Kryzysy i rozstania

Kościół sprzedał osiedle. Niemal 600 osób musi znaleźć nowy dom
Słodka zemsta żony – Kochanie, odbierzesz mnie dziś z pracy? – zadzwoniła Żenia do męża, mając nadzieję, iż po ciężkim dniu uniknie czterdziestominutowej jazdy w zatłoczonym autobusie. – Jestem zajęty – odpowiedział krótko Artur. W tle wyraźnie słychać było telewizor, więc Żenia doskonale wiedziała, iż jej mąż siedzi w domu. Do łez było jej przykro. Ich małżeństwo rozsypywało się, a przecież jeszcze pół roku temu mąż mógłby ją nosić na rękach. Co się przez ten krótki czas zmieniło? Żenia nie miała pojęcia. Dbała o siebie, wiele czasu spędzała na siłowni. Doskonale gotowała – nie bez powodu pracowała w modnej restauracji. Nigdy nie wyciągała ręki po pieniądze, nie urządzała awantur, gotowa była spełnić każdą prośbę męża… – gwałtownie mu się znudzisz – kręciła głową jej mama, słuchając skarg córki. – Nie można na wszystko pozwalać mężczyźnie. – Ja po prostu go kocham – bezradnie uśmiechała się Żenia. – I on mnie też kocha… ****************************** – Jednak mam już go dość – obgryzała wargi Żenia, przeglądając historię wyszukiwania w przeglądarce. Okazało się, iż Artur całe wolne chwile spędzał na portalach randkowych, rozmawiając z kilkoma kobietami jednocześnie. – Można było mi to normalnie powiedzieć… Zrozumiałabym i dała mu wolność. Po co się męczyć w związku bez miłości i ranić siebie nawzajem? Rozwód – pomyślała. Da radę. Ale tak łatwo mu nie odpuści. Zasłużył choć na małą zemstę… Tego samego wieczoru Żenia zarejestrowała się na tym samym portalu randkowym, na którym był jej mąż, odszukała jego konto i napisała do niego. Zdjęcie wzięła z Internetu, lekko podrasowała i była pewna, iż Artur się nabierze. Nie pomyliła się. Rozpoczęła się intensywna korespondencja. W wiadomościach Artur zapewniał, iż nie jest żonaty, jest gotów na poważny związek i dzieci. Przechwalał się swoim cudownym charakterem, co Żenię przyprawiało o łzy śmiechu – doskonale wiedziała, jak ciężko z nim wytrzymać. – Spotkajmy się – napisała Żenia i w napięciu czekała na odpowiedź. – Oczywiście! – odparł gwałtownie Artur. – Ale akurat u mnie w mieszkaniu zamieszkała na trochę siostra, przygotowuje się do matury. Może więc spotkajmy się gdzieś „na neutralnym gruncie”, a wieczór możemy dokończyć w hotelu… – Serio?! – wypaliła Żenia po przeczytaniu. – Skąd ta pewność, iż dziewczyna od razu pójdzie z tobą do hotelu? Każda szanująca się kobieta by się obraziła! Ale dla mnie to akurat na rękę. – A może wpadniesz do mnie na domek pod Warszawą? Mieszkam sama, nikt nam nie przeszkodzi… – I czeka, co odpowie. – Super pomysł! – ucieszył się Artur, pewnie z nadzieją, iż zaoszczędzi pieniądze. – Podaj adres i godzinę, zaraz będę! – Ulica **** 25, godzina 22. Pasuje? – Jasne! Będę na czas. Około dziewiątej Artur udawał, iż musi nagle jechać do pracy. Nie mógł znaleźć kluczyków do auta i niechętnie zapytał żonę, czy nie widziała kompletu. – Leżały na komodzie – spojrzała mu prosto w oczy, trzymając kluczyki w kieszeni. – Może kot je gdzieś zaciągnął? – Dobra, zamówię taksówkę. Nie czekaj na mnie, idź spać. A Żenia nie miała zamiaru czekać. Po co? Wykorzystała ten czas, by spakować swoje rzeczy. Miała szczęście: odziedziczyła mieszkanie po babci. Jedyne, co zostawiła mężowi – to podanie o rozwód, leżące na samym środku stołu. Artur wrócił do domu dopiero rano, wściekły jak osa. Sam dojazd trwał ponad godzinę, a „Angelika z portalu” nie istniała! Adres był prawdziwy, dom również – tyle iż otworzyła mu kobieta trzy razy większa od niego, w półprzezroczystym szlafroku. Oddałby wszystko, żeby wymazać ten widok z pamięci. Mało tego, ledwo udało mu się przed nią uciec! Musiał wezwać taksówkę, długo na nią czekał, a kierowca też okazał się dziwny – najpierw zawiózł go na drugi koniec miasta… Jednym słowem: niezapomniana noc. Dopiero widząc na stole podanie o rozwód, zrozumiał, kto stał za tą „zabawą”. Obok, na blacie, szminką było napisane: Słodka zemsta żony
Trudny Wybór: Stawiając Czoła Życiowym Dylematom w Polskim Stylu
To się choćby nie podlega dyskusji – Nina będzie mieszkać z nami, to jest oczywiste i nie podlega dyskusji – powiedział Zachar, odkładając łyżkę na stół. Na kolację choćby nie spojrzał, widocznie szykował się do poważnej rozmowy. – Mamy wolny pokój, właśnie skończyliśmy w nim remont. Za dwa tygodnie córka przeprowadza się do nas. – Chyba o czymś zapomniałeś? – Ksenia policzyła do dziesięciu i bez emocji zapytała: – Na przykład o tym, iż ten pokój przygotowaliśmy dla naszego przyszłego wspólnego dziecka? Albo, iż Nina ma jeszcze matkę, z którą powinna mieszkać? – Pamiętam, iż chcieliśmy mieć dziecko – ponuro pokiwał głową mąż. Liczył jednak, iż żona przyjmie jego słowa bez sprzeciwu, a rozmowa na ten temat nie będzie potrzebna. – Ale można poczekać jeszcze kilka lat. Ty masz studia, to nie czas na dziecko. Poza tym, Nina nie chce rodzeństwa. A jeżeli chodzi o jej matkę… – Zachar krzywo się uśmiechnął – chcę jej odebrać prawa rodzicielskie. Dla małej z tej kobiety nie ma żadnego pożytku, wręcz przeciwnie – to niebezpieczne! – Małej? – Ksenia uniosła brwi ze zdziwienia. – Przecież ma już dwanaście lat, dorosła dziewczyna. I co to za niebezpieczeństwo? Że matka pozwala jej wychodzić z domu tylko do dziesiątej wieczorem? Albo iż każe jej robić lekcje pod groźbą zabrania telefonu czy odcięcia internetu? Twoja była to prawdziwa święta, skoro jeszcze nie sięgnęła po pas! – Nic nie wiesz – zacisnął zęby Zachar. – Nina pokazywała mi siniaki, czytałem wiadomości z obelgami i groźbami. Nie pozwolę zniszczyć życia własnej córki! – Właśnie to robisz, spełniając każde jej życzenie. Ksenia spokojnie wstała od stołu, zostawiając prawie nietkniętą zupę. Apetyt zniknął, a widok niezadowolonego męża przyprawiał ją o ból głowy. Mówili jej – nie śpiesz się z małżeństwem! Pożyjcie razem trochę, sprawdźcie się… Ale oczywiście ona wiedziała lepiej. I tak chciała być szybsza niż koleżanki… Dlaczego znajomi byli przeciwko szybkiemu ślubowi? Proste – dla Zachara to już drugie małżeństwo, jest o piętnaście lat starszy i ma już niemal dorosłą córkę, za którą oddałby wszystko. Trzy powody – z osobna nic wielkiego, razem niemal katastrofa. Pierwsze dwa nie były aż tak kłopotliwe. Ksenia cieszyła się nawet, iż mąż jest starszy i ma już doświadczenie rodzinne. Wiedziała z pierwszej ręki, iż rozwód był za porozumieniem stron, a Alla nie miała do niego pretensji. Problemem okazała się trzecia przyczyna… Nina. Rozpieszczona, nieposłuszna dziewczyna, przez większość życia pod opieką babci, bo rodzice ciężko pracowali na jej przyszłość. Rozwód rodziców niezbyt ją obchodził – wiedziała, iż tata jej nie zostawi, choćby po nowym ślubie. Za to ponowne małżeństwo mamy… na to psychicznie nie była gotowa. Ojczym gwałtownie zabrał się za wychowanie, a mama – zmieniwszy pracę – zaczęła przebywać w domu znacznie częściej i zupełnie popierała nowego męża. Godzina policyjna, lekcje, korepetycje, bo Nina miała zaległości w większości przedmiotów… Wkurzało ją to, od dziecka przyzwyczajoną do telewizora i komputera. Tak bardzo, iż zaczęła wymyślać różne historyjki, denerwując nimi ojca. Tak, Nina chciała mieszkać z tatą, wiedząc, iż z powodu jego pracy większość czasu będzie sama sobie. Ksenii w ogóle nie traktowała poważnie – była tylko dziewięć lat starsza, posłuchu nie miała. Dla „wolnego życia” była gotowa na wszystko. ********************** – Nina przyjedzie dzisiaj. Przygotuj jej pokój i bardzo proszę, nie denerwuj jej, dziewczyna dużo przeszła – Zachar nie dyskutował, wybierając krawat do nowego garnituru. – Gdybym wiedział, iż Alla przez faceta zacznie męczyć córkę… Ale co teraz mówić, czasu nie cofnę. – Czyli nie zmieniłeś zdania, tak? Naprawdę chcesz, żeby córka z nami mieszkała? – Ksenia do końca miała nadzieję, iż mężowi się nie uda. – I kto będzie jej pilnować? Ty przychodzisz do domu najwcześniej po ósmej. – Ty popilnujesz – wzruszył ramionami mąż. – To nie trzylatka, jest samodzielna. – Sesja za pasem, sam mówiłeś, iż muszę się skupić na nauce – Ksenia mściwie się uśmiechnęła. – Niech Nina zachowuje się cicho i nie przeszkadza. Mam nadzieję, iż potrafi myć naczynia i podłogę, bo przez najbliższe dwa tygodnie to jej zaszczytny obowiązek. – Nie jest sprzątaczką… – Ja też nie – weszła mu w słowo Ksenia. – Skoro ma z nami mieszkać, będzie też pomagać w domu. Lepiej ustal z córką zasady współżycia. ************************ – Tato, naprawdę pozwolisz, żeby mnie tak traktowała? choćby na spokojny spacer z koleżankami nie mogę wyjść, twoja żonka zrzuciła całą domową robotę na mnie, a sama zadowolona ogląda seriale. Ksenia, która przypadkiem podsłuchała rozmowę, krzywo się uśmiechnęła. Jasne, już ona coś jej każe zrobić… Prędzej piekło zamarznie! – Porozmawiam z Ksenią, obiecuję. Ale ty też postaraj się z nią dogadać. Wiem, iż ci ciężko, ale fizycznie nie jestem w stanie ciągle być w domu. Znajdź z nią wspólny język, pokaż, iż jesteś dobrą dziewczyną. – Dobrze, spróbuję – odpowiedziała niechętnie Nina, widząc, iż nic nie wskóra. – A to prawda, iż kupiłeś jej samochód? – Tak. A co? – A nic. Tylko ciekawe, iż jak chciałam pojechać za granicę na wakacje, to nie miałeś pieniędzy! A tak marzyłam o tym! – Sama i tak nie pojedziesz – masz dopiero dwanaście lat, ja pracuję. Latem pojedziemy całą rodziną. – Nie chcę z całą rodziną! Wcale mnie nie kochasz, prawda? – dziewczynka zaszlochała głośno. – Po co w takim razie zabrałeś mnie od mamy? Przeszkadzam twojej żonce, a ty ciągle zajęty… Ksenia przestała słuchać. Wiedziała już, iż Nina i tak postawi na swoim. Nie tylko jeżeli chodzi o wakacje… Sprytna dziewczyna zamierza pozbyć się z rodziny kolejnej rywalki do taty. I wygląda na to, iż jej się uda. Ksenia miała dość wyrzutów męża i poważnie postanowiła: jeszcze jedna kłótnia i będzie rozwód. A na koniec trochę popsuje Ninie euforia ogłaszając, iż choćby po rozwodzie Zachar będzie płacił alimenty. ********************** Ksenia miała rację – wieczór zaczął się od wyrzutów. Spokojnie wysłuchała i oznajmiła, iż składa papiery rozwodowe. – Chcę żyć spokojnie, a nie wysłuchiwać ciągłych pretensji. Mówiłam ci, iż uleganie córce to zły pomysł – widząc triumfujący uśmiech Niny, gwałtownie sprowadziła ją na ziemię. – Ale nie ciesz się za bardzo, bo nie wiesz, jak dalej się wszystko potoczy. Na przykład mogę postawić twojemu tacie ultimatum – jak będzie chciał widywać się z naszym dzieckiem – pogłaskała się po brzuchu – musi odesłać cię z powrotem do mamy. Albo coś w tym stylu. Nina nie mogła znaleźć słów, Zachar był w szoku, a Ksenia wzięła walizkę i wyszła. Tak naprawdę nie była w ciąży – chciała tylko wybić dziewczynce z głowy chęć manipulowania i dać nauczkę mężowi, który nie zna się kompletnie na wychowaniu dzieci. To się choćby nie podlega dyskusji!
