Kryzysy i rozstania

Moja była żona chciała mnie pozwać o połowę mieszkania, ale nie przewidziała, iż miałem już wszystko zaplanowane
Głupia Anka – Tak ją wszyscy nazywali. Z mężem, Waldkiem, była już piętnaście lat. Dwójka dzieci: Ala ma czternaście, a Serek siedem lat. Waldek zdradzał ją prawie otwarcie; pierwszy raz już drugiego dnia po ślubie, z kelnerką w hotelu. Potem nie sposób ich zliczyć. Koleżanki próbowały otworzyć jej oczy, a ona tylko się uśmiechała i milczała. Anka pracowała jako księgowa w fabryce zabawek – pensja mizerna, pracy ogrom, zdarzało się, iż po nocach wypełniała raporty kwartalne i roczne. Waldek zarabiał bardzo dobrze, ale i tak wiecznie brakowało pieniędzy. W lodówce – pusto, a z gotowanych dań, w najlepszym razie, barszcz i kotlety z makaronem. Wszyscy się dziwili, gdy widzieli Waldka z kolejną kochanką, a do domu wracał suchy jak wiór. „Ojtam, głupia ta Anka, po co ona to znosi?” – powtarzały sąsiadki. W dzień, gdy Serek miał dziesiąte urodziny, Waldek oświadczył, iż chce rozwodu – zakochał się, rodzina to nie dla niego. „Anka, nie obrażaj się, ale składam pozew. Jesteś zimna jak ryba, choćby dobrą gospodynią nie jesteś.” – „Dobrze. Zgadzam się na rozwód.” Waldek był w szoku – liczył na awanturę. „Spakuj rzeczy, ja ci przeszkadzać nie będę. Klucz zostaw pod wycieraczką.” – powiedziała Anka z tajemniczym uśmiechem, a Waldek zapomniał o sprawie, rozmarzony o nowym życiu. Następnego dnia wrócił z nową wybranką – ale klucza pod wycieraczką nie znalazł. „Trudno – wymienię zamki.” – pomyślał. Klucz nie pasował. Zadzwonił dzwonkiem, otwiera potężny facet w szlafroku: „Czego chcesz, gościu?” – „To przecież moja mieszkanie!” – „A dokumenty masz?” Dokumentów Waldek nie miał, paszport ledwo znalazł, ale w nim – stempel wypisu sprzed dwóch lat. Załamany, szukał żony, ale Anka już tu nie pracowała od roku, córka wyjechała na studia za granicę, a Serek zmienił szkołę. Siedząc na ławce, załamał ręce – jak to się stało? Ta jego cicha Anka, a takie rzeczy odstawiła. Niby jak sprzedała mieszkanie? Wszystko wyjaśniło się w sądzie: własnoręcznie podpisał dwa lata temu pełnomocnictwo żonie na wszelakie formalności przy rekrutacji córki. Bez czytania. Został więc z niczym – a Eliza, nowa miłość, gdy tylko dowiedziała się, iż nie ma mieszkania, natychmiast zniknęła. „Trudno, chociaż alimentów nie dam!” Ale tu kolejny cios – dostał pozew o zaprzeczenie ojcostwa. Okazało się, iż dzieci Anki są z innym mężczyzną. W dniu ślubu przyłapała męża na zdradzie i zamiast walczyć lub rozpaczać, przeszła do kontrataku: zemsta zdradą, oszczędzanie, wszystkie pieniądze chowała, dzieci karmiła u babci, a na końcu przeprowadziła badania DNA. Waldek stracił wszystko – dom, dzieci, godność. Nigdy nie lekceważ zdradzonej kobiety – zemsta Anki była słodka i okrutna.
Mój syn obiecał mi dom na wsi jako prezent – gdy jednak tam przyjechaliśmy, ziemia zaczęła się pode mną zapadać.
Ślubu nie będzie — Dlaczego jesteś dziś taki cichy? — zapytała Ania. — Przecież ustaliliśmy, iż w sobotę jedziemy wybierać meble do sypialni. Wyglądasz na przygnębionego. Co się stało? Dawid wiedział, iż musi powiedzieć to teraz albo nigdy. To była ta chwila. — Aniu… Chciałem z tobą porozmawiać. O ślubie. Ania od dawna czekała na tę rozmowę. Ustalili z Dawidem, iż wesele będzie skromne, ale widziała, iż on tak naprawdę chciałby zorganizować jej prawdziwe, polskie wesele — z gośćmi, kamerzystą, organizatorami… Jak ona na to czekała! — Tylko proszę, nie owijaj w bawełnę. Wydaje mi się, iż wiem, co chcesz powiedzieć — uśmiechnęła się Ania. A Dawid powiedział: — Odłóżmy… Odłóżmy ślub. To zupełnie nie była rozmowa, do której się przygotowała. — Odłóżmy?! — oniemiała — Co to za nagły pomysł? Dlaczego? Przecież przed chwilą rozmawialiśmy o zaproszeniach… Sam je wybierałeś! Ustalaliśmy listę gości! Rozmyśliłeś się, nie chcesz się ze mną ożenić?? Jak w melodramacie, teraz zaraz powie, iż uczucia się wypaliły. Ale Dawid znów powiedział coś niespodziewanego. — Po prostu z pieniędzmi teraz słabo — wymamrotał — W pracy opóźniają pensję. Trudno nam coś odłożyć. I… Mieszkamy razem tylko pół roku. Może za wcześnie, jak sądzisz? — Za wcześnie? — Ania aż się zadławiła — Dawid, jesteśmy razem trzy lata! Trzy lata związku, pół roku wspólnego mieszkania to dla ciebie „za wcześnie”? Dawid nie wyglądał już na wystraszonego. — Nie zaczynaj, Aniu. Nie chcę awantury. To tylko… pauza. Nie rozmyśliłem się, ale ślub to spory wydatek. — Dobrze… To może pójdziemy tylko do Urzędu, podpiszemy, a potem zrobimy imprezę z przyjaciółmi. — Aniu, wtedy nie będziemy mieli prawdziwego wesela. — I niech nie będzie! — Przecież o tym marzyłaś… — Przeżyję! Szuka dziwnych wymówek. — Dawid… — Powiedz szczerze. Coś się stało? Nie jesteś pewien, iż mnie kochasz? A może… poznałeś kogoś nowego? Bo „ślub jest za drogi” nie brzmi zbyt przekonująco. Dawid pokręcił głową. — Nie, Aniu, przysięgam. Po prostu chcę, żeby wszystko było idealnie, rozumiesz? Teraz nie mogę zapewnić ci wymarzonego wesela. I tak — pół roku. Nie do końca zdążyliśmy się do siebie przyzwyczaić. Musimy się przekonać, czy naprawdę pasujemy… Jest w tym logika… Był przekonujący, ale intuicja Ani podpowiadała coś innego. Rzadko kiedy Dawid potrafił tak sprawnie ją do czegoś przekonywać. To przecież on sam nie znosił czekać z ustaleniem daty ślubu! Mimo to, Ania udawała, iż uwierzyła. Po tej rozmowie Dawid nie był już zwyczajnym chłopakiem, ale idealnym partnerem — sprzątał, pytał o jej potrzeby, mył naczynia… I coraz częściej chodził ponury. Nie po prostu zamyślony, tylko naprawdę przygnębiony. W nocy wzdychał patrząc w sufit i ucinał rozmowę krótkim: „Zmęczony jestem”. Ania nie naciskała. „Poczekaj, poczekaj” — powtarzała sobie w myślach. Po kilku tygodniach zaprosili ich do siebie rodzice Dawida. Ania długo się wzbraniała. Nie miała ochoty tam jechać. Dawid nie wspominał już o ślubie, a jego rodziców ciekawość z pewnością nie ominie — będzie niezręcznie. Mimo to pojechali. Rozmowa o ślubie pojawiła się od razu. — To kiedy nas w końcu uszczęśliwicie? — zapytała jego mama, gdy tata poszedł oglądać mecz — Mamy już upatrzoną salę na dwadzieścia osób. Na kiedy rezerwować? Dawid siedział ze skrzywioną miną, a Ania czuła się podobnie. Jakie rezerwować? Nic z tego nie będzie. — Mamo, przecież rozmawialiśmy. Odłożyliśmy — mruknął. — Odłożyliście? A to dlaczego? Pieniędzy nie macie? Dawid, trzeba było o tym pomyśleć wcześniej! Po obiedzie, gdy mężczyźni z zapałem grzebali przy psującej się wieży, Ania poszła do łazienki się ogarnąć. Tam zawsze było sterylnie, żadnego kurzu, choćby jej teściowa kosmetyki chowała w pokoju. Ania zawsze się dziwiła, iż chce jej się to nosić za każdym razem. Wycierała twarz ręcznikiem i nagle nasłuchiwała… Ściany łazienki świetnie przenosiły dźwięki rozmów o cudzych sekretach. Dawid rozmawiał szeptem z mamą w kuchni. I Ania usłyszała… — …Dawid, nie myślałeś, żeby zerwać z Anią? Ania, wycierając podbródek, zamarła. Co? Nie próbowała sobie wmawiać, iż się przesłyszała. Przylgnęła do zimnych płytek. — Mamo, przecież mówiłem. Odłożyliśmy. Ale się nie rozstaliśmy. — Odłożyliście — to tylko wymówka! — syczała pani Grażyna — Widzisz przecież, jak się męczysz. Po co ci ona? To nie jest żona. Żona powinna słuchać męża, a ta… Co za ślub, skoro za rok weźmiecie rozwód? — Kocham ją, mamo — powiedział Dawid. Ania prawie się wzruszyła. Ale następne słowa jego mamy wybiły jej sentyment z głowy. — Mówisz, iż ją kochasz? Sprytna z niej dziewczyna, Dawidzie. Już teraz nastawia cię przeciwko nam. Już nie chcesz pomagać swojej siostrze, nie przyjeżdżasz na działkę… Zmienia cię, i to na gorsze. Ania przykleiła się do ściany, przyciskając ucho do zimnych płytek. Nastawia przeciwko nim? Kiedy?! Zawsze była uprzejma choćby wtedy, gdy pan Jan krytykował jej nowe włosy. Było przykro, ale przemilczała! Nie pamiętała żadnej sytuacji, w której by celowo nastawiała Dawida przeciwko rodzinie. Wręcz odwrotnie, zawsze go zachęcała do kontaktów, bo wiedziała, jak ważna jest dla niego rodzina. I wtedy ją oświeciło: ślub nie jest odłożony z powodu pieniędzy, tylko przez jego mamę, która podłością patrzy jej w oczy! gwałtownie do nich wróciła. — O, Aniu wyszłaś! Właśnie rozmawialiśmy, iż nie ma co odkładać formalności. Rozumiem młodość, ale życie bez ślubu nie popieram. Jakże miło. — Oczywiście, pani Grażyno — powiedziała Ania — Nie będziemy długo zwlekać. Jak uzbieramy pieniądze — idziemy do Urzędu. Prawda, Dawidzie? — Tak, Aniu, możemy uznać, iż jesteśmy już prawie małżeństwem — podchwycił. Tamtej nocy, wracając do domu, Dawid próbował Anię przytulić, ale ona ciągle się odsuwała. Nie wiedziała, czy w ogóle zaczynać rozmowę. jeżeli Dawid nie zerwał z nią tylko przez rodzinę, to chyba jednak ją kocha… Ale ślub i tak odwołał. — Byłeś dziwny, kiedy twoja mama zaczęła mówić — powiedziała, obserwując znikające w oddali światła bulwaru. — Ja? Nie, ona po prostu naciska na ślub i… — Nie kłam, ona nie naciska. Ona jest przeciwko naszemu ślubowi. Powiedziała, iż nastawiłam cię przeciwko niej i chce, żebyśmy się rozstali. Dawid nerwowo szarpnął kierownicą. — Słyszałaś? Aniu, mama boi się, iż ożenię się i o niej zapomnę. Typowe. Nie bierz tego do siebie. Przejdzie jej. Anii wcale nie bolały słowa matki, której nie chciało się wypuścić synka spod skrzydełka. Niepokoiły ją słowa samego Dawida. Nie stanął w jej obronie. Wolał zgodzić się, byle nie wdawać się w spór z rodzicą. Temat ślubu pozostał otwarty. Dawid wciąż chodził ze skwaszoną miną, ale teraz, gdy Ania pytała o przyszłość, nieodmiennie odpowiadał: „Może potem…” I wtedy Ania zobaczyła niepilnowany telefon Dawida. „Tylko sprawdzę godzinę — wmawiała sobie — Nie będę czytać wiadomości. Zacznę tylko zerknąć jednym okiem”. Na ekranie świeciło się nowe powiadomienie od jego siostry, Weroniki. Weronika była raptem dwa lata młodsza od Ani, ale zachowywała się, jakby miała dwanaście. Bez pracy, bez studiów, żyje z rodzicami na ich koszt. Wiadomość była jednoznaczna: „No jasne, kasy nie zobaczę. Znowu jesteś pod pantoflem. No i żyj sobie z nią, skoro jakaś dziewucha ważniejsza od rodziny”. Ania czytała w kółko. „Znowu pod pantoflem”. I coś sobie przypomniała… Jeszcze zanim odwołali ślub, Weronika kolejny raz dzwoniła do Dawida po pieniądze, a Ania, nie wytrzymując, powiedziała: — Dawid, ona ma dwadzieścia siedem lat, mieszka z rodzicami, a ty masz sponsorować jej rozrywki? Może sama zacznie pracować? Nasz budżet nie jest z gumy. I nie wtrąciłaby się, ale chodziło też o jej pieniądze — sama zarabiała nie mniej niż Dawid, a na utrzymywanie rodziny nie pisała się. Dawid się zgodził. Niechętnie, ale jednak — „Masz rację, Aniu. Koniec z tym”. Teraz wszystko jasne — to Weronika nastawia wszystkich przeciwko Ani. Wzięła telefon Dawida, skopiowała wiadomość od Weroniki i wysłała ją na własny numer na dowód. Potem położyła telefon na miejsce. Dawid pakował zakupy w przedpokoju: — Kupilem chleb. I twój ulubiony czekoladę, z orzechami. Zastanawiałem się… może jednak pójdziemy… — Dawid — przerwała mu Ania. — No… Dawid. Kogoś innego się spodziewałaś? — próbował żartować. Ale Ania nie podjęła żartu. — Co ci pisze Weronika? — zapytała. Dawid przypomniał sobie, iż w razie czego trzeba od razu kontratakować i przeszedł w tryb obrażonego: — Grzebiesz mi w telefonie, jak mnie nie ma?? Klasyczna obrona. Przenoszenie winy. — Nie ważne, co zrobiłam, Dawid. Powiedz mi prawdę. Teraz. Dawid chwilę milczał. Przez jego twarz przeszła cała paleta emocji — złość, panika. — Oj Aniu, nie przejmuj się. pozostało mała, wszystko bierze do siebie. — Mała? O co się obraziła? O to, iż poprosiłam, by dorosła? — Przywykła, iż brat zawsze da. Przyzwyczaiła się. A odwyknąć od łatwych pieniędzy trudno. Odpuszczaj, zapomni się. — To ona nastawiła twoją rodzinę? — No… tak — przyznał — Próbowałem tłumaczyć, iż to nasze pieniądze, iż Werka powinna sama… Mama zaraz: „Anka cię pod pantofel wzięła, rodzinę rzuciłeś dla niej”. Ale ja tak nie myślę… — Ale ślub odwołałeś… No dobrze. Ona nastawiła twoją rodzinę przeciw mnie. Rozumiem. Nie umiem się z nimi dogadać. A ty sam co myślisz? Chcesz się ze mną żenić, czy tylko odkładasz, bo boisz się powiedzieć mamie „nie”? — Jasne, iż chcę! Tylko na razie nie mogę… Może potem… jak wszystko się uspokoi… No i wszystko jasne. — Wiesz co, Dawid… Zrozumiałam jedno… Nie chcę wychodzić za kogoś, kto nie jest pewien swoich uczuć i boi się własnej siostry. Dobrze, iż odwołaliśmy ślub.
Nie wytrzymała – VERA ogłasza spokojnie rozwód przy herbacie, chcąc wreszcie żyć jak dama: bez pracy, z luksusami i wolnym czasem. Po cichym rozstaniu synowie zostają przy matce, ale gwałtownie okazuje się, iż ich ojciec Artur, dzięki nieoczekiwanemu spadkowi i nowej uroczej żonie, zaczyna nowy, dostatni rozdział – ku rozpaczy byłej żony. Kiedy VERA próbuje odzyskać dawny komfort, podrzuca dzieci ojcu, licząc na rychły powrót „ojca roku”… ale życie pisze inny scenariusz: chłopcy odnajdują szczęście w nowym domu, a zazdrosna matka ostatecznie zostaje sama. Czy to na pewno sprawiedliwe – po tylu latach czekania przegapić wszystko na ostatniej prostej?
