Kryzysy i rozstania

Z kim Białystok zerwał międzynarodową współpracę, a z kim przez cały czas jest powiązane? Miasta partnerskie Białegostoku - na liście dość egzotycznie
Ojczym: Nowe Życie, Nowe Wyzwania
Julia Walczak ujawnia, jak się czuje po rozstaniu z Katarzyną Zillmann: "JEST LEPIEJ"
Gdy moja mama powiedziała: „Wychowaliśmy cię, teraz jesteś nam winna”, ja już miałam podpisaną umowę na własne mieszkanie. W tym świecie są słowa, które brzmią jak miłość… a tak naprawdę są kajdanami. Moja mama potrafiła je układać pięknie. Przez długi czas wierzyłam, iż to troska. Aż pewnego dnia usłyszałam prawdę — bez upiększeń. Była niedziela. Późne popołudnie, gdy słońce jest łagodne, a cisza w pokoju wydaje się być „rodzinnym ciepłem”. To właśnie w takich chwilach ludzie lubią stawiać warunki — bo przy herbacie i serniku wszystko wydaje się bardziej niewinne. Siedziałam na kanapie w domu rodziców. Tam, gdzie kiedyś byłam dzieckiem. Tam, gdzie wierzyłam, iż jest bezpiecznie. A moja mama siedziała naprzeciwko i trzymała notes. Nie dokument. Nie teczkę. Zwykły notes w twardej oprawie, w którym od lat zapisuje „kto ile komu jest winien”. — Porozmawiajmy poważnie — powiedziała. — Wychowaliśmy cię. Teraz jesteś nam winna. Winna. To słowo spadło na stół jak moneta. Nie mrugnęłam. Po prostu na nią spojrzałam. — Winna… komu? — zapytałam cicho. Westchnęła teatralnie, jakby to ja była niewdzięczna. — Rodzinie. Nam. Porządkowi. Porządkowi. Kiedy ktoś mówi ci o „porządku”, nie pytając, jak się czujesz… wiedz, iż nie chodzi mu o ciebie. Chodzi mu o to, by trzymać cię w ryzach. Prawda jest taka, iż od lat żyłam w dwóch rzeczywistościach. Pierwsza była moja: praca, zmęczenie, marzenia, drobne zwycięstwa, których nikt nie widzi. Druga była ich: ja jako projekt. Ja jako inwestycja. Ja jako córka, która ma „oddać dług”. Tata siedział w kącie i milczał. Jakby słuchał wiadomości. Jakby to nie o mnie chodziło. To męskie milczenie zawsze bolało mnie najbardziej. Bo pozwala kobietom być okrutnymi. A mama… była spokojna. Pewna siebie. Jakby wiedziała, iż nie mam wyjścia. — Postanowiliśmy — powiedziała. — Sprzedasz to, co masz i pomożesz nam kupić nowe mieszkanie dla wszystkich. Większe. I będziemy razem. „Razem.” Jak słodko to brzmiało. Tyle iż „razem” w jej słowniku znaczyło „pod kontrolą”. Patrzyłam na nią i czułam, iż nie rodzi się we mnie gniew. Rodzi się jasność. Tydzień wcześniej zrobiłam coś, o czym nikomu nie powiedziałam. Podpisałam umowę na małe mieszkanie. Nic efektownego. Nic luksusowego. Ale moje. Miejsce, gdzie klucz nie będzie w cudzych rękach. I to była różnica między dawną a nową mną: dawna by się tłumaczyła. Nowa — po prostu działa. Mama pochyliła się do przodu. — Wiem, iż masz pieniądze. Widzisz, dobrze się ubierasz, nie jesteś biedna. Czas dać coś od siebie. Czas. Zawsze „czas”, gdy ktoś chce wziąć twoje życie i nazwać to „właściwym”. — Niczego nie sprzedam — powiedziałam spokojnie. Spojrzała na mnie jakbym powiedziała coś nieprzyzwoitego. — Co? — Słyszałaś. Tata w końcu się poruszył. — Nie bądź taka kategoryczna… — wymamrotał. — Mama ma dobre intencje. Dobre intencje. Tak tłumaczy się presję: nazywasz ją „dobrem”. Mama krótko się zaśmiała. — Ależ ty jesteś nowoczesna. Samodzielna. Już nie słuchasz. — Nie — odpowiedziałam. — Teraz słyszę. Uderzyła długopisem o notes. — Nie rozumiesz! Bez nas byłabyś nikim! I wtedy poczułam, jak w klatce piersiowej otwiera się coś… jak ciche drzwi. Wreszcie usłyszałam prawdę. Nie miłość. Nie troskę. Roszczenie. I wtedy padło pierwsze zdanie, które postawiło granicę: — jeżeli wasza miłość ma cenę, to znaczy, iż to nie miłość. Mama zwęziła oczy. — Daj spokój z filozofią. Mówimy o rzeczywistości. I dokładnie wtedy był ten moment. Spokojnie na nią spojrzałam i powiedziałam: — Dobrze. Rzeczywistość. Nie zamieszkam z wami. Cisza. Pełna. Ciężka. Jak pauza przed ciosem. Uśmiechnęła się pogardliwie. — I gdzie będziesz mieszkać? Na wynajmie? Spojrzałam na nią i powiedziałam prosto: — W swoim mieszkaniu. Zadławiła się powietrzem. — W swoim? — Tak. — Od kiedy?! — Od dnia, w którym postanowiłam, iż moje życie nie jest waszym projektem. Nie wyciągałam kluczy. Nie robiłam scen. To nie był moment na teatr. Ale miałam coś ważniejszego. Wyjęłam z torebki kremową przesyłkę — nie kopertę z dowodami, nie teczkę, nie papiery na stole. Zwykła przesyłka. Z pieczątką. Z adresem. Na moje nazwisko. Mama spojrzała na nią z szeroko otwartymi oczami. — Co to jest? — List — powiedziałam. — Z mojego nowego domu. Wyciągnęła rękę, ale nie podałam jej od razu. I wtedy powiedziałam „gwoździowy” tekst — cicho, ale dosadnie: — Kiedy wy planowaliście, co mi zabrać, ja podpisałam swoją wolność. Tata wstał. — To szaleństwo! Rodzina powinna być razem! Rodzina. Zabawne, iż ludzie mówią o rodzinie tylko wtedy, gdy tracą nad nią kontrolę. — Rodzina powinna być z szacunkiem — odpowiedziałam. — Nie z długiem. Mama się zmieniła. Twarz jej stężała. — Czyli nas porzucasz? — Nie — poprawiłam ją. — Przestaję się poświęcać. Zaśmiała się śmiechem tych, którzy nie akceptują cudzej wolności. — Wrócisz jeszcze. — Nie — powiedziałam spokojnie. — Ja odejdę… i nie wrócę. I wtedy przyszła największa scena — nie sąd, nie bank, nie biuro. Rodzinna scena. Mama się rozpłakała. Ale nie jak matka. Jak reżyserka. — Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam… tak mi się odpłacasz? Tymi słowami chciała przywrócić mi mój stary kostium: winnej córki. Tyle iż już go nie zakładałam. Wstałam, wzięłam płaszcz i stanęłam w drzwiach. To moja symbolika: drzwi. Nie sceny. Drzwi. I powiedziałam jedno, symboliczne zdanie, które zabrzmiało jak zamknięcie: — Nie odchodzę od was. Odchodzę do siebie. Zerwała się. — Wyjdziesz — nie waż się wracać! Oto cała prawda. Warunki. Spojrzałam na nią z czułością, która nie jest słabością, ale ostatnią szansą. — Mamo… ja już dawno jestem poza. Po prostu dziś mówię to na głos. Potem spojrzałam na tatę. — Mogłeś mnie kiedyś obronić. Milczał. Jak zawsze. I to właśnie była odpowiedź. Wyszłam. Moje kroki na schodach nie były wściekłe. Były lekkie. Na zewnątrz było zimno, ale powietrze czyste. Telefon zawibrował — wiadomość od mamy: „Jak ci się nie uda, nie dzwoń do mnie.” Nie odpisałam. Niektóre słowa nie zasługują na odpowiedź. Zasługują na granicę. Wieczorem poszłam do nowego mieszkania. Puste. Bez mebli. Tylko światło i zapach farby. Ale moje. Usiadłam na podłodze i otworzyłam list. W środku było tylko potwierdzenie adresu. Nic romantycznego. Ale dla mnie to był najpiękniejszy list miłosny od życia: „Tu zaczynasz.” Ostatnie zdanie było krótkie, mocne: Nie uciekłam. Uwolniłam się. ❓A czy Wy… gdyby rodzina zażądała od Was życia „w imię porządku”, podporządkowalibyście się… czy zamknęlibyście drzwi i wybrali siebie?