Moja była żona chciała odebrać mi połowę domu, ale nie przewidziała, iż już dawno to zaplanowałem
Przerwał milczenie i dolał oliwy do ognia? Nelson Peltz wysłał jasny sygnał Beckhamom
Policja jednak weszła na Facebooka. Przerwali zakupy online
Podczas transmisji na żywo sprzedawali podróbki. Przerwało ją wejście służb
A jeszcze zrozumiała, iż teściowa wcale nie jest taką złą kobietą, jak myślała przez te wszystkie lata Poranek trzydziestego grudnia nie różnił się niczym od innych przez te dwanaście lat, odkąd Nadzieja z Dymkiem są razem. Wszystko jak zawsze: on od rana pojechał na polowanie i wróci dopiero trzydziestego pierwszego na obiad, syn u babci, a Nadzieja znów sama w domu. Przez te lata już się do tego przyzwyczaiła, Dymek zawsze był zapalonym wędkarzem i myśliwym, każdy weekend i święta spędzał w lesie, nie patrząc na pogodę, a ona czekała w domu. Tylko dziś, jakoś wyjątkowo, było jej smutno i samotnie. Wcześniej zawsze takie dni poświęcała na sprzątanie, gotowanie, albo inne domowe sprawy. Sylwester dopiero jutro, oni od dwunastu lat zawsze spędzają ten dzień u teściowej, nic nowego, rutyna, ale dziś nic jej się nie chciało, wszystko wypadało jej z rąk. Dlatego telefon od przyjaciółki był bardzo na czasie, Nadzieja choćby się ucieszyła. Najlepsza kumpela jeszcze ze szkolnych czasów, Irenka, zawsze tryskała energią, po rozwodzie często zapraszała znajomych do siebie. Tak też było tym razem. — No, co, znowu sama w domu? — powiedziała raczej stwierdzając niż pytając przyjaciółka. — Dymek znowu w swoich lasach? Wpadnij wieczorem do mnie, zbiera się świetna ekipa, po co się smucić w domu! Nadzieja nic nie obiecywała i nie zamierzała wychodzić, ale wieczorem dopadł ją jeszcze większy smutek. Wspominała i jakoś właśnie dziś zrobiło jej się przykro, iż męża nie ma obok. Przez te wszystkie lata miała tylko dom, pracę i syna. Nie chodzili nigdzie, Dymkowi nudziło się na spotkaniach ze znajomymi, w głowie miał tylko ryby i polowania, a jej nie chciało się samej wychodzić. Przez to nie jeździli na wakacje, urlop spędzali u mamy Nadziei na wsi. Jasne, cieszyła się, iż mąż tak dobrze dogaduje się z teściową, ale ona sama chciałaby też nad morze czy w świat. Wieczorem pomyślała: — A czemu by nie pójść do przyjaciółki, lepsze to niż siedzieć w pustce? I poszła. Było wesoło, przyszli starzy szkolni znajomi, czas minął cudownie. A co najważniejsze, był tam Grzesiek — jej pierwsza miłość ze szkoły. Jakoś tak wyszło, iż tę noc spędzili razem, Nadzieja sama nie wie, jak to się stało, nie wypiła dużo, ale wspomnienia poniosły ją za bardzo. Rano było jej wstyd, głupio i chciała po prostu zapomnieć o tym nieporozumieniu. Uciekła z mieszkania Grześka wprost do domu. A tam niespodzianka: pierwsze co zobaczyła to rzeczy Dymka — wrócił wcześniej niż zwykle. Nogi się jej ugięły ze strachu — jeżeli mąż się dowie, co się z nią działo, już wyobrażała sobie kłótnię i iż ją zostawi, wiedziała, iż nie wybaczyłby — sama siebie by nie wybaczyła. Zaczęła się obwiniać, jak mogła tak głupio zniszczyć własną rodzinę, przecież kochała męża! Wtedy zadzwonił domowy telefon i przerwał jej myśli. Dzwoniła teściowa: — Nie wiem, co się u was dzieje, ale w nocy dzwonił Dymek, nie mógł się do ciebie dodzwonić. Powiedziałam mu, iż jesteś u cioci Kasi, bo źle jej się zrobiło, więc nie zawiedź mnie… Po teściowej Nadzieja akurat najmniej spodziewała się pomocy. Miały dziwne relacje, nie kłóciły się, ale Zofia Pietrowna miłością do synowej nie pałała. Od początku była przeciwko ich ślubowi, uważała, iż za wcześnie na takie decyzje, a po weselu nieraz napsuła jej krwi, bo przez pierwsze lata mieszkali razem. Potem, jak zamieszkali osobno, ich kontakt ograniczył się do minimum, obie trzymały dystans, spotykając się tylko na rodzinnych uroczystościach. Ale teraz Nadzieja była wdzięczna teściowej i to, co będzie później, już jej nie przerażało — najważniejsze, iż mąż nie wie, gdzie ona naprawdę była. Wieczorem pojechali do teściowej i Nadzieja sama zagadała o całym tym zdarzeniu, kiedy zostały same w kuchni. Chciała podziękować i się przyznać. Ale teściowa choćby nie chciała słuchać. — Daj spokój, myślisz, iż nie rozumiem, jak to jest żyć z facetem, który poza swoimi pasjami świata nie widzi? Sama święta nie jestem… Mój Piotruś (rzu­ciła okiem na teścia) też całe życie ganiał po lasach, myślisz, iż to nie boli? Ważne, żeby to nie weszło w nawyk, wiesz, o czym mówię — dodała. Nadzieja wszystko zrozumiała. I jeszcze, iż teściowa wcale nie taka zołza, na jaką wyglądała i wszystko dobrze rozumie. Tak więc wszystko skończyło się dobrze, a Nadzieja postanowiła, iż więcej sama z domu nie wyjdzie. Z internetu
A co jeżeli to nie moja córka? Muszę zrobić test DNA Nikita zamyślony obserwował, jak jego żona Ola czuwa przy nowo narodzonej córeczce, ale nie mógł pozbyć się natrętnej myśli – czy to na pewno jego dziecko? W zeszłym roku był na miesięcznym wyjeździe służbowym, a po kilku tygodniach od powrotu Ola oznajmiła mu radosną – według niej – nowinę: będą mieli dziecko. Na początku Nikita się ucieszył. Dopiero potem do ich domu przyszła siostra Oli i opowiedziała o swoim teście DNA, który wykonała dla spokoju swojego partnera. — Ola, a może i my zrobimy test DNA? Tak dla świętego spokoju… Reakcja żony była natychmiastowa – awantura i trzaskanie drzwiami, sąsiedzi aż zaczęli stukać do ściany. — Przecież nie ma w tym nic złego — upierał się Nikita, coraz bardziej przekonany o swoich podejrzeniach. Również matka Nikity, pani Anna, dolała oliwy do ognia: — Sumienie jej nie czyste. Dziecko na pewno nie jest twoje, synku. Ostatecznie Nikita postanowił zrobić test DNA po kryjomu, gdy zabrał córkę na spacer. — Możesz być spokojna, Arinka to moja córka — oznajmił później Oli, rzucając jej wyniki testu. — Czyli zrobiłeś to beze mnie? – warknęła Ola. Następnego dnia, po powrocie z pracy, Nikita zastał puste mieszkanie i zostawioną przez żonę kartkę: „Swoim brakiem zaufania zniszczyłeś wszystko. Składam pozew o rozwód. Chcę, byś zniknął z naszego życia.” Rozwód przebiegł szybko. Mała Arina została z matką. Nigdy więcej nie zobaczyła swojego ojca…
Wpadli na popularnym portalu. Odkrycie postawiło służby na nogi
– Mamo, mam już dziesięć lat, prawda? – zapytał nagle Michał wracając ze szkoły. – No i co z tego? – Mama spojrzała na syna ze zdziwieniem. – Jak to, co? Przecież obiecaliście mi z tatą, iż jak skończę dziesięć lat, pozwolicie mi w końcu mieć psa! – Pozwolić? A co my obiecywaliśmy? – Na psa! – Nie! – krzyknęła przerażona mama. – Wszystko, tylko nie to! Chcesz, kupimy Ci elektryczną hulajnogę? Najdroższą! Ale pod warunkiem, iż o psie więcej nie wspomnisz. – Tak to z Wami jest, tak? – naburmuszył się Michał. – Sami mnie uczycie dotrzymywać słowa, a sami zapominacie… Dobrze, dobrze… Zamknął się w pokoju aż do powrotu taty z pracy. – Tato, pamiętasz, co mi obiecaliście z mamą… – zaczął, ale tata przerwał: – Mama już mówiła o twoim marzeniu! Nie rozumiem po co ci pies? – Marzę o psie od dawna, wiecie przecież! – Wiemy, wiemy! Naczytałeś się bajek o Emilu i Panu Kleksie, i zachowujesz się jak dziecko! Myślisz, ile kosztuje rasowy pies? – Nie chcę rasowego – powiedział Michał. – Może być zwykły, choćby porzucony. Czytałem ostatnio w Internecie o takich psach… – Nie! – wtrącił tata. – Co znaczy „nie-rasowy”? Tylko piękny, rasowy i młody pies! – Taki musi być? – skrzywił się Michał. – Tak! I będziesz z nim chodzić na wystawy, tresować… jeżeli znajdziesz młodego, pięknego, porzuconego rasowego psa w Warszawie, to się zgodzimy. – Dobrze… – westchnął smutno Michał. Nie spotkał jeszcze porzuconego rasowego psa, ale postanowił spróbować. W niedzielę zadzwonił do Wojtka i poszli razem szukać. Szli po mieście do wieczora – żadnego wolnego rasowego psa… – Damy sobie spokój – powiedział zmęczony Michał. – Wiedziałem, iż nic nie znajdziemy. – Spróbujmy w schronisku w przyszłą niedzielę – zaproponował Wojtek. – Tam są czasem też rasowe. Musimy znaleźć adres. Teraz odpocznijmy. Usiedli na ławce, marzyli o pięknym schroniskowym psie, którego razem wytresują. Po chwili wracali już na podwórko. Wojtek pociągnął Michała za rękaw: – Michał, patrz! Michał zobaczył małego, brudno-białego szczeniaka kulającego się po chodniku. – Kundelek – stwierdził Wojtek i zagwizdał. Szczeniak podszedł, ale stanął kilka kroków od nich. – Nie ufa ludziom. Pewnie ktoś go przestraszył – powiedział Wojtek. Michał zachęcił pieska, a ten nie uciekł, tylko ostrożnie machnął ogonkiem. – Chodź, Michał. Po co ci taki pies? Szukasz rasowego. Możesz mu dać najwyżej na imię Guzik – powiedział Wojtek i odszedł. Michał głaskał szczeniaka, a potem smutno poszedł za kolegą. Nagle piesek zapiszczał. Michał zamarł. – Michał, chodź za mną! Nie odwracaj się! On tak na ciebie patrzy… – Jak? – Jakbyś był jego właścicielem, a teraz go zostawiasz… Wojtek pobiegł, ale nogi Michała nie chciały się ruszyć. Gdy już miał biec, ktoś chwycił go za nogawkę. Spojrzał – u jego stóp czarne oczy… I wtedy Michał wziął pieska na ręce i przytulił mocno. Wiedział już – jeżeli rodzice się nie zgodzą, ucieknie z domu razem z nim. Ale rodzice mieli dobre serca… Następnego dnia Michała w domu czekały nie tylko mama i tata, ale też wykąpany, śliczny, radosny Guzik.
