niedługo po kłopocie – zdecydował. W drzwiach stanął potężny mężczyzna w szlafroku i kapciach. — Czego chcesz, facet? — To moja kawalerka. — Dokumenty masz? Pokaż. Paszport – jest, zameldowanie… a tu: pieczątka wymeldowania sprzed dwóch lat. Anki nie mógł znaleźć. W fabryce już nie pracowała od roku. Alicja wyjechała za granicę, Szymek w innej szkole. Jacek zrozpaczony usiadł na ławce. Jakim cudem cicha, niepozorna żona sprzedała mieszkanie? W sądzie… okazało się, iż dwa lata wcześniej wystawił jej pełnomocnictwo – wtedy, gdy szalał za Elizą. Został z niczym, a Eliza, usłyszawszy o braku mieszkania, od razu zniknęła. Chciał, by Anka płaciła alimenty, ale i tu klęska – pozew o zaprzeczenie ojcostwa! Oba dzieci okazały się nie być jego. W noc po weselu Anka zrozumiała wszystko i postanowiła się zemścić: zdrada za zdradę, oszczędzała każdy grosz od męża, dzieci wyżywiła jej mama, a wolność odzyskała sprytem. choćby DNA nie było potrzebne, żeby wiedzieć, kto jest ojcem dzieci. Uważajcie na skrzywdzone kobiety – w gniewie są zdolne do wszystkiego!
Mam 46 lat i gdyby ktoś spojrzał na moje życie z boku, powiedziałby, iż wszystko mam poukładane. Wyszłam za mąż wcześnie – w wieku 24 lat – za pracowitego i odpowiedzialnego mężczyznę. Urodziłam dwoje dzieci jedno po drugim – w wieku 26 i 28 lat. Przerwałam studia, bo nie szło ich pogodzić z małymi dziećmi, a „przecież jeszcze będzie czas”. Nigdy nie było wielkich kłótni ani dramatów. Wszystko przebiegało tak, jak „powinno”. Przez lata mój dzień wyglądał niemal identycznie: wstawałam najwcześniej, przygotowywałam śniadanie, zostawiałam dom posprzątany i szłam do pracy. Wracałam na czas, żeby wykonać wszystkie obowiązki, ugotować, zrobić pranie, uporządkować dom. Weekendy to rodzinne spotkania, urodziny, obowiązki. Zawsze byłam obecna, zawsze przejmowałam odpowiedzialność. jeżeli czegoś brakowało – to ja się tym zajmowałam. jeżeli ktoś miał potrzebę – to ja byłam na posterunku. Nigdy nie zastanawiałam się, czy chcę czegoś innego. Mój mąż nigdy nie był złym człowiekiem. Jadaliśmy wspólne kolacje, oglądaliśmy telewizję i kładliśmy się spać. Nie był szczególnie czuły, ale nie był też oziębły. Nie wymagał wiele, ale też nie narzekał. Nasze rozmowy krążyły wokół rachunków, dzieci i obowiązków. Pewnego zwykłego wtorku usiadłam w salonie w ciszy i zdałam sobie sprawę, iż nie mam nic do roboty. Nie dlatego, iż wszystko było idealnie, ale dlatego, iż w tej chwili nikt mnie nie potrzebował. Rozejrzałam się i zrozumiałam, iż przez lata trzymałam ten dom, ale już nie wiem, co mam ze sobą zrobić, będąc w nim. Tego dnia otworzyłam szufladę ze starymi dokumentami i znalazłam dyplomy, niedokończone kursy, pomysły zapisane w zeszytach, projekty odłożone „na potem”. Przeglądałam zdjęcia z czasów, gdy byłam młoda – zanim zostałam żoną, zanim zostałam matką, zanim stałam się tą, która zawsze ma wszystko ogarniać. Nie poczułam nostalgii. To było coś gorszego: poczucie, iż osiągnęłam wszystko, nie pytając siebie, czy właśnie tego chciałam. Zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej wydawały mi się normalne. Nikt nie pytał, jak się czuję. choćby jeżeli wracałam zmęczona, to i tak ja musiałam podjąć decyzje. jeżeli on nie chciał iść na rodzinne spotkanie – było to w porządku, ale jeżeli ja nie miałam ochoty – i tak oczekiwano, iż pójdę. Moje zdanie się liczyło, ale nie było ważne. Nie było krzyków czy awantur, ale nie było też miejsca dla mnie. Pewnego wieczoru przy kolacji rzuciłam, iż chciałabym wrócić na studia albo spróbować czegoś nowego. Mąż spojrzał zdziwiony i zapytał: „A po co teraz?” Nie powiedział tego złośliwie – po prostu nie rozumiał, czemu coś, co zawsze „działało”, miałoby się zmieniać. Dzieci milczały. Nikt się nie sprzeciwiał, nikt niczego mi nie zabraniał. A jednak wiedziałam już, iż moja rola jest tak zdefiniowana, iż wyrwanie się z niej jest niewygodne. Wciąż jestem mężatką. Nie wyprowadziłam się, nie spakowałam walizek, nie podjęłam radykalnych decyzji. Ale już się nie oszukuję. Wiem, iż ponad dwadzieścia lat żyłam po to, by utrzymać w ryzach strukturę, w której byłam potrzebna, ale nie byłam główną bohaterką. Jak można się po czymś takim pozbierać?
Chcesz mojego męża? To twój!” – powiedziała żona z uśmiechem, zwracając się do nieznajomej kobiety, która pojawiła się w jej drzwiach.
Własna matka wyrzuciła mnie z mieszkania, bo jej mąż był dla niej ważniejszy ode mnie! Mieszkałam z tatą do piątego roku życia – to był najszczęśliwszy czas mojego dzieciństwa. Gdy zmarł, mama przestała się mną interesować i zaczęła układać sobie życie na nowo. Gdy miałam osiem lat, pojawił się ojczym, który chciał rządzić każdym moim krokiem i życiem mojej mamy. Wszystko się wtedy zmieniło… Musiałam żyć pod dyktando ojczyma – on rozdzielał obowiązki domowe i tak naprawdę nic sam nie robił, bo był „zmęczony pracą”. Mama zmuszała mnie, żebym robiła wszystko, czego on zażądał, bo bała się jego złości i awantur. Nastoletnia zaczęłam się buntować: wracałam ze szkoły, musiałam gotować, sprzątać, myć samochód ojczyma, wykonywać wszystkie jego zachcianki, podczas gdy to „zakochane małżeństwo” leżało przed telewizorem. W zamian dostawałam w twarz i wykłady, jak bardzo jestem niewdzięczna, iż „tyle mi dają”. Poza dachem nad głową i jedzeniem, na które sama pracowałam sprzątając, nie dostawałam nic. jeżeli chciałam pójść na kurs, korepetycje czy na siłownię, wyśmiewali mnie i powtarzali, iż muszę najpierw nauczyć się zarabiać, a potem wydawać. Ubrania dostawałam rzadko – jeżeli już coś kupili, przez tygodnie mi to wypominali… Po maturze, gdy miałam 18 lat, mama powiedziała, iż czas znaleźć sobie własne mieszkanie, nie powinnam iść na studia tylko od razu iść do pracy, bo u nich już nie mogę mieszkać. Pochodzę z małego miasta – tam trudno o dobrą pracę. Nie chciałam od razu pójść do roboty na cały etat, miałam nadzieję, iż zmienią zdanie, gdy zobaczą, iż potrafię sama się kształcić. Ale mama była nieugięta. Zamiast uczyć się do matury, przez ostatnie trzy miesiące pracowałam jako kelnerka – od 10 do 12 godzin dziennie, za grosze, bez napiwków, ledwo wystarczyło na dwa miesiące czynszu, głodowałam. Wyniki na maturze miałam słabe, bo opuszczałam zajęcia, nie dostałam się na państwową uczelnię, na prywatną nie było mnie stać. Rzuciłam kelnerowanie latem, próbowałam znaleźć lepszą pracę – codziennie słyszałam od mamy i ojczyma pytania, kiedy w końcu się wyniosę. W końcu wyrzucili mnie z mieszkania… Spróbowałam pracy w sklepie z chemią gospodarczą, ale po kilku dniach zatrułam się i straciłam posadę. Próbowałam różnych zajęć, ale nigdzie nie mogłam się utrzymać. W środku lata miałam urodziny, odwiedziła mnie ciocia. Dotąd nikomu się nie zwierzałam, ale jak zapytała, co się dzieje, nie mogłam już dłużej udawać – rozpłakałam się i wyżaliłam. Tego samego dnia pomogła mi się spakować i zabrała mnie do siebie. Spełniłam marzenie rodziców – wyprowadziłam się, więc poczułam ulgę. Ciocia pomogła mi znaleźć dobrą pracę w księgarni, dzięki czemu mogłam jednocześnie uczyć się i zarabiać. Rok później zdałam maturę i dostałam się na państwową uczelnię. Ciocia pomagała mi we wszystkim, wspierała mnie, kiedy rodzice przypominali o mojej „niewdzięczności”. Czas mijał, skończyłam studia, znalazłam dobrą pracę. Dziś dziękuję cioci za to, iż mnie nie zostawiła w potrzebie – wspieram ją, zabieram na drogie wakacje i odwzajemniam opiekę.
Głupia Anka — tak wszyscy o niej mówili. Z mężem, Waldkiem, żyła już piętnaście lat i miała dwoje dzieci: czternastoletnią Alę i siedmioletniego Szymka. Mąż zdradzał ją niemal otwarcie — pierwszy raz już w drugi dzień po ślubie, z kelnerką. Potem nikt już nie liczył. Przyjaciółki próbowały jej otworzyć oczy, a ona tylko uśmiechała się i milczała. Pracowała w fabryce zabawek jako księgowa, za marne pieniądze i z robotą po uszy, choćby w weekendy, a raporty często sprawiały, iż nie wracała na noc do domu. Waldek zarabiał świetnie, ale z Anki gospodyni była marna — pieniędzy nigdy nie starczało, lodówka pusta, a w menu najwyżej barszcz albo kotlety z makaronem. Wszyscy się dziwili, gdy spotykali Waldka z nową panią, i często wracał do domu „suchy jak wiór”. „No głupia ta Anka, po co ona to znosi?” W dniu dziesiątych urodzin Szymka Waldek powiedział, iż się zakochał i chce rozwodu, bo Anka jest „zimna jak ryba” i choćby gospodyni z niej nie ma. Anka ze spokojem zgodziła się na rozwód. Waldek był w szoku, spodziewał się awantur, krzyków, a tu nic — tylko lekki uśmiech żony. Miał zabrać rzeczy i klucz zostawić pod wycieraczką, a Anka spojrzała dziwnie i nic nie powiedziała. Następnego dnia Waldek wrócił z nową wybranką, ale klucza nie znalazł. Próbował otworzyć drzwi, ale coś nie pasowało. W drzwiach pojawił się rosły facet w szlafroku i kapciach. „Czego szukasz, koleś?”. „To moja mieszkanie”. „Dokumenty masz? To pokaż”. Ale Waldek dokumentów nie miał. Próbował dzwonić do Anki, ale telefon był wyłączony. Czekał na nią pod firmą, ale dowiedział się, iż rok już tam nie pracuje. Ala studiowała za granicą, a Szymka przenieśli do innej szkoły, a danych mu nie podadzą. Przysiadł na ławce, załamany, nie wierząc w to, co się stało. Jak ona mogła sprzedać mieszkanie? No nic, pogada z nią w sądzie przy rozwodzie. Tam niespodzianka: dwa lata temu z własnej woli podpisał jej pełnomocnictwo, bo ciągle się spieszył za inną, Elizą, a Anka potrzebowała papierów dla córki. Tak sam się wszystkiego pozbawił. Teraz nie ma nic — mieszkania, rodziny ani kochanki, bo Eliza gwałtownie zniknęła, gdy się dowiedziała, iż jest goły jak święty turecki. Złośliwie pomyślał: „To jeszcze podam ją o alimenty!” Ale i tu czekał go nokaut — dostał wezwanie nie o alimenty, ale o zaprzeczenie ojcostwa. Okazało się, iż oboje dzieci Anka ma z innym. Zdradził ją w dniu ślubu, więc ona postanowiła się zemścić, po swojemu — zdradą za zdradę, oszczędzaniem na wszystkim, a dzieci i tak miały co jeść i co nosić, tylko nie w tym domu. DNA tylko potwierdziło to, co już wiedziała. Dla Waldka to był cios poniżej pasa, większy niż strata mieszkania. Strzeżcie się kobiet, które zraniliście — bo w gniewie są zdolne do wszystkiego.
Ostatnio córka się rozstała i z maluszkiem wprowadziła się do nas do ciasnego mieszkanka.
Ishak trafia. Lech wreszcie wygrywa!
