Kryzysy i rozstania

Fani w napięciu: co dalej z Anią i Marcinem. Jest komunikat w sprawie ich związku
My się do was wprowadzamy! — Ola ma świetne mieszkanie w centrum. Świeżo po remoncie, gotowe do zamieszkania! — Dobre dla samotnej dziewczyny — Ryszard uśmiechnął się protekcjonalnie do Ingi, jak do dziecka. — A my planujemy dwójkę, a najlepiej trójkę dzieci. Jeden po drugim. W centrum hałas, nie ma gdzie oddychać ani gdzie zaparkować. I tylko dwa pokoje. A u was aż trzy, cicho, przedszkole pod nosem. — Tu jest naprawdę super — potwierdził Sławek, przez cały czas nie rozumiejąc, do czego zmierza przyszły szwagier. — Dlatego tu zostaliśmy. — No właśnie! — Ryszard strzelił palcami. — Mówię Oli: po co się cisnąć, skoro rozwiązanie mamy pod ręką? We troje z córką ta powierzchnia jest dla was za duża. Jeden pokój to już magazyn. Nam będzie w sam raz. Inga próbowała wepchnąć odkurzacz piorący do ciasnej szafy na przedpokoju…
Nie tylko zbiórka pieniędzy. istotny apel Jerzego Owsiaka przed finałem WOŚP
Przyjęłam przyjaciółkę po jej rozwodzie, a z czasem uświadomiłam sobie, iż powoli zamieniam się w służącą we własnym domu.
Syn mojego byłego męża z drugiego małżeństwa ciężko zachorował, a były poprosił mnie o wsparcie finansowe. Odmówiłam stanowczo!
Żona i teść Karina tylko udawała, iż chce poznać rodziców Wadka. Po co jej to w ogóle? Przecież nie z nimi zamierza mieszkać, a od jego ojca, który podobno jest dobrze ustawiony, można się spodziewać głównie kłopotów i podejrzliwości. Ale skoro już postanowiła wyjść za mąż, trzeba grać do końca. Karina wyszykowała się, ale skromnie — żeby wyglądać na miłą dziewczynę. Spotkanie z rodzicami narzeczonego to zawsze wydarzenie pełne ukrytych pułapek, a poznanie inteligentnych rodziców to w ogóle test wytrzymałości. Wadek uważał, iż potrzebuje zapewnień: — Nie stresuj się, Karina, naprawdę. Tata jest nieco mrukliwy, ale można się z nim dogadać. Nic okropnego ci nie powiedzą. Pokochają cię. Tata może trochę dziwny, ale mama — dusza towarzystwa — przekonywał ją pod klatką rodziców. Karina tylko się uśmiechnęła, odgarniając kosmyk włosów. Tata mrukliwy, mama dusza towarzystwa. Piękne połączenie. Uśmiechnęła się w duchu. Dom nie zrobił na niej wielkiego wrażenia. Bywała w bogatszych. Przyjęto ich od razu. Karina niespecjalnie się przejmowała. Po co? Ludzie, jak ludzie. Nina, jak już słyszała od Wadeka, to gospodyni domowa z długoletnim stażem, czasem tylko jeździ gdzieś z koleżankami, ale nic specjalnego. A ojciec, pan Aleksander, choć nie za wesoły, to przynajmniej milczący. Nazwisko wydało się jej jednak podejrzanie znajome… Przyjęto ich… I Karina stanęła jak wryta, choćby nie wchodząc do mieszkania. To już koniec… Przyszłą teściową widziała pierwszy raz, za to przyszłego teścia poznała zaledwie po sekundzie… Spotkali się już. Trzy lata wcześniej. Nie tak, żeby często, ale obu się to wtedy opłacało. W barach, w hotelach, w restauracjach. Naturalnie, żona Aleksandra i jego syn o tym spotkaniu nie mieli pojęcia. I po balu. Aleksander poznał ją również. W jego oczach mignął błysk — zaskoczenie, zdumienie albo coś bardziej złowrogiego, może już knuł, ale nie powiedział ani słowa. Wadek, nieświadomy niczego, z euforią ją przedstawił. — Mama, tata, poznajcie Karinę. Moją narzeczoną. Przyprowadziłbym ją wcześniej, ale była taka nieśmiała. Ups… Aleksander podał rękę. Uścisk był mocny, lekko