Bill Gates w aktach Epsteina. Komentarz jego byłej żony aż łamie serce
Wyszłam za mąż w wieku 50 lat, byłam pewna, iż znalazłam szczęście, a nie miałam pojęcia, co mnie czeka… Jestem jedną z tych kobiet, które wyszły za mąż późno. Niestety, mój późny związek też się rozpadł. Wszyscy mówili na mnie „mądrala”, bo naprawdę lubiłam się uczyć. Skończyłam magisterkę i zostałam bibliotekarką. Koleżanka poznała mnie z moim przyszłym mężem. Miał 59 lat, ale wcale się nie poddawał i szukał żony. Byłam młodsza od niego o dziewięć lat. Marek od razu skradł moje serce. Był wykształcony, kulturalny, pasjonował się poezją i literaturą. Zaczęliśmy rozmawiać, a po kilku miesiącach poprosił mnie o rękę. Zgodziłam się, bo od dawna marzyłam o rodzinie. Po ślubie zamieszkaliśmy u mnie, bo u niego mieszkała córka z rodziną. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Zawsze żyłam sama, a tu wszystko się zmieniło i byłam rozdrażniona. Plama na obrusie, pogięta narzuta, porozrzucane skarpetki i mnóstwo dziwnych rzeczy, których w ogóle nie planowałam… Dosłownie wszystko mnie drażniło. Czułam się, jakbym prowadziła hotel, a cała odpowiedzialność była na mnie. Miał też problemy z pieniędzmi. Straciłam cierpliwość, gdy zamiast naprawić kran, zepsuł go jeszcze bardziej i dopiero wtedy wezwał hydraulika. Domowe perypetie. Wtedy uświadomiłam sobie, iż nie chcę się poświęcać ani cierpieć w imię cierpliwości; jesteśmy dorośli i mamy różne nawyki. Niedługo potem porozmawialiśmy; okazało się, iż dla niego wszystko było w porządku. Jestem spokojna, nie lubię kłótni. Ale nie potrafiliśmy się dogadać: córka Marka już urządzała mieszkanie ojca, sądząc, iż on na stałe zamieszka ze mną. Dopiero po trzech miesiącach zgodził się na rozwód. Zażądał zwrotu prezentów ode mnie. Oddanie kosza na śmieci i łańcuszka nie kosztowało mnie wiele. Ta historia sprawiła, iż zaczęłam się zastanawiać: czy naprawdę można zbudować szczęśliwą rodzinę po pięćdziesiątce?
USA zmieniają zdanie w sprawie negocjacji z Iranem
Działka kością niezgody – córka odzyskuje swoje — Ksenia, rozumiesz przecież, sytuacja jest naprawdę krytyczna — westchnął ciężko pan Walerian, przecierając czoło. — Maryla od dwóch miesięcy wierci mi dziurę w brzuchu. Na Cyprze wypatrzyła jakąś świetną szkołę dla Denisa. No, naszego syna, wiadomo. Twierdzi, iż chłopakowi trzeba dać dobry start i podszlifować angielski. Ale skąd na to wszystko wziąć kasę? Wiesz przecież, iż teraz jestem bez pracy. Ksenia podniosła powoli wzrok na ojca. — I doszedłeś do wniosku, iż sprzedaż działki to najlepsze wyjście? — zapytała cicho. — A niby jakie? — ojciec się ożywił i pochylił do przodu. — Działka stoi pusta, Maryla tam w ogóle nie jeździ, nudzi się, komary jej doskwierają… choćby nie wie, iż działka już dawno nie jest moja, tylko twoja — myśli, iż wystawimy ją na sprzedaż i będzie lepiej. Ksenia, jesteś rozsądną dziewczyną. Propozycja jest taka: sprzedaj oficjalnie działkę, zabierz swoje pieniądze, które mi dziesięć lat temu pożyczyłaś co do grosza! A resztę, to co przez lata urosło do rynkowej ceny, oddaj mi. Przecież jesteśmy rodziną. Ty nic nie tracisz, prawda? Odzyskujesz swoje i pomagasz ojcu. Ojciec przyszedł bez zaproszenia. Zresztą ostatnio kontakt był rzadki — miał drugą żonę, własne życie, a starsza córka nie pasowała do tej układanki. Ksenia podejrzewała, iż przyszedł po pieniądze, ale… propozycja była co najmniej dziwna. — Tato, przypomnij sobie, co się wydarzyło dziesięć lat temu — zaczęła, gdy wysłuchała jego tłumaczeń. — Przyszedłeś i powiedziałeś, iż potrzebujesz pieniędzy na operację i rehabilitację. Pamiętasz? Pan Walerian skrzywił się. — Po co wracać do starych historii? Wyzdrowiałem przecież. — Starych? — Ksenia uśmiechnęła się gorzko. — To były wszystkie moje oszczędności, które przez pięć lat zbierałam grosz do grosza na wkład własny do mieszkania. Dorabiałam w weekendy, nie chodziłam na urlopy, oszczędzałam na wszystkim. I wtedy zjawiłeś się ty. Bez pracy, bez oszczędności, za to z drugą żoną i synem Denisem. Zabrałeś mi wtedy całe oszczędności! — Byłem zdesperowany, Ksenia! Co miałem zrobić? Położyć się pod płotem i umrzeć? — Zaproponowałam ci pomoc — Ksenia nie przestawała. — Ale szczerze mówiłam: boję się zostać bez pieniędzy i bez dachu nad głową, jeżeli ciebie zabraknie. Przecież masz prawowitą żonę Marylę. Na tę działkę by mnie nie wpuściła. Tydzień się targowaliśmy, pamiętasz? Nie chciałeś podpisać oświadczenia, obrażałeś się. „Mam nie ufać własnemu ojcu?!” A ja chciałam po prostu gwarancji. — No i dostałaś je! — przerwał jej ojciec. — Spisaliśmy umowę kupna-sprzedaży, działka stała się twoja. Sprzedałem ci ją za grosze, za tyle, ile kosztowało leczenie. Ale umawialiśmy się, iż ją odkupię, jak pojawią się pieniądze. — Minęło dziesięć lat — ucięła Ksenia. — Dziesięć lat, tato. Ani razu nie wspomniałeś o wykupie. choćby grosza nie oddałeś. Mieszkałeś tam każdego lata, uprawiałeś swoje pomidory, paliłeś w kominku, za drewno płaciłam ja. Podatki — ja. Remont dachu trzy lata temu — ja. Za dom gospodarza robiłeś, a ja spłacałam hipotekę. Pan Walerian otarł czoło chusteczką. — Wiesz, iż po chemioterapii długo dochodziłem do siebie, potem wiek, nigdzie mnie nie chcieli. Maryla też… delikatna dusza, praca ją wykańcza. Żyjemy z tego, co uda się sprzedać przez internet — ledwo starcza. — Delikatna dusza? — Ksenia wstała, zaczęła krążyć po kuchni. — A ja co? Można tyrać na dwóch etatach, żeby spłacać i mieszkanie, i twoją „sanatorię”? Teraz Maryla wpadła na pomysł sprzedaży działki, żeby wysłać synka na Cypr? MOJĄ działkę, tato! Moją! — Ksenia, formalnie — tak, twoja. Ale rozumiesz, to miało być tymczasowo. Jestem twoim ojcem. Dałem ci życie! Naprawdę będziesz się o metr kwadratowy kłócić, gdy bratowi trzeba pomóc? — Bratu? — Ksenia zatrzymała się ostro. — Widziałam tego „brata” dwa razy w życiu. Ani razu nie złożył mi życzeń urodzinowych. Maryla… choćby nie zapytała, jak żyję i jak spłacam wszystko co miesiąc. Dalej wierzy, iż jesteś właścicielem fabryk i jachtów, tylko czasowo pod kreską. Dziesięć lat ją okłamujesz, tato. Pan Walerian odwrócił wzrok. — Chciałem dobrze… Nie chciałem jej martwić. Ona by się denerwowała, po co wyprowadziłem majątek z domu. — Wyprowadziłeś? — Nie czepiaj się słówek! — krzyknął. — Robię ci propozycję! Teraz ta działka kosmicznie podrożała. Tyle warta! Ty bierzesz swoje 300 tysięcy, które wtedy mi dałaś. Słusznie? Słusznie! Reszta — siedemset tysięcy — dla mnie. Muszę wysłać Denisa, zrobić Maryli zęby, odnowić samochód — stary się sypie. Tobie te pieniądze nie zmienią życia, masz już mieszkanie w Warszawie, jesteś ustawiona. Pomóż rodzinie! Ksenia patrzyła na ojca i nie poznawała go. Gdzie ten człowiek, który kiedyś czytał jej bajki? — Nie — powiedziała krótko. — Co znaczy „nie”? — ojciec oniemiał. — Nie sprzedam działki. I nie oddam ci żadnych pieniędzy “ponad to”. Działka należy do mnie zgodnie z prawem i z czystym sumieniem. Przez dziesięć lat mieszkałeś tam za darmo, wyzdrowiałeś, cieszyłeś się naturą. Uznaj to za moją pomoc. Na tym koniec. — Jesteś poważna? — twarz ojca poczerwieniała. — Ostatnie chcesz ojcu zabrać? Gdyby nie ja, tej działki by w ogóle nie było — jeszcze mój ojciec ją budował! — No właśnie, dziadek. I on by się w grobie przewrócił, gdyby wiedział, iż chcesz roztrwonić rodzinny dom, żeby opłacić jakieś kursy na Cyprze synowi, który w wieku dziewiętnastu lat choćby nie dorabia. — Ksenia, opanuj się! — ojciec zerwał się z krzesła. — Sama siebie przekreślasz! Wychowałem cię! jeżeli nie pomożesz, powiem wszystkim jaka jesteś chciwa. Maryla się dowie, tu przyjdzie i zrobi ci taki skandal, iż się nie pozbierasz! Podamy cię do sądu! Uznają wszystko za nieważne! Wymusiłaś sprzedaż, kiedy byłem chory! Ksenia uśmiechnęła się ponuro. — Spróbuj, tato. Mam wszystkie rachunki z kliniki. Wszystkie przelewy na ciebie. I umowę notarialną, którą podpisałeś, będąc przy zdrowych zmysłach. Maryla się nieźle zdziwi, jak się dowie, iż działkę sprzedałeś zanim Denis poszedł do szkoły. Powiedziałeś jej, iż to twoje dziedzictwo? — Ksenia… — głos ojca stał się błagalny. — Córciu, proszę cię. Maryla ma teraz ciężki okres… jeżeli dowie się prawdy, wyrzuci mnie z domu. Jest młodsza ode mnie o piętnaście lat, została ze mną tylko dla stabilizacji. Jak nie będzie działki, nie będzie pieniędzy — nie będę się jej przydawał. Chcesz, abym został bez dachu nad głową? — A nie myślałeś o tym wcześniej? — złość buforowała się w środku. — Przez dziesięć lat! Pozwalałeś Maryli pakować się w długi! Obiecywałeś jej luksusy za moje pieniądze? — Czyli nie pomożesz? — ojciec wyprostował się. — To się nazywa „rodzona córka”. Wychowałem sobie… — Idź do domu, tato. Powiedz Maryli prawdę. To jedyna szansa, by zachować choć trochę godności. — Zadław się tą działką! — wykrzyczał przechodząc. — Ale wiedz: nie masz już ojca! Słyszysz? Zapomnij mój numer! Ojciec wyszedł, a Ksenia tylko uśmiechnęła się: jakby kiedykolwiek nim był. Ojciec zostawił ją, gdy miała siedem lat. *** Telefon zadzwonił w sobotę rano. Nieznany numer. — Halo? — Czy to Ksenia? — poznała od razu głos macochy. — Kim ty myślisz, iż jesteś, dziewuszko? Myślisz, iż nie wiemy, jak oszukałaś Walka? On mi wszystko powiedział! Podsunęłaś papiery, jak był po narkozie i nic nie kumał! — Maryla, dzień dobry — spokojnie odpowiedziała Ksenia. — jeżeli chce pani rozmawiać, to spokojnie. — Jakie tam dzień dobry?! Pozew już gotowy! Prawnik powiedział, iż ta umowa padnie w sądzie. Wzbogaciłaś się na chorobie ojca, zabrałaś za grosze rodzinny dom. Puścimy cię z torbami! — Marylo, posłuchaj mnie uważnie. Rozumiem, iż pan Walerian opowiedział swoją wersję. Ale mam dowody, iż pieniądze były na jego leczenie. Mam też wydruki z wiadomości, gdzie przez dziesięć lat dziękował, iż utrzymuję działkę i pozwalam mu tam mieszkać. Czarno na białym: „Dziękuję, córciu, iż nie zostawiłaś, iż działka w dobrych rękach”. Jak pani myśli, co powie sąd? W słuchawce zapanowała cisza. — Jesteś zwykłą… — wysyczała Maryla. — Za mało ci własnego mieszkania? Wszystko musisz zabrać bratu? Denisowi trzeba się uczyć! — Denis powinien iść do pracy — ucięła Ksenia. — Tak jak ja pracowałam w jego wieku. A pani… czas najwyższy poznać prawdę. Miał być majątek, pamięta? Tak mówił? — Jaki majątek? — głos Maryli zadrżał. — Taki, którego nigdy nie było. Ot, brał pieniądze, które przesyłałam mu ja i udawał, iż to dywidendy z inwestycji. Proszę sprawdzić historię przelewów. Mąż panią po prostu oszukiwał! Wszystko szło ode mnie, zawsze zasłaniał się chorobą. A ja zadłużałam się, myśląc, iż ratuję ojcu życie! Dopiero teraz się o wszystkim dowiedziałam. Maryla odłożyła słuchawkę. Wieczorem Ksenia dostała od ojca sms-a. Zaledwie trzy słowa: „Wszystko zepsułaś”. *** Nie odpisała. Po paru dniach od sąsiadów przy działce dowiedziała się, iż Maryla zrobiła awanturę. Krzyczała i wyrzucała rzeczy mężowi przez okna domku, póki nie zjawiła się policja. Maryla, pewna rychłej sprzedaży działki, zdążyła już zadłużyć się na procent pod „start” dla syna. Walerian musiał się wyprowadzić. Maryla wniosła pozew rozwodowy, gdy poznała rozmiarów jego kłamstw. Denis, przywykły do wygód, także nie zamierzał pomagać ojcu i przeniósł się do dziewczyny, stwierdzając, iż „staruszek sam sobie winien”. Gdzie jest teraz ojciec, Ksenia nie wie. I nie zamierza się dowiadywać.
To twoja matka – więc to twój obowiązek!” – Krzyknął, ale ona miała już serdecznie dość
Natalia wracała z zakupów dźwigając ciężkie torby. Dochodziła już pod swój dom, gdy zauważyła nieznany samochód przy furtce. – Kto to może być? Przecież nikogo się nie spodziewam – pomyślała. Podchodząc bliżej, zobaczyła na podwórku młodego mężczyznę. – Przyjechał! – zawołała i rzuciła się w ramiona syna, chcąc go uściskać. – Mamo, poczekaj – syn się odsunął. – Muszę ci coś powiedzieć. – Co się stało? – zaniepokoiła się Natalia. – Lepiej, żebyś usiadła – powiedział cicho Wiktor. Natalia usiadła na ławce, gotowa na najgorsze.
Maciej Pela u boku Edyty Folwarskiej. Nagle zaczął mówić o "swojej żonie"
Pela wbija szpilę Kaczorowskiej? Internauci nie mają złudzeń pod nowym filmikiem
Moja była żona chciała mnie pozwąć o połowę domu, ale nie spodziewała się, iż miałem w zanadrzu wcześniejszy plan
Z trudem ocierałam łzy, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Nie, nie pozwolę się złamać. Nie teraz. W końcu to moje mieszkanie i nikt nie ma prawa mnie stąd wyrzucić.