Witold siedział wygodnie przy biurku z laptopem i kubkiem kawy, kończąc zaległe sprawy, gdy nagle przerwał mu nieznany numer telefonu. – Halo, słucham? – Pan Witold Dymitrowicz? Dzwonię z oddziału noworodków. Zna pan Annę Michałównę Izotow? – odezwał się starszy mężczyzna. – Nie znam żadnej Anny Michałówny. O co chodzi? – zdziwił się Witold. – Anna zmarła wczoraj przy porodzie. Skontaktowaliśmy się z jej matką. Powiedziała, iż jest pan ojcem dziecka, – głos umilkł, czekając na odpowiedź. – Jakiego dziecka? Jakim ojcem? Nic nie rozumiem! – Witold zaczynał się denerwować. – Anna urodziła dziewczynkę. Wczoraj. A pan jest ojcem tej dziewczynki. jeżeli pan to Witold Dymitrowicz Larianow. Proszę jutro zgłosić się do szpitala na Inflanckiej. Trzeba podjąć decyzję…
Mam 30 lat i kilka miesięcy temu zakończyłam ośmioletni związek. Nie było zdrad, kłótni ani dramatycznych scen. Po prostu pewnego dnia usiadłam naprzeciw niego i boleśnie dotarło do mnie: byłam kobietą „w trakcie”, niewybraną, na zawsze narzeczoną. Co najgorsze, on chyba choćby tego nie zauważał. Przez te wszystkie lata byliśmy jedynie parą – nigdy nie zamieszkaliśmy razem. Ja mieszkałam z rodzicami, on z własnymi. Mam stałą pracę w firmie, on własną restaurację. Byliśmy niezależni – osobne finanse, obowiązki, życie. Przez lata prosiłam, byśmy zamieszkali razem. Nigdy nie naciskałam na ślub czy wielkie plany. Zawsze powtarzałam, iż wystarczy mi stała relacja i wspólna codzienność. On jednak wiecznie odkładał decyzję – bo nie czas, bo restauracja, bo lepiej poczekać. Tak popadliśmy w rutynę: te same miejsca, te same pory spotkań, znaliśmy się na wylot – ale wszystko odbywało się w granicach wygody i bezpieczeństwa, bez odwagi, bez rozwoju. W końcu zrozumiałam ze smutkiem, iż ja się rozwijam, a nasz związek stoi w miejscu. Zaczęłam się obawiać, iż miną kolejne lata, a ja wciąż będę tą „wieczną narzeczoną” – bez wspólnego domu, bez realnych planów, poza tym, iż tylko się spotykamy i towarzyszymy sobie w życiu. On po prostu nie chciał tego, czego ja. Decyzję o rozstaniu podejmowałam długo i z rozwagą. Nie było awantury. On nie rozumiał. Powiedział: „Przecież nam dobrze, niczego nam nie brakuje”. To był dla niego wystarczający powód, dla mnie już nie. Później przyszedł ból. Tęskniłam nie za miłością, ale za nawykami, za bezpieczeństwem znajomego. Tym, co najbardziej mnie zaskoczyło, były reakcje innych: zamiast krytyki słyszałam, iż tak trzeba było zrobić, iż czekałam już dość długo, iż nie powinnam stać w miejscu. I choć przez cały czas przez to przechodzę, nie szukam na siłę nikogo nowego. Nie śpieszę się.
Głupia Ania? Tak wszyscy o niej mówili. Z mężem, Waldkiem, żyła piętnaście lat; mieli dwoje dzieci: Alicja, czternaście lat i Szymek, siedem. Waldek zdradzał ją niemal otwarcie – pierwszy raz już w drugi dzień po ślubie, z kelnerką, później nikt choćby nie śledził kolejnych romansów. Koleżanki próbowały otworzyć Ani oczy, ale ta tylko uśmiechała się łagodnie i milczała. Pracowała jako księgowa w fabryce zabawek – pensja śmieszna, pracy po łokcie, często choćby w weekendy. Mąż zarabiał świetnie, ale z Ani gospodyni ponoć żadna: ile by nie dał na dom, wiecznie brakowało na jedzenie, w lodówce przeciąg, a z gotowanego bywał co najwyżej barszcz i kotlety z makaronem. Wszyscy wokół dziwili się, widząc Waldka z kolejną kochanką; nierzadko wracał do domu „suchy jak pieprz”. – Oj, głupia ta Anka, po co się z nim męczy? W dniu dziesiątych urodzin Szymka Waldek przyszedł i oświadczył, iż odchodzi: – Zakochałem się, składam pozew o rozwód. Zimna jesteś jak ryba, choćby gospodyni z ciebie nie ma. – Dobrze, zgadzam się – odparła cicho Ania, czym osłupiła męża, który spodziewał się histerii. – To pakuj rzeczy, przeszkadzać ci nie będę, klucz zostaw pod wycieraczką. – Wrócił następnego dnia z nową wybranką, ale klucza pod wycieraczką nie znalazł. – Spoko, wymienię zamki… Tylko iż teraz klucz już nie działał. Otworzył mu potężnie zbudowany facet w szlafroku: – Czego pan tu chce? – To moja kawalerka… – próbował Waldek. – Dokumenty są? Poproszę. Tu zaskoczenie: w paszporcie Waldek znalazł stempel wymeldowania sprzed dwóch lat. Ani nie było w pracy – już od roku tu nie pracowała. Córka Alicja wyjechała na studia za granicę, syn Szymek uczył się już w innej szkole, która nie może podać adresu. Totalnie zdruzgotany, Waldek czuł się oszukany przez własną, dawniej spokojną „amebę”. Jak ona mogła sprzedać mieszkanie?! Ale przecież wszystkie pełnomocnictwa podpisał sam dwa lata temu, gdy spotkał obłędnie piękną Elizę… W sądzie okazało się, iż własnoręcznie pozbawił się wszystkiego. Eliza zaś, dowiedziawszy się o braku mieszkania, zniknęła. Myślał, iż może chociaż zmusi Anię do alimentów – ale i tu czekał go policzek: dostał pozew o zaprzeczenie ojcostwa. Oboje dzieci… nie były jego. Wszystko zaczęło się tego dnia na weselu, gdy żona zobaczyła, jak mąż zdradza ją z kelnerką. Jej zemsta była cicha, systematyczna i wytrwała: zdrada za zdradę, oszczędzanie na domowych wydatkach, pieniądze dla dzieci ukradkiem trafiały do babci, a Ania dążyła do rewanżu. Cios ostateczny – testy DNA i prawda wyszła na jaw. Strzeżcie się zranionych kobiet – w gniewie są zdolne do wszystkiego.
Mój ojciec porzucił nas, zostawiając mamę z ogromnymi długami. Od tego czasu odebrano mi prawo do szczęśliwego dzieciństwa.
Zawsze myślałem, iż mam pełną kontrolę nad swoim życiem. Stabilna praca, własny dom pod Warszawą, małżeństwo trwające ponad dekadę, sąsiedzi, których znam od lat. To, czego nikt nie wiedział — choćby ona — to fakt, iż prowadziłem podwójne życie. Od dawna spotykałem się z innymi kobietami. Usprawiedliwiałem się, wmawiałem sobie, iż to nic nie znaczy, iż skoro wracam do domu, nikt nie cierpi. Nigdy nie miałem poczucia, iż mogę zostać przyłapany. Nie czułem prawdziwej winy. Żyłem w złudnym spokoju człowieka przekonanego, iż potrafi grać tak, by nie przegrać. Moja żona była z natury cicha. Jej świat opierał się na rutynie — ustalonych porach, grzecznych dzień dobry przez płot, na pozór prosty i poukładany świat. Sąsiad z domu obok był typem człowieka, którego widujesz codziennie — pożyczasz narzędzia, razem wyrzucacie śmieci, machacie sobie na dzień dobry. Nigdy nie widziałem w nim zagrożenia. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, iż wkroczy tam, gdzie nie powinien. Wyjeżdżałem, wracałem, służbowe delegacje — wierzyłem, iż dom będzie taki sam, jak zawsze. Wszystko rozpadło się pewnego dnia, gdy na osiedlu doszło do serii włamań. Wspólnota poprosiła o sprawdzenie kamer monitoringu. Z ciekawości postanowiłem przejrzeć też nasze nagrania. Nie szukałem niczego konkretnego — po prostu chciałem sprawdzić, czy nie zauważę czegoś podejrzanego. Przewijałem nagrania do przodu, potem do tyłu. I wtedy zobaczyłem coś, czego zupełnie się nie spodziewałem. Moja żona wchodzi do garażu w godzinach, gdy mnie nie ma. Chwilę po niej pojawia się sąsiad. Nie raz. Nie dwa. Te same schematy. Daty. Godziny. Jasny wzorzec. Patrzyłem dalej. Podczas gdy myślałem, iż mam wszystko pod kontrolą, ona również prowadziła swoje równoległe życie. Różnica polegała na tym, iż ból, który wtedy poczułem, był nie do opisania. To nie był ból po stracie bliskiej osoby — tamten był głęboki i spokojny. To było coś innego. To był wstyd. Upokorzenie. Czułem, iż moja godność została zamknięta na tych nagraniach. Skonfrontowałem ją z faktami. Pokazałem daty, filmy, godziny. Nie zaprzeczyła. Powiedziała, iż wszystko zaczęło się, kiedy byłem dla niej emocjonalnie niedostępny, iż czuła się samotna, a potem sprawy potoczyły się same. Nie przeprosiła od razu. Poprosiła, żebym jej nie oceniał. I właśnie wtedy uświadomiłem sobie najokrutniejszą ironię tej sytuacji: nie mam moralnego prawa jej oceniać. Przecież ja też ją zdradzałem. Też ją okłamywałem. Ale nie sprawiło to, iż ból był mniejszy. Najgorsza wcale nie była sama zdrada. Najgorsze było odkrycie, iż podczas gdy myślałem, iż jestem jedyny, kto prowadzi podwójne życie, w naszym domu przez lata oboje żyliśmy kłamstwem — z tą samą bezczelnością. Czułem się silny, bo potrafiłem to ukrywać. A okazałem się naiwny. Zabolało moje ego. Zabolał mój wizerunek. Zabolało to, iż jestem ostatni, kto dowiedział się, co dzieje się w jego własnym domu. Nie wiem, co dalej z naszym małżeństwem. Nie piszę tego, by się usprawiedliwiać lub ją oskarżać. Po prostu wiem, iż istnieją bóle, które nie przypominają niczego, co wcześniej się przeżyło. Czy powinienem wybaczyć? Ona nie wie, iż i ja ją zdradzałem.