sztywny. — Bardzo mi miło, Karino — powiedział, a w głosie zabrzmiała ledwie uchwytna nuta… czegoś, czego Karina nie potrafiła od razu nazwać. Może złości. Może ostrzeżenia. Albo… Karina rozważała, jak się wykręcić, spodziewając się, iż Aleksander zaraz ujawni, kim kiedyś była. — Mi również bardzo miło, panie Aleksandrze — grała, starając się, by od razu jej nie zdekonspirowano. Uścisnęła mu dłoń, czując napływ adrenaliny. Co będzie dalej… Ale… nic się nie wydarzyło. Aleksander, wykrzesawszy coś na kształt uśmiechu, osobiście podsunął jej krzesło przy stole. Pewnie zamierza ośmieszyć ją później… Ale nie zaczął. I wtedy Karinę olśniło — nie zdekonspiruje jej, bo musiałby wydać samego siebie przed żoną. Po chwili atmosfera rozluźniła się. Nina opowiadała historie z dzieciństwa Wadeka, Aleksander wydawał się szczerze zainteresowany Kariną, zadawał pytania o jej pracę. Ha! Wiedział o niej znacznie więcej. Jego subtelna ironia już jej nie ruszała. choćby kilka razy zażartował, a Karina, ku własnemu zaskoczeniu, przyłączyła się do śmiechu. Jednak w żartach przemykały dyskretne aluzje, zrozumiałe tylko dla nich dwojga. Na przykład, patrząc na Karinę, zauważył: — Wie pani, Karino, przypomina mi pani pewną moją dawną… koleżankę. Też była bardzo bystra. I niezwykle potrafiła znaleźć dojście do ludzi. Niemal do każdego. Karina nie tracąc rezonu: — Talentów, panie Aleksandrze, są różne rodzaje. Wadek, jak przystało na zakochanego narzeczonego, patrzył na nią z zachwytem, nie dostrzegając żadnych podtekstów. Naprawdę ją kochał. I to było chyba najważniejsze. I najbardziej bolesne — dla niego. Później, kiedy rozmowa zeszła na podróże, Aleksander spojrzał na Karinę: — Ja, na przykład, lubię odludne miejsca. Żadnego zgiełku. Można posiedzieć w ciszy, pogrążyć się w lekturze. A pani, Karino? Jakie miejsca pani woli? Podpuścił. — Lubię gwar, kiedy wszędzie są ludzie — odpowiedziała Karina, nie dając się złapać — Choć czasem obce uszy bywają niebezpieczne. Przez ułamek sekundy, ale Nina coś zauważyła. Karina dostrzegła, jak przyszła teściowa marszczy brwi, ale zaraz przypomniała sobie, iż to na pewno nic takiego. Aleksander wiedział, iż Karina nie należy do tych, co szukają ciszy. I wiedział dlaczego. Wieczorem, gdy wszyscy szykowali się do snu, Aleksander przytulił Wadeka. — Synu, dbaj o nią. Jest… wyjątkowa. Zabrzmiało to i jak komplement, i jak kpina. Choć nikt poza Kariną tego nie zrozumiał. Karina poczuła, jak w pokoju nagle zrobiło się lodowato. „Wyjątkowa”. To słowo wybrał. *** Nocą, kiedy dom pogrążył się w ciszy, Karina nie mogła zasnąć. Leżała, rozmyślając nad nieoczekiwanym spotkaniem i próbując wymyślić, jak żyć ze świeżo odkrytą prawdą. Perspektywy nie były zbyt różowe. Domyślała się, iż Aleksander, tak jak ona, raczej nie zmruży oka. On — po niespodziewanym spotkaniu, ona — przed nadchodzącą rozmową. I przez wszystko, szczerze mówiąc. Cichutko wstała, narzuciła na koszulkę z krótkimi spodenkami domową bluzę i wyszła z pokoju. Schodząc po schodach, celowo stukała, na tyle delikatnie, by tylko ci niespiący to usłyszeli, i wyszła na werandę, licząc, iż Aleksander ją gwałtownie zauważy. Długo nie musiała czekać. — Nie śpi się? — zapytał, podchodząc z tyłu. — Coś sen nie chce przyjść — odpowiedziała Karina. Zerwał się lekki wiaterek. Wyraźnie poczuła znajomy zapach jego perfum. Przyglądał się jej uważnie. — Czego