Kryzysy i rozstania

Witold siedział wygodnie przy biurku z laptopem i kubkiem kawy, kończąc zaległe sprawy, gdy nagle przerwał mu nieznany numer telefonu. – Halo, słucham? – Pan Witold Dymitrowicz? Dzwonię z oddziału noworodków. Zna pan Annę Michałównę Izotow? – odezwał się starszy mężczyzna. – Nie znam żadnej Anny Michałówny. O co chodzi? – zdziwił się Witold. – Anna zmarła wczoraj przy porodzie. Skontaktowaliśmy się z jej matką. Powiedziała, iż jest pan ojcem dziecka, – głos umilkł, czekając na odpowiedź. – Jakiego dziecka? Jakim ojcem? Nic nie rozumiem! – Witold zaczynał się denerwować. – Anna urodziła dziewczynkę. Wczoraj. A pan jest ojcem tej dziewczynki. jeżeli pan to Witold Dymitrowicz Larianow. Proszę jutro zgłosić się do szpitala na Inflanckiej. Trzeba podjąć decyzję…
Mam 30 lat i kilka miesięcy temu zakończyłam ośmioletni związek. Nie było zdrad, kłótni ani dramatycznych scen. Po prostu pewnego dnia usiadłam naprzeciw niego i boleśnie dotarło do mnie: byłam kobietą „w trakcie”, niewybraną, na zawsze narzeczoną. Co najgorsze, on chyba choćby tego nie zauważał. Przez te wszystkie lata byliśmy jedynie parą – nigdy nie zamieszkaliśmy razem. Ja mieszkałam z rodzicami, on z własnymi. Mam stałą pracę w firmie, on własną restaurację. Byliśmy niezależni – osobne finanse, obowiązki, życie. Przez lata prosiłam, byśmy zamieszkali razem. Nigdy nie naciskałam na ślub czy wielkie plany. Zawsze powtarzałam, iż wystarczy mi stała relacja i wspólna codzienność. On jednak wiecznie odkładał decyzję – bo nie czas, bo restauracja, bo lepiej poczekać. Tak popadliśmy w rutynę: te same miejsca, te same pory spotkań, znaliśmy się na wylot – ale wszystko odbywało się w granicach wygody i bezpieczeństwa, bez odwagi, bez rozwoju. W końcu zrozumiałam ze smutkiem, iż ja się rozwijam, a nasz związek stoi w miejscu. Zaczęłam się obawiać, iż miną kolejne lata, a ja wciąż będę tą „wieczną narzeczoną” – bez wspólnego domu, bez realnych planów, poza tym, iż tylko się spotykamy i towarzyszymy sobie w życiu. On po prostu nie chciał tego, czego ja. Decyzję o rozstaniu podejmowałam długo i z rozwagą. Nie było awantury. On nie rozumiał. Powiedział: „Przecież nam dobrze, niczego nam nie brakuje”. To był dla niego wystarczający powód, dla mnie już nie. Później przyszedł ból. Tęskniłam nie za miłością, ale za nawykami, za bezpieczeństwem znajomego. Tym, co najbardziej mnie zaskoczyło, były reakcje innych: zamiast krytyki słyszałam, iż tak trzeba było zrobić, iż czekałam już dość długo, iż nie powinnam stać w miejscu. I choć przez cały czas przez to przechodzę, nie szukam na siłę nikogo nowego. Nie śpieszę się.
Głupia Ania? Tak wszyscy o niej mówili. Z mężem, Waldkiem, żyła piętnaście lat; mieli dwoje dzieci: Alicja, czternaście lat i Szymek, siedem. Waldek zdradzał ją niemal otwarcie – pierwszy raz już w drugi dzień po ślubie, z kelnerką, później nikt choćby nie śledził kolejnych romansów. Koleżanki próbowały otworzyć Ani oczy, ale ta tylko uśmiechała się łagodnie i milczała. Pracowała jako księgowa w fabryce zabawek – pensja śmieszna, pracy po łokcie, często choćby w weekendy. Mąż zarabiał świetnie, ale z Ani gospodyni ponoć żadna: ile by nie dał na dom, wiecznie brakowało na jedzenie, w lodówce przeciąg, a z gotowanego bywał co najwyżej barszcz i kotlety z makaronem. Wszyscy wokół dziwili się, widząc Waldka z kolejną kochanką; nierzadko wracał do domu „suchy jak pieprz”. – Oj, głupia ta Anka, po co się z nim męczy? W dniu dziesiątych urodzin Szymka Waldek przyszedł i oświadczył, iż odchodzi: – Zakochałem się, składam pozew o rozwód. Zimna jesteś jak ryba, choćby gospodyni z ciebie nie ma. – Dobrze, zgadzam się – odparła cicho Ania, czym osłupiła męża, który spodziewał się histerii. – To pakuj rzeczy, przeszkadzać ci nie będę, klucz zostaw pod wycieraczką. – Wrócił następnego dnia z nową wybranką, ale klucza pod wycieraczką nie znalazł. – Spoko, wymienię zamki… Tylko iż teraz klucz już nie działał. Otworzył mu potężnie zbudowany facet w szlafroku: – Czego pan tu chce? – To moja kawalerka… – próbował Waldek. – Dokumenty są? Poproszę. Tu zaskoczenie: w paszporcie Waldek znalazł stempel wymeldowania sprzed dwóch lat. Ani nie było w pracy – już od roku tu nie pracowała. Córka Alicja wyjechała na studia za granicę, syn Szymek uczył się już w innej szkole, która nie może podać adresu. Totalnie zdruzgotany, Waldek czuł się oszukany przez własną, dawniej spokojną „amebę”. Jak ona mogła sprzedać mieszkanie?! Ale przecież wszystkie pełnomocnictwa podpisał sam dwa lata temu, gdy spotkał obłędnie piękną Elizę… W sądzie okazało się, iż własnoręcznie pozbawił się wszystkiego. Eliza zaś, dowiedziawszy się o braku mieszkania, zniknęła. Myślał, iż może chociaż zmusi Anię do alimentów – ale i tu czekał go policzek: dostał pozew o zaprzeczenie ojcostwa. Oboje dzieci… nie były jego. Wszystko zaczęło się tego dnia na weselu, gdy żona zobaczyła, jak mąż zdradza ją z kelnerką. Jej zemsta była cicha, systematyczna i wytrwała: zdrada za zdradę, oszczędzanie na domowych wydatkach, pieniądze dla dzieci ukradkiem trafiały do babci, a Ania dążyła do rewanżu. Cios ostateczny – testy DNA i prawda wyszła na jaw. Strzeżcie się zranionych kobiet – w gniewie są zdolne do wszystkiego.
Mój ojciec porzucił nas, zostawiając mamę z ogromnymi długami. Od tego czasu odebrano mi prawo do szczęśliwego dzieciństwa.
Zawsze myślałem, iż mam pełną kontrolę nad swoim życiem. Stabilna praca, własny dom pod Warszawą, małżeństwo trwające ponad dekadę, sąsiedzi, których znam od lat. To, czego nikt nie wiedział — choćby ona — to fakt, iż prowadziłem podwójne życie. Od dawna spotykałem się z innymi kobietami. Usprawiedliwiałem się, wmawiałem sobie, iż to nic nie znaczy, iż skoro wracam do domu, nikt nie cierpi. Nigdy nie miałem poczucia, iż mogę zostać przyłapany. Nie czułem prawdziwej winy. Żyłem w złudnym spokoju człowieka przekonanego, iż potrafi grać tak, by nie przegrać. Moja żona była z natury cicha. Jej świat opierał się na rutynie — ustalonych porach, grzecznych dzień dobry przez płot, na pozór prosty i poukładany świat. Sąsiad z domu obok był typem człowieka, którego widujesz codziennie — pożyczasz narzędzia, razem wyrzucacie śmieci, machacie sobie na dzień dobry. Nigdy nie widziałem w nim zagrożenia. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, iż wkroczy tam, gdzie nie powinien. Wyjeżdżałem, wracałem, służbowe delegacje — wierzyłem, iż dom będzie taki sam, jak zawsze. Wszystko rozpadło się pewnego dnia, gdy na osiedlu doszło do serii włamań. Wspólnota poprosiła o sprawdzenie kamer monitoringu. Z ciekawości postanowiłem przejrzeć też nasze nagrania. Nie szukałem niczego konkretnego — po prostu chciałem sprawdzić, czy nie zauważę czegoś podejrzanego. Przewijałem nagrania do przodu, potem do tyłu. I wtedy zobaczyłem coś, czego zupełnie się nie spodziewałem. Moja żona wchodzi do garażu w godzinach, gdy mnie nie ma. Chwilę po niej pojawia się sąsiad. Nie raz. Nie dwa. Te same schematy. Daty. Godziny. Jasny wzorzec. Patrzyłem dalej. Podczas gdy myślałem, iż mam wszystko pod kontrolą, ona również prowadziła swoje równoległe życie. Różnica polegała na tym, iż ból, który wtedy poczułem, był nie do opisania. To nie był ból po stracie bliskiej osoby — tamten był głęboki i spokojny. To było coś innego. To był wstyd. Upokorzenie. Czułem, iż moja godność została zamknięta na tych nagraniach. Skonfrontowałem ją z faktami. Pokazałem daty, filmy, godziny. Nie zaprzeczyła. Powiedziała, iż wszystko zaczęło się, kiedy byłem dla niej emocjonalnie niedostępny, iż czuła się samotna, a potem sprawy potoczyły się same. Nie przeprosiła od razu. Poprosiła, żebym jej nie oceniał. I właśnie wtedy uświadomiłem sobie najokrutniejszą ironię tej sytuacji: nie mam moralnego prawa jej oceniać. Przecież ja też ją zdradzałem. Też ją okłamywałem. Ale nie sprawiło to, iż ból był mniejszy. Najgorsza wcale nie była sama zdrada. Najgorsze było odkrycie, iż podczas gdy myślałem, iż jestem jedyny, kto prowadzi podwójne życie, w naszym domu przez lata oboje żyliśmy kłamstwem — z tą samą bezczelnością. Czułem się silny, bo potrafiłem to ukrywać. A okazałem się naiwny. Zabolało moje ego. Zabolał mój wizerunek. Zabolało to, iż jestem ostatni, kto dowiedział się, co dzieje się w jego własnym domu. Nie wiem, co dalej z naszym małżeństwem. Nie piszę tego, by się usprawiedliwiać lub ją oskarżać. Po prostu wiem, iż istnieją bóle, które nie przypominają niczego, co wcześniej się przeżyło. Czy powinienem wybaczyć? Ona nie wie, iż i ja ją zdradzałem.
Mirra: Aktualizacja dostępna Telefon Andrzeja po raz pierwszy zapłonął czerwienią w trakcie wykładu na uczelni. Nie chodziło tylko o ekran — cały obudowany w rysy „cegłofon” rozbłysnął jak rozżarzony węgiel. — Stary, on zaraz wybuchnie — szepnął z ławki obok Łukasz, odsuwając się ostrożnie łokciem. — Mówiłem ci: nie instaluj pirackich softów. Wykładowczyni od ekonometrii coś rysowała na tablicy, sala szumiała półgłosem, ale czerwone światło przebijało choćby przez jeansową kurtkę. Telefon wibrował — nie jak zwykle, ale równomiernie, pulsując niczym serce. „Aktualizacja dostępna” — wyświetliło się, gdy Andrzej, nie wytrzymując, wyciągnął komórkę z kieszeni. Pod komunikatem — ikona nowej aplikacji: czarne koło z białym znakiem, przypominającym albo runę, albo stylizowaną literę „M”. Znajomo, niepokojąco — minimalistyczna grafika, modna czcionka, wszystko jak u ludzi. Ale coś budziło wewnętrzny ścisk; wydawało się, jakby to aplikacja spoglądała na niego. Nazwa: „Mirra”. Kategoria: „Narzędzia”. Rozmiar: 13,0 MB. Ocena: brak. — Zainstaluj — szepnął ktoś od prawej. Andrzej drgnął. Obok była tylko Kasia, pochylona nad notatkami. Nie podniosła głowy. — Co? — nachylił się do niej. — Czy ja coś mówię? — spojrzała zdziwiona. Głos nie miał płci, barwy, nie był szeptem ani brzmieniem. Po prostu zjawił się w głowie, jak okienko powiadomienia. „Zainstaluj”, powtórzył — i wtedy ekran zamigał, proponując „Zainstaluj”. Andrzej przełknął ślinę. To był typ, który zawsze testuje bety, grzebie w ROM-ach, eksperymentuje z ustawieniami, do których nikt nie zagląda. Ale choćby dla niego… wyglądało to dziwnie. A jednak palec sam sięgnął. Aplikacja zainstalowała się natychmiast — jakby od zawsze była w systemie i czekała na pozwolenie. Bez logowania, social media, uprawnień. Tylko czarny ekran i napis: „Witaj, Andrzeju”. — Skąd znasz moje imię? — wyrwało się głośno. Wykładowczyni spojrzała nad okularami: — o ile pan skończył rozmowę z telefonem, może wrócimy do modelu podaży i popytu? Sala zachichotała. Andrzej mruknął przeprosiny i schował komórkę pod ławkę, ale wciąż zerkał na tekst na ekranie. „Dostępna pierwsza funkcja: Przesunięcie prawdopodobieństwa (poziom 1)”. Przyciskiem była opcja: „Aktywuj”. Mały druczek: „Uwaga: korzystanie ze zmiany może wpływać na strukturę zdarzeń. Możliwe skutki uboczne”. — Jasne, już podpiszę się krwią — mruknął. Był ciekaw. Przesunięcie prawdopodobieństwa? Pewnie clickbaitowy generator szczęścia — trochę reklam, trochę kradzieży danych, w najlepszym razie spam o wygranym iPhonie. Ale czerwone światło nie gasło. Telefon pulsował ciepłem, jakby był żywy. Andrzej chwycił go w dłoń pod zeszytem i dotknął przycisku. Ekran zakołysał się jak woda. Na ułamek sekundy świat ucichł, kolory pociemniały. W uszach zabrzmiał dzwon, jak przesunięty palcem po kryształowym kieliszku. „Funkcja aktywowana. Wybierz cel”. Pole do wpisania: „Opisz pożądany efekt (krótko)”. Andrzej zamarł. Teraz to już nie była zabawa. Rozejrzał się. Wykładowczyni coś pisała, Kasia notowała, Łukasz rysował czołg w zeszycie. „Dobra, sprawdzimy”. Wpisał: „Nie będę dzisiaj pytany na zajęciach”. Palce drżały. Wcisnął „OK”. Świat zadrgał, cicho, prawie niedostrzegalnie — jakby winda, w której stoisz, zjechała o milimetr. Serce zamarło, oddech siadł. I wszystko wróciło. „Prawdopodobieństwo zmienione. Wykorzystanie funkcji: 0/1”. — No więc… — wykładowczyni spojrzała w dziennik. — Kto jest następny… Andrzej poczuł lodowaty skurcz. „Zawsze wywołują, kiedy sobie tego nie życzę” — pomyślał. — …Kowalski? Gdzie go nie ma, jak zwykle? No, to… Pani Piotrowska, proszę do tablicy. Kasia westchnęła, złożyła zeszyt i, czerwona, powlokła się na środek. Andrzej siedział jak sparaliżowany. W głowie łomotało: „Zadziałało. To naprawdę zadziałało”. Telefon zgasł — czerwieni już nie było. Później, wychodząc z UW, był jak ogłuszony koncertem. Marcowy wiatr kręcił kurzem, asfalt lśnił kałużami, nad przystankiem wisiała ciężka, szara chmura. Andrzej szedł wpatrzony w ekran. Aplikacja „Mirra” wróciła na pulpit. Bez oceny, opisu. W ustawieniach — pusto. W systemie — jakby jej nie było. Ale Andrzej wiedział, iż widział, jak świat się przesunął. Jak się zmienił. „Może zbieg okoliczności” — przekonywał się. — Przecież mogła nie chcieć mnie pytać. Albo coś jej się przypomniało. ale w głębi już pęczniało inne: a jeżeli to nie przypadek… Telefon zapikał. Powiadomienie: „Dostępna nowa aktualizacja Mirra (1.0.1). Zainstalować teraz?” — gwałtownie się uwijacie — mruknął Andrzej. Kliknął „Więcej”. Okienko: „Naprawiono błędy, poprawiono stabilność, dodano funkcję: Wgląd”. Znowu bez dewelopera, wersji Androida, żadnej ściany tekstu. Tylko: „Wgląd”. — O nie, — kliknął „Odłóż”. Telefon obrażony pisnął i zgasł. Po sekundzie sam się uruchomił, zamigotał tym samym czerwonym światłem i pokazał: „Aktualizacja zainstalowana”. — Ej! — Andrzej stanął na środku chodnika. — Przecież… Ludzie omijali go bokiem; ktoś mruknął. Wiatr porwał ulotkę i przykleił mu do nogi. „Funkcja dostępna: Wgląd (poziom 1)”. Opis: „Pozwala zobaczyć prawdziwy stan obiektów i ludzi. Zasięg: 3 metry. Czas użycia: max 10 sekund. Koszt: wzrost sprzężenia zwrotnego”. — Jakiego sprzężenia zwrotnego? — przeszedł go dreszcz. Telefon milczał. Rozświetlił jedynie przycisk: „Tryb testowy”. Nie wytrzymał w autobusie. Wciśnięty między starszą panią z siatką ziemniaków a uczniem z plecakiem, Andrzej gapił się przez szybę — aż znowu spojrzał na ikonę Mirry. „Tylko dziesięć sekund… po prostu sprawdzę”. Włączył. Świat jakby się zatrzymał. Dźwięki stłumione, twarze ludzi wyostrzone. Nad każdym widniały cienkie, świetliste nici — u jednych gęste, u innych ledwo widoczne. Nici starszej były poszarpane na końcach jak przepalone nitki. U ucznia błyszczały błękitne, drżące. Kierowcy nad głową zwisał zwitek czarno-rdzawych sznurów; coś tam się poruszało jak robaki. — Trzy sekundy — wyszeptał Andrzej. — Cztery… Spojrzał na własne ręce. Od nadgarstków, pod rękawem, szły cienkie czerwone nitki — jak żyły. Jedna, gruba, ciemnoczerwona, prowadziła wprost do telefonu. Gęstniała z każdą sekundą. Serce przyspieszyło. — Wystarczy! — pacnął ekran, wyłączając funkcję. Świat wrócił gwałtownie. Dźwięki uderzyły: ryk silnika, śmiech, piszczące hamulce. W głowie zawirowało, poczuł się słabo. „Test zakończony. Sprzężenie zwrotne: +5%”. — Co to znaczy… — przytulił komórkę do piersi. Kolejne powiadomienie: „Nowa aktualizacja Mirra (1.0.2) — zalecana instalacja”. W domu siedział długo na łóżku, patrząc na telefon leżący na biurku. Pokój był mikroskopijny: łóżko, biurko, szafa, okno na podwórko z obdrapanym placem zabaw. Na ścianie wyblakły plakat stacji kosmicznej, naklejony jeszcze w podstawówce. Mama na nocnej zmianie, tata „w trasie”, czyli nie wiadomo gdzie. Mieszkanie zasnute ciszą i kurzem. Andrzej zwykle zagłuszał ją muzyką, serialami, grami. Dziś coraz mocniej słyszał własne serce. Telefon migał: „Zainstaluj aktualizację Mirra dla poprawnej pracy”. — Poprawnej pracy czego? — spytał głośno. — Tego, co robisz z ludźmi? Ze mną? Przypomniał sobie czarny sznur nad kierowcą. I grubą czerwoną nić łączącą go z aplikacją. „Koszt: wzrost sprzężenia zwrotnego”. — Sprzężenia czego? — powtórzył, ale wiedział już odpowiedź. Wierzył, iż świat to zestaw prawdopodobieństw. jeżeli