Ojciec Nicoli Peltz przerwał milczenie po aferze. Brooklyna Beckhama określił jednym słowem
Nieważne wyroki rozwodowe. Prawniczka: problem ma charakter systemowy
– I co osiągnęłaś tym swoim narzekaniem? – zapytał mąż. Jednak to, co wydarzyło się potem, zupełnie go zszokowało Kiedy człowiek ma wstać, jak nie o piątej, gdy serce ściska? Marina siedziała na brzegu łóżka i patrzyła w okno. Serca znowu bije nierówno: dwa uderzenia, pauza, trzy uderzenia, cisza. Lekarz wczoraj powiedział – ataki paniki. Dał skierowanie na badania. Przez osiemnaście lat z przebojowej absolwentki ekonomii Marina zamieniła się w… no właśnie, w kogo? W dodatek do biznesu męża? W księgową-amatorkę, która prowadziła mu papiery i podpisywała dokumenty? W sprzątaczkę, która wieczorami ściera podłogę, bo Andrzej nie widzi brudu? – Wstałaś już? – Andrzej wyszedł do kuchni. Twarz zaspana, niezadowolona. – Znowu nie spałaś w nocy? Marina bez słowa skinęła głową. Zaparzyła mu kawę. Wyjęła z lodówki jogurt, który je codziennie od lat. – A tak w ogóle – upił łyk kawy – jadę dziś do Gdańska. Na trzy dni. Ważne spotkanie z dostawcą. – Andrzej. Wiedziała, iż nie powinna zaczynać. Wiedziała, jak na nią spojrzy – tym wzrokiem, iż znowu zaczyna jęczeć i wymuszać współczucie, którego nie czuje. Ale i tak powiedziała: – Nie wyjeżdżaj teraz. Naprawdę źle się czuję. Lekarz nalega na badania. Zastygł. Odstawił filiżankę. Wypuścił powietrze nosem – tak prycha ktoś, kogo męczy ciągle to samo. – I co osiągnęłaś swoim narzekaniem? – Głos spokojny, bardziej obojętny niż rozdrażniony. – Ja muszę pracować, Marina. Pracować, a nie codziennie słuchać o twoich napadach, jak ci ciężko, jak jesteś zmęczona. Kto nie jest zmęczony? Pakował walizkę, pewny – ona zamilknie. Przełknie gorycz, obwini siebie – znów źle powiedziała, znów nie w porę. Ale Marina tym razem nie zamilkła. – Andrzej – wstała powoli, spokojnie – pamiętasz może, na kogo jest podpisany kredyt hipoteczny? Odwrócił się. Uśmiechnął się lekceważąco. – Jaka to różnica? Na nas oboje chyba. – Nie. Na mnie. Tylko na mnie. W powietrzu coś pękło. Widziała, jak jego twarz się zmienia. – O co ci chodzi? – O to, iż wtedy, osiem lat temu, kiedy braliśmy to mieszkanie, miałeś długi. Spore długi. Bank nigdy nie dałby ci kredytu. Pamiętasz? Milczał. – I dlatego kredyt jest na mnie. Mieszkanie też. Do tego jestem współkredytobiorcą na twoje linie kredytowe w firmie. Bez mojego podpisu nie przedłużysz nic, nie rozwiniesz firmy, nie zrobisz nic. Andrzej usiadł przy stole, jakby zmiękły mu nogi. – Po co mi to mówisz? – Przypominam. I jeszcze jedno – Marina otworzyła komodę, wyjęła teczkę i położyła przed nim. – Wiem o Katarzynie. Patrzył na teczkę, jak człowiek, którego ktoś właśnie ogłuszył – nie boli jeszcze, ale rzeczywistość odpływa. – O Katarzynie. O księgowej twojego kumpla Marka. Ładna zresztą dziewczyna. Dwanaście lat ode mnie młodsza. Otworzyła teczkę, rozłożyła przed nim dokumenty – wyciągi z jego konta, przelewy na jej konto, wydruk korespondencji. On pobladł. – Skąd to masz?! – A ważne? – nalewała sobie wody, trzęsła jej się ręka, ale już tylko trochę. – Liczy się coś innego. Przelewałeś pieniądze przez nią. Myślisz, iż urząd skarbowy się zainteresuje? Andrzej zerwał się. – Co ty sobie wyobrażasz?! Kim ty w ogóle jesteś?! Całe życie na moim garnuszku! Nic nie zarabiałaś! Siedziałaś w domu jak przybłęda! – Przybłęda? – Marina gorzko się uśmiechnęła. – Ta przybłęda podpisywała twoje umowy z bankami. Prowadziła twoją księgowość, gdy „znikałeś na spotkaniach”. Która na siebie ma wpisane mieszkanie i jest współkredytobiorcą twojego biznesu. – Grozisz mi?! – Nie. – Marina stanęła przy oknie. – Po prostu tłumaczę ci układ. Bo, widocznie, zapomniałeś podstawowe rzeczy. Odwróciła się. – W ciągu ostatnich sześciu miesięcy odzyskałam dyplom, skończyłam kursy wieczorowe – między atakami paniki a bezsennymi nocami. Dostałam propozycję pracy. Niewybitnej, ale pozwoli mi utrzymać siebie i Kingę. – Kingę?! – szarpnął się. – Chcesz zabrać córkę?! – A widziałeś ją ostatnio? – podeszła bliżej. – Poważnie. Kiedy ostatni raz z nią rozmawiałeś? Andrzej milczał. Bo nie pamiętał. Marina położyła kolejne dokumenty – zaświadczenie neurologa: przewlekłe wycieńczenie nerwowe, zalecenie – zmiana środowiska, psychoterapia, odcięcie czynników stresowych. – Patrz, tu jest: „długotrwały stres”. Wiesz, czym ci to grozi? – …Marina. – Tym, iż gdy złożę pozew o rozwód, sąd stanie po mojej stronie. Dodała ostatni papier. – Najważniejsze – bez mojego podpisu nie przedłużysz linii kredytowej. Marek dzwonił wczoraj – bank żąda dokumentów. Potrzebuje mojej zgody. Andrzej osiadł. – Czego ty chcesz? – Głos zachrypnięty. – Pieniędzy? Marina parsknęła krótkim śmiechem. – Pieniędzy? Andrzej, chcę po prostu szacunku. Chcę, żebyś chociaż raz przyznał – beze mnie nie miałbyś niczego. Ani firmy, ani mieszkania, ani tej parszywej delegacji, na którą tak pędzisz. Wzięła torebkę. – Masz czas do wieczora. Wyjeżdżam z Kingą do Oli. Pomyśl. I gdy będziesz gotowy rozmawiać, zadzwoń. Tylko nie licz, iż znowu zostanę tą Mariną, która wszystko znosiła w ciszy. Andrzej zadzwonił po sześciu godzinach. Marina siedziała z Olą w kuchni, piła miętową herbatę i czuła się dziwnie. Jakby właśnie wynurzyła się z bagna, w którym ugrzęzła po szyję, a teraz ociera twarz i nie może uwierzyć, iż można oddychać lekko. – Halo – odebrała. Głos spokojny. – Musimy porozmawiać. – Słucham. – Nie przez telefon. – Pauza. – Przyjedź do domu. Marina uśmiechnęła się lekko. – Nie, Andrzeju. jeżeli chcesz pogadać – przyjedź tutaj. Pamiętasz adres? Przyjechał po godzinie. Zły, spięty, z twarzą człowieka osaczonego. Ola zabrała Kingę do pokoju. Marina została w kuchni. – Co ty sobie myślisz?! – Andrzej uderzył pięścią w stół. – Szantażujesz mnie?! – Nie. Tylko przedstawiam fakty. – Jakie fakty?! Wzięłaś moje papiery! Grzebałaś mi w komputerze! – Andrzej – westchnęła Marina – naprawdę uważasz, iż najlepszą taktyką jest teraz atakować mnie? Po tym wszystkim, co ci pokazałam? Zamilkł. Bo miała rację. – Słuchaj uważnie – Marina pochyliła się lekko do przodu. – Nie mam zamiaru cię niszczyć. Nie chcę skandalu ani skarbówki na karku. Chcę tylko, żebyś zrozumiał – beze mnie nie masz nic. – Chcesz rozwodu? – wychrypiał. – A ty? Andrzej odwrócił oczy. Długo milczał, potem wyznał: – Z Kasią… to nic nie znaczyło. – Nie przerywaj. – Marina uniosła rękę. – Wiem o Kasi od pół roku. Wiem, jak przelewałeś przez nią pieniądze, jak spotykałeś się z nią niby w delegacjach. Wiem – i milczałam. Bo łudziłam się, iż może ci przejdzie. Może się opamiętasz. Zaśmiała się gorzko. – Może po prostu bałam się przyznać, iż nasz związek umarł pięć lat temu. Tylko udawaliśmy oboje, iż jest jak dawniej. – Marina… – Mam dość bycia dodatkiem do twojego życia. Bycia ignorowaną przy każdej rozmowie, każdej prośbie. choćby nie zauważyłeś, iż umieram od nerwicy i bezsennych nocy! Andrzej siedział blady, zaciskając pięści. – Masz wybór – kontynuowała. – Albo zaczniemy od nowa – bez kłamstw, bez zdrad. Albo odejdę i zabiorę to, co moje: mieszkanie, udział w firmie, kredyty, które ja gwarantuję. Zacznę żyć po swojemu. Wstała, pokazując, iż to koniec rozmowy. – Masz trzy dni. Przemyśl. I jeżeli będziesz gotów rozmawiać – zadzwoń. Tylko pamiętaj: ta Marina, która milczała i znosiła wszystko, umarła o piątej nad ranem. Tydzień później Andrzej przyjechał znowu. Tym razem bez udawanej pewności siebie. Po prostu usiadł, długo milczał. – Marek mówił, iż bez twojego podpisu bank nie przedłuży linii kredytowej – wydusił. – Firma padnie. Marina kiwnęła głową. – Wiem. – Czego chcesz? Spojrzała mu w oczy. – Chcę rozwodu. Andrzej zbladł. – Naprawdę? – Jak nigdy – nalała sobie herbaty. Ręce już nie drżały. – Podpiszę w banku wszystko, co trzeba, ale pod jednym warunkiem: bierzemy rozwód. Po ludzku, bez awantur. Ty dostajesz całą firmę, wykupujesz mój udział. Mieszkanie zostaje dla mnie. Kinga – ze mną. – Marina… – Już postanowiłam, Andrzeju – uśmiechnęła się. – Wiesz, co najdziwniejsze? Pierwszy raz od lat spałam bez tabletek. Po prostu spałam, spokojnie. Milczał. – I to wiele mi wyjaśniło. Nie jestem chora. Nie trzeba mnie leczyć. Po prostu musiałam odejść od ciebie. Od tego życia, w którym nic nie znaczyłam. Stanęła. – Masz wybór. Albo zgadzasz się na moje warunki – i rozwodzimy się spokojnie. Albo idę do sądu, pokazuję wszystkie dokumenty, i wtedy stracisz wszystko. Decyduj. Andrzej spuścił głowę. Wiedział, iż przegrał. Ta kobieta, którą miał za słabą, okazała się silniejsza od niego. – Dobrze – wykrztusił. – Zgadzam się. Po trzech miesiącach byli po rozwodzie. Marina dostała mieszkanie i sporą kwotę za swój udział w firmie. Poszła do nowej pracy. Andrzej został z firmą i nowym mieszkaniem. I z pustką, która męczyła go coraz bardziej. Zwłaszcza wieczorami, gdy wracał do domu i nie miał komu opowiedzieć, jak minął dzień. Nie miał obok nikogo. Kasia zresztą odeszła miesiąc po rozwodzie. Okazało się, iż nie szukała miłości, tylko wygodnego życia. Kiedy musiał spłacać kredyty sam i nie mógł utrzymywać kochanki na dawnym poziomie – straciła zainteresowanie. Marina dowiedziała się o tym od Marka. Uśmiechnęła się – i nic nie poczuła. Ani satysfakcji, ani żalu. Po prostu nic. Może jednak czasem warto być wspólniczką w biznesie męża? Co sądzicie?