chcesz od mojego syna, Karino? — nie zostało nic z dawnych uprzejmości — Wiem, do czego jesteś zdolna. Wiem, ilu takich jak ja było w twoim życiu. I wiem, iż zawsze chodziło ci o pieniądze. Nie kryłaś tego zresztą. Cenę, choć subtelnie, podawałaś od razu. Po co ci Wadek? Skoro nie chce rozpamiętywać przeszłości, to i Karina nie zamierza udawać dobrej. Wyszczerzyła się: — Kocham go, panie Aleksandrze — zaśpiewała — Dlaczego nie mogę? Nie uwierzył. — Ty? To żart. Wiem, jaka jesteś, Karino. I wszystko opowiem Wadkowi. Kim byłaś. Kim naprawdę jesteś. Myślisz, iż po tym cię poślubi? Karina podeszła bliżej, zostawiając tylko metr dystansu. Nachyliła się, patrząc mu w oczy. Jakby mało się już napatrzyli. — Opowiadaj, panie Aleksandrze — powiedziała przeciągle — Ale wtedy żona dowie się o naszym małym sekrecie. — To… — To nie szantaż. To wzajemność. Powiesz wszystkim, w jakich okolicznościach się poznaliśmy — nie ukryjesz też, co robiliśmy. Uwierz, uzupełnię twoją wersję wydarzeń. — To jednak co innego… — Tak? Żonie też tak powiesz? Aleksander zamilkł. Próba zastraszenia Kariny spaliła na panewce. To on był w potrzasku. Byli związani ze sobą tą samą tajemnicą. — Co jej powiesz? — Nie tylko jej. Wszystkim. Wadkowi też. Opowiem, jakim jesteś cudownym mężem, jak naprawdę wyglądały twoje „delegacje”. Wszystko im powiem. Wtedy nie będziesz miał już czego stracić. Chcesz ratować syna przed mną? Ratuj. Niełatwy wybór. Odradzić synowi ślub — to praktycznie złożyć pozew o własny rozwód. — Nie zrobisz tego. — Ja nie zdołam? — Karina się roześmiała. On zdoła, a ona nie? — Nie zrobię tego, pod warunkiem, iż pan też zachowa milczenie na temat mojej, jak pan to ujął, „kalkulacji”. Bo jeżeli pan powie jedno słowo, ja nie będę miała czego stracić. A Nina… ona bardzo ceni sobie wierność. Kiedyś, kompletnie zalany, wyznał Karinie, iż żona nigdy by mu nie wybaczyła zdrady. Nina jest zbyt dobra, zbyt wierna. Bez szans. Więc naprawdę musiał wybierać. Wiedział, iż Karina nie blefuje. — Dobrze — wykrztusił — Nic nie powiem. I ty… też milcz. Nikt nie będzie o niczym mówił. Zapomnijmy. Karina nie miała powodu się martwić. On miał więcej do stracenia. — Jak pan sobie życzy, panie Aleksandrze. Następnego dnia opuścili dom rodziców Wadeka. Pod nienawistnym spojrzeniem przyszłego teścia Karina żegnała się z jego żoną, która już zdążyła nazwać ją „córeczką”. Aleksandra dosłownie szarpał nerwowy tik. Cierpiał, bo nie mógł ostrzec syna przed podstępem przyszłej synowej, ale bał się wystawić siebie. Stracić Ninę — to stracić nie tylko żonę, ale też sporą część majątku. Żona z pustymi rękami nie odejdzie. A syn raczej mu nie wybaczy… Za kolejną wizytą Karina i Wadek zostali u rodziców na całe dwa tygodnie. Urlop rozkręcił się na dobre. Aleksander jak ognia unikał spotkań z Kariną, zasłaniając się obowiązkami. Raz, gdy domem gospodarzył sam, poniosła go ciekawość. Postanowił przetrząsnąć rzeczy Kariny. Może znajdzie coś, co da mu przewagę. Przekopał kosmetyczkę, organizer, mały notes. Nagle dostrzegł biało-niebieski przedmiot. Test ciążowy. Dwie grube kreski. — Myślałem, iż tragedią będzie, jak mój syn się z nią ożeni… Nie, to jest tragedia! — odłożył test, ale nie zdążył zamknąć torby. Karina już go przyłapała. — Ładnie to tak grzebać w cudzych rzeczach? — wytknęła mu z sarkazmem, ale nie wyglądała raczej na zmartwioną. Aleksander nie zaprzeczał. — Jesteś