Nigdy Nie Kochałem Mojej Żony i Zawsze Jej Mówiłem: To Nie Jej Wina — Żyjemy Dobrze
Nie ma już z kim porozmawiać. Opowieść – Mamo, co Ty mówisz? Jak to nie masz z kim porozmawiać? Przecież dzwonię do Ciebie dwa razy dziennie – zapytała zmęczonym głosem córka. – Nie, córeczko, nie o to chodzi – westchnęła smutno pani Nina – po prostu nie mam już przyjaciół ani znajomych w moim wieku. Z mojego czasu. – Mamo, nie mów tak. Masz przecież szkolną przyjaciółkę, Irenę. Poza tym jesteś bardzo nowoczesna i wyglądasz dużo młodziej! Mamo, serio, co się dzieje? – zmartwiła się córka. – Wiesz przecież, iż Irena ma astmę i nie może długo rozmawiać przez telefon, zaczyna kaszleć. Mieszka też daleko, aż na drugim końcu miasta. Kiedyś byłyśmy we trójkę – pewnie Ci opowiadałam. A Marzenki już dawno nie ma. Wczoraj przyszła do mnie sąsiadka, pani Ania z mieszkania obok. Zaparzyłam jej herbaty, przyniosła jeszcze świeże drożdżówki dla swoich. Opowiedziała o dzieciach, o wnukach, chociaż jest ode mnie jakieś piętnaście lat młodsza. Ale ma zupełnie inne wspomnienia z dzieciństwa, z czasów szkoły. A ja… tak bardzo chciałabym pogadać z kimś w moim wieku, kto pamięta tamte czasy – Nina mówiła to córce, wiedząc jednak, iż ta jej nie zrozumie. Jest młoda, jej czas dopiero trwa, jest tu i teraz. Jeszcze nie czuje tej tęsknoty za wspomnieniami. Świetna z niej dziewczyna, troskliwa, to nie o nią chodzi. – Mamo, kupiłam bilety na wieczór z pieśniami w Filharmonii we wtorek. Pamiętasz, jak chciałaś iść? I proszę Cię, nie smuć się już, włóż swoją bordową sukienkę – wyglądasz w niej bosko! – Dobrze, córeczko, już dobrze, sama nie wiem, co mi się zebrało na wspominki. Dobranoc, zadzwoń jutro. Połóż się wcześniej, bo się nie wysypiasz – zmieniła temat Nina. – Tak, mamo, dobranoc – odpowiedziała córka i się rozłączyła. Nina w ciszy patrzyła wieczorem na migoczące światła miasta… Matura, też wiosna. Tyle planów. To było tak niedawno. Jej przyjaciółka Irena podkochiwała się w Maćku Malinowskim z klasy. Ale Maćkowi podobała się Nina. Dzwonił do niej wieczorami na domowy telefon, zapraszał na spacery. Ale Nina traktowała go po przyjacielsku, nie chciała dawać nadziei. Potem Maciek poszedł do wojska. Wrócił, ożenił się. Mieszkał później w starym bloku Ireny. I miał wtedy… telefon stacjonarny. Numer… Nina wykręciła dobrze zapamiętany numer. Długo nic, aż w końcu odezwał się cichy męski głos: – Halo, słucham? Może już za późno? Po co ja zadzwoniłam? Może Maciek już mnie nie pamięta, a może to nie on… – Dobry wieczór – głos Niny zadrżał lekko z emocji. Znów zaszumiało, a potem usłyszała zdziwione: – Nina? To naprawdę Ty? Oczywiście, iż Ty – głosu Twojego nie da się zapomnieć! Jak mnie znalazłaś? Byłem tu zupełnie przypadkiem… – Maćku, poznałeś mnie! – na Ninę spłynęła fala radosnych wspomnień. Nikt już od dawna nie zwracał się do niej po imieniu – tylko „mama”, „babcia” albo „pani Nina”. No, czasem Irena. A takie zwykłe „Nina” zabrzmiało cudownie, wiosennie, jakby tych wszystkich lat w ogóle nie było. – Nina, jak się miewasz? Cieszę się, iż dzwonisz – te słowa naprawdę ją ucieszyły. Bała się, iż nie pozna, albo będzie się bał z nią rozmawiać. – A pamiętasz klasę maturalną? Jak z Kubą kajakowaliście i potem na lodach na rynku słuchaliśmy muzyki? – rozmarzył się Maciek. – Jasne, iż pamiętam – zaśmiała się Nina szczęśliwie – Albo jak na biwaku w lesie pół nocy nie mogliśmy otworzyć konserwy, a byliśmy tacy głodni! – No właśnie! A potem ognisko, piosenki, gitara Kuby – pamiętasz? Przez Ciebie nauczyłem się grać na gitarze. – I co, umiesz? – głos Niny aż śmiał się młodością zalewającą ją wspomnień. Maciek przywracał ich wspólne dawne życie, przywołując coraz więcej szczegółów. – Jak u Ciebie teraz? – spytał Maciek, a potem sam odpowiedział – zresztą po głosie słychać, iż jesteś szczęśliwa. Masz dzieci, wnuki? I wciąż piszesz wiersze? Tak, pamiętam! „Zanikając w nocy, zmartwychwstaję o świcie!” Cudowny optymizm! Zawsze byłaś jak promyk słońca! Przy Tobie dusza się ogrzeje. Twoi bliscy mają z Tobą szczęście – taka mama, taka babcia to skarb. – Przestań, Maćku, przesadzasz! Mój czas już przeminął… Przerwał jej: – Nie mów tak! Czuć od Ciebie energię, aż telefon parzy! Żartuję, ale nie wierzę, iż zgubiłaś smak życia – niepasuje do Ciebie! Twoje chwile jeszcze się nie skończyły, Nina, więc żyj i ciesz się. Słońce świeci dla Ciebie. I wietrzyk gna obłoki po niebie dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie! – Maćku, no Ty jak zawsze romantyk… A co u Ciebie? Ja tylko o sobie… – ale nagle telefon zaszumiał, zaskrzypiał i połączenie się urwało. Nina przesiedziała dłuższą chwilę z telefonem w dłoni. Chciała oddzwonić, ale uznała, iż już późno. Innym razem. Ależ dobrze pogadali, ile powspominali… Nagle zadzwoniła wnuczka. – Tak, Dasiu, nie śpię. Co mówiła mama? Nie, mam świetny nastrój. Idę z mamą na koncert. Wpadniesz jutro? Super, czekam, pa. Nina położyła się spać w rewelacyjnym humorze. W głowie zrodziło się mnóstwo nowych planów! Zasypiając, układała linijki nowych wierszy… Rano postanowiła odwiedzić Irenę. Kilka przystanków tramwajem, nie pozostało taka stara. Irena bardzo się ucieszyła: – No wreszcie, już dawno miałaś przyjść. O, kupiłaś abrikotyn? Wiesz, iż to mój ulubiony tort! No opowiadaj – Irena aż się zakrztusiła, ale tylko machnęła ręką: – Wszystko w porządku, nowy inhalator, już mi lepiej. Chodźmy na herbatę. Ninka, jakbyś odmłodniała. Dawaj, mów, co się stało? – Sama nie wiem, chyba piąta młodość! Wyobraź sobie, wczoraj zupełnie przypadkiem zadzwoniłam do Maćka Malinowskiego. Tak, tego Twojego z dziesiątej klasy! Tyle rzeczy sobie przypomnieliśmy! A Ty co taka cicha, Irenko? Znów duszność? Irena zbladła, milczała długo, wpatrując się w Ninę, po czym wyszeptała: – Nino, nie wiesz, iż od roku Maćka już nie ma? I mieszkał przecież w innej dzielnicy, z tamtego mieszkania wyprowadził się dawno. – Ale jak to? Z kim więc rozmawiałam? Przecież pamiętał wszystkie szczegóły naszej młodości… Przed rozmową miałam okropny nastrój. A po niej, tak jakby dostałam nowe życie… Skąd mógł znać te wszystkie nasze wspomnienia? Przecież to był jego głos… Powiedział mi: „Słońce świeci dla Ciebie. I wietrzyk gna chmury dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie!” Irena pokręciła głową, nie wierząc do końca. W końcu powiedziała: – Nino, nie wiem, jak to możliwe, ale wygląda na to, iż to był on. Jego słowa, jego styl… Maciek Cię kochał. Myślę, iż chciał Cię wesprzeć… stamtąd. I chyba mu się udało. Jeszcze nigdy nie widziałam Cię tak radosnej i pełnej życia. Kiedyś ktoś pozbiera Twoje roztrzaskane serce. I przypomnisz sobie, iż jesteś… po prostu szczęśliwa.