– Mamo, ja już mam dziesięć lat, prawda? – zapytał nagle Michał po powrocie ze szkoły. – No i co z tego? – Mama spojrzała na syna ze zdziwieniem. – Jak to „co z tego”? Przecież mieliście z tatą obiecać, iż gdy skończę dziesięć lat, pozwolicie mi… – Pozwolić ci? Ale na co? – Pozwolić mi mieć psa. – Nie! – Mama z przerażeniem przerwała synowi. – Wszystko, tylko nie to! Może chcesz hulajnogę elektryczną? Najdroższą! Ale pod warunkiem, iż więcej nie wspomnisz o psie. – Tak się właśnie zachowujecie? – Michał obrażony wydął wargi. – A potem uczycie mnie, iż trzeba dotrzymywać słowa, a sami zapominacie o obietnicach… No dobrze, dobrze… Zamknął się w swoim pokoju i nie wychodził aż do powrotu taty z pracy. – Tato, a pamiętasz, co obiecaliście mi z mamą… – zaczął znowu, ale tata mu przerwał: – Mama mi już mówiła o twoim marzeniu! Tylko nie rozumiem, po co ci pies? – Tato, przecież od dawna o nim marzę! Zresztą wiecie oboje! – Wiemy, wiemy! Naczytałeś się bajek o Lisku i Franku, a zachowujesz się jak dziecko! Mało to o czym z mamą nie marzymy. Wiesz, iż rasowe psy są bardzo drogie? – Ale ja nie chcę rasowego! – odparł natychmiast Michał. – Wystarczy mi zwykły, choćby porzucony! W internecie czytałem o bezdomnych psach. Są takie nieszczęśliwe… – Nie! – przerwał mu tata. – Jak to, zwykły? Po co nam taki? Przecież nieładny! Michał, zróbmy tak – zgodzę się przygarnąć bezdomnego psa, ale tylko, jeżeli będzie rasowy i młody. – Koniecznie taki? – skrzywił się Michał. – Tak! – Tata mrugnął porozumiewawczo do żony. – Będziesz go szkolił, chodził z nim na wystawy. Zrozumiałeś? Starego psa już nie nauczysz. Więc jeżeli znajdziesz w mieście ładnego, młodego, rasowego bezdomnego psa – wtedy przystaniemy na to z mamą. – No dobrze… – westchnął chłopiec. Bo rasowych bezdomnych psów jeszcze nigdy na ulicy nie widział. Ale nadzieja umiera ostatnia – postanowił spróbować. W niedzielę Michał zadzwonił do kolegi Wojtka i po południu ruszyli na poszukiwania. Snuł się prawie po całym mieście aż do wieczora, ale żadnego rasowego bezpańskiego psa nie znaleźli. Choć po ulicach chodziło wiele pięknych psów, wszystkie były z właścicielami i na smyczy. – To koniec – powiedział zmęczony Michał. – Wiedziałem, iż nic nie znajdziemy… – A może za tydzień pojedziemy do schroniska – zaproponował Wojtek. – Słyszałem, iż choćby rasowe się tam zdarzają. Musimy tylko znaleźć adres. Ale teraz chciałbym odpocząć. Znaleźli pustą ławkę, usiedli i marzyli, iż wezmą ze schroniska pięknego psa i będą go razem szkolić. Pomarzyli, odpoczęli i ruszyli w stronę swojego podwórka. Nagle Wojtek pociągnął Michała za rękaw i wskazał palcem: – Michał, patrz! Michał spojrzał i zobaczył małego, brudnobiałego szczeniaka, który utykał śmiesznie po chodniku. – Kundelek – stwierdził Wojtek i zagwizdał. Szczeniak spojrzał na nich i radośnie zaczął podbiegać, ale na dwa metry przed chłopcami się zatrzymał. – Nie ufa ludziom – uznał Wojtek. – Pewnie ktoś go mocno wystraszył. Michał również zagwizdał cicho i wyciągnął rękę do psa. Szczeniak powoli podszedł bliżej, nie uciekł, tylko machał przewrotnie ogonkiem. – Chodź, Michał – zaniepokoił się Wojtek. – Po co ci taki pies? Ty przecież szukasz rasowego. Rasowemu nadajesz piękne imię, a temu pasuje tylko Kropka. – Odwrócił się i odszedł. Michał jeszcze chwilę pogłaskał szczeniaka, potem ruszył za kolegą, ale z żalem. Gdyby mógł, wziąłby tego pieska do domu. Nagle za plecami pisnął szczeniak. Michał zamarł. Pies skomlał. Wojtek się zatrzymał, spojrzał na psa i wyszeptał: – gwałtownie chodź za mną! Tylko nie oglądaj się! Szczeniak tak na ciebie patrzy! – Jak patrzy? – Jakbyś był jego panem, a go teraz zostawiasz. Biegnijmy! Wojtek zaczął biec, ale Michał nie mógł ruszyć się z miejsca. Stał, bał się obejrzeć. Gdy jednak chciał odejść, poczuł delikatne szarpanie za nogawkę. Spojrzał w dół – a tam czarne, psie oczy wpatrujące się prosto w niego. I wtedy Michał zabrał pieska na ręce i mocno przytulił. Podjął decyzję – jeżeli rodzice się nie zgodzą, ucieknie dziś z domu, razem z Kropką. Ale okazało się, iż rodzice też mają dobre serce… Następnego dnia po szkole na Michała czekała nie tylko mama i tata, ale też wykąpana i szczęśliwa Kropka.
Niechciane dziecko – Jak chcecie nazwać córeczkę? – Starszy lekarz, z profesjonalnym uśmiechem na twarzy, spojrzał na swoją młodą pacjentkę. – Jeszcze nie wymyśliliśmy imienia – wtrąciła się Natalia, siedząca na krześle przy łóżku. – To ważna decyzja, Daria musi się dobrze zastanowić. – Wcale nie chcę jej nazywać – niespodziewanie sama młoda mama odezwała się cicho. – Ja choćby nie zamierzam jej zabrać. Złożę oficjalną rezygnację. – Co ty wygadujesz? – Kobieta gwałtownie poderwała się, posyłając dziewczynie gniewne spojrzenie i zwróciła się do lekarza. – Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, iż weźmiemy dziecko do domu. – Odwiedzę was później, proszę odpoczywać – lekarz nie zamierzał uczestniczyć w rodzinnej sprzeczce. Gdy drzwi za mężczyzną się zamknęły, Natalia natychmiast zaczęła pouczać Darię. – Jak śmiesz tak mówić? Co ludzie o nas pomyślą? I tak musieliśmy przeprowadzić się do tego miasta, starając się wszystko utrzymać w tajemnicy. To dziecko ma pozostać w naszej rodzinie. – A czyja to wina? – Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. – Gdybyś mnie wtedy posłuchała, nic z tego by się nie wydarzyło. Spokojnie skończyłabym szkołę, może poszłabym na studia. jeżeli tobie zależy na dziecku, to sama się nim zajmij. Dziewczyna odwróciła się do ściany, wyraźnie dając do zrozumienia, iż rozmowa się skończyła. Natalia jeszcze przez chwilę próbowała przekonywać córkę, ale do sali zajrzała pielęgniarka i poprosiła ją o wyjście – pacjentka potrzebuje spokoju. Daria została sama. Cicho szlochała w poduszkę, błagając wszystkich świętych, by to się wreszcie skończyło. Nieśmiały stukot do drzwi zmusił ją do otarcia łez. Głęboko odetchnęła i powiedziała: – Proszę wejść. Daria spodziewała się zobaczyć kogoś z personelu lub w najgorszym razie ojca. Ale kobieta, która weszła, była jej zupełnie obca. – Czy mogę w czymś pomóc? – ukrywanie emocji przychodziło jej z trudem. – Słyszałam… zupełnie przypadkiem! Lekarze rozmawiali przy mojej sali – kobieta była speszona i nie do końca wiedziała, jak zapytać o to, co ją interesuje. – Tak, chcę zrzec się praw do dziecka. To prawda. Czy to panią właśnie ciekawi? – Widziałam, jak twoja mama… – To nie moja mama! – przerwała gwałtownie Daria, tracąc resztki opanowania. – To tylko macocha, która zbyt wiele sobie wyobraża. Moja mama pracuje za granicą. – Przepraszam, nie chciałam cię zranić – kobieta była wyraźnie zakłopotana. – Mam trójkę dzieci i nie potrafię zrozumieć, dlaczego chcesz tak postąpić. Spędziłam całe dzieciństwo w domu dziecka i bardzo się boję o twoją córeczkę. Przecież ona niczemu nie jest winna! – Takie maluszki gwałtownie są adoptowane, tak mi mówiono. – Daria wzruszyła ramionami. – Nie potrafię choćby wziąć jej na ręce, nie mówiąc już o czymś więcej. Gdyby Natalia się wtedy nie wtrąciła, nie byłoby mnie tu teraz. – Jesteś już dorosła, sama możesz decydować. Masz przecież więcej niż piętnaście lat, prawda? – Ale co za wstyd! – Daria odezwała się naśladując macochę. – Jak my ludziom w oczy spojrzymy! – Nie rozumiem… – Opowiem pani wszystko – z krzywym uśmiechem odparła dziewczyna. – Może wtedy przestanie mnie pani osądzać. ********************************************** Ostatni rok w liceum był dla Darii wyjątkowo pechowy. Paweł, jej ukochany, został powołany do wojska, a do ich klasy przeniesiono nowego ucznia. Stołeczny bananowy chłopak, którego ojciec za karę zesłał do ich małego miasta, zaczepiał wszystkie dziewczyny. Chodziło mu tylko o podboje, nie o związki, przez co popsuł ojcu reputację. Maks rozdawał drogie prezenty, zabierał dziewczyny do klubów i restauracji. Jedna po drugiej, każda marzyła, żeby zostać „księżniczką księcia”. Najodporniejsza była właśnie Daria. Była zakochana i nie potrzebowała nikogo poza Pawłem. W końcu chłopak chyba zrozumiał, iż nic z tego nie będzie i skupił się na innych – tak jej się wydawało. Jak bardzo się myliła! Podczas urodzin jednej z koleżanek zebrała się cała klasa. Maks też przyszedł, ale jego celem nie było składanie życzeń. W największym zamieszaniu Daria została wywołana telefonem do korytarza. Gdy wróciła, przy jej miejscu siedział Maks. Najpierw nie zwróciła na to uwagi, później zaczęła się czuć źle… Rano z trudem otworzyła oczy. Obok niej, z zadowoloną miną, leżał Maks. – A więc jednak się złamałaś – powiedział, jakby nic się nie stało. – To dla ciebie odszkodowanie. Sam się zdziwiłem. Twój Paweł to niezły frajer. Dotarcie do domu kosztowało Darię wiele wysiłku. Zataczała się, kręciło jej się w głowie. Przechodnie patrzyli na nią z niesmakiem. choćby nie wyjmowała kluczy – zadzwoniła, wiedząc, iż macocha jest w domu. – Gdzie ty się szlajasz?! – na widok córki Natalia wybuchła złością. – Nie nocowałaś w domu, nie odbierasz telefonu! O twoim stanie choćby nie wspomnę! Gdyby ojciec cię taką zobaczył… – Dzwoń po lekarza i policję – przerwała jej Daria. – Chcę złożyć zawiadomienie. Powinni go zamknąć. Natalia natychmiast się spięła. Skojarzyła fakty i wyciągnęła wnioski. – Kto? – Maks, kto inny – Daria z trudem mówiła. – Nikt inny nie byłby tak bezczelny. Dzwoń, albo zrobię to sama. – Zaczekaj… – zastanowiła się Natalia. Zawsze potrafiła wycisnąć z każdej sytuacji korzyść. – I tak go wybronią. Zrobimy inaczej. Skontaktuję się z jego ojcem, niech płaci odszkodowanie. – Zwariowałaś? – Daria nie wierzyła własnym uszom. – Jakie odszkodowanie?! Sama pójdę na policję! – Nigdzie nie pójdziesz! – kobieta chwyciła ją za rękę i zaciągnęła do pokoju. Daria nie miała sił, żeby się bronić. – Sama zostaniesz winna, cała wieś będzie pokazywać cię palcami. Ja wszystko załatwię. Daria nie miała telefonu – zgubiła go albo zostawiła u koleżanki. Wyjść też nie mogła, bo macocha zamknęła drzwi. Kręciło jej się w głowie, łóżko wołało… Po kilku dniach Daria pojechała do babci mieszkającej sto kilometrów dalej. Babcia była już w sędziwym wieku, Daria nie chciała jej martwić, musiała więc udawać, iż wszystko jest w porządku. Miesiąc później dziewczyna dowiedziała się najgorszego – tamtej nocy zaszła w ciążę. Natalia była wniebowzięta. To dziecko zapewni im dostatnie życie! Dziadek sypnie groszem, po raz kolejny przykrywając wybryki synalka. Najważniejsze, by o niczym nie mówić aż do piątego miesiąca. O to, czego pragnęła Daria, nikt jej nie zapytał. Na każdą wzmiankę o chęci oddania dziecka Natalia reagowała awanturą i zaczęła śledzić dziewczynę, nie spuszczając jej z oczu choćby na chwilę. Przyszły dziadek nie był zachwycony sytuacją, ale pieniądze dał i obiecał comiesięcznie płacić na dziecko. ************************************************ – Teraz rozumie pani? Przez to dziecko przeszłam piekło. Paweł mnie zostawił, nie uwierzył w moje tłumaczenia. Koleżanki się odwróciły, musiałyśmy się przeprowadzić. choćby szkoły nie skończyłam! – Przepraszam, osądzałam cię, nie znając historii – kobieta spuściła wzrok. – Ale dziecko i tak niczemu nie jest winne. – Daria, musimy poważnie porozmawiać! – Do sali weszła Natalia, ciągnąc za sobą męża. – Obcych proszę o wyjście, to sprawa rodzinna! Kobieta rzuciła dziewczynie współczujące spojrzenie i wyszła, zamykając za sobą drzwi. – Nie pozwolę ci zrujnować mojego idealnego planu! jeżeli zostawisz dziecko w szpitalu, możesz nie wracać do domu. I gdzie pójdziesz? Ukochana babcia nie żyje, mieszkanie poszło do wujka. Będziesz żebrać? – Nie, pojedzie ze mną – do sali weszła elegancka kobieta. Oczy Darii rozbłysły. – Mamo! Przyjechałaś! – Oczywiście, iż przyjechałam. Nie mogłabym cię zostawić – Albina mocno przytuliła córkę. – Gdybyś się wcześniej odezwała, już dawno byłabyś ze mną. Myślałam, iż tu łatwiej będzie ci skończyć szkołę. – Myślałam, iż mnie nie potrzebujesz – zaszlochała Daria. W końcu, mimo wszystko, wciąż była tylko dzieckiem. – Ktoś mnie zapewniał, iż nie chcesz utrzymywać kontaktu. Twoje prezenty wracały nierozpakowane, nie mogłam się do ciebie dodzwonić. Przepraszam, myślałam, iż mi nie wybaczysz. No, ale już wszystko dobrze – powiedziała kobieta, ocierając łzy Darii. – Wyjeżdżamy razem i o wszystkim zapomnisz… ******************************************************** Daria wyjechała. Dziecko wzięła Natalia, licząc na luksusowe życie. Jednak gdy wpływowy dziadek się o tym dowiedział, przyjechał i zabrał wnuczkę do siebie. Maks musiał uznać ojcostwo, choć się opierał. A Daria? Jest szczęśliwa. Jest teraz z najbliższą osobą, która zawsze ją wesprze i nigdy nie zawiedzie…
Wiedziałam, iż mój mąż ma kochankę. Zatrudniłam ją w swojej firmie – wszyscy uznali mnie za wariatkę.
Jesteś starszym bratem, więc powinieneś pomóc swojej młodszej siostrze – Masz dwa mieszkania, jedno koniecznie oddaj siostrze Alinie!