w ciąży z Wadkiem? Karina powoli podeszła, odebrała mu torbę i spojrzała mu prosto w oczy: — Chyba za wcześnie zepsuł pan niespodziankę, panie Aleksandrze. Aleksander aż się zagotował. Teraz Karina już z pewnością nie zostawi jego syna. jeżeli opowie prawdę — klęska dla wszystkich. Zamilkł zupełnie. Tak trudno było milczeć, widząc naiwność syna. *** Minęło dziewięć miesięcy… i jeszcze pół roku. Wadek i Karina wychowywali córeczkę, Alisę. Aleksander unikał odwiedzin u nich. Nie chciał ich widzieć. Nie chciał o tym myśleć. Wnuczki nie uznawał za swoją. Karina go przerażała. Bał się jej chłodnych uczuć do Wadeka i tego, co było w jej przeszłości. I znów. Nina wybierała się do Wadeka i Kariny. — Aleksander, jedziesz ze mną? — Nie, boli mnie głowa. — Znowu? To już brzmi poważnie. — Nie, tylko zmęczony jestem. Jedź sama. Aleksander, jak zawsze, udawał migrenę, przeziębienie, zapalenie, ból nóg — zawsze coś wymyślał. choćby dla wiarygodności łknął tabletkę. Po prostu nie mógł znieść widoku Kariny. Ale i powiedzieć wszystkiego nie mógł. Ten wieczór był nudny, jeżeli nie liczyć uporczywych myśli. Poległ. Poczytał. W końcu zauważył, iż Nina długo nie wraca. Już jedenasta, a jej wciąż nie ma. Telefon nie odpowiada. Oczywiście dzwoni do Wadeka. — Wszystko w porządku? Nina już pojechała? Nie ma jej w domu. — Tato, jesteś ostatnim człowiekiem, z którym mam ochotę rozmawiać. I się rozłączył… Aleksander już chciał jechać do syna, gdy pod dom podjechała Karina. Na jej widok aż zbladł. — Co cię tu przywiodło?! Mów! — potrząsnął nią — Co się stało? Karina wydawała się jednak zaskakująco spokojna. Nalała sobie wina. Wypiła. Rozsiadła się wygodnie. — Nastąpiła katastrofa. — Jaka? — Nasza. Wspólna. Wadek znalazł na stronie jakiejś knajpy nasze fotki sprzed czterech lat. Z imprezy, którą wtedy zorganizowali w „Oazie”, pamiętasz? Wadek chciał zamówić tam coś na rocznicę, wszedł na stronę… I tam my. W pełnej krasie. Fotograf, psiamać, wrzucił wszystko! Teraz Wadek szaleje. Twoja Nina zamierza wnieść pozew o rozwód. A ja, jak sam chciałeś, też chyba rozwodzę się z twoim synem. Aleksander wgapiał się w nią ogłupiały. Przed oczami przeleciała mu cała galeria wspomnień. Ta strona, ta impreza… Przypomniał sobie, jak wtedy prosił, żeby nie robić zdjęć… Kto by pomyślał, iż wszystko wyjdzie! Bezwładnie usiadł obok na podłodze. — Po co tu przyjechałaś? — Chciałam się na wieczór ulotnić — uśmiechnęła się Karina — Dom jest teraz jednym wielkim chaosem. Alisę pilnuje niania. Chcesz wina? Podała mu jego własne wino. Siedzieli na werandzie i pili. Wydawało się, iż tylko świerszcze burzą tę ciszę — i już nic więcej ich nie łączy. — To wszystko przez ciebie — powiedział Aleksander. Karina przytaknęła z powagą. — Mhm. — Jesteś nie do wytrzymania. — Zgadza się. — choćby ci nie żal Wadeka. — Żal. Ale siebie bardziej. — Kochasz tylko siebie. — Nie zamierzam się kłócić. Nagle ujął jej brodę i spojrzał w oczy. — Przecież wiesz, iż nigdy cię nie kochałem — wyszeptał. — Wierzę, bez problemu. *** Rano, gdy Nina wróciła z pojednawczą wizytą — zdecydowana wybaczać, choćby to kosztowało ją wszystkie nerwy świata — zastała Karinę i Aleksandra śpiących razem. — Kto tam? — podniosła się Karina. — Ja — powiedziała Nina, patrząc, jak wali się jej życie. Karina zobaczywszy ją, uśmiechnęła się tylko lekko. Aleksander przebudził się później, ale za żoną nie pojechał.