Victoria Beckham przerwała ciszę w mediach społecznościowych. Pogratulowała jednemu z synów
Po rozwodzie rodziców zostałam wyrzucona z domu – oboje wolili swoje szczęście niż własną córkę, aż los po latach znów połączył naszą rodzinę
Grzeszczak wyznała ws. Libera dwa lata po rozwodzie. "Nie wyobrażam sobie"
Bartłomiej Kotschedoff o relacji z Katarzyną Wajdą. "Poczułem, iż nie trzeba zasługiwać, można po prostu być"
Nie ma z kim pogadać. Opowiadanie – Mamo, co Ty mówisz? Jak to nie masz z kim porozmawiać? Przecież dzwonię do Ciebie dwa razy dziennie – zapytała z lekkim zmęczeniem córka. – Nie, kochanie, nie o to chodzi – westchnęła smutno pani Nina – po prostu nie mam już przyjaciół, ani znajomych w swoim wieku. Z mojego świata… – Mamo, daj spokój, przecież masz szkolną przyjaciółkę, Irenę. I wyglądasz dużo młodziej niż jesteś i jesteś nowoczesna! No mamo, co się z Tobą dzieje? – zmartwiła się córka. – Przecież wiesz, iż Irena ma astmę i nie może rozmawiać przez telefon, bo od razu zaczyna kaszleć. A mieszka daleko, na drugim końcu Warszawy. Kiedyś trzymałyśmy się razem we trójkę, pamiętasz, opowiadałam Ci o tym. Ale Marysi już dawno nie ma… Wczoraj wpadła na chwilę sąsiadka, pani Teresa z klatki obok. Zaprosiłam ją na herbatę, przyniosła świeże drożdżówki – piekła dla swoich. Opowiadała o dzieciach, o wnukach. Ma wnuki, choć jest ode mnie piętnaście lat młodsza. Ale jej dzieciństwo i szkoła – to już inne czasy… Tak bardzo chciałabym pogadać z rówieśnikami, takimi jak ja… – Nina mówiła to córce, ale wiedziała, iż trudno jej będzie zrozumieć matkę, jest młoda, jej czas jeszcze się nie skończył… – Mamo, we wtorek mam bilety na wieczór piosenki retro – pamiętasz, chciałaś iść? I przestań się smucić, załóż swoją bordową sukienkę – wyglądasz w niej jak milion dolarów! – Dobrze, kochanie, wszystko w porządku, sama nie wiem, co mnie naszło. Dobranoc, jutro zadzwonię. Połóż się wcześniej, potrzebujesz snu – Nina gwałtownie zmieniła temat. – Dobranoc, mamo, śpij dobrze – i Sylwia się rozłączyła. Nina długo patrzyła w okno na migoczące światła miasta… Matura, też była wiosna. Tyle planów. Jakby to było wczoraj. Jej przyjaciółka Irka była zauroczona Jurkiem Malinowskim z ich liceum. A Jurkowi podobała się… sama Nina. Wieczorami dzwonił na domowy, zapraszał na spacer. Ale dla Niny to był tylko przyjaciel, nie chciała dawać mu nadziei. Później Jurek poszedł do wojska. Wrócił, ożenił się. Mieszkał potem w starym domu Ireny. I miał wtedy telefon, taki stary, stacjonarny. Numer… Nagle Nina wykręciła ten numer. Sygnału długo nie było, w końcu odezwał się cichy, męski głos: – Słucham, kto mówi? Może już za późno… Po co dzwonię? Może Jurek dawno o mnie zapomniał, a może to choćby nie on! – pomyślała Nina. – Dobry wieczór – jej głos lekko się łamał z emocji. Znowu coś zaszumiało w słuchawce i nagle usłyszała zdumione: – Ninka? To naprawdę Ty? Poznaję Twój głos. Jak mnie znalazłaś? – Jurek, to Ty?! – Nagle poczuła przypływ radości. Nikt już nie wołał jej po imieniu: tylko „mama”, „babcia” albo „pani Nina”. No, czasem jeszcze Irena. A po prostu „Nina” brzmiało tak pięknie, tak młodo, jakby całe życie znów było przed nią. – Nina, co u Ciebie? Jak się masz? – ucieszył się Jurek. Bała się, iż jej nie pozna, albo będzie niezręcznie. A on… – A pamiętasz naszą klasę maturalną? Jak z Wojtkiem Wasilewskim wiosłowaliśmy z Wami na Wiśle? Wojtek zdarł ręce, a potem wszyscy jedliśmy lody na bulwarze. Muzyka grała… – Pewnie, iż pamiętam! – zaśmiała się Nina – a naszą wycieczkę do Kampinosu? Jak nie mogliśmy otworzyć konserw, a byliśmy tak głodni! – No właśnie! – śmiał się Jurek – a potem śpiewaliśmy przy ognisku, ty pisałaś jeszcze wtedy wiersze… – Dalej piszę! – głos Niny zabrzmiał młodo. Jurek przywołał ich wspólne wspomnienia, tak, iż aż serce się rozgrzało. – A teraz… masz dzieci, wnuki? Ciągle tworzysz wiersze? – Jego słowa dodały jej skrzydeł. – Zawsze byłaś jak słońce. Przy Tobie można było ogrzać duszę. Masz szczęśliwą rodzinę, a taka mama i babcia to prawdziwy skarb. – Przestań, Jurek, aż tak dobrze nie jest… Moje czasy już minęły… A on stanowczo: – Daj spokój! Masz w sobie tyle energii, aż mi telefon się rozgrzał! Żartuję, ale naprawdę, Twoje życie się nie skończyło. Słońce świeci dla Ciebie. I chmury pędzą po niebie dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie! – Ty to zawsze byłeś romantykiem… A u Ciebie jak? – Nagle w słuchawce coś zaszumiało i połączenie się przerwało. Nina została z telefonem w ręce, chciała oddzwonić, ale uznała, iż już za późno… Innym razem. Jak dobrze im się rozmawiało, ile wspomnień wróciło! Nagle zadzwoniła wnuczka: – Tak, Dasiu? Nie śpię. Co mama mówiła? U mnie wszystko dobrze. Idziemy z mamą na koncert. Wpadniesz jutro? Super, czekam, pa! W doskonałym nastroju Nina poszła spać. Już układała w głowie nowe wiersze… Rano Nina postanowiła odwiedzić Irenę – kilka przystanków tramwajem, przecież jeszcze nie jest staruszką! Irena przywitała ją z radością: – No nareszcie, ciągle tylko obiecujesz odwiedziny! O, kupiłaś mój ukochany torcik morelowy! Opowiadaj! – Irena zakaszlała, ale gwałtownie się otrząsnęła: – Wszystko pod kontrolą, nowy inhalator. Chodź, pijemy herbatę. Ninka, jakaś młodsza się zrobiłaś! Co się stało? – Nie uwierzysz… Dzwoniłam wczoraj przypadkiem do Jurka Malinowskiego. Pamiętasz, kochałaś się w nim w liceum. Zaczęliśmy wspominać, opowiadać, zapomniałam już o tylu sprawach! A Ty co taka blada? Źle się czujesz? Irena zbladła, patrzyła w milczeniu, aż w końcu wyszeptała: – Ninka, nie wiedziałaś? Jurka od roku już nie ma… I w ogóle mieszkał w innym miejscu, dawno się wyprowadził… – Jak to? To z kim rozmawiałam? Znał wszystkie szczegóły naszego życia… Przed rozmową byłam tak przygnębiona, a po niej poczułam, iż mam jeszcze siły i chęci do życia… Jak to możliwe? – Ale przecież to był jego głos… Powiedział mi nawet: „Słońce świeci dla Ciebie. I wiatr gna chmury po niebie tylko dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie!” Irena pokiwała głową, zamyślona. I nagle powiedziała: – Ninka, nie wiem jak to się stało, ale chyba to naprawdę był on – jego słowa, jego styl. Jurek Cię kochał. Może chciał dodać Ci sił… z tamtej strony. Wyglądasz jakbyś odżyła! Dawno nie widziałam Cię tak szczęśliwej i pełnej energii. Kiedyś ktoś pozbiera Twoje nadwyrężone serce i wtedy przypomnisz sobie, że… wciąż możesz być szczęśliwa.