Mamo, uśmiechnij się Arina nie znosiła, gdy sąsiadki przychodziły do nich i prosiły mamę, by zaśpiewała. – Aniu, zaśpiewaj, jaki masz piękny głos, a i tańczysz cudownie – mama nuciła, sąsiadki wtórowały, a czasem wszyscy razem tańczyli na podwórku. Wtedy Arina mieszkała z rodzicami na wsi, razem z młodszym bratem Antosiem. Mama była pogodna i serdeczna, po wyjściu sąsiadek mówiła: – Przyjdźcie koniecznie następnym razem, dobrze się bawiłyśmy, miło czas spędziłyśmy – te obiecywały, iż wrócą. Ale Arinie nie podobało się, gdy mama śpiewała i tańczyła – choćby się tego wstydziła. Chodziła do piątej klasy, aż któregoś razu powiedziała: – Mamo, nie śpiewaj i nie tańcz… Wstydzę się tego – sama nie wiedziała dlaczego. choćby dziś, choć jest dorosła i sama ma dzieci, nie umie tego wytłumaczyć. Ale Anna odpowiedziała jej wtedy: – Arinka, nie wstydź się, iż twoja mama śpiewa, przeciwnie – ciesz się. Nie będę śpiewać i tańczyć wiecznie, teraz jestem jeszcze młoda… Arina nie rozumiała, iż życie nie zawsze jest radosne. Kiedy była w szóstej klasie, a brat w drugiej, ojciec ich zostawił. Spakował rzeczy i odszedł na zawsze. Arina nie wiedziała, co zaszło między rodzicami, dopiero nastolatką zapytała: – Mamo, dlaczego tata od nas odszedł? – Dowiesz się, jak dorośniesz – odpowiedziała mama. Anna nie umiała jeszcze powiedzieć córce, iż przyłapała męża z inną kobietą, Weroniką, sąsiadką. Arina i Antek byli w szkole, a ona wróciła po portfel, zapomniała pieniędzy. Drzwi nie były zamknięte, choć mąż powinien być w pracy – jeszcze nie jedenasta rano. Weszła i w sypialni zobaczyła to, czego się nie spodziewała. Zaniemówiła, a Jan i Wera patrzyli na nią z uśmiechem, jakby pytali: „A ty co tu robisz?” Wieczorem, gdy mąż wrócił do domu, wybuchła awantura – dzieci bawiły się wtedy na dworze, nic nie słyszały. – Spakowałam ci rzeczy, zabieraj się i odchodź. Nigdy ci nie wybaczę zdrady. Jan wiedział, iż żona nie przebaczy, ale próbował porozmawiać: – Aniu, opętało mnie, może zapomnimy o wszystkim? Dla dzieci… – Powiedziałam: odchodź – odpowiedziała i wyszła na podwórko. Jan zabrał rzeczy i odszedł, a Anna przekradała się za róg domu i próbowała nie zapłakać. Tak go zraniła jego zdrada. – Jakoś sobie poradzimy z dziećmi – pomyślała i płakała. – Nie wybaczę. Nie wybaczyła. Została sama z dwójką dzieci. Wiedziała, iż będzie ciężko, ale nie spodziewała się, iż aż tak. Musiała pracować na dwa etaty – w dzień sprzątała, w nocy pracowała w piekarni. Nie dojadała, nie wysypiała się, jej uśmiech zniknął na zawsze. Tata odszedł, ale Arina i Antek widywali go, bo mieszkał z Weroniką cztery domy dalej. Weronika miała syna w wieku Antosia, chodzili razem do klasy. Anna nie zabraniała dzieciom spotkań z ojcem, chodzili do niego, bawili się razem, ale zawsze wracali na obiad do siebie – Wera ich nie karmiła, bawcie się proszę, ale do domu. Czasem syn Weroniki przychodził z nimi, a sąsiedzi się dziwili. Anna karmiła wszystkich, nie miała nic przeciwko synowi męża. Arina jednak nigdy już nie widziała, jak jej mama się uśmiecha. przez cały czas była dobra, troskliwa, ale zamknęła się w sobie. Gdy Arina wracała ze szkoły, chciała porozmawiać z mamą, opowiadała o lekcjach, o tym, co się wydarzyło. – Mamusiu, wyobraź sobie, Henio przyniósł kota do klasy i ten miauczał na lekcji. Wychowawczyni nie mogła dojść, kto miauczy, choćby ochrzaniła Henia, myśląc, iż to on. A my powiedzieliśmy: – On ma kota w torbie – wtedy wyrzuciła Henia z klasy z kotem i wezwała jego mamę do szkoły. – Rozumiem… – odpowiedziała mama. Arina widziała, iż jej nic już nie cieszy. Nocami słyszała, jak płacze, długo stała przy oknie i łzy płynęły jej po policzkach. Dopiero jako dorosła zrozumiała: – Mama była wyczerpana, bo pracowała na dwa etaty, nie spała po nocach, pewnie miała niedobór witamin. Bardzo się starała dla nas z Antkiem. Zawsze wyglądaliśmy schludnie, ubrania były czyste i wyprasowane – wspominała często córka. Wtedy jeszcze prosiła: – Mamusiu, uśmiechnij się, tak dawno nie widziałam twojego uśmiechu. Anna bardzo kochała dzieci, choć wyrażała to na swój sposób, rzadko je przytulała, ale często chwaliła za dobre wyniki w szkole i za to, iż nie robiły problemów. Zawsze gotowała smacznie i dbała, żeby w domu był porządek. Arina czuła matczyną miłość, gdy ta zaplatała jej warkocze – głaskała ją wtedy po głowie smutna, aż ramiona jej opadały. U Anny wcześnie zaczęły wypadać zęby, usuwała je, ale nie wstawiała nowych. Po maturze Arina nie myślała o studiach, nie chciała zostawiać mamy samej, rozumiała, iż nauka to też spore wydatki. Zatrudniła się jako ekspedientka w sklepie niedaleko domu, pomagała mamie, bo Antek gwałtownie wyrastał z ubrań. Pewnego dnia do sklepu wszedł Mikołaj, nie był z ich wsi, mieszkał osiem kilometrów dalej. Spodobała mu się Arina, choć był starszy o dziewięć lat. – Jak masz na imię, piękna? Nowa jesteś? – zapytał z uśmiechem. – Arina, pana też tu wcześniej nie widziałam. – Przyjeżdżam tu czasem przejazdem, jestem z sąsiedniej wioski. Mam na imię Mikołaj. Tak się poznali. Mikołaj zaczął często przyjeżdżać do Ariny samochodem, wieczorami ją odwoził, spacerowali, choćby pojechała do niego z wizytą. Mikołaj mieszkał z chorą matką, żona go zostawiła, wyjechała z córką do miasta – nie chciała opiekować się teściową. Dom u Mikołaja był duży, gospodarstwo także. Był bardzo gościnny, na stole śmietana, mięso, słodycze. Bardzo jej się u niego podobało. Mama leżała w swoim pokoju. – Arina, wyjdź za mnie – zaproponował kiedyś Mikołaj – bardzo mi się podobasz. Ale od razu powiem, moja mama wymaga opieki, ale ja pomogę. Arina się ucieszyła, choć nie okazała tego, nie bała się pracy przy chorej teściowej. Mikołaj z niepokojem czekał na jej odpowiedź. – Zgadzam się, przynajmniej będę jadła mięso i śmietanę do syta – pomyślała, a na głos: – Dobrze, zgadzam się. – Mikołaj był wniebowzięty. – Arinko, tak się cieszę, zakochałem się… Szczerze mówiąc, wątpiłem, iż młoda dziewczyna zgodzi się wyjść za rozwodnika. Obiecuję, nigdy cię nie skrzywdzę, będziemy szczęśliwi. Po ślubie przeprowadziła się do niego. adekwatnie już nie chciała mieszkać z matką, Antek był w technikum samochodowym w mieście, do domu wracał tylko na weekendy i wakacje. Mijał czas, Arina była naprawdę szczęśliwa z mężem. Urodziła dwóch synów, jeden po drugim. Nie pracowała, opiekowała się domem i dziećmi, teściowa zmarła dwa lata po ślubie. Duże gospodarstwo wymagało dużo pracy, a Mikołaj ją wspierał: – Nie noś ciężkich wiader, ja wszystko zrobię, ty zajmij się krową, kurami, kaczkami, świnki ja nakarmię. Arina wiedziała, iż mąż ją kocha, jest ojcem idealnym, a choć u niej w domu nigdy nie było tylu zwierząt, wszystko umiała. Mikołaj był szczodrym mężem. – Arinka, zawieźmy mamie mięso, śmietanę, mleko. Ona musi wszystko kupować, u nas swoje, swojskie. Anna przyjmowała wszystko z wdzięcznością, ale nigdy się nie uśmiechała. choćby bawiąc się z wnukami, była poważna. Odwiedzali ją często, Arina bardzo jej współczuła i nie wiedziała, jak przywrócić mamie euforia życia. – Arinko, może pójdź do księdza do kościoła, może ci coś poradzi – zaproponował Mikołaj. Arina od razu pomyślała, żeby spróbować. Ksiądz obiecał, iż będzie się modlił za Annę: – Proś Boga, by twoja mama spotkała jeszcze na drodze dobrego człowieka – Arina modliła się gorąco. Aż mama poprosiła ją raz: – Córeczko, pożyczysz mi trochę pieniędzy? Postanowiłam wstawić sobie zęby. – Mamusiu kochana, ja zapłacę za wszystko – ucieszyła się Arina, ale wiedziała, iż mama i tak odda każdy grosz. Dała jej pieniądze, mama obiecała zwrócić. Arina rzadziej jeździła do mamy, rozmawiały przez telefon. Mąż był zajęty, pomagał w przeprowadzce swojemu wujkowi Karolowi – ten postanowił zamieszkać we wsi po rozwodzie. Dzieci już dorosły, żona wystawiła go za drzwi. Mikołaj pomagał Karolowi urządzić się w nowym domu. Czasem Mikołaj wpadł do niego, Arina parę razy była razem. Aż pewnego dnia mąż przyszedł i mówi: – Słuchaj, wydaje mi się, iż wujek Karol chce się ożenić. Wczoraj gadał przez telefon i ze słów zrozumiałem, iż z kimś planuje zamieszkać… – I bardzo dobrze – poparła go Arina – Jeszcze młody chłop, nie będzie sam siedział, dom spory, przyda się gospodyni. niedługo przyszedł sam Karol. – Chcę was zaprosić do siebie niedługo. Spotkałem swoją pierwszą miłość, razem chodziliśmy do szkoły. Jutro ją przeprowadzam, za parę dni zapraszam was do siebie. Po kilku dniach Mikołaj z Ariną odwiedzili Karola z prezentami. Gdy tylko Arina przekroczyła próg, aż zamarła z wrażenia – przed nią stała jej mama, uśmiechnięta, odmieniona i wyraźnie szczęśliwa. – Mamo! Jak się cieszę… ale dlaczego nic nie powiedziałaś? – Nie chciałam mówić zawczasu, bo nie byłam pewna, jak wyjdzie. – Wujku Karolu, a czemu pan milczał? – Bałem się, iż Anna się rozmyśli… A teraz jesteśmy szczęśliwi. Mikołaj z Ariną byli naprawdę szczęśliwi, bo Anna wraz z Karolem znowu była radosna i nie schodził jej uśmiech z twarzy. Dziękuję za przeczytanie, subskrypcję i wsparcie. Powodzenia w życiu!
Po rozwodzie rodziców zostałam wyrzucona z domu: Mama dała mi trochę pieniędzy i spakowała rzeczy do plecaka, a tata też odmówił pomocy – Długa droga do przebaczenia i ponownego spotkania całej rodziny pod jednym dachem
Kościół sprzedał osiedle. Niemal 600 osób musi znaleźć nowy dom
Słodka zemsta żony – Kochanie, odbierzesz mnie dziś z pracy? – zadzwoniła Żenia do męża, mając nadzieję, iż po ciężkim dniu uniknie czterdziestominutowej jazdy w zatłoczonym autobusie. – Jestem zajęty – odpowiedział krótko Artur. W tle wyraźnie słychać było telewizor, więc Żenia doskonale wiedziała, iż jej mąż siedzi w domu. Do łez było jej przykro. Ich małżeństwo rozsypywało się, a przecież jeszcze pół roku temu mąż mógłby ją nosić na rękach. Co się przez ten krótki czas zmieniło? Żenia nie miała pojęcia. Dbała o siebie, wiele czasu spędzała na siłowni. Doskonale gotowała – nie bez powodu pracowała w modnej restauracji. Nigdy nie wyciągała ręki po pieniądze, nie urządzała awantur, gotowa była spełnić każdą prośbę męża… – gwałtownie mu się znudzisz – kręciła głową jej mama, słuchając skarg córki. – Nie można na wszystko pozwalać mężczyźnie. – Ja po prostu go kocham – bezradnie uśmiechała się Żenia. – I on mnie też kocha… ****************************** – Jednak mam już go dość – obgryzała wargi Żenia, przeglądając historię wyszukiwania w przeglądarce. Okazało się, iż Artur całe wolne chwile spędzał na portalach randkowych, rozmawiając z kilkoma kobietami jednocześnie. – Można było mi to normalnie powiedzieć… Zrozumiałabym i dała mu wolność. Po co się męczyć w związku bez miłości i ranić siebie nawzajem? Rozwód – pomyślała. Da radę. Ale tak łatwo mu nie odpuści. Zasłużył choć na małą zemstę… Tego samego wieczoru Żenia zarejestrowała się na tym samym portalu randkowym, na którym był jej mąż, odszukała jego konto i napisała do niego. Zdjęcie wzięła z Internetu, lekko podrasowała i była pewna, iż Artur się nabierze. Nie pomyliła się. Rozpoczęła się intensywna korespondencja. W wiadomościach Artur zapewniał, iż nie jest żonaty, jest gotów na poważny związek i dzieci. Przechwalał się swoim cudownym charakterem, co Żenię przyprawiało o łzy śmiechu – doskonale wiedziała, jak ciężko z nim wytrzymać. – Spotkajmy się – napisała Żenia i w napięciu czekała na odpowiedź. – Oczywiście! – odparł gwałtownie Artur. – Ale akurat u mnie w mieszkaniu zamieszkała na trochę siostra, przygotowuje się do matury. Może więc spotkajmy się gdzieś „na neutralnym gruncie”, a wieczór możemy dokończyć w hotelu… – Serio?! – wypaliła Żenia po przeczytaniu. – Skąd ta pewność, iż dziewczyna od razu pójdzie z tobą do hotelu? Każda szanująca się kobieta by się obraziła! Ale dla mnie to akurat na rękę. – A może wpadniesz do mnie na domek pod Warszawą? Mieszkam sama, nikt nam nie przeszkodzi… – I czeka, co odpowie. – Super pomysł! – ucieszył się Artur, pewnie z nadzieją, iż zaoszczędzi pieniądze. – Podaj adres i godzinę, zaraz będę! – Ulica **** 25, godzina 22. Pasuje? – Jasne! Będę na czas. Około dziewiątej Artur udawał, iż musi nagle jechać do pracy. Nie mógł znaleźć kluczyków do auta i niechętnie zapytał żonę, czy nie widziała kompletu. – Leżały na komodzie – spojrzała mu prosto w oczy, trzymając kluczyki w kieszeni. – Może kot je gdzieś zaciągnął? – Dobra, zamówię taksówkę. Nie czekaj na mnie, idź spać. A Żenia nie miała zamiaru czekać. Po co? Wykorzystała ten czas, by spakować swoje rzeczy. Miała szczęście: odziedziczyła mieszkanie po babci. Jedyne, co zostawiła mężowi – to podanie o rozwód, leżące na samym środku stołu. Artur wrócił do domu dopiero rano, wściekły jak osa. Sam dojazd trwał ponad godzinę, a „Angelika z portalu” nie istniała! Adres był prawdziwy, dom również – tyle iż otworzyła mu kobieta trzy razy większa od niego, w półprzezroczystym szlafroku. Oddałby wszystko, żeby wymazać ten widok z pamięci. Mało tego, ledwo udało mu się przed nią uciec! Musiał wezwać taksówkę, długo na nią czekał, a kierowca też okazał się dziwny – najpierw zawiózł go na drugi koniec miasta… Jednym słowem: niezapomniana noc. Dopiero widząc na stole podanie o rozwód, zrozumiał, kto stał za tą „zabawą”. Obok, na blacie, szminką było napisane: Słodka zemsta żony
Trudny Wybór: Stawiając Czoła Życiowym Dylematom w Polskim Stylu
To się choćby nie podlega dyskusji – Nina będzie mieszkać z nami, to jest oczywiste i nie podlega dyskusji – powiedział Zachar, odkładając łyżkę na stół. Na kolację choćby nie spojrzał, widocznie szykował się do poważnej rozmowy. – Mamy wolny pokój, właśnie skończyliśmy w nim remont. Za dwa tygodnie córka przeprowadza się do nas. – Chyba o czymś zapomniałeś? – Ksenia policzyła do dziesięciu i bez emocji zapytała: – Na przykład o tym, iż ten pokój przygotowaliśmy dla naszego przyszłego wspólnego dziecka? Albo, iż Nina ma jeszcze matkę, z którą powinna mieszkać? – Pamiętam, iż chcieliśmy mieć dziecko – ponuro pokiwał głową mąż. Liczył jednak, iż żona przyjmie jego słowa bez sprzeciwu, a rozmowa na ten temat nie będzie potrzebna. – Ale można poczekać jeszcze kilka lat. Ty masz studia, to nie czas na dziecko. Poza tym, Nina nie chce rodzeństwa. A jeżeli chodzi o jej matkę… – Zachar krzywo się uśmiechnął – chcę jej odebrać prawa rodzicielskie. Dla małej z tej kobiety nie ma żadnego pożytku, wręcz przeciwnie – to niebezpieczne! – Małej? – Ksenia uniosła brwi ze zdziwienia. – Przecież ma już dwanaście lat, dorosła dziewczyna. I co to za niebezpieczeństwo? Że matka pozwala jej wychodzić z domu tylko do dziesiątej wieczorem? Albo iż każe jej robić lekcje pod groźbą zabrania telefonu czy odcięcia internetu? Twoja była to prawdziwa święta, skoro jeszcze nie sięgnęła po pas! – Nic nie wiesz – zacisnął zęby Zachar. – Nina pokazywała mi siniaki, czytałem wiadomości z obelgami i groźbami. Nie pozwolę zniszczyć życia własnej córki! – Właśnie to robisz, spełniając każde jej życzenie. Ksenia spokojnie wstała od stołu, zostawiając prawie nietkniętą zupę. Apetyt zniknął, a widok niezadowolonego męża przyprawiał ją o ból głowy. Mówili jej – nie śpiesz się z małżeństwem! Pożyjcie razem trochę, sprawdźcie się… Ale oczywiście ona wiedziała lepiej. I tak chciała być szybsza niż koleżanki… Dlaczego znajomi byli przeciwko szybkiemu ślubowi? Proste – dla Zachara to już drugie małżeństwo, jest o piętnaście lat starszy i ma już niemal dorosłą córkę, za którą oddałby wszystko. Trzy powody – z osobna nic wielkiego, razem niemal katastrofa. Pierwsze dwa nie były aż tak kłopotliwe. Ksenia cieszyła się nawet, iż mąż jest starszy i ma już doświadczenie rodzinne. Wiedziała z pierwszej ręki, iż rozwód był za porozumieniem stron, a Alla nie miała do niego pretensji. Problemem okazała się trzecia przyczyna… Nina. Rozpieszczona, nieposłuszna dziewczyna, przez większość życia pod opieką babci, bo rodzice ciężko pracowali na jej przyszłość. Rozwód rodziców niezbyt ją obchodził – wiedziała, iż tata jej nie zostawi, choćby po nowym ślubie. Za to ponowne małżeństwo mamy… na to psychicznie nie była gotowa. Ojczym gwałtownie zabrał się za wychowanie, a mama – zmieniwszy pracę – zaczęła przebywać w domu znacznie częściej i zupełnie popierała nowego męża. Godzina policyjna, lekcje, korepetycje, bo Nina miała zaległości w większości przedmiotów… Wkurzało ją to, od dziecka przyzwyczajoną do telewizora i komputera. Tak bardzo, iż zaczęła wymyślać różne historyjki, denerwując nimi ojca. Tak, Nina chciała mieszkać z tatą, wiedząc, iż z powodu jego pracy większość czasu będzie sama sobie. Ksenii w ogóle nie traktowała poważnie – była tylko dziewięć lat starsza, posłuchu nie miała. Dla „wolnego życia” była gotowa na wszystko. ********************** – Nina przyjedzie dzisiaj. Przygotuj jej pokój i bardzo proszę, nie denerwuj jej, dziewczyna dużo przeszła – Zachar nie dyskutował, wybierając krawat do nowego garnituru. – Gdybym wiedział, iż Alla przez faceta zacznie męczyć córkę… Ale co teraz mówić, czasu nie cofnę. – Czyli nie zmieniłeś zdania, tak? Naprawdę chcesz, żeby córka z nami mieszkała? – Ksenia do końca miała nadzieję, iż mężowi się nie uda. – I kto będzie jej pilnować? Ty przychodzisz do domu najwcześniej po ósmej. – Ty popilnujesz – wzruszył ramionami mąż. – To nie trzylatka, jest samodzielna. – Sesja za pasem, sam mówiłeś, iż muszę się skupić na nauce – Ksenia mściwie się uśmiechnęła. – Niech Nina zachowuje się cicho i nie przeszkadza. Mam nadzieję, iż potrafi myć naczynia i podłogę, bo przez najbliższe dwa tygodnie to jej zaszczytny obowiązek. – Nie jest sprzątaczką… – Ja też nie – weszła mu w słowo Ksenia. – Skoro ma z nami mieszkać, będzie też pomagać w domu. Lepiej ustal z córką zasady współżycia. ************************ – Tato, naprawdę pozwolisz, żeby mnie tak traktowała? choćby na spokojny spacer z koleżankami nie mogę wyjść, twoja żonka zrzuciła całą domową robotę na mnie, a sama zadowolona ogląda seriale. Ksenia, która przypadkiem podsłuchała rozmowę, krzywo się uśmiechnęła. Jasne, już ona coś jej każe zrobić… Prędzej piekło zamarznie! – Porozmawiam z Ksenią, obiecuję. Ale ty też postaraj się z nią dogadać. Wiem, iż ci ciężko, ale fizycznie nie jestem w stanie ciągle być w domu. Znajdź z nią wspólny język, pokaż, iż jesteś dobrą dziewczyną. – Dobrze, spróbuję – odpowiedziała niechętnie Nina, widząc, iż nic nie wskóra. – A to prawda, iż kupiłeś jej samochód? – Tak. A co? – A nic. Tylko ciekawe, iż jak chciałam pojechać za granicę na wakacje, to nie miałeś pieniędzy! A tak marzyłam o tym! – Sama i tak nie pojedziesz – masz dopiero dwanaście lat, ja pracuję. Latem pojedziemy całą rodziną. – Nie chcę z całą rodziną! Wcale mnie nie kochasz, prawda? – dziewczynka zaszlochała głośno. – Po co w takim razie zabrałeś mnie od mamy? Przeszkadzam twojej żonce, a ty ciągle zajęty… Ksenia przestała słuchać. Wiedziała już, iż Nina i tak postawi na swoim. Nie tylko jeżeli chodzi o wakacje… Sprytna dziewczyna zamierza pozbyć się z rodziny kolejnej rywalki do taty. I wygląda na to, iż jej się uda. Ksenia miała dość wyrzutów męża i poważnie postanowiła: jeszcze jedna kłótnia i będzie rozwód. A na koniec trochę popsuje Ninie euforia ogłaszając, iż choćby po rozwodzie Zachar będzie płacił alimenty. ********************** Ksenia miała rację – wieczór zaczął się od wyrzutów. Spokojnie wysłuchała i oznajmiła, iż składa papiery rozwodowe. – Chcę żyć spokojnie, a nie wysłuchiwać ciągłych pretensji. Mówiłam ci, iż uleganie córce to zły pomysł – widząc triumfujący uśmiech Niny, gwałtownie sprowadziła ją na ziemię. – Ale nie ciesz się za bardzo, bo nie wiesz, jak dalej się wszystko potoczy. Na przykład mogę postawić twojemu tacie ultimatum – jak będzie chciał widywać się z naszym dzieckiem – pogłaskała się po brzuchu – musi odesłać cię z powrotem do mamy. Albo coś w tym stylu. Nina nie mogła znaleźć słów, Zachar był w szoku, a Ksenia wzięła walizkę i wyszła. Tak naprawdę nie była w ciąży – chciała tylko wybić dziewczynce z głowy chęć manipulowania i dać nauczkę mężowi, który nie zna się kompletnie na wychowaniu dzieci. To się choćby nie podlega dyskusji!