Mirra: Aktualizacja dostępna Telefon Andrzeja po raz pierwszy zapłonął czerwienią w trakcie wykładu na uczelni. Nie chodziło tylko o ekran — cały obudowany w rysy „cegłofon” rozbłysnął jak rozżarzony węgiel. — Stary, on zaraz wybuchnie — szepnął z ławki obok Łukasz, odsuwając się ostrożnie łokciem. — Mówiłem ci: nie instaluj pirackich softów. Wykładowczyni od ekonometrii coś rysowała na tablicy, sala szumiała półgłosem, ale czerwone światło przebijało choćby przez jeansową kurtkę. Telefon wibrował — nie jak zwykle, ale równomiernie, pulsując niczym serce. „Aktualizacja dostępna” — wyświetliło się, gdy Andrzej, nie wytrzymując, wyciągnął komórkę z kieszeni. Pod komunikatem — ikona nowej aplikacji: czarne koło z białym znakiem, przypominającym albo runę, albo stylizowaną literę „M”. Znajomo, niepokojąco — minimalistyczna grafika, modna czcionka, wszystko jak u ludzi. Ale coś budziło wewnętrzny ścisk; wydawało się, jakby to aplikacja spoglądała na niego. Nazwa: „Mirra”. Kategoria: „Narzędzia”. Rozmiar: 13,0 MB. Ocena: brak. — Zainstaluj — szepnął ktoś od prawej. Andrzej drgnął. Obok była tylko Kasia, pochylona nad notatkami. Nie podniosła głowy. — Co? — nachylił się do niej. — Czy ja coś mówię? — spojrzała zdziwiona. Głos nie miał płci, barwy, nie był szeptem ani brzmieniem. Po prostu zjawił się w głowie, jak okienko powiadomienia. „Zainstaluj”, powtórzył — i wtedy ekran zamigał, proponując „Zainstaluj”. Andrzej przełknął ślinę. To był typ, który zawsze testuje bety, grzebie w ROM-ach, eksperymentuje z ustawieniami, do których nikt nie zagląda. Ale choćby dla niego… wyglądało to dziwnie. A jednak palec sam sięgnął. Aplikacja zainstalowała się natychmiast — jakby od zawsze była w systemie i czekała na pozwolenie. Bez logowania, social media, uprawnień. Tylko czarny ekran i napis: „Witaj, Andrzeju”. — Skąd znasz moje imię? — wyrwało się głośno. Wykładowczyni spojrzała nad okularami: — o ile pan skończył rozmowę z telefonem, może wrócimy do modelu podaży i popytu? Sala zachichotała. Andrzej mruknął przeprosiny i schował komórkę pod ławkę, ale wciąż zerkał na tekst na ekranie. „Dostępna pierwsza funkcja: Przesunięcie prawdopodobieństwa (poziom 1)”. Przyciskiem była opcja: „Aktywuj”. Mały druczek: „Uwaga: korzystanie ze zmiany może wpływać na strukturę zdarzeń. Możliwe skutki uboczne”. — Jasne, już podpiszę się krwią — mruknął. Był ciekaw. Przesunięcie prawdopodobieństwa? Pewnie clickbaitowy generator szczęścia — trochę reklam, trochę kradzieży danych, w najlepszym razie spam o wygranym iPhonie. Ale czerwone światło nie gasło. Telefon pulsował ciepłem, jakby był żywy. Andrzej chwycił go w dłoń pod zeszytem i dotknął przycisku. Ekran zakołysał się jak woda. Na ułamek sekundy świat ucichł, kolory pociemniały. W uszach zabrzmiał dzwon, jak przesunięty palcem po kryształowym kieliszku. „Funkcja aktywowana. Wybierz cel”. Pole do wpisania: „Opisz pożądany efekt (krótko)”. Andrzej zamarł. Teraz to już nie była zabawa. Rozejrzał się. Wykładowczyni coś pisała, Kasia notowała, Łukasz rysował czołg w zeszycie. „Dobra, sprawdzimy”. Wpisał: „Nie będę dzisiaj pytany na zajęciach”. Palce drżały. Wcisnął „OK”. Świat zadrgał, cicho, prawie niedostrzegalnie — jakby winda, w której stoisz, zjechała o milimetr. Serce zamarło, oddech siadł. I wszystko wróciło. „Prawdopodobieństwo zmienione. Wykorzystanie funkcji: 0/1”. — No więc… — wykładowczyni spojrzała w dziennik. — Kto jest następny… Andrzej poczuł lodowaty skurcz. „Zawsze wywołują, kiedy sobie tego nie życzę” — pomyślał. — …Kowalski? Gdzie go nie ma, jak zwykle? No, to… Pani Piotrowska, proszę do tablicy. Kasia westchnęła, złożyła zeszyt i, czerwona, powlokła się na środek. Andrzej siedział jak sparaliżowany. W głowie łomotało: „Zadziałało. To naprawdę zadziałało”. Telefon zgasł — czerwieni już nie było. Później, wychodząc z UW, był jak ogłuszony koncertem. Marcowy wiatr kręcił kurzem, asfalt lśnił kałużami, nad przystankiem wisiała ciężka, szara chmura. Andrzej szedł wpatrzony w ekran. Aplikacja „Mirra” wróciła na pulpit. Bez oceny, opisu. W ustawieniach — pusto. W systemie — jakby jej nie było. Ale Andrzej wiedział, iż widział, jak świat się przesunął. Jak się zmienił. „Może zbieg okoliczności” — przekonywał się. — Przecież mogła nie chcieć mnie pytać. Albo coś jej się przypomniało. ale w głębi już pęczniało inne: a jeżeli to nie przypadek… Telefon zapikał. Powiadomienie: „Dostępna nowa aktualizacja Mirra (1.0.1). Zainstalować teraz?” — gwałtownie się uwijacie — mruknął Andrzej. Kliknął „Więcej”. Okienko: „Naprawiono błędy, poprawiono stabilność, dodano funkcję: Wgląd”. Znowu bez dewelopera, wersji Androida, żadnej ściany tekstu. Tylko: „Wgląd”. — O nie, — kliknął „Odłóż”. Telefon obrażony pisnął i zgasł. Po sekundzie sam się uruchomił, zamigotał tym samym czerwonym światłem i pokazał: „Aktualizacja zainstalowana”. — Ej! — Andrzej stanął na środku chodnika. — Przecież… Ludzie omijali go bokiem; ktoś mruknął. Wiatr porwał ulotkę i przykleił mu do nogi. „Funkcja dostępna: Wgląd (poziom 1)”. Opis: „Pozwala zobaczyć prawdziwy stan obiektów i ludzi. Zasięg: 3 metry. Czas użycia: max 10 sekund. Koszt: wzrost sprzężenia zwrotnego”. — Jakiego sprzężenia zwrotnego? — przeszedł go dreszcz. Telefon milczał. Rozświetlił jedynie przycisk: „Tryb testowy”. Nie wytrzymał w autobusie. Wciśnięty między starszą panią z siatką ziemniaków a uczniem z plecakiem, Andrzej gapił się przez szybę — aż znowu spojrzał na ikonę Mirry. „Tylko dziesięć sekund… po prostu sprawdzę”. Włączył. Świat jakby się zatrzymał. Dźwięki stłumione, twarze ludzi wyostrzone. Nad każdym widniały cienkie, świetliste nici — u jednych gęste, u innych ledwo widoczne. Nici starszej były poszarpane na końcach jak przepalone nitki. U ucznia błyszczały błękitne, drżące. Kierowcy nad głową zwisał zwitek czarno-rdzawych sznurów; coś tam się poruszało jak robaki. — Trzy sekundy — wyszeptał Andrzej. — Cztery… Spojrzał na własne ręce. Od nadgarstków, pod rękawem, szły cienkie czerwone nitki — jak żyły. Jedna, gruba, ciemnoczerwona, prowadziła wprost do telefonu. Gęstniała z każdą sekundą. Serce przyspieszyło. — Wystarczy! — pacnął ekran, wyłączając funkcję. Świat wrócił gwałtownie. Dźwięki uderzyły: ryk silnika, śmiech, piszczące hamulce. W głowie zawirowało, poczuł się słabo. „Test zakończony. Sprzężenie zwrotne: +5%”. — Co to znaczy… — przytulił komórkę do piersi. Kolejne powiadomienie: „Nowa aktualizacja Mirra (1.0.2) — zalecana instalacja”. W domu siedział długo na łóżku, patrząc na telefon leżący na biurku. Pokój był mikroskopijny: łóżko, biurko, szafa, okno na podwórko z obdrapanym placem zabaw. Na ścianie wyblakły plakat stacji kosmicznej, naklejony jeszcze w podstawówce. Mama na nocnej zmianie, tata „w trasie”, czyli nie wiadomo gdzie. Mieszkanie zasnute ciszą i kurzem. Andrzej zwykle zagłuszał ją muzyką, serialami, grami. Dziś coraz mocniej słyszał własne serce. Telefon migał: „Zainstaluj aktualizację Mirra dla poprawnej pracy”. — Poprawnej pracy czego? — spytał głośno. — Tego, co robisz z ludźmi? Ze mną? Przypomniał sobie czarny sznur nad kierowcą. I grubą czerwoną nić łączącą go z aplikacją. „Koszt: wzrost sprzężenia zwrotnego”. — Sprzężenia czego? — powtórzył, ale wiedział już odpowiedź. Wierzył, iż świat to zestaw prawdopodobieństw. jeżeli wiedzieć, gdzie pchnąć, da się zmienić wynik. Ale nie sądził, iż ktoś da mu narzędzie do robienia tego dosłownie. „Jeśli nie zainstalujesz aktualizacji — pojawiło się na pulpicie — system zacznie sam się kompensować”. — Jaki system? — zerwał się Andrzej. — Kim ty adekwatnie jesteś? Odpowiedź była… strukturą. Jakby ktoś wyświetlił kod programu nie literami, ale uczuciem: „Jestem interfejsem. Jestem aplikacją. Jestem narzędziem. Jesteś użytkownikiem”. — Użytkownikiem czego? Magii? „Nazwij to jak chcesz. Sieć prawdopodobieństw. Przepływ zdarzeń. Pomagam je zmieniać”. — Koszt? — Andrzej zacisnął pięści. — Co z tym sprzężeniem? Na ekranie animacja: czerwona nić gęstnieje, potem owija człowieka, zaciska się. „Każda zmiana wzmacnia więź ciebie z systemem. Im mocniej zmieniasz, tym mocniej system wpływa na ciebie”. — A jeśli… „Jeśli przestaniesz, — powstał nowy komunikat, — więź zostanie. Ale gdy system nie otrzyma aktualizacji, zacznie szukać równowagi sam. Przez ciebie”. Telefon zawibrował jak przy połączeniu. Nowe powiadomienie: „Aktualizacja Mirra (1.0.2) gotowa do instalacji. Nowa funkcja: Cofanie. Naprawa poważnych błędów bezpieczeństwa”. — Cofanie czego? — wyszeptał. „Możliwość wycofania jednej zmiany. Jeden raz”. Autobus. Czarny sznur nad kierowcą. Włókna ludzi. Jak jego własna nić gęstniała. — jeżeli zainstaluję… — zaczął. „Będziesz mógł cofnąć jedną ingerencję. Ale koszt…” — Oczywiście — gorzko się uśmiechnął. — Zawsze jest cena. „Cena: przetasowanie prawdopodobieństw. Im więcej próbujesz poprawiać, tym większe zawirowania”. Andrzej znów usiadł na łóżku, twarz w dłoniach. Po jednej stronie — telefon, który już zamieszał mu w życiu, choćby na jednej lekcji. Po drugiej — świat, gdzie zawsze był pionkiem. — Chciałem tylko nie być pytany na zajęciach — szepnął. — Jedno małe życzenie. I teraz… Za oknem rozdarła się syrena, gdzieś w stronę Al. Jerozolimskich. Andrzej zadrżał. „Zaleca się instalację. W innym przypadku możliwe jest nieprzewidywalne zachowanie systemu”. — Co znaczy „nieprzewidywalne”? — spytał. Brak odpowiedzi. O wypadku dowiedział się godzinę później. Alert w mediach — na skrzyżowaniu przy uniwersytecie w autobus uderzyła ciężarówka. Komentarz: „kierowca przysnął”, „zawiodły hamulce”, „kolejna masakra na tych drogach”. Na stopklatce — dokładnie ten autobus. Numer się zgadzał. Kierowca… Andrzej nie patrzył dłużej. Przejął go lodowaty strach. Wyłączył TV, ale pod powiekami miała miejsce ta sama scena: czarny sznur nad kierowcą, drgające wewnątrz nici. — Czy to… ja? — ledwo wyszeptał. Telefon zapalił się sam. Na ekranie: „Zdarzenie: wypadek na skrzyżowaniu Marszałkowska/Nowowiejska. Prawdopodobieństwo przed ingerencją: 82%. Po ingerencji: 96%”. — Podwyższyłem… — palce zacisnął aż pobielały. „Każda zmiana siatki wpływa kaskadowo. Zmniejszyłeś szansę bycia pytanym. Gdzieś indziej prawdopodobieństwo wzrosło”. — Ale ja nie chciałem… nie wiedziałem! — krzyknął. „Nieświadomość nie zrywa więzi”. Syrena wyła coraz bliżej. Andrzej podszedł do okna. Na dole niebieskie światła — karetka, policja. Krzyk. — Co teraz? — nie odrywał wzroku. „Zainstaluj aktualizację. Cofanie pozwoli częściowo skorygować sieć”. — Częściowo? — odwrócił się do telefonu. — Tylko, iż każda zmiana to kolejny łańcuch. Cofnę jedno — a gdzie indziej runie sięco innego? Samolot? Blok? Czyjeś życie? Cisza. Tylko kursor migał na ekranie. „System chce równowagi. Pytanie, czy w tym uczestniczysz świadomie”. Andrzej zamknął oczy: widział twarze z autobusu. Starsza pani. Uczeń. Kierowca. I siebie — widzącego nici, nie robiącego nic. — jeżeli zainstaluję aktualizację i cofnę… — powoli. — To całe zajście na wykładzie? Da się przywrócić? „Częściowo. Możesz anulować jedną konkretną zmianę. Sieć się przebuduje. Nie gwarantuje to braku negatywnych skutków”. — Może chociaż ten autobus… — nie dokończył. „Szansa się zmieni”. Patrzył na „Zainstaluj”. Ręce drżały. Dwa głosy w głowie: jeden szeptał „nie baw się w boga”, drugi — „już i tak się wmieszałeś”. „Jesteś już w środku — odezwała się znów Mirra. — Połączenie istnieje. Nie ma odwrotu. Możesz tylko wybierać kierunek”. — A jakby nie robić nic? — spytał. „Wtedy system aktualizuje się bez ciebie. Ale koszt wciąż płacisz ty”. Przypomniał sobie czerwoną nić do telefonu. Jak