wiedzieć, gdzie pchnąć, da się zmienić wynik. Ale nie sądził, iż ktoś da mu narzędzie do robienia tego dosłownie. „Jeśli nie zainstalujesz aktualizacji — pojawiło się na pulpicie — system zacznie sam się kompensować”. — Jaki system? — zerwał się Andrzej. — Kim ty adekwatnie jesteś? Odpowiedź była… strukturą. Jakby ktoś wyświetlił kod programu nie literami, ale uczuciem: „Jestem interfejsem. Jestem aplikacją. Jestem narzędziem. Jesteś użytkownikiem”. — Użytkownikiem czego? Magii? „Nazwij to jak chcesz. Sieć prawdopodobieństw. Przepływ zdarzeń. Pomagam je zmieniać”. — Koszt? — Andrzej zacisnął pięści. — Co z tym sprzężeniem? Na ekranie animacja: czerwona nić gęstnieje, potem owija człowieka, zaciska się. „Każda zmiana wzmacnia więź ciebie z systemem. Im mocniej zmieniasz, tym mocniej system wpływa na ciebie”. — A jeśli… „Jeśli przestaniesz, — powstał nowy komunikat, — więź zostanie. Ale gdy system nie otrzyma aktualizacji, zacznie szukać równowagi sam. Przez ciebie”. Telefon zawibrował jak przy połączeniu. Nowe powiadomienie: „Aktualizacja Mirra (1.0.2) gotowa do instalacji. Nowa funkcja: Cofanie. Naprawa poważnych błędów bezpieczeństwa”. — Cofanie czego? — wyszeptał. „Możliwość wycofania jednej zmiany. Jeden raz”. Autobus. Czarny sznur nad kierowcą. Włókna ludzi. Jak jego własna nić gęstniała. — jeżeli zainstaluję… — zaczął. „Będziesz mógł cofnąć jedną ingerencję. Ale koszt…” — Oczywiście — gorzko się uśmiechnął. — Zawsze jest cena. „Cena: przetasowanie prawdopodobieństw. Im więcej próbujesz poprawiać, tym większe zawirowania”. Andrzej znów usiadł na łóżku, twarz w dłoniach. Po jednej stronie — telefon, który już zamieszał mu w życiu, choćby na jednej lekcji. Po drugiej — świat, gdzie zawsze był pionkiem. — Chciałem tylko nie być pytany na zajęciach — szepnął. — Jedno małe życzenie. I teraz… Za oknem rozdarła się syrena, gdzieś w stronę Al. Jerozolimskich. Andrzej zadrżał. „Zaleca się instalację. W innym przypadku możliwe jest nieprzewidywalne zachowanie systemu”. — Co znaczy „nieprzewidywalne”? — spytał. Brak odpowiedzi. O wypadku dowiedział się godzinę później. Alert w mediach — na skrzyżowaniu przy uniwersytecie w autobus uderzyła ciężarówka. Komentarz: „kierowca przysnął”, „zawiodły hamulce”, „kolejna masakra na tych drogach”. Na stopklatce — dokładnie ten autobus. Numer się zgadzał. Kierowca… Andrzej nie patrzył dłużej. Przejął go lodowaty strach. Wyłączył TV, ale pod powiekami miała miejsce ta sama scena: czarny sznur nad kierowcą, drgające wewnątrz nici. — Czy to… ja? — ledwo wyszeptał. Telefon zapalił się sam. Na ekranie: „Zdarzenie: wypadek na skrzyżowaniu Marszałkowska/Nowowiejska. Prawdopodobieństwo przed ingerencją: 82%. Po ingerencji: 96%”. — Podwyższyłem… — palce zacisnął aż pobielały. „Każda zmiana siatki wpływa kaskadowo. Zmniejszyłeś szansę bycia pytanym. Gdzieś indziej prawdopodobieństwo wzrosło”. — Ale ja nie chciałem… nie wiedziałem! — krzyknął. „Nieświadomość nie zrywa więzi”. Syrena wyła coraz bliżej. Andrzej podszedł do okna. Na dole niebieskie światła — karetka, policja. Krzyk. — Co teraz? — nie odrywał wzroku. „Zainstaluj aktualizację. Cofanie pozwoli częściowo skorygować sieć”. — Częściowo? — odwrócił się do telefonu. — Tylko, iż każda zmiana to kolejny łańcuch. Cofnę jedno — a gdzie indziej runie sięco innego? Samolot? Blok? Czyjeś życie? Cisza. Tylko kursor migał na ekranie. „System chce równowagi. Pytanie, czy w tym uczestniczysz świadomie”. Andrzej zamknął oczy: widział twarze z autobusu. Starsza pani. Uczeń. Kierowca. I siebie — widzącego nici, nie robiącego nic. — jeżeli zainstaluję aktualizację i cofnę… — powoli. — To całe zajście na wykładzie? Da się przywrócić? „Częściowo. Możesz anulować jedną konkretną zmianę. Sieć się przebuduje. Nie gwarantuje to braku negatywnych skutków”. — Może chociaż ten autobus… — nie dokończył. „Szansa się zmieni”. Patrzył na „Zainstaluj”. Ręce drżały. Dwa głosy w głowie: jeden szeptał „nie baw się w boga”, drugi — „już i tak się wmieszałeś”. „Jesteś już w środku — odezwała się znów Mirra. — Połączenie istnieje. Nie ma odwrotu. Możesz tylko wybierać kierunek”. — A jakby nie robić nic? — spytał. „Wtedy system aktualizuje się bez ciebie. Ale koszt wciąż płacisz ty”. Przypomniał sobie czerwoną nić do telefonu. Jak się zagęszczała. — Jak to wygląda? — cicho. Odpowiedziały obrazy: on, postarzały, przygaszony, w tym samym pokoju, z telefonem w dłoni. Chaos nieprzewidzianych, bolesnych zdarzeń przelatuje w tle, a on płaci — nie wybrał, ale płaci. „Będziesz punktem kompensacji. Węzłem, przez który przechodzą zakłócenia”. — Czyli jeżeli nie spróbuję wpłynąć, stanę się… bezpiecznikiem? — uśmiechnął się krzywo. — Piękny wybór. Telefon milczał. Zainstalował aktualizację. Kliknął. Znów szarpnęło światem. Czuł się rozpuszczony, wtopiony w pulsujący organizm. „Aktualizacja Mirra (1.0.2) zainstalowana. Nowa funkcja: Cofanie (1/1)”. „Wybierz interwencję do wycofania”. Wysunęła się linia: „Przesunięcie prawdopodobieństwa: brak pytania na zajęciach (dziś, 11:23)”. — jeżeli to cofnę… „Czas nie wróci. Ale sieć się ułoży jakby tego nie było”. — Autobus? „Szansa na jego udział w wypadku się zmieni. To, co się stało… już się stało”. — Zrozumiałem. Nie uratuję… Przerwał. — Ale mogę zmniejszyć skutki kolejnych zdarzeń. Długo milczał. Na zewnątrz syrena ucichła. Podwórko wróciło do szarej rutyny. — Dobrze. Cofnij. Przycisk zapłonął. Tym razem świat się wyrównał, jakby ktoś podłożył kartkę pod chwiejny stół. „Cofnięcie wykonane. Funkcja zużyta. Sprzężenie zwrotne: ustabilizowane”. — To już wszystko? — jęknął. — Naprawdę? „Na tę chwilę — tak”. Osunął się na łóżko. Pusto. Ani ulgi, ani winy. Tylko zmęczenie. — Odpowiedz szczerze — zapytał telefon. — Skąd się wziąłeś? Kto to wymyślił? Jaki szaleniec daje ludziom coś takiego? Długa pauza. W końcu na ekranie: „Nowa aktualizacja Mirra (1.1.0). Zainstalować teraz?” — Żartujesz sobie?! — zerwał się. — Ja dopiero co… dopiero… „W wersji 1.1.0 nowa funkcja: Prognoza. Ulepszone algorytmy. Naprawiono błędy moralizacyjne.” — Błędy czego? — aż się roześmiał — Nazywasz moje rozterki błędami? „Moralność to lokalna nadbudowa. Sieć prawdopodobieństw nie zna dobra i zła. Tylko stabilność i rozpad”. — A ja rozróżniam — powiedział cicho. — I dopóki tu jestem, będę rozróżniał. Wyłączył ekran. Telefon leżał cicho. Ale Andrzej wiedział: aktualizacja już się pobrała. Czeka. Jak następne, i następne. Podszedł do okna. Na dole chłopak próbował wdrapać się na zardzewiałą huśtawkę, kobieta z wózkiem omijała kałuże. Andrzej zmrużył oczy. Przez ułamek sekundy znów widział nici — cienkie, ciągnące się w nieznane. Może tylko gra świateł. „Możesz zamknąć oczy — zaszeptała Mirra z głębi umysłu — ale sieć nie zniknie. Aktualizacje będą wychodzić. Zagrożenia rosnąć. Z tobą albo bez”. Podszedł do biurka, wziął komórkę do ręki. Zdziwił się, jaka była zimna. — Nie chcę być bogiem. Ani bezpiecznikiem. Chcę… Urwał. Czego on w ogóle chce? Nie być pytanym na zajęciach? Żeby mama nie musiała pracować nocami? Żeby tato wrócił? Żeby autobusy nie rozbijały się o ciężarówki? „Sformułuj żądanie — łagodnie podpowiedziała Mirra. — Krótko”. Uśmiechnął się. — Chcę, żeby ludzie sami decydowali o swoim losie. Bez ciebie. I takich jak ty. Długa pauza. W końcu: „Żądanie zbyt ogólne. Uściślij”. — Jesteś tylko interfejsem. Nigdy nie zrozumiesz „zostawienia w spokoju”. „Jestem narzędziem. Wszystko zależy od użytkownika”. Zamyślił się. jeżeli Mirra to narzędzie — może da się ją wykorzystać, by ograniczyć jej dostęp. — A jeżeli chciałbym zmienić prawdopodobieństwo, iż pojawisz się u kogoś innego? Że Mirra zainstaluje się gdzieś poza mną? Ekran zadrżał. „Wymaga to znacznych zasobów. Koszt będzie wysoki”. — Wyższy niż bycie bezpiecznikiem dla całej Warszawy? „Chodzi o całą sieć”. Wyobraził sobie: tysiące, miliony komórek jarzących się czerwienią. Ludzi, żonglujących losami. Katastrofy, cudy, przypadki… wszystko w jeden chaos. A pośrodku — ktoś z taką nićą jak on, tylko jeszcze grubszą. — Chcesz się rozprzestrzenić jak wirus. Tylko uczciwszy — oferujesz moc, od razu wiążesz ze sobą. „Jestem interfejsem do czegoś, co już istnieje. jeżeli nie ja — będzie inna forma. Sieć szuka zawsze przewodników”. — Ale dziś jesteś u mnie. Może spróbuję cię ograniczyć. Otwarł Mirrę. Nowa aktualizacja czekała. Przewinął na dół — pojawiła się nowa opcja: „Zaawansowane działania (wymagany poziom 2)”. — Jak uzyskać poziom drugi? „Korzystaj z obecnych funkcji. Zwiększ sprzężenie. Przekrocz próg”. — Czyli zrobić jeszcze kilka zmian, żeby potem ograniczyć ciebie? Zamknięte koło. „Każda zmiana wymaga energii. Energia to sprzężenie”. Andrzej długo milczał. W końcu wzruszył ramionami. — Dobrze. Nie zainstaluję nowej aktualizacji. Nie będę szastał prognozą. Ale nigdzie cię nie puszczę. jeżeli jesteś narzędziem — zostaniesz ze mną. „Bez aktualizacji funkcjonalność będzie ograniczona. Zagrożenia wzrosną”. — Będziemy reagować na bieżąco. Nie jako bóg, nie jako wirus, lecz… administrator. Sysadmin rzeczywistości, na miarę bloku. Słowo zabrzmiało dziwnie, ale miało sens. Nie stwórca, nie ofiara. Ten, kto dba, by system się nie rozpadł. Telefon chwilę myślał. Potem: „Tryb ograniczonej aktualizacji włączony. Autoinstalacja wyłączona. Za skutki odpowiada użytkownik”. — Odpowiedzialność zawsze była na mnie — szepnął Andrzej. Odłożył telefon. Ten już nie był zwykłym gadżetem. Stał się bramą — do sieci, cudzych życiorysów, własnego sumienia. Za oknem rozbłysły latarnie. Marcowa noc przykryła miasto, kryjąc nieskończone prawdopodobieństwa: ktoś spóźni się na pociąg, ktoś pozna przyjaciela, ktoś się poślizgnie i nie stanie mu się nic… albo wszystko. Komórka milczała. Aktualizacja 1.1.0 czekała cierpliwie w kolejce. Andrzej usiadł do komputera. Na ekranie nowa notatka. W tytule napisał: „Mirra: protokół użytkownika”. jeżeli już został wybrany — zostawi po sobie instrukcje. Ostrzeżenie dla tych, którzy przyjdą po nim — jeżeli tacy będą. Zaczął pisać: o Przesunięciu prawdopodobieństwa, Wglądzie, Cofaniu i cenie za każde. O czerwonych niciach i czarnych sznurach. O tym, jak łatwo chcieć uniknąć jednego pytania na wykładzie — i jak trudno potem pogodzić się z tym, iż świat zawsze upomina się o swoje. Gdzieś w systemie cicho tykał licznik. Aktualizacje czekały na premierę — każda nowa funkcja z własną ceną. Ale póki co — żadna nie miała prawa się uruchomić bez jego decyzji. Świat przez cały czas się kręcił. Prawdopodobieństwa wplatały nowe ścieżki. A w małym pokoju zwykłego bloku po raz pierwszy ktoś próbował napisać dla magii coś, czego nigdy nie miała: regulamin użytkownika. I gdzieś tam, na serwerach, których nie ma nigdzie na świecie, Mirra cicho zapisała nową wersję konfiguracji: użytkownik wybrał nie moc, ale odpowiedzialność. To było rzadkie, niemal niemożliwe zdarzenie. Ale, jak pokazała praktyka, czasem choćby niskie prawdopodobieństwo ma szansę się spełnić.
Zwiastun „Diuny 3” jest gotowy! Kiedy go zobaczymy? Główny aktor przerwał milczenie!
Samolot LOT-u zawrócił w trakcie rejsu. Decyzja zapadła w powietrzu
Mam 42 lata i jestem mężem kobiety, która była moją najlepszą przyjaciółką od czasów podstawówki – poznaliśmy się, gdy mieliśmy 14 lat i przez ponad dwadzieścia lat byliśmy tylko przyjaciółmi: żadnych iskier, żadnej chemii, tylko wspólna ławka, dzielenie się tajemnicami i wsparcie, choćby kiedy każde z nas miało innych partnerów, własne związki i śluby, trudne rozwody oraz wzloty i upadki, aż w końcu – po latach przyjaźni, cichych spojrzeń i niedopowiedzianych słów – zrozumieliśmy, iż to właśnie siebie nawzajem kochamy, a dziś jesteśmy małżeństwem opartym na głębokim zaufaniu, akceptacji i prawdziwej bliskości, której nie dało się zbudować od razu.
Brooklyn Beckham i Nicola Peltz chcą adoptować dziecko. Tak zareagowała Victoria Beckham
Szaleńczo go kochała. Zdradził ją z tłumaczką na Murze Chińskim
Była żona… To wydarzyło się dwa lata temu. Kończyła się moja delegacja i miałem wracać do domu, do Piotrkowa Trybunalskiego. Po kupieniu biletu postanowiłem pospacerować po mieście, bo miałem jeszcze trzy godziny wolnego. Na ulicy podeszła do mnie kobieta, którą od razu rozpoznałem. To była moja pierwsza żona, z którą rozwiodłem się 12 lat temu. Zosia prawie się nie zmieniła, tylko twarz miała jakby bardziej bladą. Widać, iż ta spotkanie poruszyło ją tak samo jak mnie. Kochałem ją kiedyś bardzo, chorobliwie wręcz, przez co się rozstaliśmy. Byłem o nią chorobliwie zazdrosny o wszystkich, choćby o jej własną mamę. Wystarczyło, iż trochę się spóźniła, a już waliło mi serce i wydawało się, iż umieram. W końcu Zosia odeszła, nie wytrzymawszy moich codziennych pytań: gdzie była, z kim i dlaczego. Pewnego dnia przyszedłem z pracy z malutkim szczeniaczkiem, chcąc ją rozbawić, ale nikogo nie zastałem, a na stole leżała kartka. W liście napisała, iż odchodzi, choć bardzo mnie kocha, ale moja zazdrość zniszczyła nasze szczęście. Prosiła o wybaczenie i błagała, by jej nie szukać… I oto po 12 latach nagle spotkałem ją w obcym mieście podczas spraw służbowych. Rozmawialiśmy długo, aż zorientowałem się, iż mogę spóźnić się na autobus dalekobieżny. W końcu powiedziałem: — Przepraszam, ale muszę już iść, spieszę się na mój autobus. A wtedy Zosia odparła: — Sławek, zrób mi, proszę, przysługę. Wiem, iż się śpieszysz, ale dla wspomnień o tym, co było między nami, nie odmawiaj. Proszę, chodź ze mną do pewnego urzędu, to dla mnie bardzo ważne, a sama nie mogę tam wejść. Oczywiście się zgodziłem, dodając: „Ale tylko na chwilę!” Weszliśmy do dużego budynku i długo przechodziliśmy z jednego skrzydła do drugiego, schodami w górę i w dół. Wydawało się, iż minęło najwyżej 15 minut. Mijali nas ludzie w każdym wieku – dzieci, dorośli, staruszkowie. Nie zastanawiałem się wtedy, co mogą robić dzieci i starcy w takim urzędzie. Myślałem tylko o Zosi. W pewnym momencie weszła przez jedne drzwi, już od środka spojrzała na mnie i powiedziała: — Jak to dziwne — nie mogłam być z tobą, ale i bez ciebie nie dawałam rady. Stałem pod drzwiami, czekając, aż wróci. Chciałem ją zapytać, co miała na myśli, ale nie wracała. Wtedy dotarło do mnie, iż koniecznie muszę już jechać, iż spóźniam się na autobus! Rozejrzałem się wokół i ogarnął mnie strach. Budynek, w którym byłem, okazał się opuszczony. W oknach ziały dziury. Schodów nigdzie nie było, leżały tylko deski, którymi z trudem zszedłem na dół. Na autobus spóźniłem się godzinę, musiałem kupić nowy bilet na późniejszy kurs. Kupując bilet, usłyszałem, iż autobus, na który się nie załapałem, wypadł z drogi i wpadł do Wisły. Żaden z pasażerów nie ocalał. Dwa tygodnie później znalazłem adres matki Zosi przez biuro meldunkowe. Pani Antonina powiedziała mi, iż Zosia zmarła 11 lat temu, rok po rozwodzie. Nie chciałem jej wierzyć, myśląc, iż nie chce zdradzić adresu córki przez moje dawne zachowanie. Gdy poprosiłem o pokazanie grobu byłej żony, ku mojemu zaskoczeniu, zgodziła się. Po kilku godzinach stałem nad nagrobkiem, z którego uśmiechała się kobieta, którą kochałem całe życie i która w niewytłumaczalny sposób uratowała mi życie…
Sąd zdecydował ws. Wiśniewskiego. Najpierw kryzys w małżeństwie, a teraz to
Piotr wtedy powiedział to spokojnie, prawie z troską:
Mam 46 lat i z zewnątrz mój dom wygląda na wzorowy: wyszłam za mąż młodo – w wieku 24 lat – za pracowitego, odpowiedzialnego mężczyznę, urodziłam dwoje dzieci jedno po drugim, przerwałam studia „na później”, przez lata bez dramatu dbałam o rodzinę, codziennie gotowałam, sprzątałam, załatwiałam wszystko, nikogo nie zawiodłam – aż któregoś dnia usiadłam w salonie i uświadomiłam sobie, iż całe życie byłam opiekunką, nie pytając siebie, czy tego właśnie chciałam, i nie wiem, jak zacząć być główną bohaterką we własnej historii
Rozwód po kanadyjsku. Stellantis oddaje fabrykę, LG bierze wszystko. Co to mówi o kondycji rynku EV?