Moja była żona chciała odebrać mi połowę domu, ale nie przewidziała, iż już dawno to zaplanowałem
Przerwał milczenie i dolał oliwy do ognia? Nelson Peltz wysłał jasny sygnał Beckhamom
Policja jednak weszła na Facebooka. Przerwali zakupy online
Podczas transmisji na żywo sprzedawali podróbki. Przerwało ją wejście służb
A jeszcze zrozumiała, iż teściowa wcale nie jest taką złą kobietą, jak myślała przez te wszystkie lata Poranek trzydziestego grudnia nie różnił się niczym od innych przez te dwanaście lat, odkąd Nadzieja z Dymkiem są razem. Wszystko jak zawsze: on od rana pojechał na polowanie i wróci dopiero trzydziestego pierwszego na obiad, syn u babci, a Nadzieja znów sama w domu. Przez te lata już się do tego przyzwyczaiła, Dymek zawsze był zapalonym wędkarzem i myśliwym, każdy weekend i święta spędzał w lesie, nie patrząc na pogodę, a ona czekała w domu. Tylko dziś, jakoś wyjątkowo, było jej smutno i samotnie. Wcześniej zawsze takie dni poświęcała na sprzątanie, gotowanie, albo inne domowe sprawy. Sylwester dopiero jutro, oni od dwunastu lat zawsze spędzają ten dzień u teściowej, nic nowego, rutyna, ale dziś nic jej się nie chciało, wszystko wypadało jej z rąk. Dlatego telefon od przyjaciółki był bardzo na czasie, Nadzieja choćby się ucieszyła. Najlepsza kumpela jeszcze ze szkolnych czasów, Irenka, zawsze tryskała energią, po rozwodzie często zapraszała znajomych do siebie. Tak też było tym razem. — No, co, znowu sama w domu? — powiedziała raczej stwierdzając niż pytając przyjaciółka. — Dymek znowu w swoich lasach? Wpadnij wieczorem do mnie, zbiera się świetna ekipa, po co się smucić w domu! Nadzieja nic nie obiecywała i nie zamierzała wychodzić, ale wieczorem dopadł ją jeszcze większy smutek. Wspominała i jakoś właśnie dziś zrobiło jej się przykro, iż męża nie ma obok. Przez te wszystkie lata miała tylko dom, pracę i syna. Nie chodzili nigdzie, Dymkowi nudziło się na spotkaniach ze znajomymi, w głowie miał tylko ryby i polowania, a jej nie chciało się samej wychodzić. Przez to nie jeździli na wakacje, urlop spędzali u mamy Nadziei na wsi. Jasne, cieszyła się, iż mąż tak dobrze dogaduje się z teściową, ale ona sama chciałaby też nad morze czy w świat. Wieczorem pomyślała: — A czemu by nie pójść do przyjaciółki, lepsze to niż siedzieć w pustce? I poszła. Było wesoło, przyszli starzy szkolni znajomi, czas minął cudownie. A co najważniejsze, był tam Grzesiek — jej pierwsza miłość ze szkoły. Jakoś tak wyszło, iż tę noc spędzili razem, Nadzieja sama nie wie, jak to się stało, nie wypiła dużo, ale wspomnienia poniosły ją za bardzo. Rano było jej wstyd, głupio i chciała po prostu zapomnieć o tym nieporozumieniu. Uciekła z mieszkania Grześka wprost do domu. A tam niespodzianka: pierwsze co zobaczyła to rzeczy Dymka — wrócił wcześniej niż zwykle. Nogi się jej ugięły ze strachu — jeżeli mąż się dowie, co się z nią działo, już wyobrażała sobie kłótnię i iż ją zostawi, wiedziała, iż nie wybaczyłby — sama siebie by nie wybaczyła. Zaczęła się obwiniać, jak mogła tak głupio zniszczyć własną rodzinę, przecież kochała męża! Wtedy zadzwonił domowy telefon i przerwał jej myśli. Dzwoniła teściowa: — Nie wiem, co się u was dzieje, ale w nocy dzwonił Dymek, nie mógł się do ciebie dodzwonić. Powiedziałam mu, iż jesteś u cioci Kasi, bo źle jej się zrobiło, więc nie zawiedź mnie… Po teściowej Nadzieja akurat najmniej spodziewała się pomocy. Miały dziwne relacje, nie kłóciły się, ale Zofia Pietrowna miłością do synowej nie pałała. Od początku była przeciwko ich ślubowi, uważała, iż za wcześnie na takie decyzje, a po weselu nieraz napsuła jej krwi, bo przez pierwsze lata mieszkali razem. Potem, jak zamieszkali osobno, ich kontakt ograniczył się do minimum, obie trzymały dystans, spotykając się tylko na rodzinnych uroczystościach. Ale teraz Nadzieja była wdzięczna teściowej i to, co będzie później, już jej nie przerażało — najważniejsze, iż mąż nie wie, gdzie ona naprawdę była. Wieczorem pojechali do teściowej i Nadzieja sama zagadała o całym tym zdarzeniu, kiedy zostały same w kuchni. Chciała podziękować i się przyznać. Ale teściowa choćby nie chciała słuchać. — Daj spokój, myślisz, iż nie rozumiem, jak to jest żyć z facetem, który poza swoimi pasjami świata nie widzi? Sama święta nie jestem… Mój Piotruś (rzu­ciła okiem na teścia) też całe życie ganiał po lasach, myślisz, iż to nie boli? Ważne, żeby to nie weszło w nawyk, wiesz, o czym mówię — dodała. Nadzieja wszystko zrozumiała. I jeszcze, iż teściowa wcale nie taka zołza, na jaką wyglądała i wszystko dobrze rozumie. Tak więc wszystko skończyło się dobrze, a Nadzieja postanowiła, iż więcej sama z domu nie wyjdzie. Z internetu
A co jeżeli to nie moja córka? Muszę zrobić test DNA Nikita zamyślony obserwował, jak jego żona Ola czuwa przy nowo narodzonej córeczce, ale nie mógł pozbyć się natrętnej myśli – czy to na pewno jego dziecko? W zeszłym roku był na miesięcznym wyjeździe służbowym, a po kilku tygodniach od powrotu Ola oznajmiła mu radosną – według niej – nowinę: będą mieli dziecko. Na początku Nikita się ucieszył. Dopiero potem do ich domu przyszła siostra Oli i opowiedziała o swoim teście DNA, który wykonała dla spokoju swojego partnera. — Ola, a może i my zrobimy test DNA? Tak dla świętego spokoju… Reakcja żony była natychmiastowa – awantura i trzaskanie drzwiami, sąsiedzi aż zaczęli stukać do ściany. — Przecież nie ma w tym nic złego — upierał się Nikita, coraz bardziej przekonany o swoich podejrzeniach. Również matka Nikity, pani Anna, dolała oliwy do ognia: — Sumienie jej nie czyste. Dziecko na pewno nie jest twoje, synku. Ostatecznie Nikita postanowił zrobić test DNA po kryjomu, gdy zabrał córkę na spacer. — Możesz być spokojna, Arinka to moja córka — oznajmił później Oli, rzucając jej wyniki testu. — Czyli zrobiłeś to beze mnie? – warknęła Ola. Następnego dnia, po powrocie z pracy, Nikita zastał puste mieszkanie i zostawioną przez żonę kartkę: „Swoim brakiem zaufania zniszczyłeś wszystko. Składam pozew o rozwód. Chcę, byś zniknął z naszego życia.” Rozwód przebiegł szybko. Mała Arina została z matką. Nigdy więcej nie zobaczyła swojego ojca…
Wpadli na popularnym portalu. Odkrycie postawiło służby na nogi
– Mamo, mam już dziesięć lat, prawda? – zapytał nagle Michał wracając ze szkoły. – No i co z tego? – Mama spojrzała na syna ze zdziwieniem. – Jak to, co? Przecież obiecaliście mi z tatą, iż jak skończę dziesięć lat, pozwolicie mi w końcu mieć psa! – Pozwolić? A co my obiecywaliśmy? – Na psa! – Nie! – krzyknęła przerażona mama. – Wszystko, tylko nie to! Chcesz, kupimy Ci elektryczną hulajnogę? Najdroższą! Ale pod warunkiem, iż o psie więcej nie wspomnisz. – Tak to z Wami jest, tak? – naburmuszył się Michał. – Sami mnie uczycie dotrzymywać słowa, a sami zapominacie… Dobrze, dobrze… Zamknął się w pokoju aż do powrotu taty z pracy. – Tato, pamiętasz, co mi obiecaliście z mamą… – zaczął, ale tata przerwał: – Mama już mówiła o twoim marzeniu! Nie rozumiem po co ci pies? – Marzę o psie od dawna, wiecie przecież! – Wiemy, wiemy! Naczytałeś się bajek o Emilu i Panu Kleksie, i zachowujesz się jak dziecko! Myślisz, ile kosztuje rasowy pies? – Nie chcę rasowego – powiedział Michał. – Może być zwykły, choćby porzucony. Czytałem ostatnio w Internecie o takich psach… – Nie! – wtrącił tata. – Co znaczy „nie-rasowy”? Tylko piękny, rasowy i młody pies! – Taki musi być? – skrzywił się Michał. – Tak! I będziesz z nim chodzić na wystawy, tresować… jeżeli znajdziesz młodego, pięknego, porzuconego rasowego psa w Warszawie, to się zgodzimy. – Dobrze… – westchnął smutno Michał. Nie spotkał jeszcze porzuconego rasowego psa, ale postanowił spróbować. W niedzielę zadzwonił do Wojtka i poszli razem szukać. Szli po mieście do wieczora – żadnego wolnego rasowego psa… – Damy sobie spokój – powiedział zmęczony Michał. – Wiedziałem, iż nic nie znajdziemy. – Spróbujmy w schronisku w przyszłą niedzielę – zaproponował Wojtek. – Tam są czasem też rasowe. Musimy znaleźć adres. Teraz odpocznijmy. Usiedli na ławce, marzyli o pięknym schroniskowym psie, którego razem wytresują. Po chwili wracali już na podwórko. Wojtek pociągnął Michała za rękaw: – Michał, patrz! Michał zobaczył małego, brudno-białego szczeniaka kulającego się po chodniku. – Kundelek – stwierdził Wojtek i zagwizdał. Szczeniak podszedł, ale stanął kilka kroków od nich. – Nie ufa ludziom. Pewnie ktoś go przestraszył – powiedział Wojtek. Michał zachęcił pieska, a ten nie uciekł, tylko ostrożnie machnął ogonkiem. – Chodź, Michał. Po co ci taki pies? Szukasz rasowego. Możesz mu dać najwyżej na imię Guzik – powiedział Wojtek i odszedł. Michał głaskał szczeniaka, a potem smutno poszedł za kolegą. Nagle piesek zapiszczał. Michał zamarł. – Michał, chodź za mną! Nie odwracaj się! On tak na ciebie patrzy… – Jak? – Jakbyś był jego właścicielem, a teraz go zostawiasz… Wojtek pobiegł, ale nogi Michała nie chciały się ruszyć. Gdy już miał biec, ktoś chwycił go za nogawkę. Spojrzał – u jego stóp czarne oczy… I wtedy Michał wziął pieska na ręce i przytulił mocno. Wiedział już – jeżeli rodzice się nie zgodzą, ucieknie z domu razem z nim. Ale rodzice mieli dobre serca… Następnego dnia Michała w domu czekały nie tylko mama i tata, ale też wykąpany, śliczny, radosny Guzik.