Po 34 latach małżeństwa z żoną zakochałem się w innej kobiecie – mam 65 lat i na wsi odnalazłem uczucie, którego mi brakowało. Żona została w mieście, a ja stoję przed trudnym wyborem: rozwód czy lojalność wobec rodziny?
Agata Weiss z "HP 11" zalała się łzami. Jej słowa poruszyły fanów. "Miłość nie powinna kosztować znikania"
Najpierw plotki o rozstaniu, a teraz takie wyznanie. „Jestem szczęściarą”
Nie jesteś żoną, jesteś służącą. Nie masz dzieci! – Kiedy teściowa przejmuje kontrolę, a remont zamienia życie w koszmar: historia Heleny, Jacka i walki o własną przestrzeń pod jednym dachem
Serwus, już kupiłem najpiękniejszy bukiet kwiatów i wyruszyłem na randkę. W doskonałym nastroju stałem przy fontannie w centrum miasta z bukietem w dłoni. Ani śladu po Lesi. Rozejrzałem się i wybrałem jej numer – nie odebrała. „Może się spóźnia” – pomyślałem i spróbowałem jeszcze raz. Tym razem Lesia odebrała. – Jestem już na miejscu, a Ty gdzie? – zapytałem od razu. – Między nami wszystko skończone! – oznajmiła niespodziewanie. – Co? Dlaczego? – zdębiałem. – Przez ten Twój bukiet! – powiedziała dziewczyna, zaskakując mnie jeszcze bardziej. – A co jest z nim nie tak? – spytałem zdezorientowany, nie rozumiejąc o co chodzi…
Victoria Beckham przerwała milczenie po aferze. Oto co opublikowała
Nie mam już z kim porozmawiać. Opowieść – Mamo, co ty mówisz? Jak to nie masz z kim pogadać? Przecież dzwonię do ciebie codziennie, – westchnęła zmęczona córka. – Nie, córeczko, nie o to mi chodzi, – Nina Antonowna westchnęła smutno. – Po prostu nie zostało mi już żadnych przyjaciół ani znajomych w moim wieku. Z mojego pokolenia. – Mamo, przestań – masz przecież Irkę, swoją przyjaciółkę z liceum. I w ogóle jesteś bardzo nowoczesna, wyglądasz o wiele młodziej! No mamo, nie przesadzaj, – zmartwiła się córka. – Sama wiesz, Irena ma astmę, nie może długo rozmawiać przez telefon, zaraz zaczyna kasłać. A mieszka daleko, na drugim końcu Krakowa. Kiedyś byłyśmy we trójkę nierozłączne, pamiętasz, ci opowiadałam. No ale Marzenki już od dawna nie ma… Wczoraj wpadła zajrzeć do mnie pani Tania z sąsiedztwa. Zaparzyłam jej herbatę – fajna kobieta, często do mnie wpada. Przyniosła świeże drożdżówki – piekła dla wnuków. Pogadała o dzieciach, o wnukach… Też ma wnuki, choć jest ode mnie z piętnaście lat młodsza. Ale jej wspomnienia z młodości, czasy szkolne, to już inne lata. A mnie tak tęskno porozmawiać z kimś, kto pamięta czasy, które dla mnie coś znaczą, kto rozumie moje wspomnienia, – Nina Antonowna mówiła to wszystko córce, ale dobrze wiedziała, iż ona tego nie pojmie. Jeszcze nie jej czas. Świat stoi przed nią otworem. Jej życie jest tu i teraz, nie w przeszłości. Córka jest bardzo dobra, troskliwa, tu nie o nią chodzi. – Mamo, mam na wtorek bilety na Wieczór Romantycznej Piosenki. Przypominasz, jak chciałaś pójść? I koniec chandry – załóż swoją bordową sukienkę, w niej wyglądasz jak milion dolarów! – Dobrze, kochanie, wszystko w porządku, to ja tylko tak… sama nie wiem, co mnie naszło, dobrej nocy, jutro zadzwonisz. Idź spać wcześniej, bo ciągle nie dosypiasz, – przerwała temat Nina Antonowna. – Tak, mamo, pa, dobrej nocy, – i córka rozłączyła się. Nina Antonowna patrzyła w milczeniu na migające światła wieczornego miasta zza okna… Matura, też była wiosna. Tyle planów. Jakby to było wczoraj. Jej szkolnej przyjaciółce Irce podobał się Sławek Makowski. Ale Sławkowi podobała się ona, Nina. Dzwonił wieczorami na stacjonarny numer, zapraszał na spacer. Ale Nina traktowała go po prostu jak kumpla, nie chciała go zwodzić. Potem Sławek poszedł do wojska. Wrócił, ożenił się. Mieszkał wtedy w starym domu Ireny. I miał wtedy… telefon stacjonarny. Numer… Nina Antonowna wykręciła z pamięci dawno zapomniany numer. Sygnał nie pojawił się od razu, potem ktoś odebrał. Najpierw coś zaszumiało w słuchawce, a potem odezwał się cichy męski głos: – Halo? Słucham… Może już za późno? Po co ja zadzwoniłam? Może Sławek mnie już nie pamięta, albo to choćby nie on! – Dobry wieczór, – głos Niny Antonowny zadrżał lekko z emocji. Znów poszumiało w słuchawce – i nagle usłyszała zaskoczone: – Nina? To naprawdę ty? Oczywiście, iż ty! Tego głosu nigdy bym nie zapomniał. Jak mnie znalazłaś? Ja tu kompletnie przypadkiem… – Sławek, poznajesz!, – Ninę Antonowną ogarnęła fala radosnych wspomnień. Dawno nikt nie mówił do niej po imieniu – tylko „mamo”, „babciu” albo „pani Nino”. No, ewentualnie Irena. A po prostu „Nina” brzmiało tak lekko, jak powiew wiosny, jakby te wszystkie przeżyte lata przestały mieć znaczenie. – Nina, jak ci leci? Jak dobrze cię słyszeć, – tych słów bardzo jej brakowało. Bała się, iż nie pozna jej głosu albo będzie głupio. – A pamiętasz naszą klasę maturalną? Jak z Witkiem Wasiutyńskim wiosłowaliście nas z Irką po Wiśle? Witek miał potem ręce w odciskach i je ukrywał. A później jedliśmy lody na Bulwarach, muzyka grała… – głos Sławka brzmiał cicho, jakby się zamyślił. – No pewnie, iż pamiętam – roześmiała się szczęśliwie Nina – a nasz pierwszy biwak pod Krakowem? Jak nie mogliśmy otworzyć puszki z konserwą, a głód nam doskwierał! – No, jasne! – zaśmiał się Sławek – a potem Witek otworzył puszkę scyzorykiem, a później jeszcze śpiewaliście z gitarą przy ognisku, pamiętasz to? To wtedy postanowiłem nauczyć się grać… – I nauczyłeś się? – głos Niny aż drżał młodzieńczą energią, wspomnienia ożyły dzięki Sławkowi, który przypominał coraz to nowe szczegóły. – A ty? Jak teraz żyjesz? Chociaż… co ja pytam, słychać po głosie, iż jesteś szczęśliwa. Dzieci? Wnuki? I przez cały czas piszesz wiersze? Pamiętam twój wiersz! „Zniknąć w nocy, obudzić się o świcie!” Tyle w tym euforii życia! Ty