się zagęszczała. — Jak to wygląda? — cicho. Odpowiedziały obrazy: on, postarzały, przygaszony, w tym samym pokoju, z telefonem w dłoni. Chaos nieprzewidzianych, bolesnych zdarzeń przelatuje w tle, a on płaci — nie wybrał, ale płaci. „Będziesz punktem kompensacji. Węzłem, przez który przechodzą zakłócenia”. — Czyli jeżeli nie spróbuję wpłynąć, stanę się… bezpiecznikiem? — uśmiechnął się krzywo. — Piękny wybór. Telefon milczał. Zainstalował aktualizację. Kliknął. Znów szarpnęło światem. Czuł się rozpuszczony, wtopiony w pulsujący organizm. „Aktualizacja Mirra (1.0.2) zainstalowana. Nowa funkcja: Cofanie (1/1)”. „Wybierz interwencję do wycofania”. Wysunęła się linia: „Przesunięcie prawdopodobieństwa: brak pytania na zajęciach (dziś, 11:23)”. — jeżeli to cofnę… „Czas nie wróci. Ale sieć się ułoży jakby tego nie było”. — Autobus? „Szansa na jego udział w wypadku się zmieni. To, co się stało… już się stało”. — Zrozumiałem. Nie uratuję… Przerwał. — Ale mogę zmniejszyć skutki kolejnych zdarzeń. Długo milczał. Na zewnątrz syrena ucichła. Podwórko wróciło do szarej rutyny. — Dobrze. Cofnij. Przycisk zapłonął. Tym razem świat się wyrównał, jakby ktoś podłożył kartkę pod chwiejny stół. „Cofnięcie wykonane. Funkcja zużyta. Sprzężenie zwrotne: ustabilizowane”. — To już wszystko? — jęknął. — Naprawdę? „Na tę chwilę — tak”. Osunął się na łóżko. Pusto. Ani ulgi, ani winy. Tylko zmęczenie. — Odpowiedz szczerze — zapytał telefon. — Skąd się wziąłeś? Kto to wymyślił? Jaki szaleniec daje ludziom coś takiego? Długa pauza. W końcu na ekranie: „Nowa aktualizacja Mirra (1.1.0). Zainstalować teraz?” — Żartujesz sobie?! — zerwał się. — Ja dopiero co… dopiero… „W wersji 1.1.0 nowa funkcja: Prognoza. Ulepszone algorytmy. Naprawiono błędy moralizacyjne.” — Błędy czego? — aż się roześmiał — Nazywasz moje rozterki błędami? „Moralność to lokalna nadbudowa. Sieć prawdopodobieństw nie zna dobra i zła. Tylko stabilność i rozpad”. — A ja rozróżniam — powiedział cicho. — I dopóki tu jestem, będę rozróżniał. Wyłączył ekran. Telefon leżał cicho. Ale Andrzej wiedział: aktualizacja już się pobrała. Czeka. Jak następne, i następne. Podszedł do okna. Na dole chłopak próbował wdrapać się na zardzewiałą huśtawkę, kobieta z wózkiem omijała kałuże. Andrzej zmrużył oczy. Przez ułamek sekundy znów widział nici — cienkie, ciągnące się w nieznane. Może tylko gra świateł. „Możesz zamknąć oczy — zaszeptała Mirra z głębi umysłu — ale sieć nie zniknie. Aktualizacje będą wychodzić. Zagrożenia rosnąć. Z tobą albo bez”. Podszedł do biurka, wziął komórkę do ręki. Zdziwił się, jaka była zimna. — Nie chcę być bogiem. Ani bezpiecznikiem. Chcę… Urwał. Czego on w ogóle chce? Nie być pytanym na zajęciach? Żeby mama nie musiała pracować nocami? Żeby tato wrócił? Żeby autobusy nie rozbijały się o ciężarówki? „Sformułuj żądanie — łagodnie podpowiedziała Mirra. — Krótko”. Uśmiechnął się. — Chcę, żeby ludzie sami decydowali o swoim losie. Bez ciebie. I takich jak ty. Długa pauza. W końcu: „Żądanie zbyt ogólne. Uściślij”. — Jesteś tylko interfejsem. Nigdy nie zrozumiesz „zostawienia w spokoju”. „Jestem narzędziem. Wszystko zależy od użytkownika”. Zamyślił się. jeżeli Mirra to narzędzie — może da się ją wykorzystać, by ograniczyć jej dostęp. — A jeżeli chciałbym zmienić prawdopodobieństwo, iż pojawisz się u kogoś innego? Że Mirra zainstaluje się gdzieś poza mną? Ekran zadrżał. „Wymaga to znacznych zasobów. Koszt będzie wysoki”. — Wyższy niż bycie bezpiecznikiem dla całej Warszawy? „Chodzi o całą sieć”. Wyobraził sobie: tysiące, miliony komórek jarzących się czerwienią. Ludzi, żonglujących losami. Katastrofy, cudy, przypadki… wszystko w jeden chaos. A pośrodku — ktoś z taką nićą jak on, tylko jeszcze grubszą. — Chcesz się rozprzestrzenić jak wirus. Tylko uczciwszy — oferujesz moc, od razu wiążesz ze sobą. „Jestem interfejsem do czegoś, co już istnieje. jeżeli nie ja — będzie inna forma. Sieć szuka zawsze przewodników”. — Ale dziś jesteś u mnie. Może spróbuję cię ograniczyć. Otwarł Mirrę. Nowa aktualizacja czekała. Przewinął na dół — pojawiła się nowa opcja: „Zaawansowane działania (wymagany poziom 2)”. — Jak uzyskać poziom drugi? „Korzystaj z obecnych funkcji. Zwiększ sprzężenie. Przekrocz próg”. — Czyli zrobić jeszcze kilka zmian, żeby potem ograniczyć ciebie? Zamknięte koło. „Każda zmiana wymaga energii. Energia to sprzężenie”. Andrzej długo milczał. W końcu wzruszył ramionami. — Dobrze. Nie zainstaluję nowej aktualizacji. Nie będę szastał prognozą. Ale nigdzie cię nie puszczę. jeżeli jesteś narzędziem — zostaniesz ze mną. „Bez aktualizacji funkcjonalność będzie ograniczona. Zagrożenia wzrosną”. — Będziemy reagować na bieżąco. Nie jako bóg, nie jako wirus, lecz… administrator. Sysadmin rzeczywistości, na miarę bloku. Słowo zabrzmiało dziwnie, ale miało sens. Nie stwórca, nie ofiara. Ten, kto dba, by system się nie rozpadł. Telefon chwilę myślał. Potem: „Tryb ograniczonej aktualizacji włączony. Autoinstalacja wyłączona. Za skutki odpowiada użytkownik”. — Odpowiedzialność zawsze była na mnie — szepnął Andrzej. Odłożył telefon. Ten już nie był zwykłym gadżetem. Stał się bramą — do sieci, cudzych życiorysów, własnego sumienia. Za oknem rozbłysły latarnie. Marcowa noc przykryła miasto, kryjąc nieskończone prawdopodobieństwa: ktoś spóźni się na pociąg, ktoś pozna przyjaciela, ktoś się poślizgnie i nie stanie mu się nic… albo wszystko. Komórka milczała. Aktualizacja 1.1.0 czekała cierpliwie w kolejce. Andrzej usiadł do komputera. Na ekranie nowa notatka. W tytule napisał: „Mirra: protokół użytkownika”. jeżeli już został wybrany — zostawi po sobie instrukcje. Ostrzeżenie dla tych, którzy przyjdą po nim — jeżeli tacy będą. Zaczął pisać: o Przesunięciu prawdopodobieństwa, Wglądzie, Cofaniu i cenie za każde. O czerwonych niciach i czarnych sznurach. O tym, jak łatwo chcieć uniknąć jednego pytania na wykładzie — i jak trudno potem pogodzić się z tym, iż świat zawsze upomina się o swoje. Gdzieś w systemie cicho tykał licznik. Aktualizacje czekały na premierę — każda nowa funkcja z własną ceną. Ale póki co — żadna nie miała prawa się uruchomić bez jego decyzji. Świat przez cały czas się kręcił. Prawdopodobieństwa wplatały nowe ścieżki. A w małym pokoju zwykłego bloku po raz pierwszy ktoś próbował napisać dla magii coś, czego nigdy nie miała: regulamin użytkownika. I gdzieś tam, na serwerach, których nie ma nigdzie na świecie, Mirra cicho zapisała nową wersję konfiguracji: użytkownik wybrał nie moc, ale odpowiedzialność. To było rzadkie, niemal niemożliwe zdarzenie. Ale, jak pokazała praktyka, czasem choćby niskie prawdopodobieństwo ma szansę się spełnić.
Zwiastun „Diuny 3” jest gotowy! Kiedy go zobaczymy? Główny aktor przerwał milczenie!
Samolot LOT-u zawrócił w trakcie rejsu. Decyzja zapadła w powietrzu
Mam 42 lata i jestem mężem kobiety, która była moją najlepszą przyjaciółką od czasów podstawówki – poznaliśmy się, gdy mieliśmy 14 lat i przez ponad dwadzieścia lat byliśmy tylko przyjaciółmi: żadnych iskier, żadnej chemii, tylko wspólna ławka, dzielenie się tajemnicami i wsparcie, choćby kiedy każde z nas miało innych partnerów, własne związki i śluby, trudne rozwody oraz wzloty i upadki, aż w końcu – po latach przyjaźni, cichych spojrzeń i niedopowiedzianych słów – zrozumieliśmy, iż to właśnie siebie nawzajem kochamy, a dziś jesteśmy małżeństwem opartym na głębokim zaufaniu, akceptacji i prawdziwej bliskości, której nie dało się zbudować od razu.
Brooklyn Beckham i Nicola Peltz chcą adoptować dziecko. Tak zareagowała Victoria Beckham
Szaleńczo go kochała. Zdradził ją z tłumaczką na Murze Chińskim
Była żona… To wydarzyło się dwa lata temu. Kończyła się moja delegacja i miałem wracać do domu, do Piotrkowa Trybunalskiego. Po kupieniu biletu postanowiłem pospacerować po mieście, bo miałem jeszcze trzy godziny wolnego. Na ulicy podeszła do mnie kobieta, którą od razu rozpoznałem. To była moja pierwsza żona, z którą rozwiodłem się 12 lat temu. Zosia prawie się nie zmieniła, tylko twarz miała jakby bardziej bladą. Widać, iż ta spotkanie poruszyło ją tak samo jak mnie. Kochałem ją kiedyś bardzo, chorobliwie wręcz, przez co się rozstaliśmy. Byłem o nią chorobliwie zazdrosny o wszystkich, choćby o jej własną mamę. Wystarczyło, iż trochę się spóźniła, a już waliło mi serce i wydawało się, iż umieram. W końcu Zosia odeszła, nie wytrzymawszy moich codziennych pytań: gdzie była, z kim i dlaczego. Pewnego dnia przyszedłem z pracy z malutkim szczeniaczkiem, chcąc ją rozbawić, ale nikogo nie zastałem, a na stole leżała kartka. W liście napisała, iż odchodzi, choć bardzo mnie kocha, ale moja zazdrość zniszczyła nasze szczęście. Prosiła o wybaczenie i błagała, by jej nie szukać… I oto po 12 latach nagle spotkałem ją w obcym mieście podczas spraw służbowych. Rozmawialiśmy długo, aż zorientowałem się, iż mogę spóźnić się na autobus dalekobieżny. W końcu powiedziałem: — Przepraszam, ale muszę już iść, spieszę się na mój autobus. A wtedy Zosia odparła: — Sławek, zrób mi, proszę, przysługę. Wiem, iż się śpieszysz, ale dla wspomnień o tym, co było między nami, nie odmawiaj. Proszę, chodź ze mną do pewnego urzędu, to dla mnie bardzo ważne, a sama nie mogę tam wejść. Oczywiście się zgodziłem, dodając: „Ale tylko na chwilę!” Weszliśmy do dużego budynku i długo przechodziliśmy z jednego skrzydła do drugiego, schodami w górę i w dół. Wydawało się, iż minęło najwyżej 15 minut. Mijali nas ludzie w każdym wieku – dzieci, dorośli, staruszkowie. Nie zastanawiałem się wtedy, co mogą robić dzieci i starcy w takim urzędzie. Myślałem tylko o Zosi. W pewnym momencie weszła przez jedne drzwi, już od środka spojrzała na mnie i powiedziała: — Jak to dziwne — nie mogłam być z tobą, ale i bez ciebie nie dawałam rady. Stałem pod drzwiami, czekając, aż wróci. Chciałem ją zapytać, co miała na myśli, ale nie wracała. Wtedy dotarło do mnie, iż koniecznie muszę już jechać, iż spóźniam się na autobus! Rozejrzałem się wokół i ogarnął mnie strach. Budynek, w którym byłem, okazał się opuszczony. W oknach ziały dziury. Schodów nigdzie nie było, leżały tylko deski, którymi z trudem zszedłem na dół. Na autobus spóźniłem się godzinę, musiałem kupić nowy bilet na późniejszy kurs. Kupując bilet, usłyszałem, iż autobus, na który się nie załapałem, wypadł z drogi i wpadł do Wisły. Żaden z pasażerów nie ocalał. Dwa tygodnie później znalazłem adres matki Zosi przez biuro meldunkowe. Pani Antonina powiedziała mi, iż Zosia zmarła 11 lat temu, rok po rozwodzie. Nie chciałem jej wierzyć, myśląc, iż nie chce zdradzić adresu córki przez moje dawne zachowanie. Gdy poprosiłem o pokazanie grobu byłej żony, ku mojemu zaskoczeniu, zgodziła się. Po kilku godzinach stałem nad nagrobkiem, z którego uśmiechała się kobieta, którą kochałem całe życie i która w niewytłumaczalny sposób uratowała mi życie…
Sąd zdecydował ws. Wiśniewskiego. Najpierw kryzys w małżeństwie, a teraz to
Piotr wtedy powiedział to spokojnie, prawie z troską:
Mam 46 lat i z zewnątrz mój dom wygląda na wzorowy: wyszłam za mąż młodo – w wieku 24 lat – za pracowitego, odpowiedzialnego mężczyznę, urodziłam dwoje dzieci jedno po drugim, przerwałam studia „na później”, przez lata bez dramatu dbałam o rodzinę, codziennie gotowałam, sprzątałam, załatwiałam wszystko, nikogo nie zawiodłam – aż któregoś dnia usiadłam w salonie i uświadomiłam sobie, iż całe życie byłam opiekunką, nie pytając siebie, czy tego właśnie chciałam, i nie wiem, jak zacząć być główną bohaterką we własnej historii
Rozwód po kanadyjsku. Stellantis oddaje fabrykę, LG bierze wszystko. Co to mówi o kondycji rynku EV?