Ojciec Nicoli Peltz przerwał milczenie po aferze. Brooklyna Beckhama określił jednym słowem
Nieważne wyroki rozwodowe. Prawniczka: problem ma charakter systemowy
– I co osiągnęłaś tym swoim narzekaniem? – zapytał mąż. Jednak to, co wydarzyło się potem, zupełnie go zszokowało Kiedy człowiek ma wstać, jak nie o piątej, gdy serce ściska? Marina siedziała na brzegu łóżka i patrzyła w okno. Serca znowu bije nierówno: dwa uderzenia, pauza, trzy uderzenia, cisza. Lekarz wczoraj powiedział – ataki paniki. Dał skierowanie na badania. Przez osiemnaście lat z przebojowej absolwentki ekonomii Marina zamieniła się w… no właśnie, w kogo? W dodatek do biznesu męża? W księgową-amatorkę, która prowadziła mu papiery i podpisywała dokumenty? W sprzątaczkę, która wieczorami ściera podłogę, bo Andrzej nie widzi brudu? – Wstałaś już? – Andrzej wyszedł do kuchni. Twarz zaspana, niezadowolona. – Znowu nie spałaś w nocy? Marina bez słowa skinęła głową. Zaparzyła mu kawę. Wyjęła z lodówki jogurt, który je codziennie od lat. – A tak w ogóle – upił łyk kawy – jadę dziś do Gdańska. Na trzy dni. Ważne spotkanie z dostawcą. – Andrzej. Wiedziała, iż nie powinna zaczynać. Wiedziała, jak na nią spojrzy – tym wzrokiem, iż znowu zaczyna jęczeć i wymuszać współczucie, którego nie czuje. Ale i tak powiedziała: – Nie wyjeżdżaj teraz. Naprawdę źle się czuję. Lekarz nalega na badania. Zastygł. Odstawił filiżankę. Wypuścił powietrze nosem – tak prycha ktoś, kogo męczy ciągle to samo. – I co osiągnęłaś swoim narzekaniem? – Głos spokojny, bardziej obojętny niż rozdrażniony. – Ja muszę pracować, Marina. Pracować, a nie codziennie słuchać o twoich napadach, jak ci ciężko, jak jesteś zmęczona. Kto nie jest zmęczony? Pakował walizkę, pewny – ona zamilknie. Przełknie gorycz, obwini siebie – znów źle powiedziała, znów nie w porę. Ale Marina tym razem nie zamilkła. – Andrzej – wstała powoli, spokojnie – pamiętasz może, na kogo jest podpisany kredyt hipoteczny? Odwrócił się. Uśmiechnął się lekceważąco. – Jaka to różnica? Na nas oboje chyba. – Nie. Na mnie. Tylko na mnie. W powietrzu coś pękło. Widziała, jak jego twarz się zmienia. – O co ci chodzi? – O to, iż wtedy, osiem lat temu, kiedy braliśmy to mieszkanie, miałeś długi. Spore długi. Bank nigdy nie dałby ci kredytu. Pamiętasz? Milczał. – I dlatego kredyt jest na mnie. Mieszkanie też. Do tego jestem współkredytobiorcą na twoje linie kredytowe w firmie. Bez mojego podpisu nie przedłużysz nic, nie rozwiniesz firmy, nie zrobisz nic. Andrzej usiadł przy stole, jakby zmiękły mu nogi. – Po co mi to mówisz? – Przypominam. I jeszcze jedno – Marina otworzyła komodę, wyjęła teczkę i położyła przed nim. – Wiem o Katarzynie. Patrzył na teczkę, jak człowiek, którego ktoś właśnie ogłuszył – nie boli jeszcze, ale rzeczywistość odpływa. – O Katarzynie. O księgowej twojego kumpla Marka. Ładna zresztą dziewczyna. Dwanaście lat ode mnie młodsza. Otworzyła teczkę, rozłożyła przed nim dokumenty – wyciągi z jego konta, przelewy na jej konto, wydruk korespondencji. On pobladł. – Skąd to masz?! – A ważne? – nalewała sobie wody, trzęsła jej się ręka, ale już tylko trochę. – Liczy się coś innego. Przelewałeś pieniądze przez nią. Myślisz, iż urząd skarbowy się zainteresuje? Andrzej zerwał się. – Co ty sobie wyobrażasz?! Kim ty w ogóle jesteś?! Całe życie na moim garnuszku! Nic nie zarabiałaś! Siedziałaś w domu jak przybłęda! – Przybłęda? – Marina gorzko się uśmiechnęła. – Ta przybłęda podpisywała twoje umowy z bankami. Prowadziła twoją księgowość, gdy „znikałeś na spotkaniach”. Która na siebie ma wpisane mieszkanie i jest współkredytobiorcą twojego biznesu. – Grozisz mi?! – Nie. – Marina stanęła przy oknie. – Po prostu tłumaczę ci układ. Bo, widocznie, zapomniałeś podstawowe rzeczy. Odwróciła się. – W ciągu ostatnich sześciu miesięcy odzyskałam dyplom, skończyłam kursy wieczorowe – między atakami paniki a bezsennymi nocami. Dostałam propozycję pracy. Niewybitnej, ale pozwoli mi utrzymać siebie i Kingę. – Kingę?! – szarpnął się. – Chcesz zabrać córkę?! – A widziałeś ją ostatnio? – podeszła bliżej. – Poważnie. Kiedy ostatni raz z nią rozmawiałeś? Andrzej milczał. Bo nie pamiętał. Marina położyła kolejne dokumenty – zaświadczenie neurologa: przewlekłe wycieńczenie nerwowe, zalecenie – zmiana środowiska, psychoterapia, odcięcie czynników stresowych. – Patrz, tu jest: „długotrwały stres”. Wiesz, czym ci to grozi? – …Marina. – Tym, iż gdy złożę pozew o rozwód, sąd stanie po mojej stronie. Dodała ostatni papier. – Najważniejsze – bez mojego podpisu nie przedłużysz linii kredytowej. Marek dzwonił wczoraj – bank żąda dokumentów. Potrzebuje mojej zgody. Andrzej osiadł. – Czego ty chcesz? – Głos zachrypnięty. – Pieniędzy? Marina parsknęła krótkim śmiechem. – Pieniędzy? Andrzej, chcę po prostu szacunku. Chcę, żebyś chociaż raz przyznał – beze mnie nie miałbyś niczego. Ani firmy, ani mieszkania, ani tej parszywej delegacji, na którą tak pędzisz. Wzięła torebkę. – Masz czas do wieczora. Wyjeżdżam z Kingą do Oli. Pomyśl. I gdy będziesz gotowy rozmawiać, zadzwoń. Tylko nie licz, iż znowu zostanę tą Mariną, która wszystko znosiła w ciszy. Andrzej zadzwonił po sześciu godzinach. Marina siedziała z Olą w kuchni, piła miętową herbatę i czuła się dziwnie. Jakby właśnie wynurzyła się z bagna, w którym ugrzęzła po szyję, a teraz ociera twarz i nie może uwierzyć, iż można oddychać lekko. – Halo – odebrała. Głos spokojny. – Musimy porozmawiać. – Słucham. – Nie przez telefon. – Pauza. – Przyjedź do domu. Marina uśmiechnęła się lekko. – Nie, Andrzeju. jeżeli chcesz pogadać – przyjedź tutaj. Pamiętasz adres? Przyjechał po godzinie. Zły, spięty, z twarzą człowieka osaczonego. Ola zabrała Kingę do pokoju. Marina została w kuchni. – Co ty sobie myślisz?! – Andrzej uderzył pięścią w stół. – Szantażujesz mnie?! – Nie. Tylko przedstawiam fakty. – Jakie fakty?! Wzięłaś moje papiery! Grzebałaś mi w komputerze! – Andrzej – westchnęła Marina – naprawdę uważasz, iż najlepszą taktyką jest teraz atakować mnie? Po tym wszystkim, co ci pokazałam? Zamilkł. Bo miała rację. – Słuchaj uważnie – Marina pochyliła się lekko do przodu. – Nie mam zamiaru cię niszczyć. Nie chcę skandalu ani skarbówki na karku. Chcę tylko, żebyś zrozumiał – beze mnie nie masz nic. – Chcesz rozwodu? – wychrypiał. – A ty? Andrzej odwrócił oczy. Długo milczał, potem wyznał: – Z Kasią… to nic nie znaczyło. – Nie przerywaj. – Marina uniosła rękę. – Wiem o Kasi od pół roku. Wiem, jak przelewałeś przez nią pieniądze, jak spotykałeś się z nią niby w delegacjach. Wiem – i milczałam. Bo łudziłam się, iż może ci przejdzie. Może się opamiętasz. Zaśmiała się gorzko. – Może po prostu bałam się przyznać, iż nasz związek umarł pięć lat temu. Tylko udawaliśmy oboje, iż jest jak dawniej. – Marina… – Mam dość bycia dodatkiem do twojego życia. Bycia ignorowaną przy każdej rozmowie, każdej prośbie. choćby nie zauważyłeś, iż umieram od nerwicy i bezsennych nocy! Andrzej siedział blady, zaciskając pięści. – Masz wybór – kontynuowała. – Albo zaczniemy od nowa – bez kłamstw, bez zdrad. Albo odejdę i zabiorę to, co moje: mieszkanie, udział w firmie, kredyty, które ja gwarantuję. Zacznę żyć po swojemu. Wstała, pokazując, iż to koniec rozmowy. – Masz trzy dni. Przemyśl. I jeżeli będziesz gotów rozmawiać – zadzwoń. Tylko pamiętaj: ta Marina, która milczała i znosiła wszystko, umarła o piątej nad ranem. Tydzień później Andrzej przyjechał znowu. Tym razem bez udawanej pewności siebie. Po prostu usiadł, długo milczał. – Marek mówił, iż bez twojego podpisu bank nie przedłuży linii kredytowej – wydusił. – Firma padnie. Marina kiwnęła głową. – Wiem. – Czego chcesz? Spojrzała mu w oczy. – Chcę rozwodu. Andrzej zbladł. – Naprawdę? – Jak nigdy – nalała sobie herbaty. Ręce już nie drżały. – Podpiszę w banku wszystko, co trzeba, ale pod jednym warunkiem: bierzemy rozwód. Po ludzku, bez awantur. Ty dostajesz całą firmę, wykupujesz mój udział. Mieszkanie zostaje dla mnie. Kinga – ze mną. – Marina… – Już postanowiłam, Andrzeju – uśmiechnęła się. – Wiesz, co najdziwniejsze? Pierwszy raz od lat spałam bez tabletek. Po prostu spałam, spokojnie. Milczał. – I to wiele mi wyjaśniło. Nie jestem chora. Nie trzeba mnie leczyć. Po prostu musiałam odejść od ciebie. Od tego życia, w którym nic nie znaczyłam. Stanęła. – Masz wybór. Albo zgadzasz się na moje warunki – i rozwodzimy się spokojnie. Albo idę do sądu, pokazuję wszystkie dokumenty, i wtedy stracisz wszystko. Decyduj. Andrzej spuścił głowę. Wiedział, iż przegrał. Ta kobieta, którą miał za słabą, okazała się silniejsza od niego. – Dobrze – wykrztusił. – Zgadzam się. Po trzech miesiącach byli po rozwodzie. Marina dostała mieszkanie i sporą kwotę za swój udział w firmie. Poszła do nowej pracy. Andrzej został z firmą i nowym mieszkaniem. I z pustką, która męczyła go coraz bardziej. Zwłaszcza wieczorami, gdy wracał do domu i nie miał komu opowiedzieć, jak minął dzień. Nie miał obok nikogo. Kasia zresztą odeszła miesiąc po rozwodzie. Okazało się, iż nie szukała miłości, tylko wygodnego życia. Kiedy musiał spłacać kredyty sam i nie mógł utrzymywać kochanki na dawnym poziomie – straciła zainteresowanie. Marina dowiedziała się o tym od Marka. Uśmiechnęła się – i nic nie poczuła. Ani satysfakcji, ani żalu. Po prostu nic. Może jednak czasem warto być wspólniczką w biznesie męża? Co sądzicie?
Inni ludzie Żona Igora była… dziwna. Piękna, to prawda – naturalna blondynka o czarnych oczach, zgrabna, z dużym biustem, długonoga. W łóżku – ogień. Najpierw była namiętność, nie było czasu, żeby się zastanawiać. Potem – ciąża. Wzięli ślub, jak należy. Urodził się syn – również jasnowłosy i czarnooki. Wszystko było, jak u innych: pieluchy, pierwsze kroki, pierwsze słowa. I Jana zachowywała się normalnie, rozczulała się nad dzieckiem, zwyczajna młoda mama. A potem zaczęło się, gdy syn dorósł. Jana nagle zainteresowała się fotografią. Ciągle coś pstrykała, na kursy jakieś chodziła. Wiecznie z tym aparatem. – Czego ci jeszcze brakuje? – pytał Igor. – Pracujesz jako prawniczka, to pracuj. – Prawnikiem – poprawiała Jana. – No, prawnikiem. Więcej rodzinie uwagi poświęcaj, a nie bujaj Bóg wie gdzie. Sam nie rozumiał, co go irytuje. Przecież domem nie zaniedbywała. Jedzenie ugotowane, czysto, syna nauka na niej – mąż wracał z pracy, siadał na kanapie przed telewizorem, jak należy. Ale denerwowało go to, iż wydawało się, jakby żona gdzieś znikała, gdzie jemu nie było miejsca. Była, a jakby jej nie było. Nigdy z nim nie oglądała telewizji, nie rozmawiała o niczym ciekawym. Nakarmi – i zniknie. – Ty jesteś jeszcze żoną męża czy nie? – denerwował się Igor, znów zastając ją przy komputerze. Jana milczała. Zamykając się w sobie. Jeszcze podróżować lubiła – w różne egzotyczne kraje. Brała urlop i ruszała z plecakiem, z aparatem. Igor nie rozumiał. – Chodź do znajomych nad działkę. Postawili banię, bimber mają świetny. Czas byśmy sobie własną działkę kupili. Jana odmawiała, ale zapraszała go na wyjazdy. Raz spróbował. No i co z tego dobrego? Wszędzie obco, mówią w jakimś dziwnym języku, jedzenie nieziemsko ostre. A na widoki zawsze był obojętny. Więc Jana zaczęła jeździć bez niego. choćby z pracy zrezygnowała. – A co z emeryturą? – oburzał się Igor. – I w ogóle, co ci się wydaje? Wielka fotografka? Ty wiesz ile kasy trzeba, żeby się przebić? Jana nie odpowiadała. Tylko raz nieśmiało się podzieliła: – Będę mieć pierwszą wystawę. Moją, własną. – Wszyscy mają wystawę – mruknął Igor. – No super, wielkie osiągnięcie. Na otwarcie jednak poszedł. Nic nie zrozumiał. Twarze jakieś – i wcale nieładne. Ręce pomarszczone, mewy nad wodą. Wszystko dziwne, jak sama Jana. Wyśmiał ją. A ona kupiła Igorowi samochód. Proszę bardzo, jesteśmy jedną rodziną, korzystaj. Sama choćby prawka nie zrobiła, jemu podarowała. Zarobiła z fotografii, po zleceniach biegała. Wtedy zrobiło mu się strasznie. Nieswojo. Co to za dziwne zwierzę mieszka w domu, zamiast żony? Skąd te pieniądze? Dali jej jacyś faceci? No przecież nie da się tyle zarobić na takim hobby. Zdradza mnie? Może jeszcze nie, ale na pewno będzie. choćby próbował ją wychowywać – tak, lekko spoliczkował. Złapała za kuchenny nóż, przecięła go na skos – dwa szwy na brzuchu. I tak dobrze, iż nie wbiła, histeryczka. Potem przepraszała. Ale więcej rąk na nią nie podnosił. Koty bardzo kochała. Wszystkim pomagała, do domu znosiła, leczyła, oddawała do adopcji. U nich zawsze dwa koty w domu były. Miłe, łagodne, ale przecież to nie ludzie! Jak można je tak kochać, jakby bardziej niż męża? Któregoś dnia zdechł jej kot, nie zdołała uratować, na rękach jej skonał, w klinice. Jana przeżywała to strasznie! I płakała, i piła koniak, i obwiniała siebie. Długo to trwało. Igor miał już dosyć i w złości rzucił: – No to jeszcze karaluchy z żałoby wspominaj! Zderzył się z ciężkim spojrzeniem, zamilkł, odpuścił, wyszedł. Niech robi, co chce. Przyjaciele współczuli, znajome żony też były po stronie Igora. Wszyscy mówili: Jana już całkiem się wywyższa, głowę straciła. Wtedy i on znalazł pocieszenie u sąsiadki, przyjacielki Jany z dzieciństwa. Irka była o wiele prostsza. Pracowała jako sprzedawczyni, do sztuki się nie garnęła, zawsze gotowa i do seksu, i do rozmowy. Fakt, lubiła wypić, no ale przecież nie ożeni się z nią… Czekał, aż Jana zauważy, oburzy się, zrobi awanturę, scenę zazdrości, potłucze naczynia. Wtedy on powie: „A ty? Gdzie ty się podziewasz?” Potem wybaczą sobie wzajemnie zdrady, rodzina się ułoży. Irkę można będzie rzucić. Ale Jana milczała. Patrzyła tylko niedobrze. A w łóżku wszystko się popsuło. Cała się zamykała, tylko Igor próbował ją przytulić. Przeniosła się do oddzielnego pokoju. Syn całkiem dorósł, skończył studia. Cały w matkę: czarnooki, jasnowłosy i dziwny. – Kiedy wnuki? – pytał Igor. Denis (syn) tylko się śmiał – coś chcę jeszcze w życiu zrobić, no i prawdziwą miłość poznać. To wtedy, tato, czekaj na wnuki. Obcy, niezrozumiały… Matczyna krew. Oni z Janą zawsze mieli pełną harmonię, rozumieli się bez słów. Igor miał wrażenie, iż jest zbędny, przerażały go czarne oczy, których nie dało się rozszyfrować. Znów i znów szukał pocieszenia u Irki. A potem Jana się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów powiedział. Igor wcale się nie krył. Przyszedł raz do domu, a żona siedzi przy stole, pali. I tak cicho, szeptem: – Wynoś się stąd! Won z domu! A oczy czarne, przerażające, podkrążone. Przeniósł się do Irki. Czekał, może żona go wezwie z powrotem. Po tygodniu napisała na WhatsAppie, trzeba pogadać. Ucieszył się, wziął prysznic, wypsikał się perfumami. A Jana od progu: – Jutro idziemy złożyć papiery na rozwód. Dalej wszystko jak we śnie. Rozwód, papiery, podpisy, z własnej części mieszkania zrezygnował, po dobroci, to mieszkanie przecież od rodziców żony było… – I co teraz będziesz robić, jako rozwódka żyć? – zapytał gniewnie po wyjściu z urzędu. Chciał jeszcze dodać „komu Ty jesteś potrzebna?” – ale się powstrzymał. Jana się uśmiechnęła. Pierwszy raz od lat uśmiechnęła się właśnie do niego, szczerze i szeroko: – Jadę do Gdańska. Zaproponowali mi tam poważny projekt. – Byle mieszkania nie sprzedaj – poprosił z jakiegoś powodu. – Gdzie wrócisz? – Nie wrócę – spokojnie odpowiedziała żona, to znaczy już była żona. – Wiesz, od dawna kocham innego. Też fotograf, z Gdańska, z nim jest mi niewiarygodnie ciekawie. Ale myślałam: jestem mężatką, zdradzić brzydko, a i rozwodzić się nie ma powodu. Po prostu jesteśmy różnymi ludźmi. Z tego się nie rozwodzi? Czy właśnie się rozwodzi? – Nie rozwodzi – potwierdził Igor. – A widzisz, a jednak się rozwiedliśmy – zaśmiała się Jana. – Najpierw wściekłam się, jak się dowiedziałam o Irce. Ale potem pomyślałam – wszystko na lepsze. Ja będę szczęśliwa, i ty też. Ożeń się z nią, niech wam będzie dobrze. I odeszła. – Ja się nie ożenię – rzucił Igor za jej plecami. Ale Jana już nie usłyszała. Od tego czasu żadnych wieści od niej nie było. Tylko raz w roku krótkie życzenia przez WhatsAppa: „Sto lat! Zdrowia i szczęścia! Dzięki za syna”.