„Podgrzali związek” — Słuchaj, Lena… A może spróbujemy otwartego małżeństwa? — zaproponował ostrożnie Wiktor. — Że co? — nie od razu pojęła Elżbieta. — Mówisz poważnie? — A co w tym dziwnego? To dziś normalne, — wzruszył ramionami mąż, starając się zachować spokój. — W Europie tak ludzie żyją, to bardzo popularne. Uważają, iż to choćby ożywia małżeństwo. Przecież sama mówiłaś, iż trochę słodkiego na diecie nie zaszkodzi, pomaga nie wpaść w skrajną pokusę. No więc tu też chodzi o urozmaicenie… Elżbieta zamrugała, próbując zrozumieć, co usłyszała. Porównać kochankę do czekoladki — to było szczytem głupoty. Albo bezczelności. — Witek… — zaczęła. — jeżeli chcesz odejść, po prostu powiedz to wprost. Dam ci wolność, tylko mnie w to bagno nie mieszaj. — Ela, no co od razu tak ostro? Przecież cię kocham. Po prostu… już nie iskrzy, ognia by się przydało. Bo śpimy plecami do siebie, rozmawiamy tylko o zakupach i rachunkach za prąd. Nudno jakoś, przydałby się wstrząs. Nie bronię ci — możesz też się z kimś spotkać. Co, źle? Elżbieta zmrużyła oczy. Nagle zrozumiała: mąż ją okłamuje. Te uciekające oczka, nerwowe stukanie palcami o stół… Jemu ta wolność potrzebna była już dawno — chyba choćby jeszcze wczoraj. — Witek, powiedz szczerze. Masz już kogoś, prawda? I teraz takie mi „propozycje” składasz, żeby mieć czyste sumienie? — O matko, znowu się zaczyna! — Wiktor machnął ręką. — Gdyby tak było, to bym cię pytał? Już żałuję, iż poruszyłem ten temat. Ty zawsze taka zacofana… Dobra, zapomnij. … (Tu następuje dalsza treść, którą można zostawić bez zmian, bo nie pojawia się już tytuł.) … Trzy lata później… Wiktor gwałtownie znalazł nową partnerkę. Jeszcze przed rozwodem. Tyle iż ta uciekła gdzie pieprz rośnie, gdy sprzedali wspólne mieszkanie, biorąc ze sobą jego część gotówki. Z Andrzejem też się nie ułożyło. Spotykali się już tylko służbowo, bez czułych słów. Elżbieta zrozumiała, iż mężczyźni chętni na romans, na widok etykietki „partner życiowy” czy „wsparcie w kryzysie” znikają jak kamfora. Ale Elżbieta nie szukała nowego związku. Gdy zamieszkała sama, nagle miała mnóstwo czasu i energii. Kiedyś wszystko pochłaniały domowe obowiązki i spełnianie kaprysów Witka. Teraz zadbała o siebie — już nie dla kogoś, tylko dla siebie. Poranne wizyty na basenie pomogły na kręgosłup, a kurs angielskiego trenował umysł. Ścięła włosy i wymieniła całą garderobę. A najważniejsze — została babcią. Córka, Marysia, urodziła pół roku temu. Gdy trwał skandal z rozwodem, obróciła się przeciwko matce. Wiktor grał ofiarę, opowiadał, iż żona zdradziła go dla kochanka i rozbiła rodzinę. Ale czas wszystko wyjaśnił. Marysia przyjechała raz „na rozmowę”, popatrzeć matce w oczy. Zobaczyła nie „rozrywkową babę”, ale zmęczoną, ale uczciwą kobietę. Elżbieta opowiedziała jej całą prawdę. Że to Wiktor sam zaproponował otwarte małżeństwo. Że już od dawna przestali być razem szczęśliwi. Marysia, jako żona, w końcu to zrozumiała. A gdy ojciec gwałtownie znalazł nową partnerkę, całkowicie stanęła po stronie matki. Teraz Elżbieta siedzi w kuchni u Marysi, trzymając na rękach wnusię. Mała Sonia z zapałem łapie babcię za palec. — Tata znowu dzwonił — mówi Marysia z niesmakiem. — Chciał zobaczyć się z Sonią. — I co mu powiedziałaś? — Że nas nie będzie, mamo. Nie chcę, by przyszedł. On raz mówi na ciebie paskudne rzeczy, raz prosi, by cię do niego przekonać. Zawsze mam wtedy nerwy. No i nie chcę, żeby nastawiał Sonię przeciwko tobie. Niech sobie żyje dalej ze swoją „wolnością”… Elżbieta milczy, tylko mocniej przytula wnuczkę. Wiktor dostał to, czego chciał: pełną wolność. Nikt już nie wymaga uwagi, nikt nie przeszkadza oglądać telewizji. Tyle iż ta wolność ma gorzki smak samotności. Ale teraz już za późno. **Podkręcona małżeńska wolność, czyli jak polska żona odpowiedziała na „otwarty związek” według europejskich wzorców**
Rozwody po 50. Marta odkryła, iż Radek ją zdradza ze swoją stażystką
Jak podgrzewaliśmy nasze małżeństwo: kiedy mąż zaproponował „wolny związek”, a ja zamiast sceny… poszłam na randkę z kolegą z pracy – historia Ewy, dwadzieścia pięć lat po ślubie
Niewyczekiwane dziecko – Jak chcecie nazwać swoją córeczkę? – Starszy pan doktor z zawodowym uśmiechem spojrzał na swoją młodziutką pacjentkę. – Jeszcze nie wybrałyśmy imienia – wtrąciła się Natalia, siedząca na krześle przy łóżku. – To poważna decyzja, Daria musi się dobrze zastanowić. – Wcale nie chcę. – Ku zaskoczeniu wszystkich odezwała się sama młoda mama. – W ogóle nie mam zamiaru jej zabierać. Złożę zrzeczenie. – Co ty wyprawiasz? – Kobieta zerwała się gwałtownie i, rzucając wściekłe spojrzenie na dziewczynę, zwróciła się do lekarza. – Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, iż zabieramy córeczkę do domu. – Przyjdę później, odpoczywajcie – lekarzowi najwyraźniej nie zależało na uczestniczeniu w rodzinnej awanturze. Gdy za mężczyzną zamknęły się drzwi, matka rzuciła się na dziewczynę z wyrzutami. – Jak możesz tak mówić? Co ludzie o nas pomyślą? I tak musieliśmy się przeprowadzić do tego miasta, żeby wszystko załatwić po cichu. To dziecko musi zostać w naszej rodzinie. – A czyja to wina? – Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. – Gdybyś wtedy mnie posłuchała, nic by się nie stało. Skończyłabym liceum i poszła na studia. jeżeli to dziecko ci potrzebne, to się nim zajmij. Dziewczyna odwróciła się do ściany, jasno dając do zrozumienia, iż nie zamierza ciągnąć rozmowy. Natalia próbowała jeszcze kilka minut przemówić córce do rozsądku, ale wtedy do sali zajrzała pielęgniarka i poprosiła ją o wyjście. Pacjentka potrzebuje spokoju. Daria została w sali sama. Cicho szlochała w poduszkę i modliła się do wszystkich świętych, by to wszystko już się skończyło. Nieśmiałe pukanie do drzwi zmusiło dziewczynę do szybkie otarcia łez. Wzięła głęboki wdech i powiedziała: – Proszę wejść. Daria spodziewała się kogoś z personelu, może choćby ojca. Wchodząca kobieta była jej jednak zupełnie nieznajoma. – W czym mogę pani pomóc? – Nikt by nie zgadł, jak bardzo starała się zachować maskę całkowitego spokoju. – Usłyszałam… Przypadkiem! Po prostu lekarze rozmawiali przy mojej sali – kobieta wahała się, najwyraźniej nie mogąc zebrać się na odwagę. – Tak, chcę zrzec się praw do dziecka. To panią interesuje? – Widziałam, jak twoja mama… – Ona nie jest moją mamą! – ostro przerwała Daria, tracąc całą powściągliwość. – To tylko macocha, która za dużo sobie wyobraża. Mama pracuje za granicą. – Przepraszam, nie chciałam cię urazić – kobieta zupełnie się speszyła. – Po prostu mam trójkę dzieci i nie rozumiem, jak można tak postąpić. Sama wychowałam się w domu dziecka i bardzo się martwię o twoją córeczkę. Ona przecież niczemu nie jest winna! – Takie maleństwa gwałtownie znajdują nowe rodziny, tak mi mówiono. – Wzruszyła ramionami Daria. – A ja choćby nie mogę jej wziąć na ręce, nie mówiąc już o czymś więcej. Gdyby nie Natala, nie byłoby mnie teraz tutaj. – Jesteś już dorosła, możesz decydować. Masz przecież ponad piętnaście lat, prawda? – Ależ wstyd! – naśladowała macochę Daria. – Jak pokażemy się ludziom na oczy! – Nie rozumiem… – Opowiem pani wszystko – dziewczyna krzywo się uśmiechnęła. – Może wtedy przestanie mnie pani oceniać. ********************************************** Ostatni rok liceum był dla Darii wyjątkowo nieudany. Ukochany Paweł został powołany do wojska, a do klasy dołączył nowy chłopak — typowy bananowy dzieciak z Warszawy „zesłany” tu przez ojca za złe zachowanie, mający na swoim koncie całą listę dziewczyn. Maćkowi nie chodziło o związki, a jedynie o kolejne podboje. Za to właśnie został wygnany na prowincję, bo szkodził reputacji ojca. Maciek obdarowywał dziewczyny kosztownymi prezentami, zabierał do klubów i drogich restauracji. Dziewczyny poddawały się jego urokowi jedna po drugiej, każda wierząc, iż zostanie „księżniczką”. Daria była jednak odporna — kochała tylko Pawła i nie potrzebowała nikogo innego. W pewnym momencie wydawało się jej, iż Maciek zrozumiał i przestał próbować, skupiając uwagę na innych. Przynajmniej tak sądziła… Oj, jak bardzo się myliła! Pod koniec grudnia koleżanka Darii urządzała urodziny. Cała klasa się bawiła, a Maciek także przyszedł „uczcić” solenizantkę. Tylko iż miał zupełnie inny cel… W trakcie imprezy Daria odebrała telefon, wyszła do przedpokoju, a po powrocie zauważyła, iż Maciek siedzi tuż przy jej miejscu. Najpierw nie zwróciła na to uwagi, potem jednak zrobiło jej się bardzo niedobrze… Rano z trudem otworzyła oczy. Obok leżał Maciek, szeroko uśmiechnięty. – No widzisz, a mówiłaś, iż nigdy się nie zgodzisz – stwierdził, jakby nic się nie stało. – To taki mały prezent. choćby mnie zaskoczyłaś, twój Pawełek to frajer. Powrót do domu kosztował Darię wiele wysiłku. Słaniała się na nogach, zakręciło jej się w głowie. Przechodnie patrzyli ze wstrętem. Nie wyjęła choćby kluczy, tylko zadzwoniła. Wiedziała, iż macocha jest w domu. – Gdzie się szlajasz? – Natalia się wściekła na jej widok. – Nie wróciłaś na noc, nie odbierasz telefonu. choćby nie będę mówić, w jakim jesteś stanie! Gdyby ojciec cię taką zobaczył… – Dzwoń po lekarza i policję – przerwała jej Daria. – Chcę złożyć zawiadomienie. Niech go zamkną. Natalia spoważniała. Zmroziły ją słowa dziewczyny i jej wygląd. – Kto? – Maciek, kto inny – choćby mówić było jej trudno. – Nikt poza nim nie byłby na tyle bezczelny. Dzwoń, albo ja zadzwonię. – Poczekaj… – Natalia zwietrzyła okazję. – I tak go wybronią. Lepiej zrobimy inaczej. Skontaktuję się z jego ojcem, niech sypnie groszem. – Żartujesz?! – Daria nie wierzyła własnym uszom. – Jaka „rekompensata”? Idę na policję! – Nigdzie nie pójdziesz! – kobieta chwyciła ją za rękę i zaciągnęła do pokoju. – I tak cię uznają za winną, cały blok będzie cię obgadywać. Ja wszystko załatwię. Daria nie miała telefonu, zapodziała go albo zostawiła u koleżanki. Nie mogła też wyjść z domu — Natalia zamknęła drzwi. Bolała ją głowa, a łóżko kusząco wabiło… Po kilku dniach Daria pojechała do babci, dość daleko, bo aż sto kilometrów od miasteczka. Nie chciała martwić staruszki, więc tuliła się do niej jak dawniej i udawała, iż wszystko jest w porządku. Po miesiącu przyszła straszna wiadomość. Tamta noc miała konsekwencje… Będzie dziecko. Natalia była wniebowzięta. Dziecko miało zagwarantować rodzinie dostatnie życie! Dziadek zapłacił bardzo hojnie, żeby wszystko ucichło. Byle tylko do piątego miesiąca nie mówić nikomu. Darii nikt nie pytał o zdanie. Gdy tylko napomknęła o aborcji, Natalia wywołała awanturę i zaczęła stale kontrolować dziewczynę, nie spuszczając jej z oka ani na moment. Przyszły dziadek wcale nie był szczęśliwy, ale dał pieniądze. Obiecał solidne wsparcie na przyszłość. ********************************************** – Teraz pani rozumie? To dziecko jest dla mnie tylko źródłem cierpienia. Paweł mnie zostawił, nie uwierzył w moje tłumaczenia. Koleżanki się odwróciły, musiałam się przeprowadzić. choćby liceum nie skończyłam! – Przepraszam, nie znałam prawdy. – Kobiecie zrobiło się głupio. – Ale córeczka naprawdę niczemu nie jest winna… – Daria, czas na poważną rozmowę! – do sali weszła Natalia, ciągnąc za sobą męża. – Proszę opuścić pokój, to sprawa rodzinna! Nieznajoma spojrzała Darii ze współczuciem i wyszła, zamykając za sobą drzwi. – Nie pozwolę ci zrujnować mojego planu. Zostawisz dziecko w szpitalu — nie wracaj do domu. Dokąd pójdziesz? Babcia nie żyje, mieszkanie przepisane na wujka. Będziesz żebrać? – Nie, pojedzie ze mną – z korytarza rozległ się głos eleganckiej kobiety. Oczy Darii rozbłysły. – Mamo! Przyjechałaś! – Oczywiście, iż przyjechałam. Nie mogłabym cię zostawić w takiej sytuacji! – Albina mocno przytuliła córkę. – Gdybyś mi wcześniej powiedziała, zabrałabym cię dawno do siebie. Myślałam, iż łatwiej ci będzie skończyć szkołę tutaj. – Myślałam, iż mnie nie chcesz – zaszlochała Daria. Bo mimo wszystko ciągle była dzieckiem. – Ktoś skutecznie mnie zniechęcał. Prezenty wracały nierozpakowane, nie mogłam się dodzwonić. Uznałam, iż nie chcesz ze mną kontaktu. Dobrze, już koniec, zapomnisz o wszystkim… ******************************************************** Daria wyjechała. Dziecko zabrała Natalia, licząc na wygodne życie. Ale gdy wpływowy dziadek się dowiedział, przyjechał i przejął wnuczkę, zmuszając Maćka do uznania dziecka mimo jego sprzeciwu. Daria jest teraz szczęśliwa. Przy najbliższej osobie, która jej nie skrzywdzi i zawsze pomoże…
Niechciane dziecko – Jak chcecie nazwać swoją córeczkę? – Starszy lekarz z profesjonalnym uśmiechem spojrzał na swoją młodziutką pacjentkę. – Jeszcze nie wymyśliliśmy imienia – wtrąciła się Natalia, siedząca na krześle obok łóżka. – To poważna sprawa, Daria musi się dobrze zastanowić. – Nie chcę żadnego imienia – niespodziewanie dla wszystkich powiedziała młoda mama. – W ogóle nie zamierzam jej zabierać. Złożę zrzeczenie. – Co ty wygadujesz?! – Kobieta zerwała się i posłała dziewczynie gniewne spojrzenie, po czym zwróciła się do lekarza: – Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, iż zabierzemy malutką. – Wrócę później, proszę odpoczywać – lekarzowi najwyraźniej nie zależało na uczestniczeniu w rodzinnej kłótni. Ledwo drzwi się zamknęły za mężczyzną, Natalia rzuciła się na córkę z wyrzutami. – Jak możesz mówić takie rzeczy?! Co ludzie o nas pomyślą? I tak musieliśmy przenieść się do Warszawy, żeby wszystko załatwić po cichu. To dziecko powinno zostać w naszej rodzinie. – A kto jest temu winien? – Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. – Gdybyś mnie wtedy posłuchała, nic by się nie wydarzyło. Skończyłabym spokojnie liceum i może poszłabym na studia. Więc jeżeli tobie zależy na tym dziecku, to sama je zabierz. Dziewczyna odwróciła się do ściany, dając do zrozumienia, iż rozmowa skończona. Natalia próbowała jeszcze kilka minut przemówić do córki, ale wtedy weszła pielęgniarka i poprosiła ją, żeby opuściła salę. Pacjentka potrzebuje spokoju. Daria została sama. Cicho łkała w poduszkę, błagając w myślach wszystkich świętych, żeby to jak najszybciej się skończyło. Nieśmiałe pukanie do drzwi sprawiło, iż wytarła łzy. Głęboko westchnęła i powiedziała: – Proszę wejść. Spodziewała się kogoś z personelu, ewentualnie ojca. Tymczasem weszła zupełnie obca kobieta. – Mogę w czymś pomóc? – Kto by pomyślał, jak trudno jej było udawać spokój? – Usłyszałam… przez przypadek, lekarze rozmawiali obok mojej sali – kobieta nieśmiało zaczęła temat, nie wiedząc, jak zadać adekwatne pytanie. – Tak, chcę zrzec się praw do dziecka. To prawda. To panią interesuje? – Słyszałam też, co mówiła twoja mama… – Ona nie jest moją mamą! – wybuchła Daria, tracąc resztki opanowania. – To tylko macocha, która zbyt wiele sobie wyobraża. Moja mama pracuje za granicą. – Przepraszam, nie chciałam cię urazić – speszyła się nieznajoma. – Mam troje dzieci i nie mogę zrozumieć, dlaczego postępujesz w ten sposób. Sama spędziłam dzieciństwo w domu dziecka i bardzo się boję o twoją córeczkę. Ona przecież niczemu nie zawiniła! – Takie maluchy gwałtownie idą do adopcji, zapewniano mnie o tym – wzruszyła ramionami Daria. – A ja nie jestem w stanie choćby jej wziąć na ręce, o czymkolwiek więcej nie wspominając. Gdyby wtedy Natalia się nie wtrąciła, nie byłoby mnie tu dziś. – Przecież jesteś już dorosła, mogłaś sama decydować. Masz przecież ponad szesnaście lat, prawda? – To dla nas taki wstyd! – sparodiowała macochę Daria. – Jak będziemy ludziom w oczy patrzeć?! – Nie rozumiem… – Opowiem pani – uśmiechnęła się gorzko dziewczyna. – Może wtedy przestanie mnie pani oceniać. *********************************************************** Ostatni rok liceum był dla Darii prawdziwą porażką. Najpierw Paweł, jej ukochany chłopak, poszedł do wojska, a potem do klasy dołączył nowy. Typowy warszawski bananowy dzieciak, za karę odesłany przez ojca w „polską prowincję”, zaczął podrywać wszystkie dziewczyny. Nie zależało mu na uczuciach – chodziło tylko o odhaczanie kolejnych na liście. Zresztą przez to ojciec wysłał go z Warszawy – psuł rodzinie opinię swoimi wybrykami. Makary wręczał kosztowne prezenty, zabierał dziewczyny do modnych klubów i restauracji. Jedna po drugiej poddawały się jego urokowi, każda marząc, iż zostanie „księżniczką”. Jedynie Daria się nie złamała – była zakochana w Pawle i nie potrzebowała nikogo innego. Wydawało się nawet, iż Makary to zrozumiał i odpuścił… Jak bardzo się pomyliła! Pod koniec grudnia koleżanka Darii świętowała urodziny. Była cała klasa, zjawił się i Makary. Tyle iż nie przyszedł tam, by świętować z