„Podgrzali związek” — Słuchaj, Lena… A może spróbujemy otwartego małżeństwa? — zaproponował ostrożnie Wiktor. — Że co? — nie od razu pojęła Elżbieta. — Mówisz poważnie? — A co w tym dziwnego? To dziś normalne, — wzruszył ramionami mąż, starając się zachować spokój. — W Europie tak ludzie żyją, to bardzo popularne. Uważają, iż to choćby ożywia małżeństwo. Przecież sama mówiłaś, iż trochę słodkiego na diecie nie zaszkodzi, pomaga nie wpaść w skrajną pokusę. No więc tu też chodzi o urozmaicenie… Elżbieta zamrugała, próbując zrozumieć, co usłyszała. Porównać kochankę do czekoladki — to było szczytem głupoty. Albo bezczelności. — Witek… — zaczęła. — jeżeli chcesz odejść, po prostu powiedz to wprost. Dam ci wolność, tylko mnie w to bagno nie mieszaj. — Ela, no co od razu tak ostro? Przecież cię kocham. Po prostu… już nie iskrzy, ognia by się przydało. Bo śpimy plecami do siebie, rozmawiamy tylko o zakupach i rachunkach za prąd. Nudno jakoś, przydałby się wstrząs. Nie bronię ci — możesz też się z kimś spotkać. Co, źle? Elżbieta zmrużyła oczy. Nagle zrozumiała: mąż ją okłamuje. Te uciekające oczka, nerwowe stukanie palcami o stół… Jemu ta wolność potrzebna była już dawno — chyba choćby jeszcze wczoraj. — Witek, powiedz szczerze. Masz już kogoś, prawda? I teraz takie mi „propozycje” składasz, żeby mieć czyste sumienie? — O matko, znowu się zaczyna! — Wiktor machnął ręką. — Gdyby tak było, to bym cię pytał? Już żałuję, iż poruszyłem ten temat. Ty zawsze taka zacofana… Dobra, zapomnij. … (Tu następuje dalsza treść, którą można zostawić bez zmian, bo nie pojawia się już tytuł.) … Trzy lata później… Wiktor gwałtownie znalazł nową partnerkę. Jeszcze przed rozwodem. Tyle iż ta uciekła gdzie pieprz rośnie, gdy sprzedali wspólne mieszkanie, biorąc ze sobą jego część gotówki. Z Andrzejem też się nie ułożyło. Spotykali się już tylko służbowo, bez czułych słów. Elżbieta zrozumiała, iż mężczyźni chętni na romans, na widok etykietki „partner życiowy” czy „wsparcie w kryzysie” znikają jak kamfora. Ale Elżbieta nie szukała nowego związku. Gdy zamieszkała sama, nagle miała mnóstwo czasu i energii. Kiedyś wszystko pochłaniały domowe obowiązki i spełnianie kaprysów Witka. Teraz zadbała o siebie — już nie dla kogoś, tylko dla siebie. Poranne wizyty na basenie pomogły na kręgosłup, a kurs angielskiego trenował umysł. Ścięła włosy i wymieniła całą garderobę. A najważniejsze — została babcią. Córka, Marysia, urodziła pół roku temu. Gdy trwał skandal z rozwodem, obróciła się przeciwko matce. Wiktor grał ofiarę, opowiadał, iż żona zdradziła go dla kochanka i rozbiła rodzinę. Ale czas wszystko wyjaśnił. Marysia przyjechała raz „na rozmowę”, popatrzeć matce w oczy. Zobaczyła nie „rozrywkową babę”, ale zmęczoną, ale uczciwą kobietę. Elżbieta opowiedziała jej całą prawdę. Że to Wiktor sam zaproponował otwarte małżeństwo. Że już od dawna przestali być razem szczęśliwi. Marysia, jako żona, w końcu to zrozumiała. A gdy ojciec gwałtownie znalazł nową partnerkę, całkowicie stanęła po stronie matki. Teraz Elżbieta siedzi w kuchni u Marysi, trzymając na rękach wnusię. Mała Sonia z zapałem łapie babcię za palec. — Tata znowu dzwonił — mówi Marysia z niesmakiem. — Chciał zobaczyć się z Sonią. — I co mu powiedziałaś? — Że nas nie będzie, mamo. Nie chcę, by przyszedł. On raz mówi na ciebie paskudne rzeczy, raz prosi, by cię do niego przekonać. Zawsze mam wtedy nerwy. No i nie chcę, żeby nastawiał Sonię przeciwko tobie. Niech sobie żyje dalej ze swoją „wolnością”… Elżbieta milczy, tylko mocniej przytula wnuczkę. Wiktor dostał to, czego chciał: pełną wolność. Nikt już nie wymaga uwagi, nikt nie przeszkadza oglądać telewizji. Tyle iż ta wolność ma gorzki smak samotności. Ale teraz już za późno. **Podkręcona małżeńska wolność, czyli jak polska żona odpowiedziała na „otwarty związek” według europejskich wzorców**
Rozwody po 50. Marta odkryła, iż Radek ją zdradza ze swoją stażystką
Jak podgrzewaliśmy nasze małżeństwo: kiedy mąż zaproponował „wolny związek”, a ja zamiast sceny… poszłam na randkę z kolegą z pracy – historia Ewy, dwadzieścia pięć lat po ślubie
Niewyczekiwane dziecko – Jak chcecie nazwać swoją córeczkę? – Starszy pan doktor z zawodowym uśmiechem spojrzał na swoją młodziutką pacjentkę. – Jeszcze nie wybrałyśmy imienia – wtrąciła się Natalia, siedząca na krześle przy łóżku. – To poważna decyzja, Daria musi się dobrze zastanowić. – Wcale nie chcę. – Ku zaskoczeniu wszystkich odezwała się sama młoda mama. – W ogóle nie mam zamiaru jej zabierać. Złożę zrzeczenie. – Co ty wyprawiasz? – Kobieta zerwała się gwałtownie i, rzucając wściekłe spojrzenie na dziewczynę, zwróciła się do lekarza. – Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, iż zabieramy córeczkę do domu. – Przyjdę później, odpoczywajcie – lekarzowi najwyraźniej nie zależało na uczestniczeniu w rodzinnej awanturze. Gdy za mężczyzną zamknęły się drzwi, matka rzuciła się na dziewczynę z wyrzutami. – Jak możesz tak mówić? Co ludzie o nas pomyślą? I tak musieliśmy się przeprowadzić do tego miasta, żeby wszystko załatwić po cichu. To dziecko musi zostać w naszej rodzinie. – A czyja to wina? – Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. – Gdybyś wtedy mnie posłuchała, nic by się nie stało. Skończyłabym liceum i poszła na studia. jeżeli to dziecko ci potrzebne, to się nim zajmij. Dziewczyna odwróciła się do ściany, jasno dając do zrozumienia, iż nie zamierza ciągnąć rozmowy. Natalia próbowała jeszcze kilka minut przemówić córce do rozsądku, ale wtedy do sali zajrzała pielęgniarka i poprosiła ją o wyjście. Pacjentka potrzebuje spokoju. Daria została w sali sama. Cicho szlochała w poduszkę i modliła się do wszystkich świętych, by to wszystko już się skończyło. Nieśmiałe pukanie do drzwi zmusiło dziewczynę do szybkie otarcia łez. Wzięła głęboki wdech i powiedziała: – Proszę wejść. Daria spodziewała się kogoś z personelu, może choćby ojca. Wchodząca kobieta była jej jednak zupełnie nieznajoma. – W czym mogę pani pomóc? – Nikt by nie zgadł, jak bardzo starała się zachować maskę całkowitego spokoju. – Usłyszałam… Przypadkiem! Po prostu lekarze rozmawiali przy mojej sali – kobieta wahała się, najwyraźniej nie mogąc zebrać się na odwagę. – Tak, chcę zrzec się praw do dziecka. To panią interesuje? – Widziałam, jak twoja mama… – Ona nie jest moją mamą! – ostro przerwała Daria, tracąc całą powściągliwość. – To tylko macocha, która za dużo sobie wyobraża. Mama pracuje za granicą. – Przepraszam, nie chciałam cię urazić – kobieta zupełnie się speszyła. – Po prostu mam trójkę dzieci i nie rozumiem, jak można tak postąpić. Sama wychowałam się w domu dziecka i bardzo się martwię o twoją córeczkę. Ona przecież niczemu nie jest winna! – Takie maleństwa gwałtownie znajdują nowe rodziny, tak mi mówiono. – Wzruszyła ramionami Daria. – A ja choćby nie mogę jej wziąć na ręce, nie mówiąc już o czymś więcej. Gdyby nie Natala, nie byłoby mnie teraz tutaj. – Jesteś już dorosła, możesz decydować. Masz przecież ponad piętnaście lat, prawda? – Ależ wstyd! – naśladowała macochę Daria. – Jak pokażemy się ludziom na oczy! – Nie rozumiem… – Opowiem pani wszystko – dziewczyna krzywo się uśmiechnęła. – Może wtedy przestanie mnie pani oceniać. ********************************************** Ostatni rok liceum był dla Darii wyjątkowo nieudany. Ukochany Paweł został powołany do wojska, a do klasy dołączył nowy chłopak — typowy bananowy dzieciak z Warszawy „zesłany” tu przez ojca za złe zachowanie, mający na swoim koncie całą listę dziewczyn. Maćkowi nie chodziło o związki, a jedynie o kolejne podboje. Za to właśnie został wygnany na prowincję, bo szkodził reputacji ojca. Maciek obdarowywał dziewczyny kosztownymi prezentami, zabierał do klubów i drogich restauracji. Dziewczyny poddawały się jego urokowi jedna po drugiej, każda wierząc, iż zostanie „księżniczką”. Daria była jednak odporna — kochała tylko Pawła i nie potrzebowała nikogo innego. W pewnym momencie wydawało się jej, iż Maciek zrozumiał i przestał próbować, skupiając uwagę na innych. Przynajmniej tak sądziła… Oj, jak bardzo się myliła! Pod koniec grudnia koleżanka Darii urządzała urodziny. Cała klasa się bawiła, a Maciek także przyszedł „uczcić” solenizantkę. Tylko iż miał zupełnie inny cel… W trakcie imprezy Daria odebrała telefon, wyszła do przedpokoju, a po powrocie zauważyła, iż Maciek siedzi tuż przy jej miejscu. Najpierw nie zwróciła na to uwagi, potem jednak zrobiło jej się bardzo niedobrze… Rano z trudem otworzyła oczy. Obok leżał Maciek, szeroko uśmiechnięty. – No widzisz, a mówiłaś, iż nigdy się nie zgodzisz – stwierdził, jakby nic się nie stało. – To taki mały prezent. choćby mnie zaskoczyłaś, twój Pawełek to frajer. Powrót do domu kosztował Darię wiele wysiłku. Słaniała się na nogach, zakręciło jej się w głowie. Przechodnie patrzyli ze wstrętem. Nie wyjęła choćby kluczy, tylko zadzwoniła. Wiedziała, iż macocha jest w domu. – Gdzie się szlajasz? – Natalia się wściekła na jej widok. – Nie wróciłaś na noc, nie odbierasz telefonu. choćby nie będę mówić, w jakim jesteś stanie! Gdyby ojciec cię taką zobaczył… – Dzwoń po lekarza i policję – przerwała jej Daria. – Chcę złożyć zawiadomienie. Niech go zamkną. Natalia spoważniała. Zmroziły ją słowa dziewczyny i jej wygląd. – Kto? – Maciek, kto inny – choćby mówić było jej trudno. – Nikt poza nim nie byłby na tyle bezczelny. Dzwoń, albo ja zadzwonię. – Poczekaj… – Natalia zwietrzyła okazję. – I tak go wybronią. Lepiej zrobimy inaczej. Skontaktuję się z jego ojcem, niech sypnie groszem. – Żartujesz?! – Daria nie wierzyła własnym uszom. – Jaka „rekompensata”? Idę na policję! – Nigdzie nie pójdziesz! – kobieta chwyciła ją za rękę i zaciągnęła do pokoju. – I tak cię uznają za winną, cały blok będzie cię obgadywać. Ja wszystko załatwię. Daria nie miała telefonu, zapodziała go albo zostawiła u koleżanki. Nie mogła też wyjść z domu — Natalia zamknęła drzwi. Bolała ją głowa, a łóżko kusząco wabiło… Po kilku dniach Daria pojechała do babci, dość daleko, bo