Mieliśmy po 22 lata, gdy się rozstaliśmy. Pewnego dnia powiedział, iż już nie czuje tego co kiedyś, iż potrzebuje „czegoś innego”. Kilka dni później dowiedziałam się od wspólnej koleżanki, która zadzwoniła, pytając: — Czy to prawda, iż on spotyka się ze starszą kobietą? Zapytałam, o co chodzi. Przesłała mi zdjęcie – on, obejmujący znacznie starszą kobietę w barze. To nie były plotki. To była prawda. I gdy ludzie pytali, mówiłam wprost: zostawił mnie dla dużo starszej kobiety. Wtedy wszystko się zaczęło. Tydzień później koleżanka napisała do mnie na Messengerze: — Hej, wszystko ok? Zapytałam, po co pyta. Odpowiedziała: — Po prostu… on mówi dziwne rzeczy na twój temat. Poprosiłam o wyjaśnienie. Powiedziała, iż rozgłasza, iż się nie myję, iż pachnę spod pach, iż mam nieświeży oddech, iż widział u mnie wszy. Zamarłam. Patrzyłam w ekran nie wiedząc, co odpowiedzieć. Potem zaczęły wracać kolejne plotki. Inna koleżanka zadzwoniła, mówiąc, iż on opowiadał to na spotkaniu, śmiejąc się przy kilku osobach: — Wy choćby nie wiecie, co musiałem znosić. A gdy ktoś spytał, czemu nie rozstał się ze mną wcześniej, odpowiedział: — Niestety. Zaczęłam dostrzegać spojrzenia. Ludzie, którzy kiedyś witali mnie zwyczajnie, patrzyli dziwnie. Jedna koleżanka, która zawsze mi zazdrościła, zaproponowała dezodorant „tak profilaktycznie”. Nie mogłam uwierzyć, jak gwałtownie rozchodzi się jedno kłamstwo. Powiedział raz, potem powtarzał je i rozbudowywał. Postanowiłam do niego napisać: — Dlaczego opowiadasz takie rzeczy na mój temat? Odpisał po kilku godzinach: — Ty pierwsza zaczęłaś kłamać o mnie. Napisałam mu, iż mówiłam tylko prawdę – iż jest z inną kobietą. Odpowiedział: — To nie jest sprawa żadnego z was. Nigdy nie zaprzeczył temu, co mówił innym, ani nie poprosił, by zaprzestano komentarzy. Nigdy nikogo nie poprawił. Po prostu pozwalał, by wszystko się kręciło dalej. Tymczasem pojawiał się publicznie z tą kobietą, ale żądał, by nikt nie komentował różnicy wieku. A ja byłam tym, co zostało z boku. Związek się zakończył, ale plotki krążyły jeszcze miesiącami. Musiałam zmienić otoczenie, przestać chodzić w niektóre miejsca, odciąć ludzi, którzy powtarzali to, co powiedział. On żył dalej. To my, kobiety, najczęściej ponosimy największy ciężar, gdy mężczyźni czują się niepewnie.
To w ogóle nie podlega dyskusji – Nina będzie z nami mieszkać, nie zamierzam tego choćby omawiać – odłożył łyżkę na bok i powiedział Zbyszek. choćby nie tknął kolacji, wyraźnie przygotowując się do poważnej rozmowy. – Mamy wolny pokój, właśnie skończyliśmy remont. Za dwa tygodnie córka się do nas wprowadza. – A może o czymś zapomniałeś? – odliczywszy do dziesięciu w myślach, zapytała Kasia. – Na przykład, iż ten pokój szykowaliśmy dla naszego przyszłego WSPÓLNEGO dziecka? I chyba umknęło ci też to, iż Nina ma matkę, u której powinna mieszkać. – Pamiętam, iż myśleliśmy o dziecku – burknął Zbyszek. Sądził, iż żona po prostu przyjmie jego wolę do wiadomości i rozmowa się skończy. – Ale możemy to odłożyć na parę lat. Zresztą ty masz studia do skończenia, teraz nie czas na dzieci. A Nina i tak nie chce rodzeństwa. Co do jej matki… – Zbyszek krzywo się uśmiechnął – Zabieram jej prawa rodzicielskie. Dla dziecka jest niebezpiecznie przebywać z tą kobietą! – Dla dziecka? – zdziwiona uniosła brew Kasia. – Przecież ona ma dwanaście lat! Już całkiem duża. I w czym adekwatnie ta niebezpieczność? Bo nie pozwala jej wychodzić po 22:00? Albo iż każe odrabiać lekcje pod groźbą zabrania telefonu albo internetu? Twoja była to chyba święta, skoro jeszcze nie sięgnęła po pas! – Nic nie wiesz – syknął przez zęby mężczyzna. – Nina nie raz pokazywała siniaki, a wiadomości od matki to sama obelga i groźby! Nie pozwolę zniszczyć mojej córce życia! – Właśnie to robisz, idąc jej na rękę. Kasia wstała od stołu, zostawiając prawie nietkniętą zupę. Apetyt jej przeszedł, a widok naburmuszonego męża tylko przyprawiał ją o ból głowy. Przecież radzono jej – nie spiesz się z małżeństwem! Mieszkajcie ze dwa lata na próbę, sprawdźcie się… Ale ona przecież wiedziała lepiej! I chciała prześcignąć koleżanki… Dlaczego znajomi byli przeciwni tej szybciej ceremonii? Proste – Zbyszek to jej drugi mąż, starszy od niej o piętnaście lat. Ma też dość dużą córkę, którą wręcz uwielbia. Trzy powody, z osobna niby nic, razem… niemal katastrofa. Dwie pierwsze rzeczy nie sprawiały Kasi większego problemu. Wręcz przeciwnie – podobało jej się, iż mąż jest dojrzalszy i „ogarnięty” życiowo, a jego rozwód odbył się za porozumieniem stron. Ale trzecia… Nina. Potwornie rozpuszczona i krnąbrna dziewucha, całe dzieciństwo adekwatnie na garnuszku u babci, bo rodzice harowali na jej lepszą przyszłość. Rozwód jej nie wzruszył – wiedziała, iż tata jej nie opuści, choćby jeżeli się ożeni po raz drugi. A nowy związek mamy… na to nie była gotowa. Nie dość, iż ojczym ostro wziął się za wychowanie, to i matka wspierająca nowego męża, nagle dłużej obecna w domu przez zmianę pracy, wszystko robiła według nowych zasad. Godzina policyjna, lekcje, korepetycje – Nina z większości przedmiotów nie nadążała. Wszystko ją drażniło, przyzwyczajona była do TV i komputera. Doprowadzało ją to do furii, więc zaczęła wymyślać rozmaite bajeczki, by wzbudzić litość u ojca. Tak, Nina chciała mieszkać u taty, wiedząc doskonale, iż przez jego pracę będzie miała niemal samodzielność. Kasię miała za nic i nie zamierzała słuchać macochy starszej tylko o dziewięć lat. Dla „wolności” była gotowa na wiele. ********************** – Nina przyjeżdża dziś. Przygotuj jej pokój i nie denerwuj jej, dziewczyna i tak przeżyła już sporo – zakomunikował Zbyszek, wybierając krawat do garnituru. – Gdybym wcześniej wiedział, iż Ala przez faceta zacznie gnębić córkę… Teraz to już nie ma o czym mówić. – Czyli nie zmieniłeś zdania? Naprawdę chcesz zabrać córkę do nas? – wciąż jeszcze miała nadzieję, iż nic z tego nie wyjdzie. – I kto się nią zajmie? Ty wracasz do domu najwcześniej o ósmej. – Ty się zajmiesz – wzruszył ramionami. – To nie trzylatka, da sobie radę. – Mam zaraz sesję, sam mówiłeś, iż muszę skupić się na nauce – odcięła się Kasia. – Niech Nina trzyma się cicho i nie przeszkadza mi w nauce. Mam nadzieję, iż umie sprzątać, bo przez najbliższe dwa tygodnie – to jej główny obowiązek. – Ona to nie służąca… – Tak samo jak ja – przerwała wywód męża. – Skoro będzie z nami mieszkać, to pomaga w domu. Powinieneś z nią ustalić zasady współżycia pod jednym dachem. ************************ – Tato, pozwolisz, żeby ona mnie tak traktowała? Ledwo mogę z koleżankami wyjść, twoja żonka zrzuca na mnie cały dom, a sama zadowolona ogląda TV… Kasia przypadkiem podsłuchała tę rozmowę i skrzywiła się. Jasne, jeszcze zobaczysz, czy da się ją namówić na zrobienie czegokolwiek! Prędzej ziemia się zatrzęsie! – Pogadam z Kasią, obiecuję. Ale ty też spróbuj się z nią dogadać. Rozumiem, iż ci ciężko, ale nie mogę po prostu ciebie pilnować. Spróbuj złapać z Kasią wspólny język, pokaż, iż jesteś dobrą dziewczyną. – Dobrze, spróbuję – wymamrotała Nina, wiedząc, iż więcej nie wywalczy. – A to prawda, iż kupiłeś jej samochód? – Tak, a co? – Nic. Tylko mówiłeś, iż nie masz teraz kasy, żeby wysłać mnie na wakacje za granicę. Tak o tym marzyłam! – Sama i tak nie pojedziesz, masz tylko dwanaście lat, a ja pracuję. Latem pojedziemy całą rodziną. – Ale ja nie chcę całą rodziną! W ogóle mnie nie kochasz, prawda?! – dziewczynka aż zaszlochała. – Po co zabrałeś mnie od mamy? Twojej żonce tylko przeszkadzam, a ty ciągle zajęty… Kasia już nie słuchała. Wiedziała, iż Nina i tak postawi na swoim. I chodzi nie tylko o wyjazd. Sprytna mała zamierzała wygonić nową rywalkę do pieniędzy taty. I wyglądało na to, iż jej się to uda. Kasia miała dość pretensji męża i postanowiła stanowczo: jeszcze jedna taka kłótnia i będzie rozwód. A na koniec nieco popsuje Ninie satysfakcję, informując, iż choćby po rozwodzie Zbyszek będzie łożył na nią alimenty. ********************** Kasia miała rację – wieczór zaczął się od wyrzutów. Spokojnie ich wysłuchała i oświadczyła, iż składa pozew o rozwód. – Chcę spokojnego życia, a nie wysłuchiwania oskarżeń. I ostrzegałam cię, iż uleganie córce źle się skończy – widząc triumfujący uśmiech Niny Kasia gwałtownie sprowadziła ją na ziemię. – Ale ty się tak nie ciesz. Życie różnie się układa. Na przykład mogę postawić twojemu ojcu ultimatum: jeżeli chce mieć kontakt z naszym dzieckiem – pogładziła się po brzuchu – musi wysłać cię do matki. Albo coś w tym stylu. Nina nie potrafiła z siebie wydusić słowa, Zbyszek próbował ogarnąć sytuację, a Kasia chwyciła już spakowaną walizkę i wyszła z mieszkania. Wcale nie była w ciąży – chciała tylko dać nauczkę opryskliwej dziewczynie. I dorosłemu, który nie miał pojęcia o psychologii dziecięcej… To w ogóle nie podlega dyskusji – NINA BĘDZIE Z NAMI MIESZKAĆ! Iskrząca rodzinna wojna o pokój, dziecko, remont i obowiązki – Kiedy patchworkowa rodzina zamienia się w pole bitwy o terytorium…
Chrzęst złamanej gałązki pod nogą Wania choćby nie usłyszał. Świat nagle wywrócił się do góry nogami i zamigotał w jego oczach kolorowym kalejdoskopem, by po sekundzie rozprysnąć się na miliony jasnych gwiazdek, które natychmiast zebrały się w jedno miejsce — w lewej ręce tuż nad łokciem. – Aj… – Wania złapał się za obolałą rękę i natychmiast zawył z bólu. – Wania! – jego przyjaciółka Saszka od razu podbiegła i padła na kolana przed chłopcem – bardzo boli? – Nie, kurczę, cudownie! – warknął przez zęby, wciąż jęcząc. Saszka wyciągnęła dłoń i delikatnie dotknęła jego ramienia. – Odstaw! – warknął na nią, tym razem zaskakująco ostro, patrząc jej w oczy – boli! Nie dotykaj mnie! Wania był podwójnie zły. Po pierwsze, najwyraźniej złamał rękę i czekał go miesiąc z gipsem i docinkami kolegów. Po drugie, sam się na to drzewo wdrapał, żeby popisać się przed Saszka, swoją zręcznością i odwagą. I jeżeli z pierwszym powodem jeszcze mógł się pogodzić, to ten drugi wyprowadzał go z równowagi. Nie dość, iż się skompromitował przed dziewczyną, to jeszcze ona go chce pocieszać! No nie, tego już za wiele… Wstał, trzymając bezwładną rękę, i ruszył w stronę szpitala. – Wania, nie martw się, Wania! – Saszka biegła obok niego, usiłując dodać mu otuchy – wszystko będzie dobrze, Wania! Wszystko będzie dobrze! – Daj mi spokój – rzucił, zatrzymał się, spojrzał na nią wściekle i splunął – co tu ma być dobrze? Rękę złamałem! Naprawdę nie rozumiesz? Głupia jesteś? Idź do domu, już mnie wystarczająco denerwujesz! Z tymi słowami ruszył chodnikiem, zostawiając przyjaciółkę, która, bijąc ogromnymi szaro-zielonymi oczami, szeptała wciąż to samo: – Wszystko będzie dobrze, Wania… Wszystko będzie dobrze… *** – Panie Iwanie, jeżeli nie zobaczymy dziś przelewu, będziemy bardzo niezadowoleni. Ach, i jeszcze jedno — jutro rano ma być lód na drogach, więc proszę uważać za kierownicą. Wie pan, jak łatwo może dojść do wypadku… Takie nieszczęśliwe przypadki mogą zdarzyć się każdemu. Wszystkiego dobrego. Głos w słuchawce umilkł. Iwan odrzucił telefon i wcisnął palce w włosy, opadając na oparcie fotela. – Skąd ja mam je wziąć? Ten przelew był zaplanowany dopiero na przyszły miesiąc… Westchnął, złapał słuchawkę i wybrał numer. – Pani Olgo, czy możemy przelać naszym partnerom zaliczkę za sprzęt już dzisiaj? – Ale, panie Iwanie… – Możemy czy nie? – Możemy, ale wtedy zabraknie nam na inne płatności… – Pieprzyć to! Potem się tym zajmiemy! Przelejcie pieniądze dziś! – Dobrze, ale potem będą kłopoty… Nie słuchając już reszty, odłożył słuchawkę i mocno uderzył pięścią w podłokietnik. – Cholerni krwiopijcy… Coś miękko dotknęło jego ramienia. Podskoczył. – Saszko, prosiłem cię, żebyś nie przychodziła do mnie, kiedy pracuję? Prosiłem? Jego żona Aleksandra delikatnie musnęła ustami jego ucho i pogładziła go po włosach. – Wania, tylko się nie denerwuj, dobrze? Wszystko będzie dobrze. – Ty już mnie zostaw z tym „wszystko będzie dobrze”! Ile można?! Jutro mnie załatwią, to ci też będzie dobrze? Iwan zerwał się z fotela, odsunął żonę od siebie. – Idź, rób ten swój barszcz! Daj mi spokój, nerwów już nie mam! Kobieta westchnęła i ruszyła do wyjścia. W drzwiach odwróciła się i znowu szepnęła te same słowa. *** – Wiesz… Leżę tu i wspominam nasze życie… Staruszek uchylił oczy i spojrzał za mgłą na postarzałą żonę. Jej piękna niegdyś twarz pokryta była zmarszczkami, ramiona opadły, sylwetka nie była już tak elegancka. Trzymając jego dłoń, poprawiła cewnik i bezgłośnie się uśmiechnęła. – Kiedy pchałem się w kłopoty, byłem na krawędzi życia i śmierci, działy się najgorsze rzeczy… Zawsze przychodziłaś i mówiłaś to samo. choćby nie wiesz, jak mnie to wściekało. Chciałem cię udusić za twoją naiwność i monotonię – staruszek spróbował się uśmiechnąć, ale zakasłał długo i ciężko. Po chwili dopiero kontynuował: – Łamałem sobie ręce, nogi, grozili mi, traciłem wszystko, zjeżdżałem na dno… A ty mi przez całe życie powtarzałaś: „Wszystko będzie dobrze”. I nigdy mnie nie okłamałaś. Skąd ty to wszystko wiedziałaś? – Nic nie wiedziałam, Wania – starsza pani westchnęła – myślisz, iż mówiłam to tobie? Ja siebie próbowałam przekonać. Całe życie kochałam cię jak wariatka. Ty byłeś całym moim światem. Gdy cierpiałeś, gdy spotykały cię nieszczęścia — ja się wykończałam ze zmartwień. Ile ja łez wylałam, ile bezsennych nocy spędziłam… I powtarzałam sobie: „Niechby i kamienie z nieba, byleby żył, to wszystko będzie dobrze”. Staruszek przymknął oczy i ścisnął jej dłoń w swojej. Słowa przychodziły mu z trudem. – Tak to… A ja jeszcze się na ciebie złościłem. Wybacz mi, Saszko. Przeżyłem z tobą życie, a choćby cię nie rozumiałem… Głupi ja. Staruszka otarła łzę z pomarszczonego policzka i pochyliła się nad nim. – Wania, nie martw się… Zawahała się przez sekundę, patrząc głęboko w jego oczy, po czym położyła głowę na jego nieruchomej piersi i tuliła jego stygnącą dłoń. – Wszystko BYŁO dobrze, Wanieczku, wszystko BYŁO dobrze… Wszystko będzie dobrze, Wania – opowieść o dziecięcych urazach, dorosłych zmartwieniach i miłości, która trwa do końca.