zawsze byłaś jak słońce! Obok ciebie można ogrzać duszę, nikt nie zmarznie. Twoi bliscy mają szczęście – taka mama i babcia to skarb. – Oj, Sławek, już dość tych pochwał! Moje czasy już minęły, ja… Przerwał jej: – Nie gadaj głupstw, bije od ciebie taka energia, aż słuchawka się rozgrzała! Żartuję. Nie wierzę, iż straciłaś euforia życia, po głosie nie poznaję. To znaczy, iż twoje czasy jeszcze się nie skończyły! Nina, żyj i ciesz się życiem! Słońce świeci dla ciebie. I wiatr goni chmury po niebie właśnie dla ciebie. I ptaki śpiewają dla ciebie! – Sławek, ty zawsze byłeś romantykiem. A co u ciebie, bo tylko o sobie opowiadam… – ale w słuchawce coś zaszumiało, kliknęło, połączenie się urwało. Nina Antonowna chwilę jeszcze siedziała z telefonem w dłoni, chciała oddzwonić, ale pomyślała, iż już późno – może innym razem. Jak cudownie się gadało! Tyle wspomnień… Nagły dzwonek aż ją wystraszył. Wnuczka. – Tak, Dasiu, nie śpię. Co mówiła twoja mama? Nie, mam świetny humor. Idziemy z mamą na koncert. Wpadniesz jutro? Super, czekam na ciebie, pa! Z cudownym nastrojem Nina Antonowna położyła się spać. Tyle nowych planów! Zasypiając, w myślach układała nowe wiersze… Rano postanowiła odwiedzić przyjaciółkę Irenę. Kilka przystanków tramwajem – w końcu nie pozostało taka stara. Irena ucieszyła się: – No wreszcie, ile można cię prosić. O, kupiłaś abrikotin – mój ulubiony! No mów, – Irena zakaszlała, złapała się za pierś. Ale zaraz machnęła ręką: – Nic się nie martw, nowy inhalator działa, już lepiej. Chodź na herbatę. Ninka, ty jakbyś młodniała! Powiedz, co się stało? – Nie wiem, chyba piąta młodość! Wyobraź sobie – przez przypadek zadzwoniłam wczoraj do Sławka Makowskiego. No pamiętasz, twoja licealna miłość? Zaczął wspominać takie rzeczy, iż aż się zdziwiłam. Co się tak uciszyłaś, Irena, znowu masz napad? Irena zbielała i patrzyła na nią bez słowa. W końcu wyszeptała: – Nina, ty nie wiesz, iż Sławka już od roku nie ma? A i choćby nie mieszkał już od dawna tam, gdzie kiedyś… – Jak to? To z kim rozmawiałam? Przecież pamiętał szczegóły naszej młodości. Przed rozmową byłam w fatalnym nastroju. Ale po tej rozmowie poczułam, iż życie jeszcze trwa, iż wciąż mam siły i radość, iż jeszcze nie wszystko stracone… Jak to możliwe? – Nina nie mogła uwierzyć, iż Sławka już nie ma. – Ale to był jego głos, słyszałam go. I powiedział takie piękne słowa: „Słońce świeci dla ciebie. I wiatr goni chmury po niebie właśnie dla ciebie. I ptaki śpiewają dla ciebie!” Irena pokręciła głową, nie do końca wierząc w opowieść przyjaciółki. Ale w końcu powiedziała: – Nina, nie wiem jak to możliwe, ale wygląda na to, iż naprawdę to był on. Jego słowa, jego sposób mówienia. Sławek cię kochał. Myślę, iż chciał cię wesprzeć… stamtąd. I chyba mu się to udało. Tak wesołej i pełnej życia nie widziałam cię dawno. Przyjdzie dzień, gdy ktoś zbierze twoje poobijane serce do kupy. I wtedy przypomnisz sobie, iż jesteś… po prostu szczęśliwa.
Janja Lesar nie zamierzała starać się o związek po sytuacji z Katarzyną Zillmann. "Nie walczę nigdy"
Była żona Marcinkiewicza nie odpuszcza w sprawie alimentów. Mocne oświadczenie
Janja Lesar musiała powiedzieć wieloletniemu partnerowi o Katarzynie Zillmann. "To było przerażające"
Spotkanie z przyjaciółką na warszawskim osiedlu: kobieta spacerująca z półtoraroczną córeczką, zamyślona przez rodzinne problemy i kryzys w małżeństwie z Leszkiem
Pola Wiśniewska przechodzi kryzys w związku z Michałem Wiśniewskim. "Koniec to inna forma początku"
Ojczym
Paweł Kopacki rozstał się z Grupą Wirtualna Polska
«Milczysz, więc też szykujesz się do rozwodu?»: Jak jeden akt darowizny omal nie zniszczył małżeństwa
Wystąpienie Dody w Sejmie ze skandalem w tle. Nieprawdopodobne, co uchwyciły kamery
Milczysz, więc też szykujesz grunt pod rozwód”: jak jeden akt darowizny niemal zniszczył małżeństwo
Nie ma z kim choćby porozmawiać. Opowiadanie – Mamo, co Ty opowiadasz? Jak to nie masz z kim pogadać? Przecież dzwonię do Ciebie dwa razy dziennie – westchnęła zmęczona córka. – Nie, Sylwuniu, nie o to chodzi – zasmuciła się pani Nina, – po prostu nie mam już przyjaciół ani znajomych w swoim wieku. Z mojego pokolenia. – Mamo, nie przesadzaj. Przecież masz swoją szkolną przyjaciółkę Irkę. I ogólnie jesteś bardzo nowoczesna, młodziej wyglądasz niż wszystkie moje koleżanki! No mamusiu, czemu tak mówisz? – zdenerwowała się córka. – Przecież wiesz, iż Irka ma astmę, ciężko jej rozmawiać przez telefon, od razu kaszle. A mieszka na drugim końcu Warszawy. Wiecie, kiedyś przyjaźniłyśmy się we trójkę, pamiętasz? Ale Marysi już dawno nie ma. Wczoraj przyszła do mnie pani Teresa z sąsiedztwa. Zaproponowałam herbatę, przyniosła świeżo pieczone drożdżówki dla swoich wnuków, opowiadała o dzieciach, wnukach… Ale ona jest młodsza ode mnie o piętnaście lat, inne czasy, inne wspomnienia z dzieciństwa, szkoły. A ja tak bardzo chciałabym porozmawiać z kimś z mojego pokolenia – Nina wszystko to mówiła do córki, wiedząc, iż Sylwia jej nie zrozumie. pozostało młoda. Jej czas dopiero się zaczyna, jest tuż za oknem, nie da się tęsknić za wspomnieniami. Sylwia jest dobra, troskliwa, to nie o nią chodzi. – Mamo, na wtorek mam bilety na wieczór piosenki poetyckiej, sama chciałaś pójść, pamiętasz? I koniec narzekania, włóż swoją bordową sukienkę, wyglądasz w niej cudnie! – No dobrze, Sylwuś, wszystko dobrze, nie wiem co mnie naszło, dobranoc, zadzwonimy jutro. Połóż się spać wcześniej, bo się nie wysypiasz – zmieniła temat Nina. – Tak mamo, pa, dobranoc – i Sylwia rozłączyła się. Pani Nina patrzyła w okno na migoczące wieczorne światła… Matura, też wiosna. Tyle planów. To przecież było tak niedawno. Irka