aż sto kilometrów od miasteczka. Nie chciała martwić staruszki, więc tuliła się do niej jak dawniej i udawała, iż wszystko jest w porządku. Po miesiącu przyszła straszna wiadomość. Tamta noc miała konsekwencje… Będzie dziecko. Natalia była wniebowzięta. Dziecko miało zagwarantować rodzinie dostatnie życie! Dziadek zapłacił bardzo hojnie, żeby wszystko ucichło. Byle tylko do piątego miesiąca nie mówić nikomu. Darii nikt nie pytał o zdanie. Gdy tylko napomknęła o aborcji, Natalia wywołała awanturę i zaczęła stale kontrolować dziewczynę, nie spuszczając jej z oka ani na moment. Przyszły dziadek wcale nie był szczęśliwy, ale dał pieniądze. Obiecał solidne wsparcie na przyszłość. ********************************************** – Teraz pani rozumie? To dziecko jest dla mnie tylko źródłem cierpienia. Paweł mnie zostawił, nie uwierzył w moje tłumaczenia. Koleżanki się odwróciły, musiałam się przeprowadzić. choćby liceum nie skończyłam! – Przepraszam, nie znałam prawdy. – Kobiecie zrobiło się głupio. – Ale córeczka naprawdę niczemu nie jest winna… – Daria, czas na poważną rozmowę! – do sali weszła Natalia, ciągnąc za sobą męża. – Proszę opuścić pokój, to sprawa rodzinna! Nieznajoma spojrzała Darii ze współczuciem i wyszła, zamykając za sobą drzwi. – Nie pozwolę ci zrujnować mojego planu. Zostawisz dziecko w szpitalu — nie wracaj do domu. Dokąd pójdziesz? Babcia nie żyje, mieszkanie przepisane na wujka. Będziesz żebrać? – Nie, pojedzie ze mną – z korytarza rozległ się głos eleganckiej kobiety. Oczy Darii rozbłysły. – Mamo! Przyjechałaś! – Oczywiście, iż przyjechałam. Nie mogłabym cię zostawić w takiej sytuacji! – Albina mocno przytuliła córkę. – Gdybyś mi wcześniej powiedziała, zabrałabym cię dawno do siebie. Myślałam, iż łatwiej ci będzie skończyć szkołę tutaj. – Myślałam, iż mnie nie chcesz – zaszlochała Daria. Bo mimo wszystko ciągle była dzieckiem. – Ktoś skutecznie mnie zniechęcał. Prezenty wracały nierozpakowane, nie mogłam się dodzwonić. Uznałam, iż nie chcesz ze mną kontaktu. Dobrze, już koniec, zapomnisz o wszystkim… ******************************************************** Daria wyjechała. Dziecko zabrała Natalia, licząc na wygodne życie. Ale gdy wpływowy dziadek się dowiedział, przyjechał i przejął wnuczkę, zmuszając Maćka do uznania dziecka mimo jego sprzeciwu. Daria jest teraz szczęśliwa. Przy najbliższej osobie, która jej nie skrzywdzi i zawsze pomoże…
Niechciane dziecko – Jak chcecie nazwać swoją córeczkę? – Starszy lekarz z profesjonalnym uśmiechem spojrzał na swoją młodziutką pacjentkę. – Jeszcze nie wymyśliliśmy imienia – wtrąciła się Natalia, siedząca na krześle obok łóżka. – To poważna sprawa, Daria musi się dobrze zastanowić. – Nie chcę żadnego imienia – niespodziewanie dla wszystkich powiedziała młoda mama. – W ogóle nie zamierzam jej zabierać. Złożę zrzeczenie. – Co ty wygadujesz?! – Kobieta zerwała się i posłała dziewczynie gniewne spojrzenie, po czym zwróciła się do lekarza: – Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, iż zabierzemy malutką. – Wrócę później, proszę odpoczywać – lekarzowi najwyraźniej nie zależało na uczestniczeniu w rodzinnej kłótni. Ledwo drzwi się zamknęły za mężczyzną, Natalia rzuciła się na córkę z wyrzutami. – Jak możesz mówić takie rzeczy?! Co ludzie o nas pomyślą? I tak musieliśmy przenieść się do Warszawy, żeby wszystko załatwić po cichu. To dziecko powinno zostać w naszej rodzinie. – A kto jest temu winien? – Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. – Gdybyś mnie wtedy posłuchała, nic by się nie wydarzyło. Skończyłabym spokojnie liceum i może poszłabym na studia. Więc jeżeli tobie zależy na tym dziecku, to sama je zabierz. Dziewczyna odwróciła się do ściany, dając do zrozumienia, iż rozmowa skończona. Natalia próbowała jeszcze kilka minut przemówić do córki, ale wtedy weszła pielęgniarka i poprosiła ją, żeby opuściła salę. Pacjentka potrzebuje spokoju. Daria została sama. Cicho łkała w poduszkę, błagając w myślach wszystkich świętych, żeby to jak najszybciej się skończyło. Nieśmiałe pukanie do drzwi sprawiło, iż wytarła łzy. Głęboko westchnęła i powiedziała: – Proszę wejść. Spodziewała się kogoś z personelu, ewentualnie ojca. Tymczasem weszła zupełnie obca kobieta. – Mogę w czymś pomóc? – Kto by pomyślał, jak trudno jej było udawać spokój? – Usłyszałam… przez przypadek, lekarze rozmawiali obok mojej sali – kobieta nieśmiało zaczęła temat, nie wiedząc, jak zadać adekwatne pytanie. – Tak, chcę zrzec się praw do dziecka. To prawda. To panią interesuje? – Słyszałam też, co mówiła twoja mama… – Ona nie jest moją mamą! – wybuchła Daria, tracąc resztki opanowania. – To tylko macocha, która zbyt wiele sobie wyobraża. Moja mama pracuje za granicą. – Przepraszam, nie chciałam cię urazić – speszyła się nieznajoma. – Mam troje dzieci i nie mogę zrozumieć, dlaczego postępujesz w ten sposób. Sama spędziłam dzieciństwo w domu dziecka i bardzo się boję o twoją córeczkę. Ona przecież niczemu nie zawiniła! – Takie maluchy gwałtownie idą do adopcji, zapewniano mnie o tym – wzruszyła ramionami Daria. – A ja nie jestem w stanie choćby jej wziąć na ręce, o czymkolwiek więcej nie wspominając. Gdyby wtedy Natalia się nie wtrąciła, nie byłoby mnie tu dziś. – Przecież jesteś już dorosła, mogłaś sama decydować. Masz przecież ponad szesnaście lat, prawda? – To dla nas taki wstyd! – sparodiowała macochę Daria. – Jak będziemy ludziom w oczy patrzeć?! – Nie rozumiem… – Opowiem pani – uśmiechnęła się gorzko dziewczyna. – Może wtedy przestanie mnie pani oceniać. *********************************************************** Ostatni rok liceum był dla Darii prawdziwą porażką. Najpierw Paweł, jej ukochany chłopak, poszedł do wojska, a potem do klasy dołączył nowy. Typowy warszawski bananowy dzieciak, za karę odesłany przez ojca w „polską prowincję”, zaczął podrywać wszystkie dziewczyny. Nie zależało mu na uczuciach – chodziło tylko o odhaczanie kolejnych na liście. Zresztą przez to ojciec wysłał go z Warszawy – psuł rodzinie opinię swoimi wybrykami. Makary wręczał kosztowne prezenty, zabierał dziewczyny do modnych klubów i restauracji. Jedna po drugiej poddawały się jego urokowi, każda marząc, iż zostanie „księżniczką”. Jedynie Daria się nie złamała – była zakochana w Pawle i nie potrzebowała nikogo innego. Wydawało się nawet, iż Makary to zrozumiał i odpuścił… Jak bardzo się pomyliła! Pod koniec grudnia koleżanka Darii świętowała urodziny. Była cała klasa, zjawił się i Makary. Tyle iż nie przyszedł tam, by świętować z nimi. W trakcie imprezy zadzwonił telefon Darii – wyszła do korytarza odebrać, a kiedy wróciła, obok jej miejsca siedział Makary. Z początku nie zwróciła na to uwagi, ale potem zrobiło jej się bardzo źle… Rano z trudem otworzyła oczy. Makary leżał obok i z satysfakcją się uśmiechał. – No widzisz, a tak się opierałaś – powiedział, jakby nic się nie stało. – To taka rekompensata. Szczerze – byłem zdziwiony. Twój Paweł to niezły frajer. Powrót do domu kosztował Darię wiele wysiłku – słaniała się na nogach, kręciło jej się w głowie. Przechodnie patrzyli z niesmakiem. Nie wyjmowała kluczy – zadzwoniła. Wiedziała, iż macocha jest w domu. – Gdzie się szlajałaś?! – Natalia z miejsca wpadła w gniew. – Całą noc cię nie było, nie odbierasz telefonu, o twoim stanie choćby nie wspomnę! Gdyby ojciec cię taką zobaczył… – Dzwoń po lekarza i policję – przerwała jej Daria. – Zgłoszę na policję. Niech go zamkną. Natalia od razu coś podejrzewała, skojarzyła fakty. – Kto? – Makary, kto inny – choćby odpowiadać Darii było ciężko. – Nikt inny by się nie odważył. Dzwoń, albo ja zadzwonię. – Poczekaj – zaczęła kombinować kobieta, jak na niej przystało. – I tak go wybronią. Zrobimy to inaczej. Skontaktuję się z jego ojcem, niech zapłaci odszkodowanie. – Oszalałaś?! – Daria nie dowierzała. – Jakie odszkodowanie? Sama pójdę na policję! – Nigdzie nie pójdziesz! – złapała córkę za rękę i zaprowadziła do pokoju. Nie miała siły się bronić. – I tak będziesz winna, cała wieś się dowie i będziesz pośmiewiskiem. Ja wszystko załatwię. Telefon zginął gdzieś po drodze do domu lub został u przyjaciółki. Wyjść z domu się nie dało – Natalia zamknęła drzwi i pilnowała dziewczyny. Daria była coraz słabsza, łóżko przyciągało… Po kilku dniach wysłali ją do babci, do Piotrkowa, sto kilometrów od rodzinnej miejscowości. Starsza osoba nie powinna o niczym się dowiedzieć, więc Daria udawała, iż wszystko w porządku. Po miesiącu przyszła straszna wiadomość – tamtej nocy… będzie dziecko. Natalia była zachwycona – dziecko zapewni im wszystkim dostatnie życie! Dziadek z Warszawy zapłaci, żeby chronić syna. Byle tylko nikomu nie mówić, przynajmniej do piątego miesiąca. Darii nikt o zdanie nie pytał. Gdy tylko wspomniała, iż chce pozbyć się dziecka, Natalia zrobiła awanturę i pilnowała jej na każdym kroku. Dziadek nie był zadowolony, ale dał pieniądze i obiecał, iż jeszcze więcej zapłaci. ************************************************ – Teraz pani rozumie? Ile wycierpiałam przez to dziecko. Paweł mnie zostawił, nie uwierzył mi. Przyjaciółki się odwróciły, musiałam się przeprowadzić. choćby liceum nie skończyłam! – Przepraszam, oceniłam cię nie znając wszystkiego – kobieta była wyraźnie poruszona. – Ale dziecko i tak nie jest niczemu winne. – Daria, musimy poważnie porozmawiać! – do sali pewnym krokiem weszła Natalia, ciągnąc za sobą męża. – Proszę opuścić salę – to sprawa rodzinna! Nieznajoma spojrzała na Darię ze współczuciem i wyszła, zamykając za sobą drzwi. – Nie pozwolę ci zepsuć mojego idealnego planu. Jak zostawisz dziecko tutaj, nie masz po co wracać do domu. Gdzie pójdziesz? Babcia nie żyje, jej mieszkanie przejął twój wujek. Będziesz żebrać? – Nie, pojedzie ze mną – do sali weszła elegancka kobieta. Oczy Darii rozbłysły radością. – Mamo! Przyjechałaś! – Oczywiście, iż przyjechałam. Nie mogłabym zostawić cię w potrzebie – Albina mocno przytuliła córkę. – Gdybyś tylko dała mi znać wcześniej, dawno zabrałabym cię do siebie. Myślałam, iż tu łatwiej skończysz szkołę. – Myślałam, iż mnie nie chcesz – zaszlochała Daria. Tak naprawdę wciąż była dzieckiem. – Ktoś twierdził, iż nie chcesz mieć ze mną kontaktu. Prezenty wracały nierozpakowane, nie mogłam się dodzwonić. Pomyślałam, iż nie potrafisz mi wybaczyć. Nic się nie martw – oznajmiła kobieta, wycierając łzy córki. – Wyjedziemy i gwałtownie o wszystkim zapomnisz… ******************************************************** Daria wyjechała. Dziecko zabrała Natalia, marząc o luksusowym życiu. Ale… Kiedy wpływowy dziadek się dowiedział, przyjechał i zabrał wnuczkę do siebie. Makary musiał uznać ojcostwo, choć się opierał. Daria jest szczęśliwa – jest przy najbliższej osobie, która zawsze pomoże i nigdy nie zdradzi…