Nie ma już z kim porozmawiać. Opowiadanie – Mamo, co Ty opowiadasz? Jak to nie masz z kim porozmawiać? Przecież dzwonię do Ciebie dwa razy dziennie – zapytała zmęczona córka. – Nie o to mi chodzi, Swetuniu – westchnęła smutno Nina Antoniowna – po prostu nie mam już przyjaciół ani znajomych w moim wieku. Z mojego świata. – Mamo, nie mów głupstw. Masz przecież szkolną przyjaciółkę Irinę. W ogóle jesteś bardzo nowoczesna i wyglądasz dużo młodziej niż jesteś! No mamo, nie przesadzaj… – zmartwiła się córka. – Wiesz przecież, iż Irena ma astmę, nie może rozmawiać przez telefon, od razu zaczyna kaszleć. A mieszka daleko, na drugim końcu miasta. Przyjaźniłyśmy się we trzy, pamiętasz, jak Ci opowiadałam. A Marinki już dawno nie ma. Wczoraj zajrzała do mnie Zosia z sąsiedniego mieszkania. Zaproponowałam herbatę, jest miłą kobietą, często mnie odwiedza. Przyniosła jeszcze bułeczki, które piekła dla swoich. Opowiedziała o dzieciach, o wnuczkach. Ma wnuki, choć jest ode mnie o piętnaście lat młodsza. Ale jej wspomnienia są zupełnie inne – dzieciństwo, szkoła. A ja tak bym chciała pogadać z rówieśnikami, z kimś takim, jak ja – Nina Antoniowna wyznała to córce, choć wiedziała, iż ta jej nie zrozumie. Jest wciąż młoda. Jej czas wciąż trwa, czeka za oknem. Jeszcze nie tęskni do wspomnień. Swieta jest cudowna, troskliwa – to nie o nią chodzi. – Mamo, mam bilety na wtorek, na wieczór romansów. Pamiętasz, jak chciałaś pójść? I wyjdź wreszcie z tego dołka! Ubierz swoją bordową sukienkę, wyglądasz w niej prześlicznie! – Dobrze, Swetuniu, wszystko w porządku. To ja tak tylko… sama nie wiem co mnie naszło. Dobranoc, jutro zadzwonię. Idź spać wcześniej, bo się nie wysypiasz – Nina Antoniowna zmieniła temat. – Tak, mamo, pa, dobranoc – i Swietlana rozłączyła się. Nina Antoniowna patrzyła przez okno na migoczące wieczorne światła… Matura, też wiosna. Tyle planów. To było tak niedawno. Jej przyjaciółka Irena podkochiwała się w Sierżku Malachowie z ich klasy. A Sierżek lubił ją, Ninę. Dzwonił do niej wieczorami, zapraszał na spacer. Ale Nina uważała go tylko za przyjaciela, nie chciała robić mu nadziei. Potem Sierżek poszedł do wojska. Wrócił, ożenił się. Mieszkał w starym bloku Ireny. A telefon miał… stacjonarny. Numer… Nina Antoniowna wykręciła numer, który jej się przypomniał. Sygnał nie poszedł od razu, potem ktoś podniósł słuchawkę. Najpierw szum, potem odezwał się cichy męski głos: – Halo, słucham. Może za późno? Po co dzwonię? Może Sierżek już nie pamięta, albo to nie on… – Dobry wieczór – głos Niny Antoniowny, drżał z emocji. W słuchawce znów coś zaszumiało, a potem usłyszała zdziwione: – Nina? To naprawdę ty? Oczywiście! Tego głosu bym nie zapomniał. Jak mnie znalazłaś? Przecież ja tu zupełnie przypadkiem… – Sierżek, poznał!, – na Ninę Antoniowną spłynęła fala radosnych wspomnień. Od dawna nikt nie mówił do niej po imieniu, wszyscy tylko „mama”, „babcia” albo „Nina Antoniowna”. No, czasem Irena. A samo „Nina” brzmiało tak cudownie, świeżo, jakby tych lat wcale nie było. – Nina, jak Ci się żyje? Tak się cieszę, iż Cię słyszę – te słowa ją naprawdę ucieszyły. Bała się, iż jej nie pozna lub iż dzwoni nie w porę. – A pamiętasz maturę? Jak z Witkiem Wasiutą was z Irką na łódce woziłyśmy? Ręce miał całe otarte od wioseł i się chował. A potem lody na bulwarze. Muzyka grała – głos Sierżka był cichy, rozmarzony. – Pamiętam, jasne, iż pamiętam – Nina zaśmiała się szczęśliwa – a klasową wycieczkę do lasu z noclegiem? Jak nie mogłyśmy otworzyć konserw, a tak chciało się jeść! – No właśnie – śmiech Sierżka – a Wacek dał radę, potem jeszcze śpiewaliśmy przy ognisku. Po tym nauczyłem się grać na gitarze. – I co, umiesz? – w głosie Niny młodzieńczy dźwięk, zalewały ją wspomnienia. Sierżek jakby przywracał ich wspólną przeszłość, dopowiadając kolejne szczegóły. – A jak Ty teraz? – zapytał, po chwili sam sobie odpowiedział – w zasadzie nie trzeba pytać, po głosie słychać, iż jesteś szczęśliwa. Dzieci, wnuki? Tak? I wciąż piszesz wiersze? Pamiętam! „Rozpłynąć się w nocy, obudzić się rano!” Pełne życia! Zawsze byłaś jak słoneczko! Przy Tobie duszę można ogrzać, nikt nie zmarznie. Twoi bliscy mają szczęście – mama i babcia jak skarb. – Oj, Sierżek, chwalisz! Minęły moje czasy… Przerwał jej: – Daj spokój, od Ciebie aż bije energia, mi się słuchawka rozgrzewa! Żartuję, ale nie wierzę, iż straciłaś smak życia. To nie podobne do Ciebie. Więc twoje czasy jeszcze nie minęły. Nino, żyj i ciesz się światem. Słońce świeci dla Ciebie. Wiatr goni chmurki dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie! – Sierżek, Ty zawsze romantyk, a jak u Ciebie? Bo ja wciąż tylko o sobie… – ale w słuchawce coś zaszumiało, kliknęło i połączenie się urwało. Nina Antoniowna siedziała chwilę z telefonem w dłoni, chciała oddzwonić, ale uznała, iż późno, nie wypada. Może innym razem. Jaka była szczęśliwa po tej rozmowie… Tyle wspomnień! Głośny dzwonek przerwał jej rozmyślania. Wnuczka. – Tak, Dasieńko, cześć, nie śpię. Co mówiła mama? Nie, mam świetny humor. Idziemy z mamą na koncert. Wpadniesz jutro? Świetnie, czekam, pa. W doskonałym humorze Nina Antoniowna poszła spać. W głowie miała tyle planów! Zasypiając, układała nowe wiersze… Rano Nina postanowiła odwiedzić przyjaciółkę Irenę. Kilka przystanków tramwajem – w końcu nie pozostało taka stara. Irena bardzo się ucieszyła: – No wreszcie, dawno obiecałaś! O, kupiłaś tort morelowy? Mój ulubiony! Opowiadaj – Irena zakaszlała, ale zaraz machnęła ręką: – Spokojnie, mam nowy inhalator, czuję się lepiej. Herbatka czeka. Ninka, jakaś odmieniona jesteś. Mów, co się stało? – Sama nie wiem, piąta młodość – kroiła tort Nina – wczoraj przez przypadek dodzwoniłam się do Sierżka Malachowa. Pamiętasz, Twoja miłość z matury? Jak zaczął wspominać… Aż zapomniałam o tylu rzeczach. Czemu nic nie mówisz, Ira, atak znowu? Irena zbladła, patrzyła na przyjaciółkę. Szepnęła: – Nino, nie wiedziałaś, iż Sierżka nie ma już od roku? I mieszkał już gdzie indziej, nie w tej klatce. – Co Ty mówisz? Jak to? Z kim więc rozmawiałam? Znał nasze wszystkie młodzieńcze szczegóły! Przed rozmową byłam taka przybita… A gdy z nim porozmawiałam, poczułam, iż życie dalej trwa, pozostało siła, chęć do życia… Jak to możliwe? – Nina nie mogła uwierzyć. – Ale to był jego głos, słyszałam! Mówił tak pięknie: „Słońce świeci dla Ciebie. I wiatr goni chmury dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie!” Irena pokręciła głową, nie będąc pewna, iż wierzyć. Potem powiedziała: – Nino, nie wiem jak, ale to chyba był właśnie on. To jego słowa, jego styl. Sierżek Cię kochał. Myślę, iż chciał Ci pomóc… z tamtego świata. I, wiesz co, chyba mu się udało. Takiej radosnej i pełnej życia dawno Cię nie widziałam. Kiedyś ktoś pozbiera Twoje poranione serce na nowo. I wtedy przypomnisz sobie, iż jesteś… po prostu szczęśliwa.
NA WSZELKI WYPADEK Gdy cała kobieca ekipa z warszawskiego biura zebrała się przy jednym stole, a przez pokój znów przetoczyły się łzy i żale Nadziejki po kolejnym rozstaniu, tylko Viera – pozornie niewzruszona i skupiona na pracy – usłyszała kąśliwą uwagę szefowej: – Ty to jednak masz serce z kamienia, Vera. – A dlaczego niby? – Bo tobie w życiu się wszystko układa, więc uważasz, iż wszystkim tak powinno. Zamiast pocieszyć czy doradzić, siedzisz cicho, jakby cię to nie obchodziło. Vera tylko uśmiechnęła się pod nosem, pamiętając, jak pięć lat temu próbowała pomóc Nadziejce, gdy ta jeszcze przychodziła do pracy z „pamiątkami” po upadkach i szukała szczęścia u wróżek. Skończyło się oskarżeniami o wtrącanie się i „psucie życia”. Od tego czasu nie pocieszała nikogo, choćby gdy jej własna historia wcale nie była bajką. Miała syna, dwóch byłych mężów i… kota. Ale koleżanki wciąż były przekonane, iż Vera żyje jak w bajce ze swoim ukochanym Vasylem. Gdy po pracy, przepełnione współczuciem i zazdrością, wpadły całą paczką do jej mieszkania, żeby na własne oczy zobaczyć tego „wspaniałego męża”, spotkała ich… zabawna niespodzianka. Na pytanie, gdzie jest Vasyl, Vera zaprowadziła dziewczyny do sypialni i z rozbawieniem pokazała im… puszystego kota, świeżo po kastracji. – Mówiłam „mój Vasyl”, ale nikt nie pytał, czy chodzi o mężczyznę! – zaśmiała się, obserwując zmieszanie w oczach koleżanek. Bo w życiu nie chodzi o to, by na siłę szukać księcia z bajki – czasem wystarczy mieć przy sobie kota i własny spokój. A Nadziejka? Miesiąc później już opowiadała o nowym ukochanym, a Viera tylko mrugnęła porozumiewawczo do babci Tani: – Jedni mają koty, inni kolekcjonują mężów. Każdy po swojemu, na wszelki wypadek.
A co jeżeli to nie jest moja córka? Trzeba zrobić test DNA Nikita z niepokojem obserwuje, jak jego żona Ola czuwa nad nowo narodzoną córeczką, a uporczywa myśl nie daje mu spokoju — czy na pewno jest ojcem tej maleńkiej istoty? Rok temu Nikita musiał wyjechać na miesięczną delegację. Kilka tygodni po powrocie żona przekazała mu – jej zdaniem – radosną nowinę: będą mieli dziecko. Na początku Nikita się ucieszył. Jednak niedługo odwiedziła ich siostra Oli i opowiedziała niecodzienną historię o teście DNA, który zrobiła swojemu synowi, żeby partner nie wątpił w ojcostwo. — Ola, zróbmy też taki test DNA. Dla świętego spokoju. Reakcja żony była natychmiastowa — wybuchła awantura z krzykami i rzucaniem przedmiotami, aż sąsiedzi zaczęli pukać. — Co w tym złego? — upierał się Nikita, coraz mocniej przekonany, iż żona ma coś do ukrycia. — Chcę mieć pewność, tylko tyle. — Jak mogłeś w ogóle coś takiego wymyślić?! — wściekła się Ola, rzucając w niego kolejną poduszką. — Dałam ci kiedyś powód do podejrzeń? — Przez miesiąc mnie nie było, — odpowiedział sarkastycznie Nikita. — Skąd mam wiedzieć, co się wtedy działo? Zróbmy test, dowiem się prawdy, więcej już nie wrócę do tego tematu. Kiedy idziemy? Adres kliniki weźmiemy od twojej siostry. — Może w następnym życiu, — syknęła Ola i poszła do pokoju dziecka, trzaskając na odchodne drzwiami. ************************************************************** — Wiesz co, — żalił się Nikita swojej mamie, — nie proszę przecież o nic nadzwyczajnego. Skąd ta jej agresja? — Twoja żona ma coś na sumieniu, — odpowiedziała Anna Kowalska, nalewając synowi kawę. — Zapamiętaj moje słowa, dziecko nie jest twoje i boi się, iż prawda wyjdzie na jaw. A poza tym… — zawahała się, jakby nie wiedziała, czy mówić dalej — kiedy cię nie było, był jeden incydent… — Jaki? — natychmiast zaciekawił się Nikita. — Nie myśl, iż się wtrącam, — odwróciła wzrok Anna. — Przyszłam tylko porozmawiać o jubileuszu twojego ojca. Ola długo nie otwierała drzwi mimo, iż ewidentnie była w domu. Kiedy w końcu wpuściła mnie do środka, była wyraźnie roztrzęsiona… a w korytarzu stały męskie buty. — I co ci powiedziała? — zapytał z oburzeniem Nikita. — Że miała awarię rur — przewróciła oczami Anna. — Mogła wymyślić coś lepszego. — Czemu nic mi nie powiedziałaś? — Do mieszkania nie weszłam, dowodów nie mam, — odparła mama. — Nie chciałam mieszać się w wasze sprawy. — To był błąd! — wykrzyknął Nikita, o mało co nie przewracając filiżanki. — I co mam teraz zrobić? — Wymuś zrobienie testu. — Odpowiedziała spokojnie Anna, kryjąc uśmiech. Synowa jej nigdy nie pasowała. — Albo zrób go sam. Masz do tego prawo jako ojciec. ***************************************************** — Możesz spać spokojnie, — odłożył Nikita niepotrzebną już kopertę, którą dostarczył kurier. — Arina jest moją córką. Jak obiecałem, nie poruszę już więcej tego tematu. — Coś mi się tu nie zgadza, — zirytowana Ola spojrzała podejrzliwie na otwartą kopertę. — Ty zrobiłeś test DNA bez mojej zgody? — No tak, — odpowiedział beztrosko Nikita. — Zajrzałem tam, jak byłem z córką na spacerze. Moja córka, nie było problemu. — Problem właśnie jest, — powiedziała cicho Ola. — Szkoda tylko, iż tego nie rozumiesz. Następnego dnia Nikita wyszedł jak zwykle do pracy. Wieczorem czekała go przykra niespodzianka — w pustym mieszkaniu nie było już żony ani córki, zniknęły też ich rzeczy. Na stole została tylko jedna kartka. „Swoim brakiem zaufania zniszczyłeś wszystko, co nas łączyło. Nie chcę żyć z kimś, komu nie ufam. Składam pozew o rozwód. Od ciebie nie potrzebuję ani mieszkania, ani alimentów. Chcę tylko, żebyś zniknął z naszego życia.” Nikita był piekielnie wściekły. Jak Ola mogła go zostawić? I zabrać córkę? Wykręcił jej numer. Telefon odebrał mężczyzna, który w milczeniu wysłuchał potoku obelg i poprosił, żeby więcej nie dzwonił. — Wiedziałem, iż mnie zdradza! — wykrzyczał Nikita, kipiąc z frustracji. — Ledwo odeszła, a już ma innego! Niech się wypcha! Nie pomyślał nawet, iż Ola mogła pojechać do rodziców, a telefon odebrał jej brat, nie chcąc niepokoić świeżo zasypiającej siostry. Nikita podjął już swoją decyzję. Rozwód przebiegł gwałtownie i z porozumieniem stron. Mała Arina została z matką i już nigdy więcej nie zobaczyła swojego biologicznego ojca…
Ciotka w odwiedzinach, a żona w łzach
Mój brat powiedział mi, iż nasza mama podniosła rękę na jego żonę, a ja od razu poczułem, iż coś jest nie tak — poruszająca historia rodzinnych tajemnic, dramatycznej konfrontacji i wybaczenia w polskim domu
Z życia wzięte. "Zawsze wybierał matkę, nigdy mnie": Dopiero po latach zrozumiałam, iż w tym małżeństwie byłam zupełnie sama
Neil Gaiman po roku przerwał milczenie. Ciążą na nim poważne zarzuty
Młodszy brat księżnej Diany sfinalizował rozwód z trzecią żoną. W tle oskarżenia i pozwy
Ożeniłem się pół roku temu i od tamtej pory nie daje mi spokoju jedno wydarzenie ze ślubu: kłótnia mojej żony z moim najlepszym przyjacielem, którą przypadkiem podsłuchałem – od tego czasu nie mogę przestać o tym myśleć.
Rozwód biznesowy w spółce z o.o. Jak spłacić wspólnika i nie zbankrutować?