Inni ludzie Żona Igora była… dziwna. Piękna, to prawda – naturalna blondynka o czarnych oczach, zgrabna, z dużym biustem, długonoga. W łóżku – ogień. Najpierw była namiętność, nie było czasu, żeby się zastanawiać. Potem – ciąża. Wzięli ślub, jak należy. Urodził się syn – również jasnowłosy i czarnooki. Wszystko było, jak u innych: pieluchy, pierwsze kroki, pierwsze słowa. I Jana zachowywała się normalnie, rozczulała się nad dzieckiem, zwyczajna młoda mama. A potem zaczęło się, gdy syn dorósł. Jana nagle zainteresowała się fotografią. Ciągle coś pstrykała, na kursy jakieś chodziła. Wiecznie z tym aparatem. – Czego ci jeszcze brakuje? – pytał Igor. – Pracujesz jako prawniczka, to pracuj. – Prawnikiem – poprawiała Jana. – No, prawnikiem. Więcej rodzinie uwagi poświęcaj, a nie bujaj Bóg wie gdzie. Sam nie rozumiał, co go irytuje. Przecież domem nie zaniedbywała. Jedzenie ugotowane, czysto, syna nauka na niej – mąż wracał z pracy, siadał na kanapie przed telewizorem, jak należy. Ale denerwowało go to, iż wydawało się, jakby żona gdzieś znikała, gdzie jemu nie było miejsca. Była, a jakby jej nie było. Nigdy z nim nie oglądała telewizji, nie rozmawiała o niczym ciekawym. Nakarmi – i zniknie. – Ty jesteś jeszcze żoną męża czy nie? – denerwował się Igor, znów zastając ją przy komputerze. Jana milczała. Zamykając się w sobie. Jeszcze podróżować lubiła – w różne egzotyczne kraje. Brała urlop i ruszała z plecakiem, z aparatem. Igor nie rozumiał. – Chodź do znajomych nad działkę. Postawili banię, bimber mają świetny. Czas byśmy sobie własną działkę kupili. Jana odmawiała, ale zapraszała go na wyjazdy. Raz spróbował. No i co z tego dobrego? Wszędzie obco, mówią w jakimś dziwnym języku, jedzenie nieziemsko ostre. A na widoki zawsze był obojętny. Więc Jana zaczęła jeździć bez niego. choćby z pracy zrezygnowała. – A co z emeryturą? – oburzał się Igor. – I w ogóle, co ci się wydaje? Wielka fotografka? Ty wiesz ile kasy trzeba, żeby się przebić? Jana nie odpowiadała. Tylko raz nieśmiało się podzieliła: – Będę mieć pierwszą wystawę. Moją, własną. – Wszyscy mają wystawę – mruknął Igor. – No super, wielkie osiągnięcie. Na otwarcie jednak poszedł. Nic nie zrozumiał. Twarze jakieś – i wcale nieładne. Ręce pomarszczone, mewy nad wodą. Wszystko dziwne, jak sama Jana. Wyśmiał ją. A ona kupiła Igorowi samochód. Proszę bardzo, jesteśmy jedną rodziną, korzystaj. Sama choćby prawka nie zrobiła, jemu podarowała. Zarobiła z fotografii, po zleceniach biegała. Wtedy zrobiło mu się strasznie. Nieswojo. Co to za dziwne zwierzę mieszka w domu, zamiast żony? Skąd te pieniądze? Dali jej jacyś faceci? No przecież nie da się tyle zarobić na takim hobby. Zdradza mnie? Może jeszcze nie, ale na pewno będzie. choćby próbował ją wychowywać – tak, lekko spoliczkował. Złapała za kuchenny nóż, przecięła go na skos – dwa szwy na brzuchu. I tak dobrze, iż nie wbiła, histeryczka. Potem przepraszała. Ale więcej rąk na nią nie podnosił. Koty bardzo kochała. Wszystkim pomagała, do domu znosiła, leczyła, oddawała do adopcji. U nich zawsze dwa koty w domu były. Miłe, łagodne, ale przecież to nie ludzie! Jak można je tak kochać, jakby bardziej niż męża? Któregoś dnia zdechł jej kot, nie zdołała uratować, na rękach jej skonał, w klinice. Jana przeżywała to strasznie! I płakała, i piła koniak, i obwiniała siebie. Długo to trwało. Igor miał już dosyć i w złości rzucił: – No to jeszcze karaluchy z żałoby wspominaj! Zderzył się z ciężkim spojrzeniem, zamilkł, odpuścił, wyszedł. Niech robi, co chce. Przyjaciele współczuli, znajome żony też były po stronie Igora. Wszyscy mówili: Jana już całkiem się wywyższa, głowę straciła. Wtedy i on znalazł pocieszenie u sąsiadki, przyjacielki Jany z dzieciństwa. Irka była o wiele prostsza. Pracowała jako sprzedawczyni, do sztuki się nie garnęła, zawsze gotowa i do seksu, i do rozmowy. Fakt, lubiła wypić, no ale przecież nie ożeni się z nią… Czekał, aż Jana zauważy, oburzy się, zrobi awanturę, scenę zazdrości, potłucze naczynia. Wtedy on powie: „A ty? Gdzie ty się podziewasz?” Potem wybaczą sobie wzajemnie zdrady, rodzina się ułoży. Irkę można będzie rzucić. Ale Jana milczała. Patrzyła tylko niedobrze. A w łóżku wszystko się popsuło. Cała się zamykała, tylko Igor próbował ją przytulić. Przeniosła się do oddzielnego pokoju. Syn całkiem dorósł, skończył studia. Cały w matkę: czarnooki, jasnowłosy i dziwny. – Kiedy wnuki? – pytał Igor. Denis (syn) tylko się śmiał – coś chcę jeszcze w życiu zrobić, no i prawdziwą miłość poznać. To wtedy, tato, czekaj na wnuki. Obcy, niezrozumiały… Matczyna krew. Oni z Janą zawsze mieli pełną harmonię, rozumieli się bez słów. Igor miał wrażenie, iż jest zbędny, przerażały go czarne oczy, których nie dało się rozszyfrować. Znów i znów szukał pocieszenia u Irki. A potem Jana się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów powiedział. Igor wcale się nie krył. Przyszedł raz do domu, a żona siedzi przy stole, pali. I tak cicho, szeptem: – Wynoś się stąd! Won z domu! A oczy czarne, przerażające, podkrążone. Przeniósł się do Irki. Czekał, może żona go wezwie z powrotem. Po tygodniu napisała na WhatsAppie, trzeba pogadać. Ucieszył się, wziął prysznic, wypsikał się perfumami. A Jana od progu: – Jutro idziemy złożyć papiery na rozwód. Dalej wszystko jak we śnie. Rozwód, papiery, podpisy, z własnej części mieszkania zrezygnował, po dobroci, to mieszkanie przecież od rodziców żony było… – I co teraz będziesz robić, jako rozwódka żyć? – zapytał gniewnie po wyjściu z urzędu. Chciał jeszcze dodać „komu Ty jesteś potrzebna?” – ale się powstrzymał. Jana się uśmiechnęła. Pierwszy raz od lat uśmiechnęła się właśnie do niego, szczerze i szeroko: – Jadę do Gdańska. Zaproponowali mi tam poważny projekt. – Byle mieszkania nie sprzedaj – poprosił z jakiegoś powodu. – Gdzie wrócisz? – Nie wrócę – spokojnie odpowiedziała żona, to znaczy już była żona. – Wiesz, od dawna kocham innego. Też fotograf, z Gdańska, z nim jest mi niewiarygodnie ciekawie. Ale myślałam: jestem mężatką, zdradzić brzydko, a i rozwodzić się nie ma powodu. Po prostu jesteśmy różnymi ludźmi. Z tego się nie rozwodzi? Czy właśnie się rozwodzi? – Nie rozwodzi – potwierdził Igor. – A widzisz, a jednak się rozwiedliśmy – zaśmiała się Jana. – Najpierw wściekłam się, jak się dowiedziałam o Irce. Ale potem pomyślałam – wszystko na lepsze. Ja będę szczęśliwa, i ty też. Ożeń się z nią, niech wam będzie dobrze. I odeszła. – Ja się nie ożenię – rzucił Igor za jej plecami. Ale Jana już nie usłyszała. Od tego czasu żadnych wieści od niej nie było. Tylko raz w roku krótkie życzenia przez WhatsAppa: „Sto lat! Zdrowia i szczęścia! Dzięki za syna”.
Mieliśmy po 22 lata, gdy się rozstaliśmy. Pewnego dnia powiedział, iż już nie czuje tego co kiedyś, iż potrzebuje „czegoś innego”. Kilka dni później dowiedziałam się od wspólnej koleżanki, która zadzwoniła, pytając: — Czy to prawda, iż on spotyka się ze starszą kobietą? Zapytałam, o co chodzi. Przesłała mi zdjęcie – on, obejmujący znacznie starszą kobietę w barze. To nie były plotki. To była prawda. I gdy ludzie pytali, mówiłam wprost: zostawił mnie dla dużo starszej kobiety. Wtedy wszystko się zaczęło. Tydzień później koleżanka napisała do mnie na Messengerze: — Hej, wszystko ok? Zapytałam, po co pyta. Odpowiedziała: — Po prostu… on mówi dziwne rzeczy na twój temat. Poprosiłam o wyjaśnienie. Powiedziała, iż rozgłasza, iż się nie myję, iż pachnę spod pach, iż mam nieświeży oddech, iż widział u mnie wszy. Zamarłam. Patrzyłam w ekran nie wiedząc, co odpowiedzieć. Potem zaczęły wracać kolejne plotki. Inna koleżanka zadzwoniła, mówiąc, iż on opowiadał to na spotkaniu, śmiejąc się przy kilku osobach: — Wy choćby nie wiecie, co musiałem znosić. A gdy ktoś spytał, czemu nie rozstał się ze mną wcześniej, odpowiedział: — Niestety. Zaczęłam dostrzegać spojrzenia. Ludzie, którzy kiedyś witali mnie zwyczajnie, patrzyli dziwnie. Jedna koleżanka, która zawsze mi zazdrościła, zaproponowała dezodorant „tak profilaktycznie”. Nie mogłam uwierzyć, jak gwałtownie rozchodzi się jedno kłamstwo. Powiedział raz, potem powtarzał je i rozbudowywał. Postanowiłam do niego napisać: — Dlaczego opowiadasz takie rzeczy na mój temat? Odpisał po kilku godzinach: — Ty pierwsza zaczęłaś kłamać o mnie. Napisałam mu, iż mówiłam tylko prawdę – iż jest z inną kobietą. Odpowiedział: — To nie jest sprawa żadnego z was. Nigdy nie zaprzeczył temu, co mówił innym, ani nie poprosił, by zaprzestano komentarzy. Nigdy nikogo nie poprawił. Po prostu pozwalał, by wszystko się kręciło dalej. Tymczasem pojawiał się publicznie z tą kobietą, ale żądał, by nikt nie komentował różnicy wieku. A ja byłam tym, co zostało z boku. Związek się zakończył, ale plotki krążyły jeszcze miesiącami. Musiałam zmienić otoczenie, przestać chodzić w niektóre miejsca, odciąć ludzi, którzy powtarzali to, co powiedział. On żył dalej. To my, kobiety, najczęściej ponosimy największy ciężar, gdy mężczyźni czują się niepewnie.