nimi. W trakcie imprezy zadzwonił telefon Darii – wyszła do korytarza odebrać, a kiedy wróciła, obok jej miejsca siedział Makary. Z początku nie zwróciła na to uwagi, ale potem zrobiło jej się bardzo źle… Rano z trudem otworzyła oczy. Makary leżał obok i z satysfakcją się uśmiechał. – No widzisz, a tak się opierałaś – powiedział, jakby nic się nie stało. – To taka rekompensata. Szczerze – byłem zdziwiony. Twój Paweł to niezły frajer. Powrót do domu kosztował Darię wiele wysiłku – słaniała się na nogach, kręciło jej się w głowie. Przechodnie patrzyli z niesmakiem. Nie wyjmowała kluczy – zadzwoniła. Wiedziała, iż macocha jest w domu. – Gdzie się szlajałaś?! – Natalia z miejsca wpadła w gniew. – Całą noc cię nie było, nie odbierasz telefonu, o twoim stanie choćby nie wspomnę! Gdyby ojciec cię taką zobaczył… – Dzwoń po lekarza i policję – przerwała jej Daria. – Zgłoszę na policję. Niech go zamkną. Natalia od razu coś podejrzewała, skojarzyła fakty. – Kto? – Makary, kto inny – choćby odpowiadać Darii było ciężko. – Nikt inny by się nie odważył. Dzwoń, albo ja zadzwonię. – Poczekaj – zaczęła kombinować kobieta, jak na niej przystało. – I tak go wybronią. Zrobimy to inaczej. Skontaktuję się z jego ojcem, niech zapłaci odszkodowanie. – Oszalałaś?! – Daria nie dowierzała. – Jakie odszkodowanie? Sama pójdę na policję! – Nigdzie nie pójdziesz! – złapała córkę za rękę i zaprowadziła do pokoju. Nie miała siły się bronić. – I tak będziesz winna, cała wieś się dowie i będziesz pośmiewiskiem. Ja wszystko załatwię. Telefon zginął gdzieś po drodze do domu lub został u przyjaciółki. Wyjść z domu się nie dało – Natalia zamknęła drzwi i pilnowała dziewczyny. Daria była coraz słabsza, łóżko przyciągało… Po kilku dniach wysłali ją do babci, do Piotrkowa, sto kilometrów od rodzinnej miejscowości. Starsza osoba nie powinna o niczym się dowiedzieć, więc Daria udawała, iż wszystko w porządku. Po miesiącu przyszła straszna wiadomość – tamtej nocy… będzie dziecko. Natalia była zachwycona – dziecko zapewni im wszystkim dostatnie życie! Dziadek z Warszawy zapłaci, żeby chronić syna. Byle tylko nikomu nie mówić, przynajmniej do piątego miesiąca. Darii nikt o zdanie nie pytał. Gdy tylko wspomniała, iż chce pozbyć się dziecka, Natalia zrobiła awanturę i pilnowała jej na każdym kroku. Dziadek nie był zadowolony, ale dał pieniądze i obiecał, iż jeszcze więcej zapłaci. ************************************************ – Teraz pani rozumie? Ile wycierpiałam przez to dziecko. Paweł mnie zostawił, nie uwierzył mi. Przyjaciółki się odwróciły, musiałam się przeprowadzić. choćby liceum nie skończyłam! – Przepraszam, oceniłam cię nie znając wszystkiego – kobieta była wyraźnie poruszona. – Ale dziecko i tak nie jest niczemu winne. – Daria, musimy poważnie porozmawiać! – do sali pewnym krokiem weszła Natalia, ciągnąc za sobą męża. – Proszę opuścić salę – to sprawa rodzinna! Nieznajoma spojrzała na Darię ze współczuciem i wyszła, zamykając za sobą drzwi. – Nie pozwolę ci zepsuć mojego idealnego planu. Jak zostawisz dziecko tutaj, nie masz po co wracać do domu. Gdzie pójdziesz? Babcia nie żyje, jej mieszkanie przejął twój wujek. Będziesz żebrać? – Nie, pojedzie ze mną – do sali weszła elegancka kobieta. Oczy Darii rozbłysły radością. – Mamo! Przyjechałaś! – Oczywiście, iż przyjechałam. Nie mogłabym zostawić cię w potrzebie – Albina mocno przytuliła córkę. – Gdybyś tylko dała mi znać wcześniej, dawno zabrałabym cię do siebie. Myślałam, iż tu łatwiej skończysz szkołę. – Myślałam, iż mnie nie chcesz – zaszlochała Daria. Tak naprawdę wciąż była dzieckiem. – Ktoś twierdził, iż nie chcesz mieć ze mną kontaktu. Prezenty wracały nierozpakowane, nie mogłam się dodzwonić. Pomyślałam, iż nie potrafisz mi wybaczyć. Nic się nie martw – oznajmiła kobieta, wycierając łzy córki. – Wyjedziemy i gwałtownie o wszystkim zapomnisz… ******************************************************** Daria wyjechała. Dziecko zabrała Natalia, marząc o luksusowym życiu. Ale… Kiedy wpływowy dziadek się dowiedział, przyjechał i zabrał wnuczkę do siebie. Makary musiał uznać ojcostwo, choć się opierał. Daria jest szczęśliwa – jest przy najbliższej osobie, która zawsze pomoże i nigdy nie zdradzi…
Mam 30 lat i kilka miesięcy temu zakończyłam ośmioletni związek. Nie było zdrad, kłótni ani dramatycznych scen. Po prostu pewnego dnia usiadłam naprzeciwko niego i zrozumiałam coś bolesnego: byłam dla niego kobietą „w trakcie”. Najgorsze, iż pewnie choćby tego nie zauważał. Przez cały ten czas byliśmy parą. Nigdy nie zamieszkaliśmy razem. Ja mieszkałam z rodzicami, on z swoimi. Mam zawód i pracuję w firmie, on prowadzi własną restaurację. Byliśmy niezależni – osobne obowiązki, grafiki i pieniądze. Nie było przeszkód, by iść dalej – poza decyzją, którą stale się odkładało. Latami proponowałam, byśmy stworzyli wspólny dom. Nigdy nie naciskałam na ślub czy wielkie plany – zawsze powtarzałam, iż formalności nie są najważniejsze, liczy się to, co mamy. Chciałam tylko, byśmy dzielili codzienność, prawdziwe życie. On zawsze znajdował wymówkę: jeszcze nie teraz, restauracja, nie czas. W końcu nasze życie zamieniło się w rutynę – spotkania w określone dni, rozmowy o ustalonych porach, wyjścia w te same miejsca. Znałam jego dom, rodzinę, problemy – i on moje. Ale wszystko kręciło się wokół wygody i bezpieczeństwa, bez ryzyka i zmian. Byliśmy stabilną, ale zatrzymaną w miejscu parą. Aż w końcu zabolała mnie jedna rzecz: ja się rozwijałam, ale związek tkwił w miejscu. Pomyślałam, iż jeżeli tak będzie dalej, dobiję czterdziestki jako „wieczna narzeczona”. Bez wspólnego domu, bez realnych planów, bez wspólnego życia – tylko spotkania i towarzyszenie sobie. Nie dlatego, iż był złym człowiekiem, po prostu nie chciał tego samego co ja. Decyzja o rozstaniu dojrzewała miesiącami. Gdy w końcu mu powiedziałam – nie było awantur. Była cisza. Nie rozumiał. Przekonywał, iż jest dobrze, niczego nam nie brakuje. Wtedy zrozumiałam – dla niego to było wystarczające. Dla mnie – już nie. Potem przyszła pustka. Bo, choć to ja odeszłam, były przyzwyczajenia: wiadomości, telefony, „wspólny czas”. Brakowało mi nie miłości, ale tej dobrze znanej rutyny. Nie spodziewałam się reakcji innych – myślałam, iż będą krytykować, mówić, iż przesadzam, iż nie odchodzi się po ośmiu latach „tak po prostu”. Tymczasem usłyszałam coś odwrotnego: iż to była najwyższa pora. Że kobieta taka jak ja nie powinna stać w miejscu. Że wystarczająco długo czekałam. I do dziś jestem w tym procesie. Nie szukam nikogo. Nie spieszę się.
Agustin Egurrola przerywa milczenie. "Nagle zawalił się cały mój świat i zostałem sam"
Lesar wyznała Zillmann uczucia. W reakcji Katarzyny powiało chłodem
To nie podlega dyskusji – Nina będzie mieszkać z nami, to nie podlega dyskusji – powiedział Zahar, odkładając łyżkę na bok. Na kolację choćby nie spojrzał, najwidoczniej szykując się na poważną rozmowę. – Mamy wolny pokój, akurat skończyliśmy remont. Za dwa tygodnie córka się do nas przeprowadza. – A czy o czymś nie zapomniałeś? – Krysia policzyła w myślach do dziesięciu, zanim zapytała. – Na przykład o tym, iż ten pokój szykowaliśmy dla NASZEGO wspólnego dziecka? Poza tym chyba zapomniałeś, iż Nina ma matkę, z którą powinna mieszkać. – Pamiętam, iż myśleliśmy o dziecku – przytaknął posępnie mąż. Miał nadzieję, iż żona zgodzi się bez słowa i nie będzie dalszych kłótni. – Ale można to odłożyć o parę lat. Ty musisz skończyć studia, nie czas na dzieci. Zresztą, Nina nie chce rodzeństwa. A co do jej matki… – Zahar uśmiechnął się krzywo – odbieram jej prawa rodzicielskie. Dla małej to niebezpieczne mieszkać z tamtą kobietą! – Małej? – Krysia uniosła brwi. – Przecież ona ma dwanaście lat? To już prawie nastolatka. Na czym polega to „niebezpieczeństwo”? Że nie pozwala jej wychodzić po 22? Albo iż każe odrabiać lekcje pod groźbą odebrania telefonu czy internetu? Twoja była żona to chyba święta, iż nie sięgnęła jeszcze po pasek! – Nic nie wiesz – syknął Zahar przez zęby. – Nina pokazywała mi siniaki, pozwalała czytać wiadomości z wyzwiskami i groźbami! Nie pozwolę, żeby zniszczyła życie mojej córki! – A właśnie to robisz, idąc jej na rękę. Krysia wstała od stołu, ledwie tknąwszy zupę. Straciła apetyt, a widok naburmuszonego męża powodował ból głowy. Przecież ją ostrzegali: „Nie spiesz się z małżeństwem! Pożyjcie trochę bez ślubu, sprawdźcie się w rodzinie…” Ale ona wiedziała lepiej! Przecież chciała być pierwsza wśród koleżanek… Z czego wynikły obawy znajomych? To drugi ślub Zahara, jest starszy od Krystyny o piętnaście lat i ma już dość dużą córkę, której jest absolutnie oddany. Trzy rzeczy, które osobno są drobiazgiem, razem tworzą niemal katastrofę. Pierwsze dwie przeszkody nie były takie straszne – Krysi podobało się, iż mąż jest starszy i doświadczony. Rozwód odbył się za porozumieniem stron, była żona nie miała do niego żalu. Za to trzecia rzecz… Nina. Niesamowicie rozpuszczona i nieposłuszna dziewczynka, wychowywana głównie przez babcię, bo rodzice cały czas pracowali na jej przyszłość. Rozwód jej nie obeszł, bo doskonale wiedziała, iż tata i tak jej nie zostawi, choćby jak ożeni się drugi raz. Ale ślub mamy… Tego już nie przełknęła. Ojczym ostro wziął się za jej wychowanie, a mama, mająca teraz więcej czasu w domu, całkowicie go wspierała. Godzina policyjna, nauka, korepetycje, bo Nina była do tyłu z większością przedmiotów… Całe to ograniczanie wolności wkurzało ją do tego stopnia, iż wymyślała niestworzone historie, by wzbudzić współczucie ojca. Nina chciała mieszkać z tatą, dobrze wiedząc, iż przez jego pracę będzie miała więcej swobody. Krysia była dla niej nikim, nie zamierzała słuchać macochy starszej od siebie o raptem dziewięć lat. I dla „wolnego życia” była gotowa na wszystko. ********************** – Nina przyjedzie dziś. Przygotuj jej pokój, i proszę, nie denerwuj jej, bo i tak sporo przeszła – Zahar postawił żonę przed faktem, dobierając krawat do nowego garnituru. – Gdybym wiedział wcześniej, iż Alicja zamęczy ją przez nowego faceta… Ale czasu nie cofniesz. – Czyli naprawdę się nie rozmyśliłeś? Naprawdę chcesz zabrać córkę do nas? – Krysia do końca miała nadzieję, iż się nie uda. – Kto będzie jej pilnował? Ty wracasz najwcześniej o ósmej! – Ty się nią zajmiesz – wzruszył ramionami. – Przecież nie ma trzech lat, jest samodzielna. – Mam za chwilę sesję, sam mówiłeś, iż muszę skupić się na nauce – uśmiechnęła się złośliwie Krysia. – Niech Nina zachowuje się cicho i nie przeszkadza w nauce. Mam nadzieję, iż umie zmywać i sprzątać, bo przez najbliższe dwa tygodnie to będzie jej obowiązek. – Nie jest sprzątaczką… – Ja też nie – przerwała. – Ale skoro będzie mieszkać z nami, musi pomagać w domu. Porozmawiaj lepiej z córką o zasadach wspólnego życia. ************************ – Tato, i pozwolisz jej mnie tak traktować? choćby nie mogę spotkać się z koleżankami, twoja żona zrzuciła na mnie wszystkie domowe obowiązki, sama ogląda telewizję z uśmiechem. Krysia, przypadkiem podsłuchując rozmowę, uśmiechnęła się ironicznie. No jasne, spróbuj ją do czegoś zmusić! Prędzej niebo z ziemią się zamienią… – Porozmawiam z Krysią, obiecuję. Ale i ty postaraj się z nią dogadać. Wiem, iż jest ci ciężko, ale nie dam rady pilnować cię non stop. Znajdź z Krystyną wspólny język, pokaż jej, jaka jesteś fajna. – Dobrze, spróbuję – z ociąganiem zgodziła się Nina, wiedząc, iż nic nie wskóra. – A to prawda, iż kupiłeś jej samochód? – No tak, a co? – Nic… A mnie powiedziałeś, iż nie masz pieniędzy na wysłanie mnie na wakacje za granicę! Tak o tym marzyłam! – Sama i tak nie pojedziesz, masz dopiero dwanaście lat, a ja pracuję. Pojedziemy razem, całą rodziną, latem. – A ja nie chcę całą rodziną! W ogóle mnie nie kochasz, tak? – zaszlochała dziewczynka. – Po co mnie od mamy zabrałeś? Twoja żona tylko mnie nie znosi, a ty wiecznie zajęty… Krysia przestała słuchać. Wiedziała, iż Nina i tak dopnie swego – nie tylko w sprawie wyjazdu. Sprytna dziewucha postanowiła wygryźć kolejną osobę z rodzinnego grona, która mogłaby „zabrać jej tatę”. I pewnie jej się to uda. Dość słuchania wymówek – Krysia postanowiła, iż po kolejnej kłótni złoży pozew o rozwód. A potem popsuje dziewczynie satysfakcję, mówiąc, iż choćby po rozwodzie Zahar będzie płacił alimenty… na własne dziecko. ********************** Rzeczywiście – wieczór zaczął się od sterty pretensji. Krysia wysłuchała oskarżeń i spokojnie oznajmiła, iż składa pozew o rozwód. – Chcę spokoju, a nie wciąż wysłuchiwać przykrych uwag na swój temat. Ostrzegałam cię, iż uleganie dziecku to zły pomysł – zauważyła triumfalny uśmiech Niny i gwałtownie sprowadziła ją na ziemię. – A ty się nie ciesz, bo nie wiesz, jak się życie potoczy. Może postawię tacie ultimatum – jeżeli będzie chciał widywać nasze dziecko – pogładziła się po brzuchu – będzie musiał odesłać cię do mamy. Albo i coś innego wymyślę. Nina zaniemówiła, Zahar nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał, a Krysia zabrała spakowaną walizkę i wyszła. W rzeczywistości nie była w ciąży – po prostu chciała, by dziewczyna się zdenerwowała. I dać nauczkę mężowi, który nie ma pojęcia o wychowaniu dzieci… To nie podlega dyskusji: historia o toksycznych zależnościach, macierzyńskich i ojcowskich błędach oraz trudnych wyborach w polskiej rodzinie
A co jeżeli to nie moja córka? Muszę zrobić test DNA Nikita z niepokojem obserwuje, jak jego żona Olesia czuwa przy nowo narodzonej córeczce, ale jedna uporczywa myśl nie daje mu spokoju – czy to naprawdę jego dziecko? W zeszłym roku Nikita wyjechał na miesięczną delegację, a kilka tygodni po powrocie żona oznajmiła mu radosną nowinę. Będą mieć dziecko. Z początku się ucieszył. Jednak pewnego dnia siostra Olesi opowiedziała mu, jak zrobiła test DNA swojemu synowi, by rozwiać wątpliwości swojego partnera. — Olesiu, zróbmy też DNA. Dla własnego spokoju — propozycja Nikity wywołuje lawinę — żona wpada w szał, sąsiedzi stają się świadkami awantury. — Przecież to normalne! — upiera się Nikita, który coraz bardziej podejrzewa zdradę przez gwałtowną reakcję żony. — Po prostu chcę być pewny. — Jak mogłeś na coś takiego wpaść? — krzyczała Olesia, rzucając w męża kolejną poduszką. — Dałam ci choć jeden powód? — Miesiąc mnie nie było w domu — wycedził Nikita. — Skąd mam wiedzieć, co się tu działo? Zróbmy test, poznam wynik i zamknę temat. Kiedy idziemy? Adres kliniki możemy wziąć od twojej siostry. — W następnym życiu — warknęła Olesia, trzaskając drzwiami od dziecięcego pokoju. **************************************************** — Przecież nie żądam cudów — żalił się później Nikita swojej mamie. — Twoja żona nie ma czystego sumienia — skwitowała pani Anna, nalewając kawę. — Dziecko zrobiła, teraz boi się, iż wyjdzie na jaw. Zresztą… — zawahała się, — kiedy byłeś w delegacji, wydarzyło się coś dziwnego… — Jak to? — Nikita słuchał z napięciem. — Nie chcę mieszać się w wasze sprawy — zaczęła. — Przyszłam pogadać o jubileuszu ojca. Olesia długo nie otwierała, choć widziałam, iż jest w domu. Była rozczochrana, a w przedpokoju leżały czyjeś męskie buty. — I co powiedziała? — zdenerwował się Nikita. — Że rura pękła — przewróciła oczami pani Anna. — Mogła coś lepszego wymyślić. — Czemu mi nie powiedziałaś? — Nie weszłam choćby do mieszkania, poza tym nie miałam pewności. Nie chciałam was skłócić. — Źle! — niemal wywracając filiżankę, fuknął Nikita. — Co mam teraz zrobić? — Wymuś test — doradziła matka. — Albo sam go zrób. Masz prawo jako ojciec. **************************************************** — Możesz być spokojna — rzucił Nikita, kiedy otrzymał wyniki testu DNA. — Arinka jest moją córką. Jak obiecałem, nie wracam do tej sprawy. — Nie rozumiem… — odezwała się Olesia, zerkając z niepokojem na kopertę. — Zrobiłeś test bez mojej zgody? — No tak, poszedłem z córką na spacer, zajęło chwilę. Córka moja, nie ma problemu. — Problem jest — wyszeptała Olesia. — Szkoda, iż tego nie rozumiesz. Następnego dnia Nikita jak zwykle wyszedł do pracy. Jednak wieczorem mieszkanie było puste, nie było ani żony, ani córki, zniknęły też ich rzeczy. Na stole leżała kartka: „Swoją nieufnością zniszczyłeś wszystko między nami. Nie chcę żyć z kimś, kto mi nie ufa. Składam pozew o rozwód. Nie chcę od ciebie nic, ani mieszkania, ani alimentów. Po prostu zniknij z naszego życia.” Nikitę ogarnęła wściekłość. Jak ona mogła go zostawić?! Zabrał telefon i zadzwonił do żony. Odebrał mężczyzna. Wysłuchał całej tyrady i poprosił, by Nikita więcej nie dzwonił. — Wiedziałem, zdradzała mnie! — rozpalał się Nikita. — Ledwo odeszła, a już z innym! Doskonale, niech idzie! Nie wpadł na myśl, iż Olesia mogła pojechać do rodziny i to jej brat odebrał, nie chcąc niepokoić zmęczonej siostry. Nikita był pewien swego. Rozwód przebiegł szybko, za obopólną zgodą. Mała Arina została z matką i nigdy więcej nie zobaczyła swojego biologicznego ojca…