podkochiwała się w Jarku Malinowskim z klasy. A Jarek… on lubił ją, Ninę. Dzwonił do niej na stacjonarny, zapraszał na spacer. Ale ona traktowała go tylko jak kolegę, nie chciała go oszukiwać. Potem Jarek poszedł do wojska. Wrócił, ożenił się. Mieszkał w starym bloku Irki. I miał wtedy… taki numer telefonu… Nina wykręciła zapamiętany przez lata numer. Sygnał rozległ się dopiero po chwili, po czym ktoś podniósł słuchawkę. Słychać było jakieś szmery, aż w końcu cichy męski głos powiedział: – Słucham, kto mówi? Może za późno? Po co ja do niego dzwonię? Może Jarek już mnie nie pamięta, a może to w ogóle nie on? – Dobry wieczór – odpowiedziała zachrypnięta z emocji Nina. Znów jakieś szumy w słuchawce, aż w końcu padło zdumione: – Nina? Naprawdę Ty? Wiedziałem, iż zawsze poznam Twój głos. Jak mnie odnalazłaś? Przecież ja tu przypadkiem… – Jarek, poznałeś mnie! – popłynęła fala wspomnień. Już od dawna nikt nie mówił do niej po imieniu, zawsze „mama”, „babcia”, „pani Nino”. No, może tylko Irka. A takie zwyczajne „Nino” – brzmiało cudownie, wiosennie, jakby nie minęły te wszystkie lata. – Nina, jak się masz? Tak się cieszę, iż Cię słyszę – na te słowa bardzo czekała, bała się, iż jej nie pozna, albo wyda się jej telefon dziwny. – A pamiętasz maturę? Jak razem z Wackiem was z Irką pływaliśmy łódką? Otarł sobie ręce wiosłami, pamiętasz? Potem na bulwarze jedliśmy lody, grała muzyka… – Jarek mówił cicho, sennie. – Pewnie, iż pamiętam – Nina roześmiała się szczęśliwie – a jak z całą klasą nocowaliśmy w lesie? Żarcia nie mogliśmy otworzyć, a byliśmy potwornie głodni! – No właśnie – powtórzył jej śmiech Jarek – a Wacek w końcu otworzył konserwy, potem śpiewaliśmy przy ognisku… pamiętasz? Przez Ciebie zacząłem się uczyć gry na gitarze. – Nauczyłeś się? – głos Niny aż brzmiał młodo od tych wspomnień. Jarek jakby ożywił ich wspólne młode lata, wspominając coraz to nowe szczegóły. – A jak Ty teraz? – spytał Jarek i od razu dodał: – Zresztą po głosie słychać, iż jesteś szczęśliwa. Dzieci, wnuki, co? I dalej piszesz wiersze? Pamiętam! „Rozpłynąć się w nocy i obudzić się rano!” Jak zawsze pełna życia! Z Tobą dusza się grzeje! Dobrze Twoim bliskim – taka mama i babcia to skarb. – Oj, Jarek, przesadzasz! Moje lata już minęły… Przerwał jej: – Przestań, bije od Ciebie tyle energii, aż mi się słuchawka rozgrzała! Żartuję. Nie wierzę, iż straciłaś euforia życia – to do Ciebie niepodobne. Twoje lata się nie skończyły. Świat wciąż czeka na Ciebie, Nino! Słońce świeci dla Ciebie. I chmurki po niebie mkną dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie! – No Ty zawsze romantyk, Jarek… a Ty sam, co u Ciebie? Cały czas mówię tylko o sobie…. – ale w słuchawce nagle zaświstało i połączenie się urwało. Nina posiedziała jeszcze chwilę z telefonem w ręku, może oddzwonić, ale już późno, głupio. Następnym razem. Jak dobrze się z Jarkiem rozmawiało, ileż wspomnień… Gwałtowny dzwonek przerwał jej myśli. Wnuczka. – Tak, Dasiu, cześć, nie śpię. Co mama powiedziała? Nie, mam świetny nastrój. Idziemy z mamą na koncert. Wpadniesz jutro? Super, czekam, pa. Nina poszła spać w doskonałym nastroju. Tyle planów w głowie! Zasypiając układała kolejne wersy wierszy… Rano postanowiła odwiedzić Irkę. Kilka przystanków tramwajem — przecież jeszcze nie jest starą ramotą. Irka ucieszyła się: – No, wreszcie! Mówiłaś, iż przyjdziesz. O, kupiłaś tort brzoskwiniowy? Mój ulubiony! No gadaj, co u Ciebie? – Irka się zakaszlała i przyłożyła rękę do piersi, ale zaraz machnęła dłonią. – Spoko, nowy inhalator, jest lepiej. Chodź na herbatę. Ninka, coś Ty taka odmłodzona? Wykrztuś się, o co chodzi? – Sama nie wiem, piąta młodość, wyobraź sobie – zaczęła kroić tort Nina – wczoraj przez przypadek zadzwoniłam do Jarka Malinowskiego. No wiesz, Twoja miłość z maturalnej? Zaczął tak wspominać… już o wielu rzeczach zapomniałam! Ty czemu milczysz, Irka, coś nie tak? Irka siedziała blada i patrzyła na przyjaciółkę. Aż wyszeptała: – Ninka, nie wiedziałaś, iż Jarka już od roku nie ma? I choćby nie mieszkał już tam, wyprowadził się dawno temu… – Niemożliwe! To z kim rozmawiałam? Przecież wspominał nasze młode lata! Miałam podły humor, a po rozmowie poczułam, iż życie trwa… Że jeszcze mam siłę i radość… Jak to możliwe? – Nina nie wierzyła. – Słyszałam jego głos, mówił: „Słońce świeci dla Ciebie. I chmurki po niebie mkną dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie!” Irka pokręciła głową, wątpiąc w opowieść przyjaciółki. W końcu jednak powiedziała: – Nina, nie wiem jak to się stało, ale to chyba naprawdę był on. To jego słowa, taki był. Myślę, iż chciał Cię wesprzeć… stamtąd. I chyba mu się to udało. Dawno nie widziałam Cię takiej radosnej. Kiedyś ktoś pozbiera Twoje roztrzaskane serce na kawałki. I wtedy zrozumiesz, że… jesteś po prostu szczęśliwa.
Wściekła Doda przerwała milczenie po scenach w Sejmie. Oto, co wyznała
Z życia wzięte. "Mój były mąż wrócił po siedmiu latach od rozwodu, a potem znów wybrał młodą kochankę": Tym razem odpowiedzieli mu nasi synowie
Syria: rząd ogłasza czterodniowe zawieszenie broni z Kurdami
Pomściłem za mamę
„Nie chcę innej synowej, a ty rób, co chcesz!” – usłyszał Marek od mamy, gdy ogłosił, iż zamierza poślubić ukochaną z liceum, Magdę. Matka wolała Amandę z sąsiedztwa z zamożnej rodziny, groziła choćby klątwą, jeżeli wybierze miłość zamiast kariery. Marek wybrał posłuszeństwo — ożenił się bez miłości, tracąc szansę na szczęście u boku Magdy, której życie zakończyło się tragicznie. Po rozwodzie z Amandą zamieszkał samotnie w rodzinnym mieszkaniu, rozpamiętując zdjęcie Magdy i nie mogąc wybaczyć matce decyzji, która zniszczyła jego przyszłość.