To w ogóle nie podlega dyskusji – Nina będzie z nami mieszkać, nie zamierzam tego choćby omawiać – odłożył łyżkę na bok i powiedział Zbyszek. choćby nie tknął kolacji, wyraźnie przygotowując się do poważnej rozmowy. – Mamy wolny pokój, właśnie skończyliśmy remont. Za dwa tygodnie córka się do nas wprowadza. – A może o czymś zapomniałeś? – odliczywszy do dziesięciu w myślach, zapytała Kasia. – Na przykład, iż ten pokój szykowaliśmy dla naszego przyszłego WSPÓLNEGO dziecka? I chyba umknęło ci też to, iż Nina ma matkę, u której powinna mieszkać. – Pamiętam, iż myśleliśmy o dziecku – burknął Zbyszek. Sądził, iż żona po prostu przyjmie jego wolę do wiadomości i rozmowa się skończy. – Ale możemy to odłożyć na parę lat. Zresztą ty masz studia do skończenia, teraz nie czas na dzieci. A Nina i tak nie chce rodzeństwa. Co do jej matki… – Zbyszek krzywo się uśmiechnął – Zabieram jej prawa rodzicielskie. Dla dziecka jest niebezpiecznie przebywać z tą kobietą! – Dla dziecka? – zdziwiona uniosła brew Kasia. – Przecież ona ma dwanaście lat! Już całkiem duża. I w czym adekwatnie ta niebezpieczność? Bo nie pozwala jej wychodzić po 22:00? Albo iż każe odrabiać lekcje pod groźbą zabrania telefonu albo internetu? Twoja była to chyba święta, skoro jeszcze nie sięgnęła po pas! – Nic nie wiesz – syknął przez zęby mężczyzna. – Nina nie raz pokazywała siniaki, a wiadomości od matki to sama obelga i groźby! Nie pozwolę zniszczyć mojej córce życia! – Właśnie to robisz, idąc jej na rękę. Kasia wstała od stołu, zostawiając prawie nietkniętą zupę. Apetyt jej przeszedł, a widok naburmuszonego męża tylko przyprawiał ją o ból głowy. Przecież radzono jej – nie spiesz się z małżeństwem! Mieszkajcie ze dwa lata na próbę, sprawdźcie się… Ale ona przecież wiedziała lepiej! I chciała prześcignąć koleżanki… Dlaczego znajomi byli przeciwni tej szybciej ceremonii? Proste – Zbyszek to jej drugi mąż, starszy od niej o piętnaście lat. Ma też dość dużą córkę, którą wręcz uwielbia. Trzy powody, z osobna niby nic, razem… niemal katastrofa. Dwie pierwsze rzeczy nie sprawiały Kasi większego problemu. Wręcz przeciwnie – podobało jej się, iż mąż jest dojrzalszy i „ogarnięty” życiowo, a jego rozwód odbył się za porozumieniem stron. Ale trzecia… Nina. Potwornie rozpuszczona i krnąbrna dziewucha, całe dzieciństwo adekwatnie na garnuszku u babci, bo rodzice harowali na jej lepszą przyszłość. Rozwód jej nie wzruszył – wiedziała, iż tata jej nie opuści, choćby jeżeli się ożeni po raz drugi. A nowy związek mamy… na to nie była gotowa. Nie dość, iż ojczym ostro wziął się za wychowanie, to i matka wspierająca nowego męża, nagle dłużej obecna w domu przez zmianę pracy, wszystko robiła według nowych zasad. Godzina policyjna, lekcje, korepetycje – Nina z większości przedmiotów nie nadążała. Wszystko ją drażniło, przyzwyczajona była do TV i komputera. Doprowadzało ją to do furii, więc zaczęła wymyślać rozmaite bajeczki, by wzbudzić litość u ojca. Tak, Nina chciała mieszkać u taty, wiedząc doskonale, iż przez jego pracę będzie miała niemal samodzielność. Kasię miała za nic i nie zamierzała słuchać macochy starszej tylko o dziewięć lat. Dla „wolności” była gotowa na wiele. ********************** – Nina przyjeżdża dziś. Przygotuj jej pokój i nie denerwuj jej, dziewczyna i tak przeżyła już sporo – zakomunikował Zbyszek, wybierając krawat do garnituru. – Gdybym wcześniej wiedział, iż Ala przez faceta zacznie gnębić córkę… Teraz to już nie ma o czym mówić. – Czyli nie zmieniłeś zdania? Naprawdę chcesz zabrać córkę do nas? – wciąż jeszcze miała nadzieję, iż nic z tego nie wyjdzie. – I kto się nią zajmie? Ty wracasz do domu najwcześniej o ósmej. – Ty się zajmiesz – wzruszył ramionami. – To nie trzylatka, da sobie radę. – Mam zaraz sesję, sam mówiłeś, iż muszę skupić się na nauce – odcięła się Kasia. – Niech Nina trzyma się cicho i nie przeszkadza mi w nauce. Mam nadzieję, iż umie sprzątać, bo przez najbliższe dwa tygodnie – to jej główny obowiązek. – Ona to nie służąca… – Tak samo jak ja – przerwała wywód męża. – Skoro będzie z nami mieszkać, to pomaga w domu. Powinieneś z nią ustalić zasady współżycia pod jednym dachem. ************************ – Tato, pozwolisz, żeby ona mnie tak traktowała? Ledwo mogę z koleżankami wyjść, twoja żonka zrzuca na mnie cały dom, a sama zadowolona ogląda TV… Kasia przypadkiem podsłuchała tę rozmowę i skrzywiła się. Jasne, jeszcze zobaczysz, czy da się ją namówić na zrobienie czegokolwiek! Prędzej ziemia się zatrzęsie! – Pogadam z Kasią, obiecuję. Ale ty też spróbuj się z nią dogadać. Rozumiem, iż ci ciężko, ale nie mogę po prostu ciebie pilnować. Spróbuj złapać z Kasią wspólny język, pokaż, iż jesteś dobrą dziewczyną. – Dobrze, spróbuję – wymamrotała Nina, wiedząc, iż więcej nie wywalczy. – A to prawda, iż kupiłeś jej samochód? – Tak, a co? – Nic. Tylko mówiłeś, iż nie masz teraz kasy, żeby wysłać mnie na wakacje za granicę. Tak o tym marzyłam! – Sama i tak nie pojedziesz, masz tylko dwanaście lat, a ja pracuję. Latem pojedziemy całą rodziną. – Ale ja nie chcę całą rodziną! W ogóle mnie nie kochasz, prawda?! – dziewczynka aż zaszlochała. – Po co zabrałeś mnie od mamy? Twojej żonce tylko przeszkadzam, a ty ciągle zajęty… Kasia już nie słuchała. Wiedziała, iż Nina i tak postawi na swoim. I chodzi nie tylko o wyjazd. Sprytna mała zamierzała wygonić nową rywalkę do pieniędzy taty. I wyglądało na to, iż jej się to uda. Kasia miała dość pretensji męża i postanowiła stanowczo: jeszcze jedna taka kłótnia i będzie rozwód. A na koniec nieco popsuje Ninie satysfakcję, informując, iż choćby po rozwodzie Zbyszek będzie łożył na nią alimenty. ********************** Kasia miała rację – wieczór zaczął się od wyrzutów. Spokojnie ich wysłuchała i oświadczyła, iż składa pozew o rozwód. – Chcę spokojnego życia, a nie wysłuchiwania oskarżeń. I ostrzegałam cię, iż uleganie córce źle się skończy – widząc triumfujący uśmiech Niny Kasia gwałtownie sprowadziła ją na ziemię. – Ale ty się tak nie ciesz. Życie różnie się układa. Na przykład mogę postawić twojemu ojcu ultimatum: jeżeli chce mieć kontakt z naszym dzieckiem – pogładziła się po brzuchu – musi wysłać cię do matki. Albo coś w tym stylu. Nina nie potrafiła z siebie wydusić słowa, Zbyszek próbował ogarnąć sytuację, a Kasia chwyciła już spakowaną walizkę i wyszła z mieszkania. Wcale nie była w ciąży – chciała tylko dać nauczkę opryskliwej dziewczynie. I dorosłemu, który nie miał pojęcia o psychologii dziecięcej… To w ogóle nie podlega dyskusji – NINA BĘDZIE Z NAMI MIESZKAĆ! Iskrząca rodzinna wojna o pokój, dziecko, remont i obowiązki – Kiedy patchworkowa rodzina zamienia się w pole bitwy o terytorium…
Chrzęst złamanej gałązki pod nogą Wania choćby nie usłyszał. Świat nagle wywrócił się do góry nogami i zamigotał w jego oczach kolorowym kalejdoskopem, by po sekundzie rozprysnąć się na miliony jasnych gwiazdek, które natychmiast zebrały się w jedno miejsce — w lewej ręce tuż nad łokciem. – Aj… – Wania złapał się za obolałą rękę i natychmiast zawył z bólu. – Wania! – jego przyjaciółka Saszka od razu podbiegła i padła na kolana przed chłopcem – bardzo boli? – Nie, kurczę, cudownie! – warknął przez zęby, wciąż jęcząc. Saszka wyciągnęła dłoń i delikatnie dotknęła jego ramienia. – Odstaw! – warknął na nią, tym razem zaskakująco ostro, patrząc jej w oczy – boli! Nie dotykaj mnie! Wania był podwójnie zły. Po pierwsze, najwyraźniej złamał rękę i czekał go miesiąc z gipsem i docinkami kolegów. Po drugie, sam się na to drzewo wdrapał, żeby popisać się przed Saszka, swoją zręcznością i odwagą. I jeżeli z pierwszym powodem jeszcze mógł się pogodzić, to ten drugi wyprowadzał go z równowagi. Nie dość, iż się skompromitował przed dziewczyną, to jeszcze ona go chce pocieszać! No nie, tego już za wiele… Wstał, trzymając bezwładną rękę, i ruszył w stronę szpitala. – Wania, nie martw się, Wania! – Saszka biegła obok niego, usiłując dodać mu otuchy – wszystko będzie dobrze, Wania! Wszystko będzie dobrze! – Daj mi spokój – rzucił, zatrzymał się, spojrzał na nią wściekle i splunął – co tu ma być dobrze? Rękę złamałem! Naprawdę nie rozumiesz? Głupia jesteś? Idź do domu, już mnie wystarczająco denerwujesz! Z tymi słowami ruszył chodnikiem, zostawiając przyjaciółkę, która, bijąc ogromnymi szaro-zielonymi oczami, szeptała wciąż to samo: – Wszystko będzie dobrze, Wania… Wszystko będzie dobrze… *** – Panie Iwanie, jeżeli nie zobaczymy dziś przelewu, będziemy bardzo niezadowoleni. Ach, i jeszcze jedno — jutro rano ma być lód na drogach, więc proszę uważać za kierownicą. Wie pan, jak łatwo może dojść do wypadku… Takie nieszczęśliwe przypadki mogą zdarzyć się każdemu. Wszystkiego dobrego. Głos w słuchawce umilkł. Iwan odrzucił telefon i wcisnął palce w włosy, opadając na oparcie fotela. – Skąd ja mam je wziąć? Ten przelew był zaplanowany dopiero na przyszły miesiąc… Westchnął, złapał słuchawkę i wybrał numer. – Pani Olgo, czy możemy przelać naszym partnerom zaliczkę za sprzęt już dzisiaj? – Ale, panie Iwanie… – Możemy czy nie? – Możemy, ale wtedy zabraknie nam na inne płatności… – Pieprzyć to! Potem się tym zajmiemy! Przelejcie pieniądze dziś! – Dobrze, ale potem będą kłopoty… Nie słuchając już reszty, odłożył słuchawkę i mocno uderzył pięścią w podłokietnik. – Cholerni krwiopijcy… Coś miękko dotknęło jego ramienia. Podskoczył. – Saszko, prosiłem cię, żebyś nie przychodziła do mnie, kiedy pracuję? Prosiłem? Jego żona Aleksandra delikatnie musnęła ustami jego ucho i pogładziła go po włosach. – Wania, tylko się nie denerwuj, dobrze? Wszystko będzie dobrze. – Ty już mnie zostaw z tym „wszystko będzie dobrze”! Ile można?! Jutro mnie załatwią, to ci też będzie dobrze? Iwan zerwał się z fotela, odsunął żonę od siebie. – Idź, rób ten swój barszcz! Daj mi spokój, nerwów już nie mam! Kobieta westchnęła i ruszyła do wyjścia. W drzwiach odwróciła się i znowu szepnęła te same słowa. *** – Wiesz… Leżę tu i wspominam nasze życie… Staruszek uchylił oczy i spojrzał za mgłą na postarzałą żonę. Jej piękna niegdyś twarz pokryta była zmarszczkami, ramiona opadły, sylwetka nie była już tak elegancka. Trzymając jego dłoń, poprawiła cewnik i bezgłośnie się uśmiechnęła. – Kiedy pchałem się w kłopoty, byłem na krawędzi życia i śmierci, działy się najgorsze rzeczy… Zawsze przychodziłaś i mówiłaś to samo. choćby nie wiesz, jak mnie to wściekało. Chciałem cię udusić za twoją naiwność i monotonię – staruszek spróbował się uśmiechnąć, ale zakasłał długo i ciężko. Po chwili dopiero kontynuował: – Łamałem sobie ręce, nogi, grozili mi, traciłem wszystko, zjeżdżałem na dno… A ty mi przez całe życie powtarzałaś: „Wszystko będzie dobrze”. I nigdy mnie nie okłamałaś. Skąd ty to wszystko wiedziałaś? – Nic nie wiedziałam, Wania – starsza pani westchnęła – myślisz, iż mówiłam to tobie? Ja siebie próbowałam przekonać. Całe życie kochałam cię jak wariatka. Ty byłeś całym moim światem. Gdy cierpiałeś, gdy spotykały cię nieszczęścia — ja się wykończałam ze zmartwień. Ile ja łez wylałam, ile bezsennych nocy spędziłam… I powtarzałam sobie: „Niechby i kamienie z nieba, byleby żył, to wszystko będzie dobrze”. Staruszek przymknął oczy i ścisnął jej dłoń w swojej. Słowa przychodziły mu z trudem. – Tak to… A ja jeszcze się na ciebie złościłem. Wybacz mi, Saszko. Przeżyłem z tobą życie, a choćby cię nie rozumiałem… Głupi ja. Staruszka otarła łzę z pomarszczonego policzka i pochyliła się nad nim. – Wania, nie martw się… Zawahała się przez sekundę, patrząc głęboko w jego oczy, po czym położyła głowę na jego nieruchomej piersi i tuliła jego stygnącą dłoń. – Wszystko BYŁO dobrze, Wanieczku, wszystko BYŁO dobrze… Wszystko będzie dobrze, Wania – opowieść o dziecięcych urazach, dorosłych zmartwieniach i miłości, która trwa do końca.