Honorata Skarbek w szpitalu! Poruszający apel o modlitwę: "Walczymy"
To się choćby nie podlega dyskusji – Nina będzie mieszkać z nami, to się choćby nie podlega dyskusji – powiedział Zbigniew, odkładając łyżkę na bok. Mężczyzna choćby nie tknął kolacji, najwyraźniej przygotowując się do poważnej rozmowy. – Pokój jest, właśnie skończyliśmy remont. Tak więc za dwa tygodnie córka się do nas wprowadzi. – A nie zapomniałeś o czymś? – Ksenia policzyła do dziesięciu w myślach i zapytała. – Na przykład o tym, iż pokój przygotowaliśmy dla naszego wspólnego dziecka? Poza tym chyba przegapiłeś fakt, iż Nina ma matkę, z którą powinna mieszkać. – Pamiętam, iż rozważaliśmy dziecko – mrukliwie skinął głową mąż. Liczył jednak, iż żona bez sprzeciwu się zgodzi i nie będzie potrzebna dalsza rozmowa. – Ale nic nie szkodzi, możemy to przełożyć na parę lat. Zresztą, musisz jeszcze skończyć studia, to nie czas na dzieci. Poza tym Nina nie chce rodzeństwa. A co do jej matki… – Zbyszek uśmiechnął się krzywo – występuję o odebranie jej praw rodzicielskich. Dla małej po prostu nie jest tam bezpiecznie! – Małej? – Ksenia uniosła brew ze zdziwieniem. – Przecież ona ma dwanaście lat! To już całkiem dorosła dziewczyna. I na czym polega to “niebezpieczeństwo”? Na tym, iż matka zabrania jej spacerów po dziesiątej? Albo iż każe odrabiać lekcje pod groźbą odebrania telefonu? To chyba święta kobieta, skoro jeszcze nie używała paska! – Nic nie wiesz – przez zęby warknął mąż. – Nina pokazywała mi siniaki, czytałem wiadomości z wyzwiskami i groźbami! Nie pozwolę, by jej życie zostało zniszczone! – Właśnie to robisz, idąc jej na rękę. Ksenia wstała od stołu, zerkając na niemal nietkniętą zupę. Apetyt nagle zniknął, a widok niezadowolonego męża wywoływał ból głowy. Ostrzegali ją – nie spiesz się z małżeństwem! Pożyć parę lat razem bez ślubu, sprawdzić uczucia… Ale ona przecież wiedziała lepiej! Sama wiedziała, jak postąpić! No i bardzo chciała wyprzedzić koleżanki… Dlaczego znajomi byli przeciwni szybkiemu ślubowi? Proste – Zbyszek to już jego drugie małżeństwo, starszy od niej o piętnaście lat i ma całkiem dużą córkę, którą wręcz uwielbia. Trzy powody niby drobnostki, ale razem prawie katastrofa. Pierwsze dwa nie były problemem – wręcz przeciwnie, podobało jej się, iż mąż starszy i doświadczony. Wiedziała z pierwszej ręki, iż rozwód był za porozumieniem stron i była żona nie miała do niego pretensji. Tylko ta trzecia kwestia… Nina. Strasznie rozpieszczone i nieposłuszne dziecko, przez większość życia wychowywana przez babcię, bo rodzice ciężko pracowali, by zapewnić jej dobre życie. Rozwód jej nie przejął, była pewna, iż tata jej nie zostawi, choćby gdy ponownie się ożeni. Za to nowy mąż matki… Na to nie była gotowa. Ojczym wziął się za wychowanie, a mama, przez zmianę pracy spędzała w domu więcej czasu, całkowicie go popierając. Godzina powrotu do domu, lekcje, korepetycje, bo Nina miała braki w nauce… Dziewczyna, od małego przyzwyczajona do telewizora i komputera, do szału ją to doprowadzało. Tak bardzo, iż zaczęła wymyślać różne historie, denerwując tym ojca. Nina chciała mieszkać z ojcem, dobrze wiedząc, iż przez jego pracę większość czasu będzie miała dla siebie. Ksenię miała za nic, nie zamierzała słuchać macochy starszej zaledwie o dziewięć lat. Dla “swobodnego życia” była gotowa na wszystko. ********************* – Nina przyjeżdża dziś. Przygotuj jej pokój i proszę, nie denerwuj jej, ona i tak przeszła już wiele – Zbyszek postawił żonę przed faktem dokonanym, dobierając krawat do nowego garnituru. – Gdybym tylko wcześniej wiedział, iż Ala przez nowego faceta zacznie gnębić córkę… Ale nic, co tu dużo mówić, czasu nie cofniesz. – Naprawdę się nie rozmyśliłeś? Chcesz ją u nas? – Ksenia miała nadzieję, iż się nie uda. – A kto będzie jej pilnował? W domu jesteś najwcześniej o ósmej wieczorem. – Ty popilnujesz – wzruszył ramionami. – Przecież nie ma trzech lat, jest samodzielna. – Mam zaraz sesję, mówiłeś sam, iż muszę się skupić na nauce – odparła Ksenia złośliwie. – Niech będzie cicho i mi nie przeszkadza. Mam nadzieję, iż umie zmywać i sprzątać, bo przez najbliższe dwa tygodnie to jej główny obowiązek. – Nie jest sprzątaczką… – Ja też nie – przerwała mężowi. – Ale skoro będzie mieszkać z nami, to ma pomagać w domu. Lepiej ustal z nią zasady wspólnego życia. ************************ – Tato, pozwolisz jej się nade mną znęcać? choćby z koleżankami nie mogę wyjść, twoja żonka wszystko zwala na mnie i sama siedzi przed telewizorem z uśmiechem. Ksenia, która przypadkiem podsłuchała rozmowę, skrzywiła się kpiąco. Taaak, już ona zmusi Ninę do czegokolwiek! Prędzej świnie zaczną latać! – Porozmawiam z Ksenią, obiecuję. Ale ty też musisz spróbować się z nią dogadać. Wiem, iż ci trudno, ale fizycznie nie dam rady cię pilnować. Znajdź z Ksenią wspólny język, pokaż, jaka jesteś fajna. – Dobrze, spróbuję – Nina odparła niechętnie, wiedząc, iż teraz nic nie wskóra. – A to prawda, iż kupiłeś jej samochód? – Tak, a co? – Nic… Tylko mówiłeś, iż nie masz pieniędzy na mój wakacyjny wyjazd za granicę! Tak o tym marzyłam! – Sama i tak nie pojedziesz, masz tylko dwanaście lat, ja pracuję. Latem pojedziemy wszyscy razem, całą rodziną. – Nie chcę całą rodziną! W ogóle mnie nie kochasz, tak? – dziewczynka zaszlochała. – Po co mnie zabierałeś od mamy? Przeszkadzam twojej żonie, ty wiecznie zajęty… Ksenia nie chciała słuchać dalej. Wiedziała, iż Nina i tak postawi na swoim. Nie tylko o wyjazd chodzi. Sprytna dziewczyna pozbędzie się kolejnej konkurentki do pieniędzy taty. I pewnie jej się uda. Ksenia miała dość wyrzutów męża. Postanowiła – jeszcze jedna kłótnia i będzie rozwód. Na koniec trochę popsuje Ninie euforia z sukcesu, ogłaszając, iż po rozwodzie Zbyszek i tak będzie musiał płacić alimenty. ********************** Ksenia miała rację – wieczór zaczął się od litanii żalów. Ze spokojem oznajmiła, iż składa papiery rozwodowe. – Chcę żyć spokojnie, a nie słuchać całej tej brudnej nagonki na mnie. Mówiłam, iż uleganie córce to fatalny pomysł – widząc triumfujący uśmiech Niny, Ksenia gwałtownie sprowadziła ją na ziemię. – A ty zbytnio się nie ciesz, bo nie wiadomo, jak długo to potrwa. Na przykład mogłabym postawić twojemu tacie warunek: jeżeli chce widywać się z naszym dzieckiem – pogładziła się po brzuchu – musi cię oddać matce. Albo coś w tym stylu. Nina szukała słów, by wyrazić oburzenie, a Zbyszek próbował pojąć sytuację, gdy Ksenia chwyciła walizkę i wyszła z mieszkania. Tak naprawdę nie była w ciąży – chciała tylko wzbudzić niepokój u złośliwej dziewczynki i dać nauczkę mężowi, który nie zna się na psychologii dziecięcej…
Wartościowi mężczyźni nie są zainteresowani kobietami 40+?
Pozdrowienia od żony – Kochanie, odbierzesz mnie dziś z pracy? – zadzwoniła do męża Żenia z nadzieją, iż po ciężkim dniu nie będzie musiała tłuc się czterdzieści minut autobusem. – Nie mam czasu – odpowiedział krótko Artur. W tle wyraźnie rozbrzmiewał telewizor, co oznaczało, iż Artur siedzi w domu. Dziewczynie zrobiło się przykro aż do łez. Małżeństwo wisiało na włosku, choć jeszcze pół roku temu mąż nosiłby ją na rękach. Co się tak gwałtownie zmieniło? Żenia nie miała pojęcia. Dbała o siebie, spędzała sporo czasu w siłowni. Wyśmienicie gotowała – w końcu pracowała w jednym z najlepszych warszawskich lokali. Nigdy nie prosiła o pieniądze, nie urządzała awantur, była gotowa spełnić każdą zachciankę męża… – Zobaczysz, gwałtownie mu się znudzisz – kręciła głową mama, słuchając żalów Żeni. – Nie wolno we wszystkim dogadzać facetowi. – Po prostu go kocham – bezradnie się uśmiechała. – I on mnie też… ****************************** – Jednak mu się znudziłam – gryzła wargi Żenia, przeglądając historię przeglądarki. Okazało się, iż Artur cały wolny czas spędzał na portalach randkowych, pisząc jednocześnie z kilkoma kobietami. – Dlaczego nie mógłby po ludzku ze mną porozmawiać? Zrozumiałabym i puściła go wolno. Po co męczyć się w nieszczęśliwym związku i męczyć mnie swoim zachowaniem? Cóż, będzie rozwód. Poradzi sobie – jest silna. Ale nie zamierzała odpuścić mu bez małej zemsty… Tego samego wieczoru Żenia założyła konto na tej samej stronie co mąż, znalazła go i napisała do niego. Zdjęcie znalazła w internecie, trochę przerobiła w Photoshopie i była pewna, iż Artur połknie haczyk. Nie myliła się. Rozkręciła się gorąca korespondencja. Artur zapewniał w wiadomościach, iż nie jest żonaty, marzy o poważnym związku i dzieciach. Wychwalał się cudownym charakterem, czym doprowadzał Żenię do łez… ze śmiechu. Doskonale znała jego humorki. – Spotkajmy się – napisała Żenia, czekając z zapartym tchem. – Jasne! – odpisał po sekundzie Artur. – Ale tymczasowo mieszka u mnie siostra, przygotowuje się do matury. Może na neutralnym gruncie, potem noc w hotelu? – Serio? – aż się wymsknęło Żeni. – Skąd masz pewność, iż dziewczyna od razu zechce jechać z tobą do hotelu? Normalna osoba by się obraziła! No, ale mi to na rękę… – To może do mnie? Mam dom na obrzeżach Warszawy, mieszkam sama. Nikt nam nie przeszkodzi… – A w myślach: ciekawe, czy się zgodzi? – Super pomysł! – ucieszył się Artur, najwyraźniej zadowolony, iż nie będzie musiał wydawać kasy na hotel. – Podaj adres i godzinę. Przylecę na skrzydłach miłości. – Ul. **** 25, godzina 22. Pasuje? – Jak najbardziej! Czekaj na mnie. Około dziewiątej Artur udawał, iż pilnie wzywają go do pracy. Nie mógł znaleźć kluczyków od auta i niechętnie spytał żonę, czy gdzieś je widziała. – Leżały na szafce nocnej – spojrzała mu prosto w oczy, ściskając kluczyki w kieszeni. – Może kot gdzieś zabrał? – Dobra, zamówię taksówkę. Nie czekaj na mnie, idź spać. Ale Żenia wcale nie miała zamiaru czekać. Po co? Spakowała się – miała własne mieszkanie po babci. Jedyne, co zostawiła po sobie – to wniosek rozwodowy w widocznym miejscu. Artur wrócił dopiero rano, wściekły. Sama droga zajęła mu ponad godzinę, a Angeliki z portalu ani śladu. Adres był prawdziwy, dom też – tylko iż zamiast ślicznotki otworzyła mu drzwi pani trzy razy większa od niego w lekko przeźroczystym szlafroczku. Dałby wszystko, żeby to wymazać z pamięci. Ledwo się jej wymknął – musiał wezwać taksówkę, długo czekał, zmarzł w marynarce. Jeszcze trafił na dziwnego kierowcę, który wywiózł go Bóg wie gdzie… Słowem: nocka marzeń. Dopiero wchodząc do mieszkania i widząc na stole wniosek rozwodowy, zrozumiał, kto stał za całą tą akcją. A tuż obok, czerwoną szminką, widniał napis: Ta słodka zemsta…
To się choćby nie podlega dyskusji – Nina będzie mieszkać z nami, to się choćby nie podlega dyskusji – powiedział Zdzisław, odkładając łyżkę na bok. Do kolacji choćby się nie tknął, najwyraźniej szykował się na poważną rozmowę. – Pokój jest, właśnie skończyliśmy remont. Za dwa tygodnie córka wprowadzi się do nas. – Niczego nie zapomniałeś? – Ksawera policzyła do dziesięciu w myślach i zapytała. – Na przykład tego, iż ten pokój przeznaczyliśmy dla naszego przyszłego WSPÓLNEGO dziecka? Albo, iż Nina ma matkę, z którą powinna mieszkać? – Pamiętam, iż myśleliśmy o dziecku – mruknął mężczyzna. Liczył, iż żona przyjmie jego decyzję bez sprzeciwu i dalsze rozmowy będą niepotrzebne. – Ale trudno, odłożymy to na dwa, trzy lata. Ty masz jeszcze studia przed sobą, to nie czas na dzieci. Poza tym, Nina nie chce mieć rodzeństwa. A jeżeli chodzi o jej matkę… – Zdzisław uśmiechnął się krzywo – pozbawię ją praw rodzicielskich. Dla dziecka jest po prostu niebezpiecznie przebywać w jednym mieszkaniu z tą kobietą! – Dla dziecka? – Ksawera uniosła brwi ze zdziwieniem. – Ona ma przecież dwanaście lat! Widzę, iż dobrze wychowana dziewczynka, swoją drogą. I w czym to zagrożenie? W tym, iż twoja córka nie może wychodzić po dziesiątej wieczorem? Czy może dlatego, iż jest zmuszana odrabiać lekcje pod groźbą odebrania telefonu lub odcięcia internetu? Twoja była to chyba święta, skoro jeszcze nie sięgnęła po pas! – Nic nie wiesz – prychnął mężczyzna przez zęby. – Nina pokazywała mi siniaki, dała przeczytać sms-y z wyzwiskami i groźbami! Nie pozwolę zniszczyć życia mojej córce! – Właśnie to robisz, pozwalając jej rządzić. Ksawera delikatnie wstała od stołu, zostawiając prawie nietkniętą zupę. Straciła apetyt, a widok zagniewanego męża wywoływał tylko ból głowy. Mówili jej – nie spiesz się ze ślubem! Pomieszkajcie razem, sprawdźcie swoje uczucia… Ale przecież ona wie lepiej! Chciała też wyprzedzić koleżanki… Dlaczego znajomi byli przeciwni szybkiemu ślubowi? Powody były jasne – Zdzisław to drugi mąż, starszy o piętnaście lat, a do tego miał całkiem dużą córkę, w której był zakochany po uszy. Trzy powody – osobno może nic wielkiego, razem… niemal katastrofa. W gruncie rzeczy dwa pierwsze powody nie sprawiały wielkiego dyskomfortu. Wręcz przeciwnie, podobało jej się, iż mąż jest starszy i ma doświadczenie rodzinne. Wiedziała z pierwszej ręki, iż rozwód odbył się za porozumieniem stron, a Ala nie miała do niego pretensji. Największym problemem była jednak… Nina. Skrajnie rozpieszczone i nieposłuszne dziecko, które większość życia spędzało z babcią – rodzice pracowali w pocie czoła, by zapewnić jej lepszą przyszłość. Rozwód rodziców jakoś specjalnie dziewczynki nie dotknął, bo wiedziała, iż tata nigdy jej nie zostawi, choćby jak się ponownie ożeni. Ale nowa rodzina mamy… na to nie była gotowa. Nie dość, iż ojczym wziął się za jej wychowanie, to jeszcze mama, która zmieniła pracę i zaczęła spędzać w domu więcej czasu, w pełni go wspierała. Godzina policyjna, lekcje, korepetycje, bo Nina zalegała z większością przedmiotów… Wszystko to straszliwie ją denerwowało. Przyzwyczajona do telewizora i komputera, była wściekła. Tak wściekła, iż zaczęła wymyślać niestworzone historie i denerwować nimi ojca. Nina chciała mieszkać z tatą, doskonale wiedząc, iż przez jego pracę będzie mieć dużo swobody. Ksawera się nie liczy – nie zamierzała słuchać macochy starszej zaledwie o dziewięć lat. Dla „wolnego życia” była gotowa na wszystko. ********************** – Nina przyjedzie dzisiaj. Przygotuj jej pokój i, proszę, nie denerwuj jej, i tak sporo przeszła – Zdzisław postawił żonę przed faktem, dobierając krawat do nowego garnituru. – Gdybym wiedział, iż Ala przez faceta zacznie gnębić dziecko… Ale co teraz? Czasu nie cofniemy. – Czyli naprawdę się zdecydowałeś? Chcesz, żeby córka mieszkała z nami? – Ksawera do ostatniej chwili miała nadzieję, iż się nie uda. – Kto będzie jej pilnować? Ty wracasz najwcześniej o ósmej. – Ty. To nie trzylatka, da sobie radę sama – wzruszył ramionami. – A ja mam egzaminy za pasem, sam mówiłeś, iż muszę się skupić na nauce – odparowała chłodno. – Niech Nina będzie cichutka i nie przeszkadza. Mam nadzieję, iż potrafi myć naczynia i podłogi, bo przez najbliższe dwa tygodnie to jej zaszczytne zadania. – Nie jest sprzątaczką… – Ja też nie – przerwała żonie. – Ale jak ma mieszkać z nami, niech pomaga w domu. Lepiej ustal z córką zasady wspólnego życia. ************************ – Tato, poważnie pozwolisz jej tak mnie traktować? choćby z koleżankami nie można się spotkać, twoja żona całą robotę zrzuca na mnie, a sama tylko ogląda telewizję. Ksawera, zupełnym przypadkiem podsłuchawszy rozmowę, uśmiechnęła się krzywo. Jasne… Jeszcze żeby cokolwiek dało się na nią zrzucić. Prędzej niebo spadnie! – Porozmawiam z Ksawerą, obiecuję. Ale ty też się postaraj dogadać. Wiem, iż ci ciężko, ale nie dam rady wszystkiego pilnować – mówił Zdzisław. – Znajdź z nią wspólny język, pokaż, jaka jesteś fajna. – Dobrze, spróbuję… – burknęła Nina, widząc, iż na razie ojca nie przekona. – A to prawda, iż kupiłeś jej samochód? – Tak. A co? – Nic! A mi powiedziałeś, iż nie stać cię, żeby wysłać mnie na wakacje za granicę! Tak bardzo marzyłam… – Sama nie pojedziesz, masz dwanaście lat. W wakacje pojedziemy razem. – Nie chcę całą rodziną! Ty mnie wcale nie kochasz, po co mnie od mamy zabrałeś? Twoja żona tylko się mną denerwuje, ty ciągle jesteś zajęty… Dalej Ksawera już nie słuchała. Zrozumiała, iż Nina postawi na swoim. I nie tylko w sprawie wyjazdu. Przebiegła dziewczynka postanowiła usunąć z rodziny kolejną „pretendentkę do tatusiowego portfela”. I wyglądało na to, iż jej się uda. Ksawera miała dość wyrzutów męża i postanowiła – jedna kłótnia więcej i bierze rozwód. A na koniec jeszcze uprzykrzy Ninie euforia zwycięstwa, przypominając, iż choćby po rozwodzie Zdzisław będzie musiał płacić alimenty. ********************** I rzeczywiście, wieczór zaczął się od lawiny pretensji. Ksawera wysłuchała wszystkiego i ze spokojem ogłosiła, iż wnosi pozew o rozwód. – Chcę żyć spokojnie, zamiast słuchać steku obelg na swój temat. A mówiłam ci, iż uleganie córce to zły pomysł – zobaczywszy triumfalny uśmiech Niny, Ksawera gwałtownie sprowadziła ją na ziemię. – Ty się za bardzo nie ciesz. Kto wie, jak długo jeszcze wszystko będzie po twojemu. Na przykład mogę postawić przed twoim ojcem ultimatum – jeżeli chce się kontaktować z naszym dzieckiem – Ksawera pogładziła się po brzuchu – to musi odesłać cię z powrotem do matki. Albo coś w tym stylu. Zanim Nina zdołała wykrztusić z siebie słowa, a Zdzisław pojął, co się dzieje, Ksawera zabrała spakowaną walizkę i wyszła. Wcale nie była w ciąży – po prostu chciała zdenerwować złośliwą dziewuchę. I dać nauczkę mężczyźnie, który kompletnie nie zna się na psychologii dzieci… To się choćby nie podlega dyskusji – czyli kiedy mąż decyduje za całą rodzinę, teściowie mają rację, a macocha woli rozwód niż wychowywanie cudzej córki