Ludzie mają luksusowe rzeczy. Lodówki, które odpowiadają na pytania. Samochody, które piszczą przy każdym oddechu. Kosiarki do trawy droższe niż moja pierwsza kaucja za mieszkanie. A ja? Mam starą kosiarkę z obdrapaną farbą, zrzędliwym szarpakiem i upartym sercem kozicy. Trafiła do mnie jak większość narzędzi do przetrwania — przez przypadek i z konieczności. Mój były kupił ją kiedyś za grosze na osiedlowej wyprzedaży. Gdy nasze życie było jeszcze „my”, gdy wierzyliśmy w „na zawsze” i regulowaliśmy rachunki na czas. Po rozwodzie dzieliliśmy, co się dało. On odjechał z tym, co robi wrażenie na zdjęciach. Ja zabrałam to, dzięki czemu życie się kręci. Kilka kuchennych podstaw, odkurzacz, który ledwo zipał, i kosiarkę—bo trawa nie pyta, ile masz na koncie. Nie zatrzymałam jej z sentymentu. Po prostu nie było mnie stać na nową. A potem czas zrobił swoje. Życie byłego posypało się jak jesienne liście na wietrze—złe decyzje, coraz głośniejsze wymówki, dziwaczniejsze poglądy. Słyszałam nowinki od ludzi, którzy zawsze opowiadali, jakby obchodzili się z czymś kruchym. Stracił wszystko, co błyszczało. Ja zostałam z kosiarką. I lata minęły. Jedenaście lat dbania o wszystko samodzielnie. Jedenaście lat uczenia się naprawiania, kombinowania i radzenia sobie bez wsparcia. A nie mam ani zamykanego garażu, ani choćby porządnej szopy. Ona stoi pod gołym niebem cały rok, gdzie polska zima potrafi pogryźć każdą maszynę. To mróz, który łamie plastik i sprawia, iż metal przeżywa swoje. Każdej wiosny wychodzę z duszą na ramieniu, jak do starego znajomego, który może już mnie nie poznać. Otrzepuję ramę, wyciągam stare liście z miejsc, w które nie powinny się dostać, sprawdzam paliwo jak pielęgniarka puls. Wciskam ten miękki, gumowy przycisk, który serwuje odrobinę nadziei silnikowi. Rytuał: stopy, nie mechanika, tylko numer 38. Uchwyt w dłonie. Szarpnięcie. Nic. Kolejne. Dalej cisza. Trzecie i ciche błaganie do sił wyższych: Błagam, nie dziś. Bo jeżeli nie zapali, to nie tylko problem—nowe wydatki, kolejny dowód, iż życie potrafi nagle wszystko utrudnić. A potem—jakby miała mi za złe, iż zwątpiłam—odpala z takim warkotem, jakby mówiła: Jeszcze tu jestem. Chodźmy. Tak co wiosna. Jedenaście wiosen. Po deszczu, śniegu, lodzie, upale i wszystkim, co spadło z nieba—ona wstaje i robi swoje. I za każdym razem czuję wzruszenie, które trudno wytłumaczyć. Nie dlatego, iż to po prostu kosiarka. Ona jest dowodem. Dowodem, iż coś może być stare, niedoskonałe, a i tak działać. Dowodem, iż wytrzymałość nie jest piękna, a przetrwanie nie musi błyszczeć, tylko być uparte. Mało kto mówi o cichych zwycięstwach. Liczą się spektakularne zmiany: nowy samochód, mieszkanie, lepsze życie. A czasem to zwycięstwo jest inne: maszyna, która nie chce umrzeć. Kobieta, która wszystko ogarnia — sama. I ogród, który jest skoszony, bo ktoś—ja—zdecydował się nim zająć. Mam 50 lat. Kręgosłup narzeka bardziej niż dawniej. Cierpliwość krótsza. Budżet wciąż na krawędzi. Ale gdy kosiarka odpala, stoję z uśmiechem, z rozwianymi włosami, rękami na rączce i słucham jej jakby mi kibicowała. Ona nie zna mojej historii. Ale jest jej częścią. Więc tak—kocham tę kosiarkę. Nie dlatego, iż jest luksusowa. Bo jest wierna. A w świecie, gdzie tyle się rozpada, wierność to prawdziwy cud. 💚 Dzięki, iż przeczytałeś moją historię.