Nie ma już z kim porozmawiać. Opowiadanie – Mamo, co Ty opowiadasz? Jak to nie masz z kim porozmawiać? Przecież dzwonię do Ciebie dwa razy dziennie – zapytała zmęczona córka. – Nie o to mi chodzi, Swetuniu – westchnęła smutno Nina Antoniowna – po prostu nie mam już przyjaciół ani znajomych w moim wieku. Z mojego świata. – Mamo, nie mów głupstw. Masz przecież szkolną przyjaciółkę Irinę. W ogóle jesteś bardzo nowoczesna i wyglądasz dużo młodziej niż jesteś! No mamo, nie przesadzaj… – zmartwiła się córka. – Wiesz przecież, iż Irena ma astmę, nie może rozmawiać przez telefon, od razu zaczyna kaszleć. A mieszka daleko, na drugim końcu miasta. Przyjaźniłyśmy się we trzy, pamiętasz, jak Ci opowiadałam. A Marinki już dawno nie ma. Wczoraj zajrzała do mnie Zosia z sąsiedniego mieszkania. Zaproponowałam herbatę, jest miłą kobietą, często mnie odwiedza. Przyniosła jeszcze bułeczki, które piekła dla swoich. Opowiedziała o dzieciach, o wnuczkach. Ma wnuki, choć jest ode mnie o piętnaście lat młodsza. Ale jej wspomnienia są zupełnie inne – dzieciństwo, szkoła. A ja tak bym chciała pogadać z rówieśnikami, z kimś takim, jak ja – Nina Antoniowna wyznała to córce, choć wiedziała, iż ta jej nie zrozumie. Jest wciąż młoda. Jej czas wciąż trwa, czeka za oknem. Jeszcze nie tęskni do wspomnień. Swieta jest cudowna, troskliwa – to nie o nią chodzi. – Mamo, mam bilety na wtorek, na wieczór romansów. Pamiętasz, jak chciałaś pójść? I wyjdź wreszcie z tego dołka! Ubierz swoją bordową sukienkę, wyglądasz w niej prześlicznie! – Dobrze, Swetuniu, wszystko w porządku. To ja tak tylko… sama nie wiem co mnie naszło. Dobranoc, jutro zadzwonię. Idź spać wcześniej, bo się nie wysypiasz – Nina Antoniowna zmieniła temat. – Tak, mamo, pa, dobranoc – i Swietlana rozłączyła się. Nina Antoniowna patrzyła przez okno na migoczące wieczorne światła… Matura, też wiosna. Tyle planów. To było tak niedawno. Jej przyjaciółka Irena podkochiwała się w Sierżku Malachowie z ich klasy. A Sierżek lubił ją, Ninę. Dzwonił do niej wieczorami, zapraszał na spacer. Ale Nina uważała go tylko za przyjaciela, nie chciała robić mu nadziei. Potem Sierżek poszedł do wojska. Wrócił, ożenił się. Mieszkał w starym bloku Ireny. A telefon miał… stacjonarny. Numer… Nina Antoniowna wykręciła numer, który jej się przypomniał. Sygnał nie poszedł od razu, potem ktoś podniósł słuchawkę. Najpierw szum, potem odezwał się cichy męski głos: – Halo, słucham. Może za późno? Po co dzwonię? Może Sierżek już nie pamięta, albo to nie on… – Dobry wieczór – głos Niny Antoniowny, drżał z emocji. W słuchawce znów coś zaszumiało, a potem usłyszała zdziwione: – Nina? To naprawdę ty? Oczywiście! Tego głosu bym nie zapomniał. Jak mnie znalazłaś? Przecież ja tu zupełnie przypadkiem… – Sierżek, poznał!, – na Ninę Antoniowną spłynęła fala radosnych wspomnień. Od dawna nikt nie mówił do niej po imieniu, wszyscy tylko „mama”, „babcia” albo „Nina Antoniowna”. No, czasem Irena. A samo „Nina” brzmiało tak cudownie, świeżo, jakby tych lat wcale nie było. – Nina, jak Ci się żyje? Tak się cieszę, iż Cię słyszę – te słowa ją naprawdę ucieszyły. Bała się, iż jej nie pozna lub iż dzwoni nie w porę. – A pamiętasz maturę? Jak z Witkiem Wasiutą was z Irką na łódce woziłyśmy? Ręce miał całe otarte od wioseł i się chował. A potem lody na bulwarze. Muzyka grała – głos Sierżka był cichy, rozmarzony. – Pamiętam, jasne, iż pamiętam – Nina zaśmiała się szczęśliwa – a klasową wycieczkę do lasu z noclegiem? Jak nie mogłyśmy otworzyć konserw, a tak chciało się jeść! – No właśnie – śmiech Sierżka – a Wacek dał radę, potem jeszcze śpiewaliśmy przy ognisku. Po tym nauczyłem się grać na gitarze. – I co, umiesz? – w głosie Niny młodzieńczy dźwięk, zalewały ją wspomnienia. Sierżek jakby przywracał ich wspólną przeszłość, dopowiadając kolejne szczegóły. – A jak Ty teraz? – zapytał, po chwili sam sobie odpowiedział – w zasadzie nie trzeba pytać, po głosie słychać, iż jesteś szczęśliwa. Dzieci, wnuki? Tak? I wciąż piszesz wiersze? Pamiętam! „Rozpłynąć się w nocy, obudzić się rano!” Pełne życia! Zawsze byłaś jak słoneczko! Przy Tobie duszę można ogrzać, nikt nie zmarznie. Twoi bliscy mają szczęście – mama i babcia jak skarb. – Oj, Sierżek, chwalisz! Minęły moje czasy… Przerwał jej: – Daj spokój, od Ciebie aż bije energia, mi się słuchawka rozgrzewa! Żartuję, ale nie wierzę, iż straciłaś smak życia. To nie podobne do Ciebie. Więc twoje czasy jeszcze nie minęły. Nino, żyj i ciesz się światem. Słońce świeci dla Ciebie. Wiatr goni chmurki dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie! – Sierżek, Ty zawsze romantyk, a jak u Ciebie? Bo ja wciąż tylko o sobie… – ale w słuchawce coś zaszumiało, kliknęło i połączenie się urwało. Nina Antoniowna siedziała chwilę z telefonem w dłoni, chciała oddzwonić, ale uznała, iż późno, nie wypada. Może innym razem. Jaka była szczęśliwa po tej rozmowie… Tyle wspomnień! Głośny dzwonek przerwał jej rozmyślania. Wnuczka. – Tak, Dasieńko, cześć, nie śpię. Co mówiła mama? Nie, mam świetny humor. Idziemy z mamą na koncert. Wpadniesz jutro? Świetnie, czekam, pa. W doskonałym humorze Nina Antoniowna poszła spać. W głowie miała tyle planów! Zasypiając, układała nowe wiersze… Rano Nina postanowiła odwiedzić przyjaciółkę Irenę. Kilka przystanków tramwajem – w końcu nie pozostało taka stara. Irena bardzo się ucieszyła: – No wreszcie, dawno obiecałaś! O, kupiłaś tort morelowy? Mój ulubiony! Opowiadaj – Irena zakaszlała, ale zaraz machnęła ręką: – Spokojnie, mam nowy inhalator, czuję się lepiej. Herbatka czeka. Ninka, jakaś odmieniona jesteś. Mów, co się stało? – Sama nie wiem, piąta młodość – kroiła tort Nina – wczoraj przez przypadek dodzwoniłam się do Sierżka Malachowa. Pamiętasz, Twoja miłość z matury? Jak zaczął wspominać… Aż zapomniałam o tylu rzeczach. Czemu nic nie mówisz, Ira, atak znowu? Irena zbladła, patrzyła na przyjaciółkę. Szepnęła: – Nino, nie wiedziałaś, iż Sierżka nie ma już od roku? I mieszkał już gdzie indziej, nie w tej klatce. – Co Ty mówisz? Jak to? Z kim więc rozmawiałam? Znał nasze wszystkie młodzieńcze szczegóły! Przed rozmową byłam taka przybita… A gdy z nim porozmawiałam, poczułam, iż życie dalej trwa, pozostało siła, chęć do życia… Jak to możliwe? – Nina nie mogła uwierzyć. – Ale to był jego głos, słyszałam! Mówił tak pięknie: „Słońce świeci dla Ciebie. I wiatr goni chmury dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie!” Irena pokręciła głową, nie będąc pewna, iż wierzyć. Potem powiedziała: – Nino, nie wiem jak, ale to chyba był właśnie on. To jego słowa, jego styl. Sierżek Cię kochał. Myślę, iż chciał Ci pomóc… z tamtego świata. I, wiesz co, chyba mu się udało. Takiej radosnej i pełnej życia dawno Cię nie widziałam. Kiedyś ktoś pozbiera Twoje poranione serce na nowo. I wtedy przypomnisz sobie, iż jesteś… po prostu szczęśliwa.
NA WSZELKI WYPADEK Gdy cała kobieca ekipa z warszawskiego biura zebrała się przy jednym stole, a przez pokój znów przetoczyły się łzy i żale Nadziejki po kolejnym rozstaniu, tylko Viera – pozornie niewzruszona i skupiona na pracy – usłyszała kąśliwą uwagę szefowej: – Ty to jednak masz serce z kamienia, Vera. – A dlaczego niby? – Bo tobie w życiu się wszystko układa, więc uważasz, iż wszystkim tak powinno. Zamiast pocieszyć czy doradzić, siedzisz cicho, jakby cię to nie obchodziło. Vera tylko uśmiechnęła się pod nosem, pamiętając, jak pięć lat temu próbowała pomóc Nadziejce, gdy ta jeszcze przychodziła do pracy z „pamiątkami” po upadkach i szukała szczęścia u wróżek. Skończyło się oskarżeniami o wtrącanie się i „psucie życia”. Od tego czasu nie pocieszała nikogo, choćby gdy jej własna historia wcale nie była bajką. Miała syna, dwóch byłych mężów i… kota. Ale koleżanki wciąż były przekonane, iż Vera żyje jak w bajce ze swoim ukochanym Vasylem. Gdy po pracy, przepełnione współczuciem i zazdrością, wpadły całą paczką do jej mieszkania, żeby na własne oczy zobaczyć tego „wspaniałego męża”, spotkała ich… zabawna niespodzianka. Na pytanie, gdzie jest Vasyl, Vera zaprowadziła dziewczyny do sypialni i z rozbawieniem pokazała im… puszystego kota, świeżo po kastracji. – Mówiłam „mój Vasyl”, ale nikt nie pytał, czy chodzi o mężczyznę! – zaśmiała się, obserwując zmieszanie w oczach koleżanek. Bo w życiu nie chodzi o to, by na siłę szukać księcia z bajki – czasem wystarczy mieć przy sobie kota i własny spokój. A Nadziejka? Miesiąc później już opowiadała o nowym ukochanym, a Viera tylko mrugnęła porozumiewawczo do babci Tani: – Jedni mają koty, inni kolekcjonują mężów. Każdy po swojemu, na wszelki wypadek.