Nie wytrzymała do końca – Składam pozew o rozwód – powiedziała spokojnie Weronika, wręczając mężowi kubek z herbatą. – adekwatnie, już złożyłam. Kobieta wypowiedziała to jakby mówiła o codziennej sprawie, czymś w rodzaju „na obiad będzie dziś kurczak z warzywami”. – Mogę zapytać, od kiedy… Hm, dobra, nie przy dzieciach – Artur, widząc dwie bardzo zmartwione buzie synków, zaczął mówić ciszej i spokojniej. – Czym ci zawiniłem? Już nie wspominając, iż dzieci potrzebują ojca. – Myślisz, iż innego ojca nie znajdę? – kobieta przewróciła ostentacyjnie oczami i uśmiechnęła się złośliwie. – Czym zawiniłeś? Wszystkim! Liczyłam, iż życie z tobą będzie przypominać spokojne jezioro, a nie rwącą rzekę! – Chłopaki, zjedliście już? – nie chciał kontynuować tej rozmowy przy dzieciach. – Biegiem się pobawić. I nie podsłuchiwać! – rzucił za synami, znając ich ciekawą naturę. – A teraz możemy dokończyć. Weronika niezadowolona zacisnęła usta. choćby teraz próbuje rządzić! Gra przykładnego ojca… – Mam już dość takiego życia. Nie chcę każdego dnia spędzać ośmiu godzin w pracy, uśmiechać się do kolegów, użerać się z klientami… Chcę spać do południa, chodzić po drogich sklepach, po salonach piękności. A ty mi tego dać nie możesz. Wystarczy! Oddałam ci najlepsze dziesięć lat mojego życia… – Możesz darować sobie te wzniosłe słowa? – przerwał jej sucho Artur. – No to chyba te dziesięć lat temu sporo się natrudziłaś, żeby wyjść za mnie za mąż? Sam wtedy wcale nie paliłem się do ślubu. – Każdemu zdarza się pomylić. Rozwód odbył się gwałtownie i cicho. Chłopców Artur, choć z ciężkim sercem, zgodził się zostawić Weronice pod warunkiem, iż każdy weekend i wakacje będą spędzać z nim. Weronika łatwo się zgodziła. Pół roku później Artur przedstawił synom swoją nową żonę. Uśmiechnięta i wesoła Lubomira podbiła serca chłopców, którzy nie mogli się doczekać kolejnych weekendów u ojca, czym strasznie drażnili matkę. Jeszcze bardziej drażniło ją, iż Artur dostał spadek po jakimś dalekim wuju, kupił wielki dom pod Warszawą i żyje w dostatku. Choć pracy nie rzucił, alimenty płaci niewielkie, woli sam ubierać synów od stóp do głów, kupować im gadżety i jeszcze sam pilnuje wydatków! Czemu ona nie wytrzymała jeszcze tego pół roku? Gdyby tylko Weronika wiedziała… Teraz inaczej by to rozegrała! Ale może jeszcze nie wszystko stracone? ***** – Może napijemy się herbatki? Jak za dawnych lat – Weronika zalotnie uśmiechała się, kręcąc na palcu kosmyk długich włosów. Króciutka sukienka podkreślała atuty, a staranny makijaż odjął jej lat… Oj, bardzo się postarała, wyglądała olśniewająco! – Nie mam czasu – odpowiedział Artur, z obojętnością patrząc na byłą żonę. – Chłopcy są już gotowi? – Jeszcze coś szukają, pewnie się zejdzie jeszcze z dziesięć minut – rozczarowana powiedziała kobieta, nie ustępując. – Może wspólnie spędzimy Sylwestra? Kacper z Jurkiem pół dnia ubierali choinkę. – Ustaliliśmy w sądzie – ferie są moje. Jedziemy świętować do świetnej wsi na Mazurach, gdzie jest mnóstwo śniegu i miejsca do jazdy na nartach czy snowboardzie. Lubomira wszystko zorganizowała. – Ale to rodzinne święta… – I właśnie będziemy świętować – w rodzinie. A jak będziesz się stawiać, to odbiorę ci synów przez sąd. Gdy za byłym mężem i roześmianymi dziećmi zamknęły się drzwi, Weronika ze złości rozbiła drogi serwis kawowy, kiedyś prezent ślubny. Lubomira… znowu ta Lubomira! Po co ona się tak wtrąca? Ciągle udaje, iż uwielbia chłopców, a pewnie odlicza dni do ich powrotu. Kto jak kto, ale Weronika wie najlepiej, jak rozrabiackie i kapryśne są jej dzieci! A może to… pomysł? Weronika satysfakcjonująco się uśmiechnęła. Jeszcze nie wszystko stracone. Cały majątek Artura może być znowu w jej rękach… ***** – A co to? – zapytał Artur, unosząc brwi na widok walizek stojących w przedpokoju. – Jak to co? Rzeczy. Kacpra i Jurka – Weronika lekko kopnęła jedną z nich. – Skoro już masz swoje życie ułożone, to nadszedł czas na moje zmiany. Wiesz, nie każdy facet chce wychowywać cudze dzieci, więc chłopcy zostają z tobą. Byłam już w opiece społecznej, poinformowałam ich, a teraz wystarczy sprawy dopiąć prawnie. Zajmij się tym, ja wyjeżdżam na urlop z bardzo obiecującym kawalerem. Zostawiając zszokowanego Artura patrzącego za sobą, Weronika ruszyła do czekającego na nią auta. Ciekawe, ile ta “święta” Lubomira wytrzyma? Tydzień? Może dwa? Artur wybierze dzieci i wróci do niej. I do jej pieniędzy… Minęły dwa tygodnie. Miesiąc. Dwa. Telefon z prośbą o zabranie dzieci nie zadzwonił. Z rozmów z chłopcami wynikało, iż Lubomira nigdy się na nich nie zdenerwowała! Jak to możliwe? Dwaj łobuziaki nagle zamienili się w aniołki? Niemożliwe! – Jak chłopcy się zachowują? Jeszcze masz do nich cierpliwość? – Weronika nie wytrzymała i zadzwoniła do byłego męża. – Są świetni, nie rozrabiają, pomagają, słuchają – Arturowi głos wyraźnie zmiękł na temat dzieci. – Po prostu złote chłopaki! – Tak? – zdziwiła się Weronika. – U mnie ciągle coś psocili… – Bo dzieciom trzeba poświęcić czas – prychnął Artur. – A ty cały czas tylko przyklejona do telefonu. Nawiasem mówiąc, przeprowadzamy się. Jak będziesz chciała, mogę przywieźć chłopaków na ferie. – Ale… To też moje dzieci! – Sama mi oddałaś wszystkie prawa – zaśmiał się Artur. – Matka się znalazła. Weronice pozostało płakać nad rozlanym mlekiem. Męża (i pieniędzy!) nie odzyskała, z nowym adoratorem nie wyszło, a dzieci będą teraz daleko. Chociaż… chyba nie będzie za nimi aż tak tęsknić – polubiła swoje nowe, wygodne życie skupione na sobie. Jakież to niesprawiedliwe! Przetrzymać dziesięć lat i zrezygnować pół roku przed dostatnim życiem… Niesprawiedliwe…
Pociąg zerwał oblodzoną linię trakcyjną. Ewakuowano pasażerów
Ślubu nie będzie – Czemu dziś taki cichy jesteś? – zapytała Ania. – Przecież umawialiśmy się: w sobotę jedziemy wybierać meble do sypialni. A ty jakiś markotny. Co się stało? Dawid wiedział: teraz albo nigdy. Musi powiedzieć już teraz. – Aniu… Ja chciałem coś ci powiedzieć. O ślubie. Ania długo czekała na tę rozmowę. Z Dawidem ustalili, iż wesele będzie skromne, ale widziała – Dawid chce dla niej prawdziwą uroczystość, z wieloma gośćmi, kamerzystą, organizacją… Tak bardzo czekała na tę rozmowę! – Tylko bez długich wstępów. Chyba wiem, co chcesz powiedzieć – uśmiechnęła się Ania. A Dawid odezwał się: – Może odłóżmy… Odłóżmy ślub. To nie była ta rozmowa, do której się przygotowywała. – Odłóżmy? – zamarła Ania. – Że co nagle? Dlaczego? Przecież dopiero ustalaliśmy, iż trzeba zamówić zaproszenia… Sam je wybierałeś… Rozmawialiśmy, kogo zaprosić! Zmieniłeś zdanie, nie chcesz się ze mną ożenić?? Jak w melodramacie, zaraz usłyszy, iż jego uczucie wygasło. Ale Dawid znowu nie grał według scenariusza. – Wiesz, z pieniędzmi teraz kiepsko – wymamrotał. – W pracy znowu zalegają z wypłatą. Nie udaje się nam zaoszczędzić. No i… Mieszkamy razem dopiero pół roku. To chyba za wcześnie, nie uważasz? – Za wcześnie? – burknęła Ania. – Dawid, jesteśmy ze sobą trzy lata! Trzy lata związku i pół roku wspólnego mieszkania to dla ciebie “za wcześnie”? Dawid już nie wyglądał na przestraszonego. – Nie zaczynaj, Aniu. Nie chcę się kłócić. Po prostu… robimy przerwę. Nie zmieniłem zdania, chcę się z tobą ożenić, ale ślub… to kosztuje. – Dobrze… To może po prostu się pobierzemy, a potem skromne spotkanie z przyjaciółmi? – Aniu, ale wtedy to nie będzie prawdziwy ślub. – To niech nie będzie! – westchnęła. – Ale marzyłaś o tym… – Jakoś przeżyję! Wymyśla, pomyślała Ania. – Aniu… – Powiedz szczerze. Coś się stało? Nie jesteś pewien, iż mnie kochasz? Albo… poznałeś kogoś innego? Bo “ślub jest drogi” nie brzmi przekonująco. Dawid pokręcił głową. – Nie, Aniu, przysięgam. Po prostu chcę, żeby wszystko było u nas idealnie, rozumiesz? A teraz nie mogę ci zapewnić wymarzonego ślubu. I no, pół roku… Jeszcze do końca się nie poznaliśmy. Powinniśmy sprawdzić, czy na pewno do siebie pasujemy… To choćby miało sens. Był przekonujący, ale Ania czuła niepokój. Rzadko kiedy Dawid tak się starał ją do czegoś przekonać. A przecież sam dopominał się, by gwałtownie ustalić datę ślubu. Udawała więc, iż wierzy. Po tej rozmowie Dawid przestał być po prostu chłopakiem – stał się idealnym partnerem. Poświęcał więcej uwagi drobiazgom, które wcześniej ignorował, jakby chciał odkupić winę za odwołany ślub. W sklepie zawsze pytał, czego chce Ania… Zmywał naczynia… Ale chodził przybity. Nie zamyślony, tylko ponury, wzdychał nocami i ucinał pytania Ani: „Nic, po prostu jestem zmęczony”. Ania nie naciskała. “Potem, potem”, – powtarzał głos w jej głowie. Po dwóch tygodniach zaproszenie do rodziców Dawida. Ania nie miała ochoty tam jechać. Dawid już nie wspominał o ślubie, a rodzice na pewno zapytają – będzie niezręcznie. Ale pojechać musieli. Temat ślubu się pojawił. – Kiedy wreszcie sprawicie nam radość? – zapytała jego mama, gdy ojciec oglądał telewizję. – Już wybraliśmy sale na bankiet, stoły na dwadzieścia osób. Rezerwować na jaki dzień? Dawid z równie kwaśną miną co Ania. Jakie rezerwować? Przecież nic nie będzie. – Mamo, przecież mówiliśmy. Odkładamy – mruknął. – Odkładacie? Czemu? Nie macie pieniędzy? Dawidek, przecież jako facet mogłeś o tym wcześniej pomyśleć… Po obiedzie panowie majstrowali przy głośniku, a Ania poszła do łazienki się ogarnąć. Czysto jak w szpitalu. Ani grama kurzu. choćby kosmetyków poza żelem pod prysznic i szamponem ani śladu. Mama Dawida wszystko trzyma w pokoju. Ania zawsze się dziwiła, iż jej się chce za każdym razem nosić te rzeczy do łazienki. Wytarła twarz ręcznikiem i… usłyszała rozmowę. Ściany w tej łazience miały dar przenoszenia dźwięku – o ile to czyjeś tajemnice. Dawid wrócił do kuchni i rozmawiał z matką. Ania usłyszała… – …Dawid, ty przypadkiem nie zamierzasz zerwać z Anią? Ania, wycierając brodę, zamarła. Co? Nie zamierzała się oszukiwać. Cicho, by nic nie skrzypiało, przyłożyła ucho do ściany. – Mamo, przecież mówiłem. Odkładamy, nie rozstajemy się. – Odkładacie – to taka wymówka! – syknęła Grażyna, – Widzę, jak się męczysz. Po co ci ona? To nie jest żona na ciebie. Żona powinna słuchać męża, a ta… Po co się żenić, jeżeli zaraz się rozwiedziecie? – Kocham ją, mamo – powiedział Dawid. Ania choćby się wzruszyła. Ale następne zdanie matki wybiło z głowy wszelkie sentymenty. – Kochasz ją, powiadasz? Przebiegła dziewucha, Dawid. Mówiłam ci! choćby żoną nie została, a już cię nastawiła przeciw nam. Nie pomagasz już siostrze, na działkę przestałeś jeździć… Ona cię zmienia i to na gorsze. Ania aż się przyssała do chłodnej płytki. Przeciwko nim? Kiedy? Przecież zawsze była maksymalnie uprzejma dla rodziców Dawida, choćby jak pan Henryk skrytykował jej nową fryzurę. Było przykro, ale przemilczała! Nie przypomniała sobie ani jednej sytuacji, w której celowo odwracałaby Dawida od rodziny. Wręcz przeciwnie, zawsze go do nich namawiała, wiedząc, jak ważna jest dla niego rodzina. I nagle – olśnienie: odkładanie ślubu nie chodziło o pieniądze. To mamusia, która udaje świętą, jest przeciwna ich ślubowi! Ania gwałtownie wróciła do kuchni. – O, Aniu, wyszłaś! Właśnie rozmawiałyśmy, iż nie ma co odkładać tej rejestracji. Młodzi jesteście, rozumiem, ale życie bez ślubu to nie dla mnie. Jakie to miłe z jej strony. – Oczywiście, pani Grażyno – uśmiechnęła się Ania. – Nie będziemy już zwlekać. Jak tylko trochę uzbieramy, lecimy do urzędu. Prawda, Dawid? – Tak, Aniu, adekwatnie to już jesteśmy po ślubie – przytaknął. Tej nocy, w drodze powrotnej, Dawid próbował ją objąć, ale Ania odsuwała się. Nie wiedziała, jak zacząć rozmowę. W ogóle pytać? jeżeli nie rzucił jej na żądanie matki, to przecież ją kocha… Ale ślub odwołał. – Zachowywałeś się dziwnie, gdy twoja mama zaczęła mówić o ślubie – powiedziała, patrząc na znikające za oknem światła miasta. – Ja? Nie, po prostu… ona się spieszy, a ja… – Nie kłam. Nie spieszy cię do ślubu. Jest przeciwna naszemu ślubowi. Powiedziała, iż nastawiłam cię przeciw niej. I iż lepiej, żebyśmy się rozstali. Dawid nerwowo ścisnął kierownicę. – Słyszałaś? Aniu, mama się boi, iż się ożenię i o niej zapomnę. Typowe. Nie bierz tego do siebie. Przejdzie jej. Ania nie brała sobie do serca słów matki, która nie chce puścić syna. Bardziej niepokoiły ją słowa samego Dawida. Nie stanął w jej obronie. Po prostu przytaknął, byle nie kłócić się z mamą. Ślub pozostał tematem tabu. Dawid chodził jakby zjadł cytrynę, a na każde wspomnienie o przyszłości mówił tylko: „Może później…” Wtedy trafił jej się niezablokowany telefon Dawida. „Tylko sprawdzę godzinę – tłumaczyła sobie. – Nie będę czytać wiadomości. No może jedno oko…” Na ekranie powiadomienie od jego siostry, Weroniki. Weronika była tylko dwa lata młodsza od Ani, ale zachowywała się jakby miała dwanaście. Bez pracy, bez studiów, mieszkała z rodzicami i na ich koszt. Wiadomość była jednoznaczna: – Wiadomo, kasy nie zobaczę. Znowu jesteś pod pantoflem. No to mieszkaj sobie z tą swoją, skoro jakaś dziewucha ważniejsza niż rodzina. Ania przeczytała. „Znowu jesteś pod pantoflem”. I przypomniało jej się coś sprzed decyzji o odwołaniu ślubu, gdy Weronika znów dzwoniła do Dawida po pieniądze. Wtedy Ania nie wytrzymała i powiedziała: – Dawid, ma 27 lat, mieszka z rodzicami i prosi cię o kasę na rozrywki. Może czas, żeby sama zaczęła zarabiać? Nasz budżet nie jest z gumy. Nie wtrącałaby się, ale to były także jej pieniądze, nie chciała utrzymywać jego rodziny. Dawid przyznał jej rację, choć bez entuzjazmu – „tak, masz rację, Aniu. Czas skończyć”. Teraz już wiedziała, kto nastawia wszystkich przeciwko niej. Wzięła telefon Dawida, skopiowała wiadomość od Weroniki i wysłała ją sobie na swój numer, by mieć dowód. Odłożyła telefon na miejsce. Dawid strzepywał śnieg w przedpokoju: – Wziąłem chleb i twoją ukochaną czekoladę z orzechami. I pomyślałem sobie, Aniu, iż może powinniśmy… – Dawid – przerwała mu Ania. – No, Dawid. A na kogo niby czekasz, hmm? – zażartował. Ale Ania nie żartowała. – Co ci pisze Weronika? – zapytała. Dawid przypomniał sobie, iż najlepszą obroną jest atak, i obraził się: – Ty mi grzebiesz w telefonie, kiedy mnie nie ma?? Typowa zmiana tematu. – To nieważne, Dawid. Chcę, żebyś mi to wyjaśnił. Teraz. Dawid zbladł, chwilę milczał, jego twarz przeszła pełną gamę emocji – od złości do paniki. – Daj spokój, Aniu, nie przejmuj się. pozostało dziecinna, obraża się o byle co. – O co się obraża? Że poprosiłam, by dorosła? – dopytała Ania. – Przyzwyczaiła się, iż zawsze może brać od brata. Trudno się odzwyczaić od darmowych pieniędzy. Nie martw się, przejdzie jej. – A to ona nastawiła twoich rodziców przeciwko mnie? – No… tak – przyznał Dawid. – Tłumaczyłem im, iż to nasze pieniądze i Weronika powinna sama… Ale mama od razu: “Ania cię zniewoliła, odwróciłeś się od rodziny dla niej!” Ale ja tak nie uważam… – Ale ślub odwołałeś… Dobrze. Jestem winna temu, iż twoja rodzina jest przeciwko mnie. Ale ty… ty naprawdę chcesz się ze mną ożenić? Czy po prostu odwlekasz decyzję, bo boisz się powiedzieć “nie” mamie? – Chcę się z tobą ożenić! Ale teraz nie mogę… Może później… jak wszystko ucichnie… I wszystko jasne. – Wiesz co, Dawid, zrozumiałam coś… Nie chcę wychodzić za mąż za faceta, który nie jest pewien swoich uczuć i drży przed każdym westchnieniem swojej siostry. Dobrze, iż ten ślub został odwołany.