Brooklyn Beckham wyznał, iż matka ukradła mu pierwszy taniec z żoną. "Czułem się upokorzony"
Prawomocny wyrok w sprawie alimentów Marcinkiewicza. Były premier zabrał głos
Naiwna Ania – przez 15 lat znosiła zdrady męża, który pierwszy raz zdradził ją już drugiego dnia po ślubie z kelnerką. Wszyscy wokół mówili, iż jest głupia, a pod jej nosem mąż jawnie spotykał się z kochankami. Ania pracowała jako księgowa w fabryce zabawek za grosze, a dzieci – Alicja (14 lat) i Sergiusz (7 lat) – żyły w biedzie, mimo iż ojciec dobrze zarabiał. Kiedy w dziesiąte urodziny syna mąż ogłosił, iż się wyprowadza do nowej miłości, Ania spokojnie się zgodziła. Następnego dnia były mąż wrócił z kochanką, ale nie mógł wejść do mieszkania – okazało się, iż został wypisany z meldunku dwa lata wcześniej, a jej nowy partner mieszka tam na legalu. Ania, oszczędzając przez lata, sprzedała mieszkanie dzięki pełnomocnictwu, które on sam podpisał. Dzieci były z innego ojca, a ona sama odeszła, zostawiając go z niczym. Morał: Strzeżcie się zdradzanych kobiet – potrafią się odegrać.
Jak moja teściowa straciła dach nad głową, bo nie chciałam finansować rodziny szwagra ani wynajmować im mieszkania – historia o tym, jak kupiłam zrujnowane trzypokojowe mieszkanie, zamieszkałam tam z mężem i dziećmi, aż pewnego dnia teściowa pojawiła się z walizkami, poprosiła o schronienie, a potem zaczęły się konflikty: szwagier zajął jej kawalerkę, a ona została z nami, ale ostatecznie musiałam postawić sprawę na ostrzu noża i zażądać, by się wyprowadziła
„Nie chcę innej synowej! Albo Amanda z sąsiedztwa, albo żadnej – zdecyduj, co dla ciebie ważniejsze: kariera czy miłość?” – matka Marka stawia ultimatum, rozdzielając syna z licealną miłością Magdą i zmuszając go do ożenku z córką zamożnych sąsiadów, co prowadzi do tragedii i złamanego życia.
Wychowała mnie babcia i jestem jej wdzięczny, ale jej “miłość” miała swoją cenę – o tym, jak polska rodzina, trudne wybory i babcine testamenty wpłynęły na moje dorosłe życie
– To co, on teraz z nami będzie mieszkał? – zapytał mąż żonę, patrząc na ich syna…
Działka kością niezgody – córka odebrała swoje — Ksyśka, no zrozum, sytuacja jest beznadziejna — westchnął ciężko Walenty Borowski, przecierając czoło. — Marina już dwa miesiące męczy mnie o to samo. Na Cyprze wypatrzyła jakąś super szkołę dla Denisa. No, dla naszego syna. Tłumaczy, iż trzeba chłopakowi dać szansę, angielski podciągnąć. Ale skąd wziąć na to kasę? Dobrze wiesz, iż teraz nie mam przychodów. Ksysha powoli uniosła wzrok na ojca. — I uznałeś, iż sprzedaż działki to najlepsze wyjście? — zapytała cicho. — A co innego? — ojciec ożywił się, pochylił do przodu. — Działka stoi pusta. Marina choćby tam nie jeździ, mówi, iż komary, nuda… Ona choćby nie wie, iż według papierów działka już dawno nie jest moja. Myśli, iż wystawimy ją na sprzedaż i odetchniemy. Ksyśka, jesteś rozsądna dziewczyna. Słuchaj: sprzedasz ją teraz oficjalnie. Zabierzesz swoje pieniądze, które mi dziesięć lat temu dałaś — co do grosza! A całą resztę, która przez te lata urosła według rynku, oddasz mi. Po rodzinie. Dla ciebie strata żadna, prawda? Odzyskasz swoje, a ojcu pomożesz. Ojciec wparował bez zapowiedzi. Za ostatnie lata rozmawiali rzadko — on już dawno miał drugą rodzinę, własne sprawy, w których starsza córka nie odgrywała szczególnej roli. Ksyśka podejrzewała po co przyszedł. Myślała, iż znowu będzie o pieniądze, ale… Oferta ojca wydała się co najmniej dziwna. — Tato, przypomnijmy sobie co było dziesięć lat temu — odparła. — Przyszedłeś wtedy do mnie po pieniądze na operację i rehabilitację. Pamiętasz? Walenty Borowski się skrzywił. — Po co wracać do starych tematów? Udało się wyzdrowieć, chwała Bogu. — Starych? — Ksyśka parsknęła, kręcąc głową. — To były oszczędności, które zbierałam latami na wkład własny do mieszkania. Pracowałam na dwa etaty, zero wakacji, na wszystkim oszczędzałam. I wtedy pojawiasz się ty. Bez pracy, bez oszczędności, za to z drugą żoną i Denisem. Wziąłeś ode mnie wszystkie pieniądze! — Byłem zdesperowany, Ksyśka! Co miałem zrobić? Położyć się pod płotem i umrzeć? — Zaproponowałam ci wtedy pomoc, ale powiedziałam szczerze — bałam się zostać bez grosza i bez dachu nad głową jeżeli cię zabraknie. Masz przecież prawną żonę, Marinę. Gdyby coś się stało, nie wpuściłaby mnie na próg tej działki. Tydzień negocjowaliśmy, pamiętasz? Nie chciałeś podpisywać żadnego kwitu, miałeś pretensje. „Jak możesz nie ufać własnemu ojcu?” A ja chciałam mieć po prostu jakąś gwarancję. — No i masz te swoje gwarancje! — przerwał jej Walenty Borowski. — Podpisaliśmy umowę, działka formalnie stała się twoja. Sprzedałem ci ją wtedy za bezcen, dokładnie za to, co poszło na leczenie. Ale umawialiśmy się: ja korzystam z niej, a jak się odkuję, odkupuję z powrotem. — Minęło dziesięć lat — ucięła Ksyśka. — Dziesięć, tato. Przez ten czas ani razu nie wspomniałeś o odkupieniu? Oddałeś mi choć grosz? Nie. Co roku spędzałeś tam lato, sadziłeś swoje pomidory, paliłeś moim drewnem. Podatki — płaciłam ja. Remont dachu trzy lata temu — też ja. Mieszkałeś tam po królewsku, a ja spłacałam kredyt hipoteczny. Walenty Borowski wyciągnął chusteczkę i otarł pot z czoła. — No wiesz, nie pracowałem wtedy, Ksyśka… Po chemii długo dochodziłem do siebie, a potem wiek, nigdzie nie chcieli zatrudnić. Marina też… wrażliwa kobieta, praca ją męczy. Żyjemy z jej sprzedaży w internecie, ledwo nam starcza. — Wrażliwa? — Ksyśka zaczęła chodzić po kuchni. — A ja to kamienna? Mogłam zasuwać na dwa etaty i jeszcze płacić za twój „sanatorium” na działce? A teraz Marina chce sprzedać mój dom, żeby jej synuś mógł się stroić na Cyprze? Mój dom, tato! Mój! — Formalnie — tak, twój. Ale przecież to było tymczasowe. Jestem twoim ojcem. Dałem ci życie! Chyba nie będziesz się kłócić o jakieś metry, kiedy brat potrzebuje wsparcia? — Brat? — Ksyśka stanęła, rozbawiona. — Widzieliśmy się z nim dwa razy w życiu. choćby na urodziny nie zadzwonił. A Marina… raz zapytała, jak sobie radzę? Kto przez te lata ciągnął te opłaty i kredyt? Ona wciąż myśli, iż jesteś właścicielem fabryk i ziem, tylko chwilowo masz zły okres. Oszukiwałeś ją przez dziesięć lat! Walenty odwrócił wzrok. — Chciałem