A co jeżeli to nie jest moja córka? Trzeba zrobić test DNA Nikita z niepokojem obserwuje, jak jego żona Ola czuwa nad nowo narodzoną córeczką, a uporczywa myśl nie daje mu spokoju — czy na pewno jest ojcem tej maleńkiej istoty? Rok temu Nikita musiał wyjechać na miesięczną delegację. Kilka tygodni po powrocie żona przekazała mu – jej zdaniem – radosną nowinę: będą mieli dziecko. Na początku Nikita się ucieszył. Jednak niedługo odwiedziła ich siostra Oli i opowiedziała niecodzienną historię o teście DNA, który zrobiła swojemu synowi, żeby partner nie wątpił w ojcostwo. — Ola, zróbmy też taki test DNA. Dla świętego spokoju. Reakcja żony była natychmiastowa — wybuchła awantura z krzykami i rzucaniem przedmiotami, aż sąsiedzi zaczęli pukać. — Co w tym złego? — upierał się Nikita, coraz mocniej przekonany, iż żona ma coś do ukrycia. — Chcę mieć pewność, tylko tyle. — Jak mogłeś w ogóle coś takiego wymyślić?! — wściekła się Ola, rzucając w niego kolejną poduszką. — Dałam ci kiedyś powód do podejrzeń? — Przez miesiąc mnie nie było, — odpowiedział sarkastycznie Nikita. — Skąd mam wiedzieć, co się wtedy działo? Zróbmy test, dowiem się prawdy, więcej już nie wrócę do tego tematu. Kiedy idziemy? Adres kliniki weźmiemy od twojej siostry. — Może w następnym życiu, — syknęła Ola i poszła do pokoju dziecka, trzaskając na odchodne drzwiami. ************************************************************** — Wiesz co, — żalił się Nikita swojej mamie, — nie proszę przecież o nic nadzwyczajnego. Skąd ta jej agresja? — Twoja żona ma coś na sumieniu, — odpowiedziała Anna Kowalska, nalewając synowi kawę. — Zapamiętaj moje słowa, dziecko nie jest twoje i boi się, iż prawda wyjdzie na jaw. A poza tym… — zawahała się, jakby nie wiedziała, czy mówić dalej — kiedy cię nie było, był jeden incydent… — Jaki? — natychmiast zaciekawił się Nikita. — Nie myśl, iż się wtrącam, — odwróciła wzrok Anna. — Przyszłam tylko porozmawiać o jubileuszu twojego ojca. Ola długo nie otwierała drzwi mimo, iż ewidentnie była w domu. Kiedy w końcu wpuściła mnie do środka, była wyraźnie roztrzęsiona… a w korytarzu stały męskie buty. — I co ci powiedziała? — zapytał z oburzeniem Nikita. — Że miała awarię rur — przewróciła oczami Anna. — Mogła wymyślić coś lepszego. — Czemu nic mi nie powiedziałaś? — Do mieszkania nie weszłam, dowodów nie mam, — odparła mama. — Nie chciałam mieszać się w wasze sprawy. — To był błąd! — wykrzyknął Nikita, o mało co nie przewracając filiżanki. — I co mam teraz zrobić? — Wymuś zrobienie testu. — Odpowiedziała spokojnie Anna, kryjąc uśmiech. Synowa jej nigdy nie pasowała. — Albo zrób go sam. Masz do tego prawo jako ojciec. ***************************************************** — Możesz spać spokojnie, — odłożył Nikita niepotrzebną już kopertę, którą dostarczył kurier. — Arina jest moją córką. Jak obiecałem, nie poruszę już więcej tego tematu. — Coś mi się tu nie zgadza, — zirytowana Ola spojrzała podejrzliwie na otwartą kopertę. — Ty zrobiłeś test DNA bez mojej zgody? — No tak, — odpowiedział beztrosko Nikita. — Zajrzałem tam, jak byłem z córką na spacerze. Moja córka, nie było problemu. — Problem właśnie jest, — powiedziała cicho Ola. — Szkoda tylko, iż tego nie rozumiesz. Następnego dnia Nikita wyszedł jak zwykle do pracy. Wieczorem czekała go przykra niespodzianka — w pustym mieszkaniu nie było już żony ani córki, zniknęły też ich rzeczy. Na stole została tylko jedna kartka. „Swoim brakiem zaufania zniszczyłeś wszystko, co nas łączyło. Nie chcę żyć z kimś, komu nie ufam. Składam pozew o rozwód. Od ciebie nie potrzebuję ani mieszkania, ani alimentów. Chcę tylko, żebyś zniknął z naszego życia.” Nikita był piekielnie wściekły. Jak Ola mogła go zostawić? I zabrać córkę? Wykręcił jej numer. Telefon odebrał mężczyzna, który w milczeniu wysłuchał potoku obelg i poprosił, żeby więcej nie dzwonił. — Wiedziałem, iż mnie zdradza! — wykrzyczał Nikita, kipiąc z frustracji. — Ledwo odeszła, a już ma innego! Niech się wypcha! Nie pomyślał nawet, iż Ola mogła pojechać do rodziców, a telefon odebrał jej brat, nie chcąc niepokoić świeżo zasypiającej siostry. Nikita podjął już swoją decyzję. Rozwód przebiegł gwałtownie i z porozumieniem stron. Mała Arina została z matką i już nigdy więcej nie zobaczyła swojego biologicznego ojca…
Ciotka w odwiedzinach, a żona w łzach
Mój brat powiedział mi, iż nasza mama podniosła rękę na jego żonę, a ja od razu poczułem, iż coś jest nie tak — poruszająca historia rodzinnych tajemnic, dramatycznej konfrontacji i wybaczenia w polskim domu
Z życia wzięte. "Zawsze wybierał matkę, nigdy mnie": Dopiero po latach zrozumiałam, iż w tym małżeństwie byłam zupełnie sama
Neil Gaiman po roku przerwał milczenie. Ciążą na nim poważne zarzuty
Młodszy brat księżnej Diany sfinalizował rozwód z trzecią żoną. W tle oskarżenia i pozwy
Ożeniłem się pół roku temu i od tamtej pory nie daje mi spokoju jedno wydarzenie ze ślubu: kłótnia mojej żony z moim najlepszym przyjacielem, którą przypadkiem podsłuchałem – od tego czasu nie mogę przestać o tym myśleć.
Rozwód biznesowy w spółce z o.o. Jak spłacić wspólnika i nie zbankrutować?
— Dobrze, zróbmy test DNA, — uśmiechnęłam się do teściowej. — Ale niech i twój mąż sprawdzi swoje ojcostwo…
Zerwałam więzi z rodziną – i po raz pierwszy czuję, jakbym naprawdę oddychała
– I co ci dało to twoje użalanie się? – zapytał mąż. Odpowiedź kompletnie go zaskoczyła Gdy budzisz się o piątej nad ranem, bo serce ściska z niepokoju… Życie Mariny: z obiecującej ekonomistki stała się niewidzialną częścią biznesu męża, księgową bez kwalifikacji, sprzątaczką i powierniczką jego dokumentów. Gdy zmęczenie nie daje oddychać, a paniczne ataki wykańczają – mąż zarzuca jej użalanie się nad sobą. Jednak tym razem Marina nie milczy. Przypomina mu, kto ma mieszkanie na własność, kto jest współkredytobiorcą, kto trzyma w rękach jego biznes i… komu zawdzięcza wszystko, co ma. Gdy Marina odkrywa romans męża z młodszą księgową, zbiera dowody, podejmuje decyzję i odchodzi – silniejsza niż kiedykolwiek. Historia kobiecej siły, która zmienia losy rodzinnej firmy i udowadnia, iż czasem warto przypomnieć, kto naprawdę trzyma wszystko w garści.
Amerykanie zaczęli wielką grę w Afryce. Chcą wypchnąć najemników Putina
Rozwód Ilgner i Małeckiego. Teściowa stanęła po jej stronie
Mieliśmy po 22 lata, gdy się rozstaliśmy. Pewnego dnia powiedział mi, iż już nie czuje tego samego, iż potrzebuje „czegoś innego”. Kilka dni później dowiedziałam się od wspólnej koleżanki — zadzwoniła i zapytała: — To prawda, iż spotyka się z dużo starszą kobietą? Zapytałam, o co chodzi. Przesłała mi zdjęcie — siedział w barze, obejmując znacznie starszą kobietę. To nie był plotka, to była prawda. Gdy ludzie pytali, nie wymyślałam nic, mówiłam dokładnie to — iż zostawił mnie dla dużo starszej kobiety. Od tego wszystko się zaczęło. Tydzień później koleżanka napisała do mnie na Messengerze: — Hej, wszystko w porządku? Zapytałam, o co chodzi. Odpisała: — Po prostu… on opowiada dziwne rzeczy na twój temat. Poprosiłam o wyjaśnienie. Powiedziała, iż rozpowiada, iż się nie myłam, iż pachniały mi pachy, iż miałam nieświeży oddech, iż widział u mnie wszy. Zamarłam. Wpatrywałam się w ekran, nie wiedząc, co odpisać. Potem zaczęły spływać kolejne komentarze. Inna koleżanka zadzwoniła i powiedziała, iż opowiadał to na spotkaniu, śmiejąc się przy znajomych. Powiedział dosłownie: — Nie wiecie, przez co musiałem przechodzić. A kiedy zapytali, czemu nie rozstał się ze mną wcześniej, odpowiedział: — Niestety. Zauważyłam spojrzenia. Ludzie, którzy dawniej witali się ze mną normalnie, teraz patrzyli na mnie dziwnie. Jedna współpracowniczka, która zawsze mi zazdrościła, zaproponowała mi dezodorant „tak na wszelki wypadek”. Nie wierzyłam, jak gwałtownie może rozprzestrzenić się plotka. Powiedział to raz — potem powtarzał i rozbudowywał. Postanowiłam napisać do niego: — Dlaczego opowiadasz takie rzeczy o mnie? Odpisał po paru godzinach: — Ty zaczęłaś kłamać o mnie. Wyjaśniłam mu, iż mówiłam tylko prawdę — iż spotyka się z inną kobietą. Odpowiedział: — To nie jest sprawa innych. Nigdy nie zaprzeczył temu, co powiedział. Nigdy nie poprosił, żeby przestano komentować. Nigdy nikogo nie poprawił. Pozwolił, by wszystko się kręciło dalej. W tym czasie pokazywał się publicznie z tą kobietą, ale wymagał, by nie rozmawiać o różnicy wieku. Ja byłam ofiarą poboczną. Związek się skończył, ale szum trwał jeszcze przez miesiące. Musiałam zmienić otoczenie, przestać chodzić w niektóre miejsca, zerwać kontakt z osobami, które powtarzały to, co mówił. On żył sobie dalej. My, kobiety, najczęściej ponosimy największe konsekwencje, gdy mężczyźni czują się niepewnie.
Najboleśniejsza rzecz, jaka mnie spotkała w 2025 roku, to odkrycie, iż mój mąż mnie zdradza… a mój brat, kuzyn i ojciec wiedzieli o wszystkim przez cały czas. Byliśmy małżeństwem jedenaście lat. Kobieta, z którą mąż miał romans, pracowała jako sekretarka w firmie mojego brata. Ich relacja zaczęła się od momentu, gdy brat ich sobie przedstawił. Nie była to przypadkowa znajomość. Spotykali się w pracy, na zebraniach, wydarzeniach firmowych i towarzyskich, gdzie często bywał mój mąż. Kuzyn widywał ich także w tym samym środowisku. Wszyscy się znali. Wszyscy często się widywali. Przez miesiące mój mąż żył ze mną tak, jakby nic się nie działo. Chodziłam na rodzinne spotkania, rozmawiałam z bratem, kuzynem i ojcem, nie wiedząc, iż cała trójka jest świadoma romansu. Nikt nie ostrzegł mnie ani słowem, nikt nie próbował przygotować mnie na to, co dzieje się za moimi plecami. Gdy w październiku się o tym dowiedziałam, najpierw skonfrontowałam się z mężem, który wszystko potwierdził, a następnie zapytałam brata, czy wiedział — przyznał, iż tak i iż to, co dzieje się w związku, nie jest jego sprawą, bo „między facetami o takich rzeczach się nie rozmawia”. Kuzyn stwierdził, iż nie chciał się wtrącać, a ojciec powiedział, iż nie chciał konfliktów i nie będzie się mieszał w sprawy małżeńskie. Po tym wszystkim wyprowadziłam się — dom jest na sprzedaż, nie było publicznych awantur, bo nie zamierzam się upokarzać. Kobieta wciąż pracuje u brata, a brat, kuzyn i ojciec utrzymują z nimi dobre stosunki. Na Boże Narodzenie i Sylwestra mama zaprosiła mnie do siebie, gdzie miała być cała trójka, ale odmówiłam, bo nie jestem w stanie usiąść przy jednym stole z ludźmi, którzy wiedzieli i milczeli. Od października nie mam z nimi kontaktu i nie sądzę, żebym kiedykolwiek mogła im wybaczyć.
Jeszcze nie dotarł. Ostatnio był przytłoczony pracą i przychodzi coraz później.