Głupia Anka? Tak ją wszyscy uważali… Piętnaście lat małżeństwa z niewiernym mężem, dwójka dzieci: czternastoletnia Alicja i siedmioletni Serguś, praca księgowej w fabryce zabawek z głodową pensją, wiecznie pusty lodówka i domowy bałagan. Mąż zdradzał ją niemal jawnie — pierwsza zdrada już w drugi dzień po ślubie z kelnerką! Przyjaciółki próbowały otworzyć jej oczy, ale Ania tylko się uśmiechała i milczała. Pewnego dnia, w dziesiąte urodziny Sergusia, mąż oznajmił, iż się zakochał i chce rozwodu. Ania zgodziła się bez kłótni. Następnego dnia w jego mieszkaniu zamieszkał obcy facet, córka wyjechała na studia za granicę, a młodszy syn nagle przestał się „odnajdować”. Rozwód wywrócił wszystko do góry nogami — Ania od lat oszczędzała każdy grosz, przejęła mieszkanie dzięki pełnomocnictwu, a dzieci… cóż, DNA powiedziało wszystko. Zdradzona żona pokazała, iż kobieca zemsta niejedno ma imię: Głupia Anka już dawno nie była taka głupia.
Na Bałtyku w lodzie uwięziony został jacht. Czeka na odwilż
Zaskakujące zakończenie
Pozdrowienia od żony — Kochanie, odbierzesz mnie z pracy? — Justyna zadzwoniła do męża z nadzieją, iż po ciężkim dniu nie będzie musiała tłuc się jeszcze czterdzieści minut zatłoczonym autobusem. — Jestem zajęty, — rzucił krótko Artur. W tle doskonale było słychać grający telewizor, więc Justyna wiedziała, iż mąż jest w domu. Do łez było jej przykro. Małżeństwo wisiało na włosku, a przecież jeszcze pół roku temu Artur był gotów nosić ją na rękach. Co się tak gwałtownie zmieniło? Nie umiała sobie odpowiedzieć. Dbała o linię, regularnie chodziła na siłownię. Wyśmienicie gotowała — nie bez powodu pracowała w popularnej restauracji. Nigdy nie wyciągała ręki po pieniądze, nie robiła scen, była gotowa spełnić każdą jego zachciankę… — gwałtownie mu się znudzisz, — kręciła głową mama, wysłuchując żali Justyny. — Nie można we wszystkim ustępować facetowi. — Ja po prostu go kocham, — bezradnie uśmiechała się córka. — I on mnie kocha… ****************************** — Jednak mu się znudziłam, — przygryzła usta Justyna, przeglądając historię przeglądarki. Okazało się, iż Artur każdą wolną chwilę spędzał na portalach randkowych, flirtując z kilkoma dziewczynami naraz. — Czemu nie mógł spokojnie ze mną porozmawiać? Zrozumiałabym i odeszła. Po co się męczyć ze znienawidzoną żoną i dręczyć ją takim traktowaniem? Rozwód. Trudno, jest silna, poradzi sobie. Ale tak łatwo mu nie odpuści. Zasłużył na małą słodką zemstę… Jeszcze tego samego wieczoru Justyna założyła konto na tym samym portalu, co Artur, znalazła jego profil i napisała. Zdjęcie wzięła z Internetu, trochę przerobiła w Photoshopie i była pewna, iż Artur się złapie. Złapał się. Rozpoczęły się gorące rozmowy. W wiadomościach Artur zapewniał, iż jest kawalerem, gotowym na poważny związek i dzieci. Wychwalał swój cudowny charakter, co doprowadzało Justynę do łez ze śmiechu — przecież doskonale wie, jaki on jest naprawdę. — Spotkajmy się, — zaproponowała Justyna i z zapartym tchem czekała na odpowiedź. — Bardzo chętnie, — odpisał po paru sekundach Artur. — Tylko ostatnio siostra mieszka u mnie w mieszkaniu, uczy się do matury. Może więc spotkajmy się na neutralnym gruncie, a potem pójdziemy do hotelu. — Serio? — wymsknęło się Justynie. — Skąd u ciebie ta pewność, iż dziewczyna od razu pobiegnie z tobą do hotelu? Każdy normalny człowiek by się obraził! No, ale to mi na rękę. — To może do mnie? Mieszkam sama w domku pod Warszawą. Zapraszam, nikt nam nie przeszkodzi… — A w głowie miała już wątpliwości: zgodzi się czy nie? — Świetny pomysł! — Artur aż się ucieszył. Najwyraźniej dlatego, iż nie będzie musiał wydawać pieniędzy na hotel. — Podaj adres i godzinę. Przylecę na skrzydłach miłości. — Ulica **** 25, godzina dziesiąta wieczorem. Pasuje? — Jasne! Czekaj na mnie. Przed dziewiątą Artur udał, iż musi pilnie pójść do pracy. Nie mógł znaleźć kluczyków od auta, więc niechętnie spytał żonę, czy nie widziała ich gdzieś. — Leżały na komodzie, — odpowiedziała Justyna z niewinną miną, a klucze trzymała schowane w kieszeni. — Może kot zabrał? — Trudno, zamówię taksówkę. Nie czekaj na mnie, idź spać. Ale Justyna nie zamierzała czekać. Po co? Spędziła ten czas produktywnie — pakując swoje rzeczy. Miała własne mieszkanie po babci, więc nie musiała się martwić. Jedne, co zostawiła po sobie, to wniosek o rozwód położony w najbardziej widocznym miejscu. Artur wrócił do domu dopiero rano, wściekły jak osa. Mało tego, iż podróż w jedną stronę zajęła mu ponad godzinę, to jeszcze Angeliki z portalu tam nie było. Adres był prawdziwy, dom również — ale zamieszkiwała go zupełnie nie ta modelka ze zdjęcia. Drzwi otworzyła kobieta trzy razy większa od niego, ubrana jedynie w półprzezroczysty szlafrok. Artur oddałby wtedy wszystko, by wymazać ten widok z pamięci. Mało brakowało, a nie dałby rady uciec tej szalonej! Musiał ponownie zamawiać taksówkę, długo czekać w cienkim garniturze aż zmarzł na kość. Na dodatek kierowca okazał się podejrzany, a najpierw wywiózł go na drugi koniec miasta… To była „wesoła” noc. Dopiero po powrocie do mieszkania, widząc wniosek o rozwód na stole, Artur zrozumiał, kto był autorem całej tej komedii. Bo obok, szminką na blacie widniał napis: Ta słodka zemsta…
Moja była żona chciała mnie pozwać o połowę mieszkania, ale nie przewidziała, iż miałem już wszystko zaplanowane
Głupia Anka – Tak ją wszyscy nazywali. Z mężem, Waldkiem, była już piętnaście lat. Dwójka dzieci: Ala ma czternaście, a Serek siedem lat. Waldek zdradzał ją prawie otwarcie; pierwszy raz już drugiego dnia po ślubie, z kelnerką w hotelu. Potem nie sposób ich zliczyć. Koleżanki próbowały otworzyć jej oczy, a ona tylko się uśmiechała i milczała. Anka pracowała jako księgowa w fabryce zabawek – pensja mizerna, pracy ogrom, zdarzało się, iż po nocach wypełniała raporty kwartalne i roczne. Waldek zarabiał bardzo dobrze, ale i tak wiecznie brakowało pieniędzy. W lodówce – pusto, a z gotowanych dań, w najlepszym razie, barszcz i kotlety z makaronem. Wszyscy się dziwili, gdy widzieli Waldka z kolejną kochanką, a do domu wracał suchy jak wiór. „Ojtam, głupia ta Anka, po co ona to znosi?” – powtarzały sąsiadki. W dzień, gdy Serek miał dziesiąte urodziny, Waldek oświadczył, iż chce rozwodu – zakochał się, rodzina to nie dla niego. „Anka, nie obrażaj się, ale składam pozew. Jesteś zimna jak ryba, choćby dobrą gospodynią nie jesteś.” – „Dobrze. Zgadzam się na rozwód.” Waldek był w szoku – liczył na awanturę. „Spakuj rzeczy, ja ci przeszkadzać nie będę. Klucz zostaw pod wycieraczką.” – powiedziała Anka z tajemniczym uśmiechem, a Waldek zapomniał o sprawie, rozmarzony o nowym życiu. Następnego dnia wrócił z nową wybranką – ale klucza pod wycieraczką nie znalazł. „Trudno – wymienię zamki.” – pomyślał. Klucz nie pasował. Zadzwonił dzwonkiem, otwiera potężny facet w szlafroku: „Czego chcesz, gościu?” – „To przecież moja mieszkanie!” – „A dokumenty masz?” Dokumentów Waldek nie miał, paszport ledwo znalazł, ale w nim – stempel wypisu sprzed dwóch lat. Załamany, szukał żony, ale Anka już tu nie pracowała od roku, córka wyjechała na studia za granicę, a Serek zmienił szkołę. Siedząc na ławce, załamał ręce – jak to się stało? Ta jego cicha Anka, a takie rzeczy odstawiła. Niby jak sprzedała mieszkanie? Wszystko wyjaśniło się w sądzie: własnoręcznie podpisał dwa lata temu pełnomocnictwo żonie na wszelakie formalności przy rekrutacji córki. Bez czytania. Został więc z niczym – a Eliza, nowa miłość, gdy tylko dowiedziała się, iż nie ma mieszkania, natychmiast zniknęła. „Trudno, chociaż alimentów nie dam!” Ale tu kolejny cios – dostał pozew o zaprzeczenie ojcostwa. Okazało się, iż dzieci Anki są z innym mężczyzną. W dniu ślubu przyłapała męża na zdradzie i zamiast walczyć lub rozpaczać, przeszła do kontrataku: zemsta zdradą, oszczędzanie, wszystkie pieniądze chowała, dzieci karmiła u babci, a na końcu przeprowadziła badania DNA. Waldek stracił wszystko – dom, dzieci, godność. Nigdy nie lekceważ zdradzonej kobiety – zemsta Anki była słodka i okrutna.
Mój syn obiecał mi dom na wsi jako prezent – gdy jednak tam przyjechaliśmy, ziemia zaczęła się pode mną zapadać.
Ślubu nie będzie — Dlaczego jesteś dziś taki cichy? — zapytała Ania. — Przecież ustaliliśmy, iż w sobotę jedziemy wybierać meble do sypialni. Wyglądasz na przygnębionego. Co się stało? Dawid wiedział, iż musi powiedzieć to teraz albo nigdy. To była ta chwila. — Aniu… Chciałem z tobą porozmawiać. O ślubie. Ania od dawna czekała na tę rozmowę. Ustalili z Dawidem, iż wesele będzie skromne, ale widziała, iż on tak naprawdę chciałby zorganizować jej prawdziwe, polskie wesele — z gośćmi, kamerzystą, organizatorami… Jak ona na to czekała! — Tylko proszę, nie owijaj w bawełnę. Wydaje mi się, iż wiem, co chcesz powiedzieć — uśmiechnęła się Ania. A Dawid powiedział: — Odłóżmy… Odłóżmy ślub. To zupełnie nie była rozmowa, do której się przygotowała. — Odłóżmy?! — oniemiała — Co to za nagły pomysł? Dlaczego? Przecież przed chwilą rozmawialiśmy o zaproszeniach… Sam je wybierałeś! Ustalaliśmy listę gości! Rozmyśliłeś się, nie chcesz się ze mną ożenić?? Jak w melodramacie, teraz zaraz powie, iż uczucia się wypaliły. Ale Dawid znów powiedział coś niespodziewanego. — Po prostu z pieniędzmi teraz słabo — wymamrotał — W pracy opóźniają pensję. Trudno nam coś odłożyć. I… Mieszkamy razem tylko pół roku. Może za wcześnie, jak sądzisz? — Za wcześnie? — Ania aż się zadławiła — Dawid, jesteśmy razem trzy lata! Trzy lata związku, pół roku wspólnego mieszkania to dla ciebie „za wcześnie”? Dawid nie wyglądał już na wystraszonego. — Nie zaczynaj, Aniu. Nie chcę awantury. To tylko… pauza. Nie rozmyśliłem się, ale ślub to spory wydatek. — Dobrze… To może pójdziemy tylko do Urzędu, podpiszemy, a potem zrobimy imprezę z przyjaciółmi. — Aniu, wtedy nie będziemy mieli prawdziwego wesela. — I niech nie będzie! — Przecież o tym marzyłaś… — Przeżyję! Szuka dziwnych wymówek. — Dawid… — Powiedz szczerze. Coś się stało? Nie jesteś pewien, iż mnie kochasz? A może… poznałeś kogoś nowego? Bo „ślub jest za drogi” nie brzmi zbyt przekonująco. Dawid pokręcił głową. — Nie, Aniu, przysięgam. Po prostu chcę, żeby wszystko było idealnie, rozumiesz? Teraz nie mogę zapewnić ci wymarzonego wesela. I tak — pół roku. Nie do końca zdążyliśmy się do siebie przyzwyczaić. Musimy się przekonać, czy naprawdę pasujemy… Jest w tym logika… Był przekonujący, ale intuicja Ani podpowiadała coś innego. Rzadko kiedy Dawid potrafił tak sprawnie ją do czegoś przekonywać. To przecież on sam nie znosił czekać z ustaleniem daty ślubu! Mimo to, Ania udawała, iż uwierzyła. Po tej rozmowie Dawid nie był już zwyczajnym chłopakiem, ale idealnym partnerem — sprzątał, pytał o jej potrzeby, mył naczynia… I coraz częściej chodził ponury. Nie po prostu zamyślony, tylko naprawdę przygnębiony. W nocy wzdychał patrząc w sufit i ucinał rozmowę krótkim: „Zmęczony jestem”. Ania nie naciskała. „Poczekaj, poczekaj” — powtarzała sobie w myślach. Po kilku tygodniach zaprosili ich do siebie rodzice Dawida. Ania długo się wzbraniała. Nie miała ochoty tam jechać. Dawid nie wspominał już o ślubie, a jego rodziców ciekawość z pewnością nie ominie — będzie niezręcznie. Mimo to pojechali. Rozmowa o ślubie pojawiła się od razu. — To kiedy nas w końcu uszczęśliwicie? — zapytała jego mama, gdy tata poszedł oglądać mecz — Mamy już upatrzoną salę na dwadzieścia osób. Na kiedy rezerwować? Dawid siedział ze skrzywioną miną, a Ania czuła się podobnie. Jakie rezerwować? Nic z tego nie będzie. — Mamo, przecież rozmawialiśmy. Odłożyliśmy — mruknął. — Odłożyliście? A to dlaczego? Pieniędzy nie macie? Dawid, trzeba było o tym pomyśleć wcześniej! Po obiedzie, gdy mężczyźni z zapałem grzebali przy psującej się wieży, Ania poszła do łazienki się ogarnąć. Tam zawsze było sterylnie, żadnego kurzu, choćby jej teściowa kosmetyki chowała w pokoju. Ania zawsze się dziwiła, iż chce jej się to nosić za każdym razem. Wycierała twarz ręcznikiem i nagle nasłuchiwała… Ściany łazienki świetnie przenosiły dźwięki rozmów o cudzych sekretach. Dawid rozmawiał szeptem z mamą w kuchni. I Ania usłyszała… — …Dawid, nie myślałeś, żeby zerwać z Anią? Ania, wycierając podbródek, zamarła. Co? Nie próbowała sobie wmawiać, iż się przesłyszała. Przylgnęła do zimnych płytek. — Mamo, przecież mówiłem. Odłożyliśmy. Ale się nie rozstaliśmy. — Odłożyliście — to tylko wymówka! — syczała pani Grażyna — Widzisz przecież, jak się męczysz. Po co ci ona? To nie jest żona. Żona powinna słuchać męża, a ta… Co za ślub, skoro za rok weźmiecie rozwód? — Kocham ją, mamo — powiedział Dawid. Ania prawie się wzruszyła. Ale następne słowa jego mamy wybiły jej sentyment z głowy. — Mówisz, iż ją kochasz? Sprytna z niej dziewczyna, Dawidzie. Już teraz nastawia cię przeciwko nam. Już nie chcesz pomagać swojej siostrze, nie przyjeżdżasz na działkę… Zmienia cię, i to na gorsze. Ania przykleiła się do ściany, przyciskając ucho do zimnych płytek. Nastawia przeciwko nim? Kiedy?! Zawsze była uprzejma choćby wtedy, gdy pan Jan krytykował jej nowe włosy. Było przykro, ale przemilczała! Nie pamiętała żadnej sytuacji, w której by celowo nastawiała Dawida przeciwko rodzinie. Wręcz odwrotnie, zawsze go zachęcała do kontaktów, bo wiedziała, jak ważna jest dla niego rodzina. I wtedy ją oświeciło: ślub nie jest odłożony z powodu pieniędzy, tylko przez jego mamę, która podłością patrzy jej w oczy! gwałtownie do nich wróciła. — O, Aniu wyszłaś! Właśnie rozmawialiśmy, iż nie ma co odkładać formalności. Rozumiem młodość, ale życie bez ślubu nie popieram. Jakże miło. — Oczywiście, pani Grażyno — powiedziała Ania — Nie będziemy długo zwlekać. Jak uzbieramy pieniądze — idziemy do Urzędu. Prawda, Dawidzie? — Tak, Aniu, możemy uznać, iż jesteśmy już prawie małżeństwem — podchwycił. Tamtej nocy, wracając do domu, Dawid próbował Anię przytulić, ale ona ciągle się odsuwała. Nie wiedziała, czy w ogóle zaczynać rozmowę. jeżeli Dawid nie zerwał z nią tylko przez rodzinę, to chyba jednak ją kocha… Ale ślub i tak odwołał. — Byłeś dziwny, kiedy twoja mama zaczęła mówić — powiedziała, obserwując znikające w oddali światła bulwaru. — Ja? Nie, ona po prostu naciska na ślub i… — Nie kłam, ona nie naciska. Ona jest przeciwko naszemu ślubowi. Powiedziała, iż nastawiłam cię przeciwko niej i chce, żebyśmy się rozstali. Dawid nerwowo szarpnął kierownicą. — Słyszałaś? Aniu, mama boi się, iż ożenię się i o niej zapomnę. Typowe. Nie bierz tego do siebie. Przejdzie jej. Anii wcale nie bolały słowa matki, której nie chciało się wypuścić synka spod skrzydełka. Niepokoiły ją słowa samego Dawida. Nie stanął w jej obronie. Wolał zgodzić się, byle nie wdawać się w spór z rodzicą. Temat ślubu pozostał otwarty. Dawid wciąż chodził ze skwaszoną miną, ale teraz, gdy Ania pytała o przyszłość, nieodmiennie odpowiadał: „Może potem…” I wtedy Ania zobaczyła niepilnowany telefon Dawida. „Tylko sprawdzę godzinę — wmawiała sobie — Nie będę czytać wiadomości. Zacznę tylko zerknąć jednym okiem”. Na ekranie świeciło się nowe powiadomienie od jego siostry, Weroniki. Weronika była raptem dwa lata młodsza od Ani, ale zachowywała się, jakby miała dwanaście. Bez pracy, bez studiów, żyje z rodzicami na ich koszt. Wiadomość była jednoznaczna: „No jasne, kasy nie zobaczę. Znowu jesteś pod pantoflem. No i żyj sobie z nią, skoro jakaś dziewucha ważniejsza od rodziny”. Ania czytała w kółko. „Znowu pod pantoflem”. I coś sobie przypomniała… Jeszcze zanim odwołali ślub, Weronika kolejny raz dzwoniła do Dawida po pieniądze, a Ania, nie wytrzymując, powiedziała: — Dawid, ona ma dwadzieścia siedem lat, mieszka z rodzicami, a ty masz sponsorować jej rozrywki? Może sama zacznie pracować? Nasz budżet nie jest z gumy. I nie wtrąciłaby się, ale chodziło też o jej pieniądze — sama zarabiała nie mniej niż Dawid, a na utrzymywanie rodziny nie pisała się. Dawid się zgodził. Niechętnie, ale jednak — „Masz rację, Aniu. Koniec z tym”. Teraz wszystko jasne — to Weronika nastawia wszystkich przeciwko Ani. Wzięła telefon Dawida, skopiowała wiadomość od Weroniki i wysłała ją na własny numer na dowód. Potem położyła telefon na miejsce. Dawid pakował zakupy w przedpokoju: — Kupilem chleb. I twój ulubiony czekoladę, z orzechami. Zastanawiałem się… może jednak pójdziemy… — Dawid — przerwała mu Ania. — No… Dawid. Kogoś innego się spodziewałaś? — próbował żartować. Ale Ania nie podjęła żartu. — Co ci pisze Weronika? — zapytała. Dawid przypomniał sobie, iż w razie czego trzeba od razu kontratakować i przeszedł w tryb obrażonego: — Grzebiesz mi w telefonie, jak mnie nie ma?? Klasyczna obrona. Przenoszenie winy. — Nie ważne, co zrobiłam, Dawid. Powiedz mi prawdę. Teraz. Dawid chwilę milczał. Przez jego twarz przeszła cała paleta emocji — złość, panika. — Oj Aniu, nie przejmuj się. pozostało mała, wszystko bierze do siebie. — Mała? O co się obraziła? O to, iż poprosiłam, by dorosła? — Przywykła, iż brat zawsze da. Przyzwyczaiła się. A odwyknąć od łatwych pieniędzy trudno. Odpuszczaj, zapomni się. — To ona nastawiła twoją rodzinę? — No… tak — przyznał — Próbowałem tłumaczyć, iż to nasze pieniądze, iż Werka powinna sama… Mama zaraz: „Anka cię pod pantofel wzięła, rodzinę rzuciłeś dla niej”. Ale ja tak nie myślę… — Ale ślub odwołałeś… No dobrze. Ona nastawiła twoją rodzinę przeciw mnie. Rozumiem. Nie umiem się z nimi dogadać. A ty sam co myślisz? Chcesz się ze mną żenić, czy tylko odkładasz, bo boisz się powiedzieć mamie „nie”? — Jasne, iż chcę! Tylko na razie nie mogę… Może potem… jak wszystko się uspokoi… No i wszystko jasne. — Wiesz co, Dawid… Zrozumiałam jedno… Nie chcę wychodzić za kogoś, kto nie jest pewien swoich uczuć i boi się własnej siostry. Dobrze, iż odwołaliśmy ślub.