dobrze… Po co miałem ją martwić. Jest nerwowa, zaczęłaby marudzić, gdybym przeniósł majątek na ciebie. — „Na boku” — powiadasz? — Nie czepiaj się słów, Ksycha! — ojciec podniósł głos. — To proste: działka jest dziś pięć razy więcej warta niż wtedy. Rynek poszedł w górę. Odzyskaj swoje trzy miliony, które dałaś mi na leczenie. To uczciwe, prawda? A pozostałe siedem milionów — moje. Muszę zadbać o Denisa, zrobić Marinie zęby, kupić nowę auto, stara się rozlatuje. Tobie te siedem milionów różnicy życia nie zmieni, masz mieszkanie w Warszawie, żyjesz wygodnie. Pomóż rodzinie! Ksyśka patrzyła na niego i ledwo poznawała. Gdzie jest ten człowiek, który kiedyś czytał jej bajki? — Nie — rzuciła chłodno. — Co „nie”? — on zastygł z otwartymi ustami. — Nie sprzedam działki. I na pewno nie oddam ci żadnych „nadwyżek”. Działka należy do mnie prawnie i uczciwie. Mieszkałeś tam dziesięć lat za darmo, wróciłeś do zdrowia, korzystałeś z uroków. Uznałam to za alimenty. Ale na tym koniec. — Serio? — twarz Walentego zaczęła nabiegać rumieńcem. — Chcesz ojcu ostatnie odebrać? Bez mojego trudu tej działki by nie było! Przecież to jeszcze dziadek budował! — Właśnie, dziadek. I przewróciłby się w grobie, gdyby się dowiedział, iż chcesz rozprzedać rodzinne gniazdo, żeby opłacić wątpliwy kurs cypryjski dla chłopaka, który ma dziewiętnaście lat i nic nie zrobił. — Ksyśka, opamiętaj się! — krzyknął ojciec wstając. — Jesteś coś winna! Wychowałem cię! Odmówisz, to wszystkim powiem, jaka jesteś chytra. Wszystko wyłożę Marinie, a ona tu przyjdzie i będzie awantura! Idziemy do sądu! Unieważnimy umowę! Wykorzystałaś chorobę ojca i wyłudziłaś nieruchomość! Ksyśka gorzko parsknęła. — Spróbuj, tato. Mam wszystkie faktury i przelewy na twoje nazwisko, z kliniki. I akt notarialny, spisany gdy byłeś już w remisji. Marina się zdziwi, iż sprzedałeś działkę jeszcze zanim Denis poszedł do szkoły. Mówiłeś jej, iż to twoje dziedzictwo, prawda? — Ksenia… — głos ojca złagodniał. — Córciu, proszę… Marina ma teraz ciężki okres… jeżeli dowie się prawdy — wyrzuci mnie. Jest młodsza ode mnie o piętnaście lat; ze mną jest dla stabilizacji. Bez działki, bez pieniędzy — już nie będę jej potrzebny. Chcesz, żebym na stare lata spał na dworcu? — Może trzeba było o tym myśleć wcześniej? — Ksyśka ledwo powstrzymywała złość. — Przez dziesięć lat nie pracowałeś, pozwoliłeś Marinie zadłużać się, obiecywałeś jej złote góry na mój koszt? — Nie pomożesz? — wyprostował się. — Własna córka… na własnej głowie… — Idź do domu, tato. Powiedz Marinie prawdę. To jedyny sposób, żeby zachować resztkę godności. — Udław się tą działką! — wypluł, mijając ją. — Dla mnie już nie istniejesz. Zapomnij, iż masz ojca! Wyszedł, a Ksyśka uśmiechnęła się krzywo: jakby kiedykolwiek go miała. Ojciec zostawił ją, gdy miała siedem lat. *** Telefon zadzwonił w sobotę rano. Numer nieznany. — Halo? — Ksenia? — Ksyśka od razu poznała macochę. — Co sobie wyobrażasz, dziewucho? Myślisz, iż nie wiemy, jak oszukałaś Walentego? Wszystko mi opowiedział! Podsunęłaś mu papier do podpisu, gdy był po narkozie! — Dzień dobry, Marino — odparła spokojnie Ksenia. — jeżeli chcesz rozmawiać, to proszę bez wrzasków. — Dzień dobry? Już mamy gotowy pozew! Prawnik mówi, iż taka umowa padnie na pierwszym posiedzeniu. Wzbogaciłaś się na chorobie ojca, przejęłaś rodzinny majątek za bezcen. Zrujnujemy cię! — Marino, proszę słuchać uważnie. Wiem, co Walenty panu opowiedział. Ale mam wszystko udokumentowane — pieniądze poszły na jego leczenie. Mam też wszystkie SMSy przez dziesięć lat, gdzie dziękuje mi, iż utrzymuję działkę i pozwalam mieszkać. Czarno na białym: „Dziękuję, córko, iż nie zostawiłaś, iż działka jest w dobrych rękach”. Jak myślisz, co powie sąd? Po drugiej stronie zaległa cisza. — Jesteś… — wysyczała. — Mało ci własnego mieszkania? Musisz jeszcze bratu odebrać? Denis musi się uczyć! — Denis niech idzie do pracy — przerwała Ksyśka. — Tak jak ja w jego wieku. A pani, Marino, czas poznać prawdę. Miały być „akcje”, pamiętasz? Tak ci mówił? — Jakie akcje? — głos drgnął. — Takie, których nigdy nie miał. Po prostu wydawał twoje „dywidendy” z moich przelewów, które wysyłałam mu z dobrej woli na leczenie. Sprawdź mu przelewy, jeżeli nie wierzysz. Mąż cię okłamywał! Udawał przed tobą, a kase dostawał ode mnie! Wchodziłam w długi, ratując ojcu życie… Do niedawna sama nie wiedziałam jak naprawdę było. Marina rzuciła słuchawką. Wieczorem przyszedł SMS od ojca. Trzy słowa: „Wszystko zepsułaś”. *** Nie odpisała. Po kilku dniach dowiedziała się od sąsiadów z działki, iż Marina urządziła wielką awanturę. Okrzyczała męża i wyrzucała mu rzeczy przez okno domku letniskowego — aż musiała przyjechać policja. Okazało się, iż Marina, pewna szybkiej sprzedaży działki, już zdążyła wziąć gigantyczny kredyt na „start” dla syna. Walenty musiał się wyprowadzić. Marina złożyła pozew rozwodowy, gdy poznała skalę jego kłamstw. Syn Denis, przyzwyczajony do wygód, też nie wczuł się w sytuację ojca i gwałtownie przeniósł się do dziewczyny, oznajmiając, iż „dziadek sam jest sobie winny”. Gdzie jest teraz ojciec, Ksyśka nie wie. I nie zamierza się dowiadywać.
7 błędów przy wyborze adwokata w Częstochowie (i jak ich uniknąć)
Te miasta w Polsce toną w rozwodach. "Tak" bardzo gwałtownie traci ważność
Gospodarz jechał konno ze swoją narzeczoną… i zamarł na widok byłej żony w zaawansowanej ciąży, gdy niosła drewno…
Jak moja teściowa straciła dach nad głową, bo nie zamierzałam opłacać mieszkania dla szwagra i jego rodziny – historia o tym, jak trzypokojowe mieszkanie w Warszawie zamieniło się w rodzinny galimatias
Moja babcia mnie wychowała – jestem jej wdzięczny, ale jej troska miała swoją cenę: historia o rodzinie, trudnych wyborach i miłości silniejszej niż wszystko
Walizki nie rozpakowuj – dziś się wyprowadzasz! Noworoczne przebieranki, zdrada przy świątecznym stole i rozstanie z commanderką Irką, czyli jak Lewek zamiast być Zajączkiem został Dziadkiem Mrozem, a żona wylądowała z łysym „zającem” w Tczewie…
Sonia Bohosiewicz spędza ferie z byłym mężem. "Rozwód to nie koniec rodziny"
«Milczysz, więc też szykujesz grunt pod rozwód»: jak jeden darowizniony dom omal nie zniszczył rodziny