My się wprowadzamy do waszego mieszkania — Ola ma świetne mieszkanie w centrum. Świeżo po remoncie, żyć nie umierać! — Mieszkanie jest idealne dla samotnej dziewczyny — Rustam uśmiechnął się do Iny z pobłażaniem, jak do dziecka. — A my planujemy dwójkę, a najlepiej trójkę dzieci. Jedno po drugim. W centrum jest głośno, nie ma czym oddychać, brak miejsca do parkowania. I najważniejsze — są tam tylko dwa pokoje. Tutaj macie trzy. I spokojna okolica, przedszkole pod nosem. — Rzeczywiście, fajna okolica — przyznał Sławek, wciąż nie rozumiejąc, dokąd prowadzi przyszły zięć. — Dlatego tu się osiedliliśmy. — No właśnie! — Rustam pstryknął palcami. — I mówię Oli: po co się męczyć w ciasnocie, skoro gotowe rozwiązanie jest pod nosem? We troje z córką tyle metrów wam niepotrzebnych. Po co wam tyle? Jednego pokoju adekwatnie nie używacie, skład macie tam. Nam się przyda. Ina usiłowała upchnąć myjkę parową w wąskiej szafce w przedpokoju. Odkurzacz stawiał opór, zahaczał rurą o wieszaki i za nic nie chciał stanąć na wyznaczone miejsce. — Sławek, pomóż! — zawołała w stronę pokoju. — Albo szafka się skurczyła, albo ja już nie umiem nic poukładać. Sławek wychylił się z łazienki — właśnie kończył naprawiać kran. Spokojny, zawsze trochę flegmatyczny, był całkowitym przeciwieństwem żony. — Już pomagam, Inka. Daj tutaj. Zgrabnie pochwycił ciężki sprzęt i jednym ruchem umieścił go w rogu szafy. Ina odetchnęła i oparła się ramieniem o framugę. — Powiedz mi, czemu nam zawsze brakuje miejsca? Mieszkanie niby duże, trzy pokoje, a jak przyjdzie sprzątać, to połowę rzeczy wynosić na dwór… — Bo masz słabość do zbieractwa — zażartował Sławek. — Po co nam trzy serwisy? Korzystamy z jednego i to od święta. — Niech stoją, to pamiątka. W końcu to mieszkanie po babci. Po ślubie rodzice Sławka uczciwie podzielili spadek: syn dostał duże trzypokojowe mieszkanie na spokojnym osiedlu, babcine, a jego siostra Ola — dwa pokoje, ale w samym centrum, na „złotym trójkącie”. Wartościowo wychodziło podobnie. Przez pięć lat dogadywali się świetnie, nikt nikomu nie zazdrościł. Ina naiwnie sądziła, iż tak będzie zawsze, ale… *** Posprzątali, uprzątnęli bałagan, usiedli na chwilę. Ledwo zdążyli włączyć telewizor, zadzwonił dzwonek. Sławek poszedł otworzyć. — Siostra z narzeczonym przyszli — powiedział do żony, patrząc przez wizjer. Pierwsza wbiegła do mieszkania Ola. Za nią wszedł ciężkim krokiem Rustam. Ina widziała go raptem kilka razy: Ola poznała go pół roku temu na siłowni. Już od początku jej nie podobał się — nadęty, wywyższający się. Z góry patrzył i na nią, i na Sławka. — Cześć! — Ola cmoknęła brata w policzek i uścisnęła Inę. — Przejeżdżaliśmy, to wpadliśmy. Mamy nowiny! — No to siadajcie, jak już przejeżdżaliście. Nowiny zawsze mile widziane — Sławek zaprosił gestem do kuchni. — Herbaty? — Dajcie wodę — Rustam podążył za gospodarzem. — Musimy pogadać poważnie, Sławek. Tak naprawdę to nie całkiem „po drodze”. Jest sprawa do ciebie. Nie musisz się fatygować z herbatą. Usiądź. Ina poczuła niepokój — od razu jej się nie spodobał ton Rustama. O co chodzi? — No to gadaj — wzruszył ramionami Sławek. Ola udawała, iż jej nie dotyczy rozmowa, zafascynowana czymś w swoim telefonie, dając prawo głosu narzeczonemu. Rustam się odchrząknął. — Sprawa jest prosta. Z Olą złożyliśmy już dokumenty. Ślub za trzy miesiące. Poważnie podchodzę do tematu. Rodzina, wspólne życie, szczęście na lata. Obgadaliśmy warunki mieszkaniowe… Przeprowadzamy się do was, a wy do nas! Ina osłupiała. Najpierw spojrzała na męża, potem na szwagierkę, ale tamta dalej przewijała Instagrama, jakby to wcale jej nie dotyczyło. — Rustam, chyba nie rozumiem… — Sławek zmarszczył brwi — O co ci chodzi? — Ja nie aluzje rzucam, tylko podaję logiczne rozwiązanie. Zmieńmy się! My tu się wprowadzamy, wy do mieszkania Oli. Olcia w pełni się zgadza, nam obojgu wychodzi, iż to najsprawiedliwiej. Ina zaniemówiła po raz drugi. — „Sprawiedliwie”? — powtórzyła. — Rustam, serio? Przychodzisz do nas i mówisz, żebyśmy się wynieśli, bo chcesz mieć dzieci? — Po co tak ostro, Ina? — Rustam skrzywił się. — Patrzę realnie. Macie tylko jedno dziecko i z tego, co wiem, więcej nie planujecie. Po co wam tyle metrów? Przecież to nieracjonalne. My mamy plany! — A plany on sobie zrobił! — Ina zerwała się z krzesła. — Sławek, ty to słyszysz? Sławek