Nie wytrzymała – VERA ogłasza spokojnie rozwód przy herbacie, chcąc wreszcie żyć jak dama: bez pracy, z luksusami i wolnym czasem. Po cichym rozstaniu synowie zostają przy matce, ale gwałtownie okazuje się, iż ich ojciec Artur, dzięki nieoczekiwanemu spadkowi i nowej uroczej żonie, zaczyna nowy, dostatni rozdział – ku rozpaczy byłej żony. Kiedy VERA próbuje odzyskać dawny komfort, podrzuca dzieci ojcu, licząc na rychły powrót „ojca roku”… ale życie pisze inny scenariusz: chłopcy odnajdują szczęście w nowym domu, a zazdrosna matka ostatecznie zostaje sama. Czy to na pewno sprawiedliwe – po tylu latach czekania przegapić wszystko na ostatniej prostej?
Bill Gates w aktach Epsteina. Komentarz jego byłej żony aż łamie serce
Wyszłam za mąż w wieku 50 lat, byłam pewna, iż znalazłam szczęście, a nie miałam pojęcia, co mnie czeka… Jestem jedną z tych kobiet, które wyszły za mąż późno. Niestety, mój późny związek też się rozpadł. Wszyscy mówili na mnie „mądrala”, bo naprawdę lubiłam się uczyć. Skończyłam magisterkę i zostałam bibliotekarką. Koleżanka poznała mnie z moim przyszłym mężem. Miał 59 lat, ale wcale się nie poddawał i szukał żony. Byłam młodsza od niego o dziewięć lat. Marek od razu skradł moje serce. Był wykształcony, kulturalny, pasjonował się poezją i literaturą. Zaczęliśmy rozmawiać, a po kilku miesiącach poprosił mnie o rękę. Zgodziłam się, bo od dawna marzyłam o rodzinie. Po ślubie zamieszkaliśmy u mnie, bo u niego mieszkała córka z rodziną. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Zawsze żyłam sama, a tu wszystko się zmieniło i byłam rozdrażniona. Plama na obrusie, pogięta narzuta, porozrzucane skarpetki i mnóstwo dziwnych rzeczy, których w ogóle nie planowałam… Dosłownie wszystko mnie drażniło. Czułam się, jakbym prowadziła hotel, a cała odpowiedzialność była na mnie. Miał też problemy z pieniędzmi. Straciłam cierpliwość, gdy zamiast naprawić kran, zepsuł go jeszcze bardziej i dopiero wtedy wezwał hydraulika. Domowe perypetie. Wtedy uświadomiłam sobie, iż nie chcę się poświęcać ani cierpieć w imię cierpliwości; jesteśmy dorośli i mamy różne nawyki. Niedługo potem porozmawialiśmy; okazało się, iż dla niego wszystko było w porządku. Jestem spokojna, nie lubię kłótni. Ale nie potrafiliśmy się dogadać: córka Marka już urządzała mieszkanie ojca, sądząc, iż on na stałe zamieszka ze mną. Dopiero po trzech miesiącach zgodził się na rozwód. Zażądał zwrotu prezentów ode mnie. Oddanie kosza na śmieci i łańcuszka nie kosztowało mnie wiele. Ta historia sprawiła, iż zaczęłam się zastanawiać: czy naprawdę można zbudować szczęśliwą rodzinę po pięćdziesiątce?
USA zmieniają zdanie w sprawie negocjacji z Iranem
Działka kością niezgody – córka odzyskuje swoje — Ksenia, rozumiesz przecież, sytuacja jest naprawdę krytyczna — westchnął ciężko pan Walerian, przecierając czoło. — Maryla od dwóch miesięcy wierci mi dziurę w brzuchu. Na Cyprze wypatrzyła jakąś świetną szkołę dla Denisa. No, naszego syna, wiadomo. Twierdzi, iż chłopakowi trzeba dać dobry start i podszlifować angielski. Ale skąd na to wszystko wziąć kasę? Wiesz przecież, iż teraz jestem bez pracy. Ksenia podniosła powoli wzrok na ojca. — I doszedłeś do wniosku, iż sprzedaż działki to najlepsze wyjście? — zapytała cicho. — A niby jakie? — ojciec się ożywił i pochylił do przodu. — Działka stoi pusta, Maryla tam w ogóle nie jeździ, nudzi się, komary jej doskwierają… choćby nie wie, iż działka już dawno nie jest moja, tylko twoja — myśli, iż wystawimy ją na sprzedaż i będzie lepiej. Ksenia, jesteś rozsądną dziewczyną. Propozycja jest taka: sprzedaj oficjalnie działkę, zabierz swoje pieniądze, które mi dziesięć lat temu pożyczyłaś co do grosza! A resztę, to co przez lata urosło do rynkowej ceny, oddaj mi. Przecież jesteśmy rodziną. Ty nic nie tracisz, prawda? Odzyskujesz swoje i pomagasz ojcu. Ojciec przyszedł bez zaproszenia. Zresztą ostatnio kontakt był rzadki — miał drugą żonę, własne życie, a starsza córka nie pasowała do tej układanki. Ksenia podejrzewała, iż przyszedł po pieniądze, ale… propozycja była co najmniej dziwna. — Tato, przypomnij sobie, co się wydarzyło dziesięć lat temu — zaczęła, gdy wysłuchała jego tłumaczeń. — Przyszedłeś i powiedziałeś, iż potrzebujesz pieniędzy na operację i rehabilitację. Pamiętasz? Pan Walerian skrzywił się. — Po co wracać do starych historii? Wyzdrowiałem przecież. — Starych? — Ksenia uśmiechnęła się gorzko. — To były wszystkie moje oszczędności, które przez pięć lat zbierałam grosz do grosza na wkład własny do mieszkania. Dorabiałam w weekendy, nie chodziłam na urlopy, oszczędzałam na wszystkim. I wtedy zjawiłeś się ty. Bez pracy, bez oszczędności, za to z drugą żoną i synem Denisem. Zabrałeś mi wtedy całe oszczędności! — Byłem zdesperowany, Ksenia! Co miałem zrobić? Położyć się pod płotem i umrzeć? — Zaproponowałam ci pomoc — Ksenia nie przestawała. — Ale szczerze mówiłam: boję się zostać bez pieniędzy i bez dachu nad głową, jeżeli ciebie zabraknie. Przecież masz prawowitą żonę Marylę. Na tę działkę by mnie nie wpuściła. Tydzień się targowaliśmy, pamiętasz? Nie chciałeś podpisać oświadczenia, obrażałeś się. „Mam nie ufać własnemu ojcu?!” A ja chciałam po prostu gwarancji. — No i dostałaś je! — przerwał jej ojciec. — Spisaliśmy umowę kupna-sprzedaży, działka stała się twoja. Sprzedałem ci ją za grosze, za tyle, ile kosztowało leczenie. Ale umawialiśmy się, iż ją odkupię, jak pojawią się pieniądze. — Minęło dziesięć lat — ucięła Ksenia. — Dziesięć lat, tato. Ani razu nie wspomniałeś o wykupie. choćby grosza nie oddałeś. Mieszkałeś tam każdego lata, uprawiałeś swoje pomidory, paliłeś w kominku, za drewno płaciłam ja. Podatki — ja. Remont dachu trzy lata temu — ja. Za dom gospodarza robiłeś, a ja spłacałam hipotekę. Pan Walerian otarł czoło chusteczką. — Wiesz, iż po chemioterapii długo dochodziłem do siebie, potem wiek, nigdzie mnie nie chcieli. Maryla też… delikatna dusza, praca ją wykańcza. Żyjemy z tego, co uda się sprzedać przez internet — ledwo starcza. — Delikatna dusza? — Ksenia wstała, zaczęła krążyć po kuchni. — A ja co? Można tyrać na dwóch etatach, żeby spłacać i mieszkanie, i twoją „sanatorię”? Teraz Maryla wpadła na pomysł sprzedaży działki, żeby wysłać synka na Cypr? MOJĄ działkę, tato! Moją! — Ksenia, formalnie — tak, twoja. Ale rozumiesz, to miało być tymczasowo. Jestem twoim ojcem. Dałem ci życie! Naprawdę będziesz się o metr kwadratowy kłócić, gdy bratowi trzeba pomóc? — Bratu? — Ksenia zatrzymała się ostro. — Widziałam tego „brata” dwa razy w życiu. Ani razu nie złożył mi życzeń urodzinowych. Maryla… choćby nie zapytała, jak żyję i jak spłacam wszystko co miesiąc. Dalej wierzy, iż jesteś właścicielem fabryk i jachtów, tylko czasowo pod kreską. Dziesięć lat ją okłamujesz, tato. Pan Walerian odwrócił wzrok. — Chciałem dobrze… Nie chciałem jej martwić. Ona by się denerwowała, po co wyprowadziłem majątek z domu. — Wyprowadziłeś? — Nie czepiaj się słówek! — krzyknął. — Robię ci propozycję! Teraz ta działka kosmicznie podrożała. Tyle warta! Ty bierzesz swoje 300 tysięcy, które wtedy mi dałaś. Słusznie? Słusznie! Reszta — siedemset tysięcy — dla mnie. Muszę wysłać Denisa, zrobić Maryli zęby, odnowić samochód — stary się sypie. Tobie te pieniądze nie zmienią życia, masz już mieszkanie w Warszawie, jesteś ustawiona. Pomóż rodzinie! Ksenia patrzyła na ojca i nie poznawała go. Gdzie ten człowiek, który kiedyś czytał jej bajki? — Nie — powiedziała krótko. — Co znaczy „nie”? — ojciec oniemiał. — Nie sprzedam działki. I nie oddam ci żadnych pieniędzy “ponad to”. Działka należy do mnie zgodnie z prawem i z czystym sumieniem. Przez dziesięć lat mieszkałeś tam za darmo, wyzdrowiałeś, cieszyłeś się naturą. Uznaj to za moją pomoc. Na tym koniec. — Jesteś poważna? — twarz ojca poczerwieniała. — Ostatnie chcesz ojcu zabrać? Gdyby nie ja, tej działki by w ogóle nie było — jeszcze mój ojciec ją budował! — No właśnie, dziadek. I on by się w grobie przewrócił, gdyby wiedział, iż chcesz roztrwonić rodzinny dom, żeby opłacić jakieś kursy na Cyprze synowi, który w wieku dziewiętnastu lat choćby nie dorabia. — Ksenia, opanuj się! — ojciec zerwał się z krzesła. — Sama siebie przekreślasz! Wychowałem cię! jeżeli nie pomożesz, powiem wszystkim jaka jesteś chciwa. Maryla się dowie, tu przyjdzie i zrobi ci taki skandal, iż się nie pozbierasz! Podamy cię do sądu! Uznają wszystko za nieważne! Wymusiłaś sprzedaż, kiedy byłem chory! Ksenia uśmiechnęła się ponuro. — Spróbuj, tato. Mam wszystkie rachunki z kliniki. Wszystkie przelewy na ciebie. I umowę notarialną, którą podpisałeś, będąc przy zdrowych zmysłach. Maryla się nieźle zdziwi, jak się dowie, iż działkę sprzedałeś zanim Denis poszedł do szkoły. Powiedziałeś jej, iż to twoje dziedzictwo? — Ksenia… — głos ojca stał się błagalny. — Córciu, proszę cię. Maryla ma teraz ciężki okres… jeżeli dowie się prawdy, wyrzuci mnie z domu. Jest młodsza ode mnie o piętnaście lat, została ze mną tylko dla stabilizacji. Jak nie będzie działki, nie będzie pieniędzy — nie będę się jej przydawał. Chcesz, abym został bez dachu nad głową? — A nie myślałeś o tym wcześniej? — złość buforowała się w środku. — Przez dziesięć lat! Pozwalałeś Maryli pakować się w długi! Obiecywałeś jej luksusy za moje pieniądze? — Czyli nie pomożesz? — ojciec wyprostował się. — To się nazywa „rodzona córka”. Wychowałem sobie… — Idź do domu, tato. Powiedz Maryli prawdę. To jedyna szansa, by zachować choć trochę godności. — Zadław się tą działką! — wykrzyczał przechodząc. — Ale wiedz: nie masz już ojca! Słyszysz? Zapomnij mój numer! Ojciec wyszedł, a Ksenia tylko uśmiechnęła się: jakby kiedykolwiek nim był. Ojciec zostawił ją, gdy miała siedem lat. *** Telefon zadzwonił w sobotę rano. Nieznany numer. — Halo? — Czy to Ksenia? — poznała od razu głos macochy. — Kim ty myślisz, iż jesteś, dziewuszko? Myślisz, iż nie wiemy, jak oszukałaś Walka? On mi wszystko powiedział! Podsunęłaś papiery, jak był po narkozie i nic nie kumał! — Maryla, dzień dobry — spokojnie odpowiedziała Ksenia. — jeżeli chce pani rozmawiać, to spokojnie. — Jakie tam dzień dobry?! Pozew już gotowy! Prawnik powiedział, iż ta umowa padnie w sądzie. Wzbogaciłaś się na chorobie ojca, zabrałaś za grosze rodzinny dom. Puścimy cię z torbami! — Marylo, posłuchaj mnie uważnie. Rozumiem, iż pan Walerian opowiedział swoją wersję. Ale mam dowody, iż pieniądze były na jego leczenie. Mam też wydruki z wiadomości, gdzie przez dziesięć lat dziękował, iż utrzymuję działkę i pozwalam mu tam mieszkać. Czarno na białym: „Dziękuję, córciu, iż nie zostawiłaś, iż działka w dobrych rękach”. Jak pani myśli, co powie sąd? W słuchawce zapanowała cisza. — Jesteś zwykłą… — wysyczała Maryla. — Za mało ci własnego mieszkania? Wszystko musisz zabrać bratu? Denisowi trzeba się uczyć! — Denis powinien iść do pracy — ucięła Ksenia. — Tak jak ja pracowałam w jego wieku. A pani… czas najwyższy poznać prawdę. Miał być majątek, pamięta? Tak mówił? — Jaki majątek? — głos Maryli zadrżał. — Taki, którego nigdy nie było. Ot, brał pieniądze, które przesyłałam mu ja i udawał, iż to dywidendy z inwestycji. Proszę sprawdzić historię przelewów. Mąż panią po prostu oszukiwał! Wszystko szło ode mnie, zawsze zasłaniał się chorobą. A ja zadłużałam się, myśląc, iż ratuję ojcu życie! Dopiero teraz się o wszystkim dowiedziałam. Maryla odłożyła słuchawkę. Wieczorem Ksenia dostała od ojca sms-a. Zaledwie trzy słowa: „Wszystko zepsułaś”. *** Nie odpisała. Po paru dniach od sąsiadów przy działce dowiedziała się, iż Maryla zrobiła awanturę. Krzyczała i wyrzucała rzeczy mężowi przez okna domku, póki nie zjawiła się policja. Maryla, pewna rychłej sprzedaży działki, zdążyła już zadłużyć się na procent pod „start” dla syna. Walerian musiał się wyprowadzić. Maryla wniosła pozew rozwodowy, gdy poznała rozmiarów jego kłamstw. Denis, przywykły do wygód, także nie zamierzał pomagać ojcu i przeniósł się do dziewczyny, stwierdzając, iż „staruszek sam sobie winien”. Gdzie jest teraz ojciec, Ksenia nie wie. I nie zamierza się dowiadywać.
To twoja matka – więc to twój obowiązek!” – Krzyknął, ale ona miała już serdecznie dość
Natalia wracała z zakupów dźwigając ciężkie torby. Dochodziła już pod swój dom, gdy zauważyła nieznany samochód przy furtce. – Kto to może być? Przecież nikogo się nie spodziewam – pomyślała. Podchodząc bliżej, zobaczyła na podwórku młodego mężczyznę. – Przyjechał! – zawołała i rzuciła się w ramiona syna, chcąc go uściskać. – Mamo, poczekaj – syn się odsunął. – Muszę ci coś powiedzieć. – Co się stało? – zaniepokoiła się Natalia. – Lepiej, żebyś usiadła – powiedział cicho Wiktor. Natalia usiadła na ławce, gotowa na najgorsze.
Maciej Pela u boku Edyty Folwarskiej. Nagle zaczął mówić o "swojej żonie"