Mam 30 lat i kilka miesięcy temu zakończyłam ośmioletni związek. Nie było zdrad, kłótni ani dramatycznych scen. Po prostu pewnego dnia usiadłam naprzeciwko niego i zrozumiałam coś bolesnego: byłam dla niego kobietą „w trakcie”. Najgorsze, iż pewnie choćby tego nie zauważał. Przez cały ten czas byliśmy parą. Nigdy nie zamieszkaliśmy razem. Ja mieszkałam z rodzicami, on z swoimi. Mam zawód i pracuję w firmie, on prowadzi własną restaurację. Byliśmy niezależni – osobne obowiązki, grafiki i pieniądze. Nie było przeszkód, by iść dalej – poza decyzją, którą stale się odkładało. Latami proponowałam, byśmy stworzyli wspólny dom. Nigdy nie naciskałam na ślub czy wielkie plany – zawsze powtarzałam, iż formalności nie są najważniejsze, liczy się to, co mamy. Chciałam tylko, byśmy dzielili codzienność, prawdziwe życie. On zawsze znajdował wymówkę: jeszcze nie teraz, restauracja, nie czas. W końcu nasze życie zamieniło się w rutynę – spotkania w określone dni, rozmowy o ustalonych porach, wyjścia w te same miejsca. Znałam jego dom, rodzinę, problemy – i on moje. Ale wszystko kręciło się wokół wygody i bezpieczeństwa, bez ryzyka i zmian. Byliśmy stabilną, ale zatrzymaną w miejscu parą. Aż w końcu zabolała mnie jedna rzecz: ja się rozwijałam, ale związek tkwił w miejscu. Pomyślałam, iż jeżeli tak będzie dalej, dobiję czterdziestki jako „wieczna narzeczona”. Bez wspólnego domu, bez realnych planów, bez wspólnego życia – tylko spotkania i towarzyszenie sobie. Nie dlatego, iż był złym człowiekiem, po prostu nie chciał tego samego co ja. Decyzja o rozstaniu dojrzewała miesiącami. Gdy w końcu mu powiedziałam – nie było awantur. Była cisza. Nie rozumiał. Przekonywał, iż jest dobrze, niczego nam nie brakuje. Wtedy zrozumiałam – dla niego to było wystarczające. Dla mnie – już nie. Potem przyszła pustka. Bo, choć to ja odeszłam, były przyzwyczajenia: wiadomości, telefony, „wspólny czas”. Brakowało mi nie miłości, ale tej dobrze znanej rutyny. Nie spodziewałam się reakcji innych – myślałam, iż będą krytykować, mówić, iż przesadzam, iż nie odchodzi się po ośmiu latach „tak po prostu”. Tymczasem usłyszałam coś odwrotnego: iż to była najwyższa pora. Że kobieta taka jak ja nie powinna stać w miejscu. Że wystarczająco długo czekałam. I do dziś jestem w tym procesie. Nie szukam nikogo. Nie spieszę się.
Agustin Egurrola przerywa milczenie. "Nagle zawalił się cały mój świat i zostałem sam"
Lesar wyznała Zillmann uczucia. W reakcji Katarzyny powiało chłodem
To nie podlega dyskusji – Nina będzie mieszkać z nami, to nie podlega dyskusji – powiedział Zahar, odkładając łyżkę na bok. Na kolację choćby nie spojrzał, najwidoczniej szykując się na poważną rozmowę. – Mamy wolny pokój, akurat skończyliśmy remont. Za dwa tygodnie córka się do nas przeprowadza. – A czy o czymś nie zapomniałeś? – Krysia policzyła w myślach do dziesięciu, zanim zapytała. – Na przykład o tym, iż ten pokój szykowaliśmy dla NASZEGO wspólnego dziecka? Poza tym chyba zapomniałeś, iż Nina ma matkę, z którą powinna mieszkać. – Pamiętam, iż myśleliśmy o dziecku – przytaknął posępnie mąż. Miał nadzieję, iż żona zgodzi się bez słowa i nie będzie dalszych kłótni. – Ale można to odłożyć o parę lat. Ty musisz skończyć studia, nie czas na dzieci. Zresztą, Nina nie chce rodzeństwa. A co do jej matki… – Zahar uśmiechnął się krzywo – odbieram jej prawa rodzicielskie. Dla małej to niebezpieczne mieszkać z tamtą kobietą! – Małej? – Krysia uniosła brwi. – Przecież ona ma dwanaście lat? To już prawie nastolatka. Na czym polega to „niebezpieczeństwo”? Że nie pozwala jej wychodzić po 22? Albo iż każe odrabiać lekcje pod groźbą odebrania telefonu czy internetu? Twoja była żona to chyba święta, iż nie sięgnęła jeszcze po pasek! – Nic nie wiesz – syknął Zahar przez zęby. – Nina pokazywała mi siniaki, pozwalała czytać wiadomości z wyzwiskami i groźbami! Nie pozwolę, żeby zniszczyła życie mojej córki! – A właśnie to robisz, idąc jej na rękę. Krysia wstała od stołu, ledwie tknąwszy zupę. Straciła apetyt, a widok naburmuszonego męża powodował ból głowy. Przecież ją ostrzegali: „Nie spiesz się z małżeństwem! Pożyjcie trochę bez ślubu, sprawdźcie się w rodzinie…” Ale ona wiedziała lepiej! Przecież chciała być pierwsza wśród koleżanek… Z czego wynikły obawy znajomych? To drugi ślub Zahara, jest starszy od Krystyny o piętnaście lat i ma już dość dużą córkę, której jest absolutnie oddany. Trzy rzeczy, które osobno są drobiazgiem, razem tworzą niemal katastrofę. Pierwsze dwie przeszkody nie były takie straszne – Krysi podobało się, iż mąż jest starszy i doświadczony. Rozwód odbył się za porozumieniem stron, była żona nie miała do niego żalu. Za to trzecia rzecz… Nina. Niesamowicie rozpuszczona i nieposłuszna dziewczynka, wychowywana głównie przez babcię, bo rodzice cały czas pracowali na jej przyszłość. Rozwód jej nie obeszł, bo doskonale wiedziała, iż tata i tak jej nie zostawi, choćby jak ożeni się drugi raz. Ale ślub mamy… Tego już nie przełknęła. Ojczym ostro wziął się za jej wychowanie, a mama, mająca teraz więcej czasu w domu, całkowicie go wspierała. Godzina policyjna, nauka, korepetycje, bo Nina była do tyłu z większością przedmiotów… Całe to ograniczanie wolności wkurzało ją do tego stopnia, iż wymyślała niestworzone historie, by wzbudzić współczucie ojca. Nina chciała mieszkać z tatą, dobrze wiedząc, iż przez jego pracę będzie miała więcej swobody. Krysia była dla niej nikim, nie zamierzała słuchać macochy starszej od siebie o raptem dziewięć lat. I dla „wolnego życia” była gotowa na wszystko. ********************** – Nina przyjedzie dziś. Przygotuj jej pokój, i proszę, nie denerwuj jej, bo i tak sporo przeszła – Zahar postawił żonę przed faktem, dobierając krawat do nowego garnituru. – Gdybym wiedział wcześniej, iż Alicja zamęczy ją przez nowego faceta… Ale czasu nie cofniesz. – Czyli naprawdę się nie rozmyśliłeś? Naprawdę chcesz zabrać córkę do nas? – Krysia do końca miała nadzieję, iż się nie uda. – Kto będzie jej pilnował? Ty wracasz najwcześniej o ósmej! – Ty się nią zajmiesz – wzruszył ramionami. – Przecież nie ma trzech lat, jest samodzielna. – Mam za chwilę sesję, sam mówiłeś, iż muszę skupić się na nauce – uśmiechnęła się złośliwie Krysia. – Niech Nina zachowuje się cicho i nie przeszkadza w nauce. Mam nadzieję, iż umie zmywać i sprzątać, bo przez najbliższe dwa tygodnie to będzie jej obowiązek. – Nie jest sprzątaczką… – Ja też nie – przerwała. – Ale skoro będzie mieszkać z nami, musi pomagać w domu. Porozmawiaj lepiej z córką o zasadach wspólnego życia. ************************ – Tato, i pozwolisz jej mnie tak traktować? choćby nie mogę spotkać się z koleżankami, twoja żona zrzuciła na mnie wszystkie domowe obowiązki, sama ogląda telewizję z uśmiechem. Krysia, przypadkiem podsłuchując rozmowę, uśmiechnęła się ironicznie. No jasne, spróbuj ją do czegoś zmusić! Prędzej niebo z ziemią się zamienią… – Porozmawiam z Krysią, obiecuję. Ale i ty postaraj się z nią dogadać. Wiem, iż jest ci ciężko, ale nie dam rady pilnować cię non stop. Znajdź z Krystyną wspólny język, pokaż jej, jaka jesteś fajna. – Dobrze, spróbuję – z ociąganiem zgodziła się Nina, wiedząc, iż nic nie wskóra. – A to prawda, iż kupiłeś jej samochód? – No tak, a co? – Nic… A mnie powiedziałeś, iż nie masz pieniędzy na wysłanie mnie na wakacje za granicę! Tak o tym marzyłam! – Sama i tak nie pojedziesz, masz dopiero dwanaście lat, a ja pracuję. Pojedziemy razem, całą rodziną, latem. – A ja nie chcę całą rodziną! W ogóle mnie nie kochasz, tak? – zaszlochała dziewczynka. – Po co mnie od mamy zabrałeś? Twoja żona tylko mnie nie znosi, a ty wiecznie zajęty… Krysia przestała słuchać. Wiedziała, iż Nina i tak dopnie swego – nie tylko w sprawie wyjazdu. Sprytna dziewucha postanowiła wygryźć kolejną osobę z rodzinnego grona, która mogłaby „zabrać jej tatę”. I pewnie jej się to uda. Dość słuchania wymówek – Krysia postanowiła, iż po kolejnej kłótni złoży pozew o rozwód. A potem popsuje dziewczynie satysfakcję, mówiąc, iż choćby po rozwodzie Zahar będzie płacił alimenty… na własne dziecko. ********************** Rzeczywiście – wieczór zaczął się od sterty pretensji. Krysia wysłuchała oskarżeń i spokojnie oznajmiła, iż składa pozew o rozwód. – Chcę spokoju, a nie wciąż wysłuchiwać przykrych uwag na swój temat. Ostrzegałam cię, iż uleganie dziecku to zły pomysł – zauważyła triumfalny uśmiech Niny i gwałtownie sprowadziła ją na ziemię. – A ty się nie ciesz, bo nie wiesz, jak się życie potoczy. Może postawię tacie ultimatum – jeżeli będzie chciał widywać nasze dziecko – pogładziła się po brzuchu – będzie musiał odesłać cię do mamy. Albo i coś innego wymyślę. Nina zaniemówiła, Zahar nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał, a Krysia zabrała spakowaną walizkę i wyszła. W rzeczywistości nie była w ciąży – po prostu chciała, by dziewczyna się zdenerwowała. I dać nauczkę mężowi, który nie ma pojęcia o wychowaniu dzieci… To nie podlega dyskusji: historia o toksycznych zależnościach, macierzyńskich i ojcowskich błędach oraz trudnych wyborach w polskiej rodzinie