podniósł dłoń, prosząc żonę o spokój. — Rustam, chyba zapominasz, iż to mieszkanie dostaliśmy od rodziców. Jak Ola — swoje. Sami przez pięć lat tu remont robiliśmy, wybieraliśmy wszystko. Tutaj córka nasza rośnie, ma swój pokój, przyzwyczajenia, znajomych za oknem. I ty chcesz, żebyśmy wszystko porzucili i wyprowadzili się do centrum, bo tobie tak wygodniej? — Sławek, nie przesadzaj — Rustam zasiadł wygodnie na krześle. — Jesteśmy rodziną. Ola to twoja rodzona krew. Naprawdę ci nie zależy na losie siostry? Poza tym, to dla was same plusy: dostajecie mieszkanie w centrum, i to jeszcze w lepszej cenie, sam liczyłem. — Dobre sobie — prychnął Sławek. — Jeszcze jej mężem nie zostałeś, a moim mieszkaniem już dysponujesz! Ola w końcu oderwała się od telefonu. — Dajcie spokój — jęknęła. — Rustam chce najlepiej. U nas naprawdę będzie za ciasno z dziećmi. A tutaj można w piłkę grać na korytarzu. Mama zawsze powtarzała, iż rodzina jest najważniejsza. Zapomniałeś, Sławek? — Mama mówiła o wsparciu i pomocy, a nie o wyrzucaniu kogoś z jego domu! — przerwała jej Ina. — Rozumiesz w ogóle, co twój Rustam wyprawia? — Co takiego niby? — Ola zatrzepotała rzęsami. — Ma rację. Nam się bardziej przyda. Przecież macie wolny pokój. — On nie jest wolny! — niemal krzyknęła Ina. — To mój gabinet! Pracuję tam, jakbyś zapomniała! — Pracujesz… — prychnął Rustam. — Obrazki w internecie wrzucasz? Ola mówi, iż to hobby. Możesz z laptopem na kuchni, nie jesteś królową. Sławek wstał powoli. — Dość — powiedział cicho. — Kończymy rozmowę. Wstajecie i wychodzicie. Oboje. — Sławek, chyba żartujesz? — Rustam nie drgnął nawet. — Przyszliśmy po rodzinnemu, porozmawiać. — Po rodzinnemu? — Sławek podszedł do stołu. — Przychodzisz prosić o moje mieszkanie, obrażasz moją żonę, decydujesz, gdzie ma mieszkać nasza córka? Masz w ogóle sumienie? — Jakie sumienie, Sławek! — Ina stanęła przy mężu. — Szacunku zero, wyrachowanie gołe. Jeszcze pierścionka nie nałożył, a już meble przesuwa. Ola, ty rozumiesz, kogo zaprosiłaś do domu? Ciebie też pierwszą wyniesie! — Nie mów tak! — Ola się oburzyła. — Rustam o mnie dba! O naszą przyszłość! A wy… trzymacie się m^2 i robicie z igły widły. Brawo, brat! — Skąpy to twój przyszły mąż — Sławek wskazał drzwi. — I powiem jasno: koniec gadki o zamianie. Jeszcze raz usłyszę — przestaniemy się odzywać. Rustam wstał, poprawił koszulę. Zero wstydu — tylko złość. — Szkoda, Sławek. Chciałem się dogadać. Ale jak wolisz… Ola, chodź! Kiedy drzwi za nimi trzasnęły, Ina bezwładnie opadła na kanapę, cała się trzęsła. — Widziałeś? Widziałeś to?! — spojrzała na męża z niedowierzaniem. — Skąd on się urwał? Kim on adekwatnie jest? Sławek milczał, patrząc przez okno, jak na podjeździe Rustam szefuje OLI wsiadaniem do auta, coś do niej burcząc. — Wiesz, co najgorsze? — odezwał się wreszcie. — Ola serio uważa, iż on ma rację. Zawsze była trochę… nie z tego świata, ale aż tak? — W głowie jej namieszał! — Ina zerwała się. — Sławek, musimy zadzwonić do twojej mamy. I rodziców. Muszą wiedzieć, do czego twój przyszły szwagier namawia. — Zaraz… — Sławek wyjął telefon. — Najpierw pogadam z Olą. Sama, bez tego „pawia” obok. Wybrał numer. Po dłuższych sygnałach odebrała, było słychać płacz. — Halo — wymamrotała. — Słuchaj mnie uważnie, Ola — głos Sławka był twardy. — Jesteś z nim w aucie? — Jaka różnica? — jeżeli tak, włącz głośnik, chcę, by on też słyszał. — Nie, wywalił mnie pod blokiem i odjechał. Powiedział, iż musi ochłonąć, bo moja rodzina to same samoluby. Sławek, czemu wy tacy jesteście? On chciał tylko dobrze… — Ola, otrząśnij się! — Sławek prawie krzyknął do słuchawki. — Jaki dobrze? Przyszedł wymusić moją chatę! Ty rozumiesz, iż to TWOJE mieszkanie, spadek po babci, a on już rządzi się jak właściciel? Powiedział ci o tej zamianie przed wizytą u nas? W słuchawce cisza. — Nie… — szepnęła