Jeśli mama nie zamieszka z nami, biorę rozwód!” I tak zrobił…
Dzień, w którym dowiedziałam się, iż moja siostra wychodzi za mojego byłego męża Byłam żoną przez siedem lat. Mieszkaliśmy razem od młodych lat. Urządziliśmy wspólne mieszkanie – kupiliśmy meble, ułożyliśmy sobie życie, wszystko wydawało się normalne. Związek się rozpadł, gdy odkryłam, iż ma inną kobietę. Znalazłam wiadomości, dziwne grafiki, wymówki. Kiedy go przycisnęłam, przyznał się do wszystkiego. Powiedział, iż już nie jest szczęśliwy. Rozwiedliśmy się. Byłam załamana i wtedy zerwałam całkowicie kontakt – zarówno z nim, jak i z całą moją rodziną. Wyjechałam z kraju i przestałam się odzywać do kogokolwiek. W tym czasie nie wiedziałam nic o jego życiu. Zablokowałam go. Nie pytałam o niego. Moja rodzina również nic mi nie mówiła. Założyłam, iż nie mają z nim już kontaktu. Wróciłam i stopniowo zaczęłam znowu spotykać się z bliskimi – na urodzinach, rodzinnych obiadach, przez rozmowy telefoniczne. Nikt nie powiedział mi nic niezwykłego. Nic, co przygotowałoby mnie na to, co miało się wydarzyć. Z siostrą zawsze miałyśmy „w porządku” relacje, ale nigdy nie byłyśmy blisko. Rozmawiałyśmy, ale nie dzieliłyśmy się prawdziwie osobistymi sprawami. Trzy miesiące temu zadzwoniła do mnie i powiedziała, iż musimy się spotkać. Umówiłyśmy się w kawiarni. Kiedy przyszła, wyglądała na nerwową. Powiedziała, iż wychodzi za mąż i chce, żebym była jej świadkową. Zapytałam, kto jest jej narzeczonym. Zamilkła na kilka sekund. Po czym powiedziała jego imię. To był mój były mąż. Poprosiłam, żeby powtórzyła to jeszcze raz. Powtórzyła. Wytłumaczyła, iż są razem od dwóch lat. Dwa lata. To znaczy, iż ich związek zaczął się po moim rozwodzie. Czyli… nie tylko mnie zastąpił – on przeszedł do mojej siostry. Zapytałam, czy rodzina wie. Powiedziała „tak”. Na początku było niezręcznie, ale potem wszyscy to zaakceptowali. Że on znów jest częścią rodziny – ale już jako jej partner. I iż nie powiedzieli mi o tym, bo „nie wiedzieli jak”, mając na myśli „moje smutne okresy”. Tego samego dnia rozmawiałam z mamą. Potwierdziła, iż wszyscy wiedzieli. Że postanowili mi nie mówić, żeby nie wywoływać konfliktu. Poprosiła mnie, żebym „zachowała się dojrzale” i nie robiła problemów rodzinnych. Powiedziała, iż ślub już jest organizowany i nie chcą napięć. Odmówiłam bycia świadkową. choćby nie potwierdziłam obecności. Od tamtej pory mój kontakt z rodziną jest minimalny. Ślub się odbywa. Siostra przez cały czas jest z nim. A teraz wychodzi na to, iż to ja jestem niedojrzała – ich zdaniem. Czy naprawdę to możliwe, iż ja jestem tą niedojrzałą?
Miałem w życiu trzy poważne związki. W każdym z nich wierzyłem, iż zostanę ojcem. Za każdym razem odchodziłem, gdy rozmowy o dzieciach stawały się poważne. Pierwsza partnerka miała już małe dziecko – miałem wtedy 27 lat. gwałtownie przyzwyczaiłem się do jej, a adekwatnie naszego trybu życia i obowiązków. Gdy zaczęliśmy planować własne dziecko, miesiące mijały bez skutku. Ona poszła do lekarza – była zdrowa. Poprosiła mnie o badania, a ja uparcie twierdziłem, iż jeszcze przyjdzie odpowiedni czas. Czułem się coraz bardziej sfrustrowany, spięty, rozmowy zamieniały się w kłótnie – aż pewnego dnia po prostu odszedłem. Drugi związek był inny – nie miała dzieci, oboje chcieliśmy ułożyć sobie życie i mieć rodzinę. Lata starań kończyły się niepowodzeniem, a każdy negatywny test sprawiał, iż zamykałem się w sobie. Unikałem rozmów, czułem się coraz bardziej osaczony – po czterech latach się rozstaliśmy. Moja trzecia partnerka miała już dwóch nastoletnich synów. Od początku mówiła, iż nie chce więcej dzieci, ale sam wróciłem do tej rozmowy, chcąc udowodnić sobie, iż potrafię. I znów nic. Wszystkie trzy związki łączył ten sam lęk – iż jeżeli pójdę na badania, dowiem się rzeczy, z którymi nie dam sobie rady. Nigdy się nie odważyłem. Wolałem odejść, niż usłyszeć diagnozę. Dziś, po czterdziestce, widzę moje byłe partnerki z ich rodzinami i czasem zastanawiam się, czy naprawdę mi przeszło… czy po prostu zabrakło mi odwagi zostać i zmierzyć się z prawdą.
Wiśniewski nie mógł dłużej milczeć ws. piątego małżeństwa. A jednak
Zerwałam kontakty z rodziną – i po raz pierwszy oddycham pełną piersią
– Mamo, mam już dziesięć lat, prawda? – zapytał nagle Michałek, wracając ze szkoły. – No i co z tego? – Mama ze zdziwieniem spojrzała na syna. – Jak to „no i co”? Przecież chyba nie zapomniałaś, iż razem z tatą obiecaliście mi coś, kiedy skończę dziesięć lat? – Obiecaliśmy? A co takiego mieliśmy ci pozwolić? – Pozwolić mi mieć psa. – Nie! – Mama aż przestraszyła się na to słowo. – Wszystko, tylko nie to! Może kupimy ci elektryczną hulajnogę? Najdroższą jaką znajdziemy. Ale pod warunkiem, iż o psie już nigdy więcej nie wspomnisz. – Aha, czyli tacy jesteście… – Michałek zrobił naburmuszoną minę. – A ciągle powtarzacie mi, iż trzeba dotrzymywać słowa, a sami zapominacie o swoim… Dobrze, dobrze… Zamknął się w swoim pokoju. Nie wychodził aż do powrotu taty z pracy. – Tato, pamiętasz, co mi obiecaliście z mamą… – zaczął ponownie, ale tata mu przerwał. – Mama już dzwoniła i wspomniała o twoim pragnieniu! Nie rozumiem tylko, po co ci pies? – Przecież od dawna o nim marzę! Dobrze o tym wiecie! – Wiemy, synku. Naczytałeś się bajek o Lasse i Majce, i zachowujesz się jak maluch! Pomarzyć każdy może. Wiesz, iż rasowe psy są bardzo drogie? – Nie chcę rasowego! – zawołał Michałek. – Może być zwykły, choćby porzucony. Ostatnio w internecie czytałem o takich psach. Ty choćby nie wiesz, jakie one nieszczęśliwe. – Nie! – znów mu przerwał tata. – Zwykły pies? Po co nam taki? Nieładny jest! Zrobimy tak, Michałek: mogę zgodzić się na przygarnięcie psa, ale tylko jeżeli znajdziesz pięknego, młodego, porzuconego rasowca. – Naprawdę tylko takiego? – Michałek posmutniał. – Tak, syneczku! Przecież musisz z nim chodzić na wystawy i ćwiczyć. Starego psa już nie nauczysz. Ale jeżeli zdobędziesz pięknego, młodego, porzuconego rasowego psa w całym Krakowie, ustąpimy z mamą. – No dobrze… – westchnął chłopiec, choć nie spotykał nigdy rasowych porzuconych psów na ulicy. Ale w końcu nadzieja umiera ostatnia. W niedzielę Michałek zadzwonił do kolegi Wojtka i razem ruszyli na poszukiwania. Chodzili przez pół miasta, aż w końcu, zmęczeni, usiedli na ławce. – A może spróbujemy w przyszłą niedzielę odwiedzić schronisko? – zaproponował Wojtek. – Tam podobno bywają też rasowe. Trzeba tylko adres zdobyć. Przez chwilę bujali w obłokach, aż nagle Wojtek pokazał coś ręką: – Michałek, patrz! Zobaczyli małego brudno-białego kundelka, który kuśtykał po chodniku. – Kundelek – stwierdził Wojtek i zagwizdał. Szczeniak podszedł nieufnie, bał się ludzi, ale Michałek przysiadł, wyciągnął rękę, a piesek po chwili zamachał lekko ogonem. – Chodź, Michałek, nie taki pies cię interesuje. Rasowcowi można nadać ładne imię, a temu raczej tylko „Guzik” pasuje – Wojtek się odwrócił. Ale Michałek jeszcze przez chwilę pogłaskał pieska. Gdy już miał odejść, usłyszał żałosne skomlenie za plecami. Wojtek szepnął przestraszony: – Michałek, on patrzy na ciebie jak na właściciela, który go porzuca. Chodź już. Michałek nie mógł oderwać nóg od ziemi. Kiedy w końcu chciał odejść, coś szarpnęło go za nogawkę – spojrzał w czarne, ufne oczy pieska. Wziął go na ręce i przytulił mocno do siebie. Już wiedział – jeżeli mama i tata go nie przyjmą, odejdzie z domu razem z nim. Na szczęście, serca rodziców też zmiękły. Następnego dnia ze szkoły Michałka czekała już nie tylko mama z tatą, ale i wykąpany, biały, radosny Guzik.
„Nie podoba mi się, iż Twoje dzieci mają już mieszkania, a mój syn niczego się nie doczeka! Pomóżmy mu zdobyć własne lokum na kredyt hipoteczny – dlaczego to ma być tylko mój problem?”
Marcela Leszczak nie mogła dłużej milczeć. "Dla mnie to istne wariactwo"
Przyszywany Tata
Gonera przerwał milczenie. A jednak to były tylko plotki o jego życiu
Córka Michała Wójcika o zdrowiu ojca. "Potrzebna chwila ciszy"
Mama jest przekonana, iż moja dziewczyna jest ze mną tylko dla mojego mieszkania w Warszawie
Najbardziej bolesną rzeczą, jaka mnie spotkała w 2025 roku, było odkrycie, iż mój mąż mnie zdradza… i iż mój brat, kuzyn oraz ojciec wiedzieli o tym przez cały czas. Byliśmy małżeństwem przez jedenaście lat. Kobieta, z którą mój mąż miał romans, pracowała jako sekretarka w firmie, w której zatrudniony jest mój brat. Ich znajomość zaczęła się po tym, jak brat przedstawił męża tej kobiecie. To nie był przypadek. Spotykali się w pracy, na spotkaniach biznesowych, wydarzeniach firmowych oraz prywatnych imprezach, w których mój mąż uczestniczył. Kuzyn także ich widywał w tych samych okolicznościach. Wszyscy się znali, widywali regularnie. Przez wiele miesięcy mój mąż żył ze mną, jakby nic się nie stało. Brałam udział w rodzinnych spotkaniach, rozmawiałam z bratem, kuzynem i ojcem, nie mając pojęcia, iż cała trójka zna prawdę o romansie. Nikt mnie nie ostrzegł, nikt mi niczego nie powiedział, nikt nie próbował mnie przygotować na to, co dzieje się za moimi plecami. Gdy w październiku dowiedziałam się o zdradzie, najpierw skonfrontowałam się z mężem. Potwierdził romans. Potem rozmawiałam z bratem. Zapytałam wprost, czy wiedział. Odpowiedział „tak”. Spytałam, od kiedy wie. Powiedział: „od kilku miesięcy”. Spytałam, dlaczego nic mi nie powiedział. Odparł, iż to nie jego sprawa, iż to sprawa między małżonkami i „między mężczyznami takie rzeczy się nie omawia”. Następnie rozmawiałam z kuzynem. Zadałam te same pytania. On również wiedział. Widział gesty, wiadomości i zachowania, które jasno sugerowały, co się dzieje. Gdy spytałam, dlaczego mnie nie ostrzegł, powiedział, iż nie chciał mieć problemów i nie miał prawa wtrącać się w czyjś związek. Na końcu porozmawiałam z ojcem. Spytałam, czy wiedział. Powiedział „tak”. Spytałam, od kiedy. Odpowiedział, iż od dawna. Pytałam, dlaczego milczał. Odpowiedział, iż nie chciał konfliktów, iż takie sprawy rozwiązują małżonkowie i nie zamierza się mieszać. W zasadzie wszyscy powiedzieli mi to samo. Wyprowadziłam się z domu, a aktualnie jest wystawiony na sprzedaż. Nie było publicznych awantur ani fizycznych spięć, bo nie zamierzam się dla nikogo poniżać. Kobieta wciąż pracuje w firmie mojego brata. Brat, kuzyn i ojciec utrzymują z moim mężem normalne stosunki. Na Boże Narodzenie i Sylwestra mama zaprosiła mnie na wspólne święta z bratem, kuzynem i ojcem. Powiedziałam, iż nie mogę przyjść. Wytłumaczyłam, iż nie jestem w stanie siedzieć przy jednym stole z ludźmi, którzy wiedzieli o zdradzie i wybrali milczenie. Świętowali razem. Mnie nie było ani w Wigilię, ani w Nowy Rok. Od października nie mam kontaktu z żadnym z nich. Nie sądzę, żebym była w stanie im wybaczyć.