A co jeżeli to nie moja córka? Muszę zrobić test DNA Nikita z niepokojem obserwuje, jak jego żona Olesia czuwa przy nowo narodzonej córeczce, ale jedna uporczywa myśl nie daje mu spokoju – czy to naprawdę jego dziecko? W zeszłym roku Nikita wyjechał na miesięczną delegację, a kilka tygodni po powrocie żona oznajmiła mu radosną nowinę. Będą mieć dziecko. Z początku się ucieszył. Jednak pewnego dnia siostra Olesi opowiedziała mu, jak zrobiła test DNA swojemu synowi, by rozwiać wątpliwości swojego partnera. — Olesiu, zróbmy też DNA. Dla własnego spokoju — propozycja Nikity wywołuje lawinę — żona wpada w szał, sąsiedzi stają się świadkami awantury. — Przecież to normalne! — upiera się Nikita, który coraz bardziej podejrzewa zdradę przez gwałtowną reakcję żony. — Po prostu chcę być pewny. — Jak mogłeś na coś takiego wpaść? — krzyczała Olesia, rzucając w męża kolejną poduszką. — Dałam ci choć jeden powód? — Miesiąc mnie nie było w domu — wycedził Nikita. — Skąd mam wiedzieć, co się tu działo? Zróbmy test, poznam wynik i zamknę temat. Kiedy idziemy? Adres kliniki możemy wziąć od twojej siostry. — W następnym życiu — warknęła Olesia, trzaskając drzwiami od dziecięcego pokoju. **************************************************** — Przecież nie żądam cudów — żalił się później Nikita swojej mamie. — Twoja żona nie ma czystego sumienia — skwitowała pani Anna, nalewając kawę. — Dziecko zrobiła, teraz boi się, iż wyjdzie na jaw. Zresztą… — zawahała się, — kiedy byłeś w delegacji, wydarzyło się coś dziwnego… — Jak to? — Nikita słuchał z napięciem. — Nie chcę mieszać się w wasze sprawy — zaczęła. — Przyszłam pogadać o jubileuszu ojca. Olesia długo nie otwierała, choć widziałam, iż jest w domu. Była rozczochrana, a w przedpokoju leżały czyjeś męskie buty. — I co powiedziała? — zdenerwował się Nikita. — Że rura pękła — przewróciła oczami pani Anna. — Mogła coś lepszego wymyślić. — Czemu mi nie powiedziałaś? — Nie weszłam choćby do mieszkania, poza tym nie miałam pewności. Nie chciałam was skłócić. — Źle! — niemal wywracając filiżankę, fuknął Nikita. — Co mam teraz zrobić? — Wymuś test — doradziła matka. — Albo sam go zrób. Masz prawo jako ojciec. **************************************************** — Możesz być spokojna — rzucił Nikita, kiedy otrzymał wyniki testu DNA. — Arinka jest moją córką. Jak obiecałem, nie wracam do tej sprawy. — Nie rozumiem… — odezwała się Olesia, zerkając z niepokojem na kopertę. — Zrobiłeś test bez mojej zgody? — No tak, poszedłem z córką na spacer, zajęło chwilę. Córka moja, nie ma problemu. — Problem jest — wyszeptała Olesia. — Szkoda, iż tego nie rozumiesz. Następnego dnia Nikita jak zwykle wyszedł do pracy. Jednak wieczorem mieszkanie było puste, nie było ani żony, ani córki, zniknęły też ich rzeczy. Na stole leżała kartka: „Swoją nieufnością zniszczyłeś wszystko między nami. Nie chcę żyć z kimś, kto mi nie ufa. Składam pozew o rozwód. Nie chcę od ciebie nic, ani mieszkania, ani alimentów. Po prostu zniknij z naszego życia.” Nikitę ogarnęła wściekłość. Jak ona mogła go zostawić?! Zabrał telefon i zadzwonił do żony. Odebrał mężczyzna. Wysłuchał całej tyrady i poprosił, by Nikita więcej nie dzwonił. — Wiedziałem, zdradzała mnie! — rozpalał się Nikita. — Ledwo odeszła, a już z innym! Doskonale, niech idzie! Nie wpadł na myśl, iż Olesia mogła pojechać do rodziny i to jej brat odebrał, nie chcąc niepokoić zmęczonej siostry. Nikita był pewien swego. Rozwód przebiegł szybko, za obopólną zgodą. Mała Arina została z matką i nigdy więcej nie zobaczyła swojego biologicznego ojca…
Honorata Skarbek w szpitalu! Poruszający apel o modlitwę: "Walczymy"
To się choćby nie podlega dyskusji – Nina będzie mieszkać z nami, to się choćby nie podlega dyskusji – powiedział Zbigniew, odkładając łyżkę na bok. Mężczyzna choćby nie tknął kolacji, najwyraźniej przygotowując się do poważnej rozmowy. – Pokój jest, właśnie skończyliśmy remont. Tak więc za dwa tygodnie córka się do nas wprowadzi. – A nie zapomniałeś o czymś? – Ksenia policzyła do dziesięciu w myślach i zapytała. – Na przykład o tym, iż pokój przygotowaliśmy dla naszego wspólnego dziecka? Poza tym chyba przegapiłeś fakt, iż Nina ma matkę, z którą powinna mieszkać. – Pamiętam, iż rozważaliśmy dziecko – mrukliwie skinął głową mąż. Liczył jednak, iż żona bez sprzeciwu się zgodzi i nie będzie potrzebna dalsza rozmowa. – Ale nic nie szkodzi, możemy to przełożyć na parę lat. Zresztą, musisz jeszcze skończyć studia, to nie czas na dzieci. Poza tym Nina nie chce rodzeństwa. A co do jej matki… – Zbyszek uśmiechnął się krzywo – występuję o odebranie jej praw rodzicielskich. Dla małej po prostu nie jest tam bezpiecznie! – Małej? – Ksenia uniosła brew ze zdziwieniem. – Przecież ona ma dwanaście lat! To już całkiem dorosła dziewczyna. I na czym polega to “niebezpieczeństwo”? Na tym, iż matka zabrania jej spacerów po dziesiątej? Albo iż każe odrabiać lekcje pod groźbą odebrania telefonu? To chyba święta kobieta, skoro jeszcze nie używała paska! – Nic nie wiesz – przez zęby warknął mąż. – Nina pokazywała mi siniaki, czytałem wiadomości z wyzwiskami i groźbami! Nie pozwolę, by jej życie zostało zniszczone! – Właśnie to robisz, idąc jej na rękę. Ksenia wstała od stołu, zerkając na niemal nietkniętą zupę. Apetyt nagle zniknął, a widok niezadowolonego męża wywoływał ból głowy. Ostrzegali ją – nie spiesz się z małżeństwem! Pożyć parę lat razem bez ślubu, sprawdzić uczucia… Ale ona przecież wiedziała lepiej! Sama wiedziała, jak postąpić! No i bardzo chciała wyprzedzić koleżanki… Dlaczego znajomi byli przeciwni szybkiemu ślubowi? Proste – Zbyszek to już jego drugie małżeństwo, starszy od niej o piętnaście lat i ma całkiem dużą córkę, którą wręcz uwielbia. Trzy powody niby drobnostki, ale razem prawie katastrofa. Pierwsze dwa nie były problemem – wręcz przeciwnie, podobało jej się, iż mąż starszy i doświadczony. Wiedziała z pierwszej ręki, iż rozwód był za porozumieniem stron i była żona nie miała do niego pretensji. Tylko ta trzecia kwestia… Nina. Strasznie rozpieszczone i nieposłuszne dziecko, przez większość życia wychowywana przez babcię, bo rodzice ciężko pracowali, by zapewnić jej dobre życie. Rozwód jej nie przejął, była pewna, iż tata jej nie zostawi, choćby gdy ponownie się ożeni. Za to nowy mąż matki… Na to nie była gotowa. Ojczym wziął się za wychowanie, a mama, przez zmianę pracy spędzała w domu więcej czasu, całkowicie go popierając. Godzina powrotu do domu, lekcje, korepetycje, bo Nina miała braki w nauce… Dziewczyna, od małego przyzwyczajona do telewizora i komputera, do szału ją to doprowadzało. Tak bardzo, iż zaczęła wymyślać różne historie, denerwując tym ojca. Nina chciała mieszkać z ojcem, dobrze wiedząc, iż przez jego pracę większość czasu będzie miała dla siebie. Ksenię miała za nic, nie zamierzała słuchać macochy starszej zaledwie o dziewięć lat. Dla “swobodnego życia” była gotowa na wszystko. ********************* – Nina przyjeżdża dziś. Przygotuj jej pokój i proszę, nie denerwuj jej, ona i tak przeszła już wiele – Zbyszek postawił żonę przed faktem dokonanym, dobierając krawat do nowego garnituru. – Gdybym tylko wcześniej wiedział, iż Ala przez nowego faceta zacznie gnębić córkę… Ale nic, co tu dużo mówić, czasu nie cofniesz. – Naprawdę się nie rozmyśliłeś? Chcesz ją u nas? – Ksenia miała nadzieję, iż się nie uda. – A kto będzie jej pilnował? W domu jesteś najwcześniej o ósmej wieczorem. – Ty popilnujesz – wzruszył ramionami. – Przecież nie ma trzech lat, jest samodzielna. – Mam zaraz sesję, mówiłeś sam, iż muszę się skupić na nauce – odparła Ksenia złośliwie. – Niech będzie cicho i mi nie przeszkadza. Mam nadzieję, iż umie zmywać i sprzątać, bo przez najbliższe dwa tygodnie to jej główny obowiązek. – Nie jest sprzątaczką… – Ja też nie – przerwała mężowi. – Ale skoro będzie mieszkać z nami, to ma pomagać w domu. Lepiej ustal z nią zasady wspólnego życia. ************************ – Tato, pozwolisz jej się nade mną znęcać? choćby z koleżankami nie mogę wyjść, twoja żonka wszystko zwala na mnie i sama siedzi przed telewizorem z uśmiechem. Ksenia, która przypadkiem podsłuchała rozmowę, skrzywiła się kpiąco. Taaak, już ona zmusi Ninę do czegokolwiek! Prędzej świnie zaczną latać! – Porozmawiam z Ksenią, obiecuję. Ale ty też musisz spróbować się z nią dogadać. Wiem, iż ci trudno, ale fizycznie nie dam rady cię pilnować. Znajdź z Ksenią wspólny język, pokaż, jaka jesteś fajna. – Dobrze, spróbuję – Nina odparła niechętnie, wiedząc, iż teraz nic nie wskóra. – A to prawda, iż kupiłeś jej samochód? – Tak, a co? – Nic… Tylko mówiłeś, iż nie masz pieniędzy na mój wakacyjny wyjazd za granicę! Tak o tym marzyłam! – Sama i tak nie pojedziesz, masz tylko dwanaście lat, ja pracuję. Latem pojedziemy wszyscy razem, całą rodziną. – Nie chcę całą rodziną! W ogóle mnie nie kochasz, tak? – dziewczynka zaszlochała. – Po co mnie zabierałeś od mamy? Przeszkadzam twojej żonie, ty wiecznie zajęty… Ksenia nie chciała słuchać dalej. Wiedziała, iż Nina i tak postawi na swoim. Nie tylko o wyjazd chodzi. Sprytna dziewczyna pozbędzie się kolejnej konkurentki do pieniędzy taty. I pewnie jej się uda. Ksenia miała dość wyrzutów męża. Postanowiła – jeszcze jedna kłótnia i będzie rozwód. Na koniec trochę popsuje Ninie euforia z sukcesu, ogłaszając, iż po rozwodzie Zbyszek i tak będzie musiał płacić alimenty. ********************** Ksenia miała rację – wieczór zaczął się od litanii żalów. Ze spokojem oznajmiła, iż składa papiery rozwodowe. – Chcę żyć spokojnie, a nie słuchać całej tej brudnej nagonki na mnie. Mówiłam, iż uleganie córce to fatalny pomysł – widząc triumfujący uśmiech Niny, Ksenia gwałtownie sprowadziła ją na ziemię. – A ty zbytnio się nie ciesz, bo nie wiadomo, jak długo to potrwa. Na przykład mogłabym postawić twojemu tacie warunek: jeżeli chce widywać się z naszym dzieckiem – pogładziła się po brzuchu – musi cię oddać matce. Albo coś w tym stylu. Nina szukała słów, by wyrazić oburzenie, a Zbyszek próbował pojąć sytuację, gdy Ksenia chwyciła walizkę i wyszła z mieszkania. Tak naprawdę nie była w ciąży – chciała tylko wzbudzić niepokój u złośliwej dziewczynki i dać nauczkę mężowi, który nie zna się na psychologii dziecięcej…