Ola. — Mówił, iż ma dla nas wszystkich niespodziankę. I iż niby będzie lepiej. — Piękna niespodzianka. Rozstrzygnął los twój i mój, choćby nie pytając. Ola, z kim ty się związasz? To zwykły naciągacz. Dziś mieszkanie, jutro powie, iż twoje auto mu za małe, pojutrze, iż rodzice powinni przepisać mu działkę, bo potrzebuje świeżego powietrza. — Nie mów tak… — głos jej się załamał. — On mnie kocha. — Gdyby cię kochał, nie robiłby takich cyrków. Skłócił nas celowo. Ina do tej pory nie może dojść do siebie. Wiesz, iż chciał nas po prostu skłócić? — Porozmawiam z nim — wyszeptała Ola. — Porozmawiaj. I zastanów się dobrze, zanim do urzędu pójdziesz. Sławek rozłączył się i rzucił telefon na kanapę. — I co mówiła? — spytała cicho Ina. — Że nie wiedziała. Rustam szykował „niespodziankę”. Ina pokręciła głową z goryczą. — Wyobrażam sobie. Przychodzi taki menadżer, ludzi rozstawia jak meble. Metry tu, ludzi tam. Fuj, obrzydliwe. — Nic nie szkodzi — Sławek objął żonę ramieniem. — Mieszkania nie oddamy, to pewne. Ale żal mi siostry. Wpakuje się z nim… *** Bały się najgorszego — do ślubu jednak nie doszło. Rustam zerwał z Olą tego samego wieczoru. Płacząca, roztrzęsiona, przyjechała nocą do brata i wszystko opowiedziała. Rustam wrócił i od razu zaczął się pakować. Ola próbowała z nim rozmawiać, nie rozumiała, co się dzieje. Rustam stwierdził, iż nie zamierza się zadawać z takimi skąpcami. — Powiedział, iż takich krewnych mu nie potrzeba — szlochała Ola. — Bo na was nie można liczyć. I iż nie będziemy wam dzieci podrzucać w weekendy, żeby odpocząć. I kasy od was nie wyciągniemy, jak poprosimy. — Olka, nie przejmuj się! — wtrąciła Ina. — Facet nie jest wart jednej łzy! Na niego nie można liczyć, nie myśli o rodzinie, tylko o swojej wygodzie. Olej i zapomnij! Ola była rozbita parę miesięcy, ale w końcu doszła do siebie. Zrozumienie przyszło później. Jak mogła wcześniej nie przejrzeć na oczy? Gdyby za niego wyszła, całe życie by się męczyła. Na szczęście los uchronił ją w samą porę.
Działka niezgody – córka odzyskała swoje — Ksiu, zrozum, sytuacja jest dramatyczna — westchnął ciężko pan Walenty. — Maryna już od dwóch miesięcy zawraca mi głowę. Na Cyprze wypatrzyła jakąś świetną szkołę dla Denisa. No, wiesz — naszego syna. Mówi, iż trzeba mu dać dobry start, podciągnąć angielski. Ale skąd wziąć na to pieniądze? Wiesz przecież, iż teraz jestem bez pracy. Kasia powoli podniosła wzrok na ojca. — I uznałeś, iż najlepiej sprzedać działkę? — zapytała cicho. — A co niby innego mam zrobić? — ożywił się ojciec. — Działka stoi bezczynnie. Maryna tam choćby nie jeździ, nudzi się, komary ją żrą… Ona choćby nie wie, iż to już od dawna nie jest moja własność. Myśli, iż wystawimy i będziemy mieli święty spokój. Kasiu, jesteś mądrą dziewczyną. Zróbmy tak: oficjalnie ją sprzedajesz. Odbierasz dokładnie te pieniądze, które dziesięć lat temu mi pożyczyłaś — co do grosza! A resztę, tę różnicę wynikającą ze wzrostu wartości, oddasz mi. Po rodzinie. Przecież nie stracisz, prawda? Odzyskasz swoje i jeszcze pomożesz ojcu. Ojciec przyszedł niezaproszony. I tak już od lat nie mieli ze sobą zbyt wiele wspólnego — miał przecież drugą rodzinę, własne życie, a córka z pierwszego małżeństwa jakby tam nie pasowała. Kasia podejrzewała, iż przyszedł żebrać o pieniądze, ale… Tym razem propozycja była co najmniej dziwna. — Tato, przypomnij sobie, co było dziesięć lat temu — odezwała się po chwili. — Kiedy przyszedłeś po pieniądze na operację i rehabilitację. Pamiętasz? Walenty skrzywił się. — Po co wracać do starego? Przecież się wyleczyłem, dzięki Bogu. — Starego? — zaśmiała się gorzko Kasia. — To były pieniądze, które przez pięć lat oszczędzałam na kredyt na własne mieszkanie. Pracowałam na dwa etaty, nie jechałam nigdzie na urlop, oszczędzałam na wszystkim… A potem przychodzisz ty. Bezrobotny, bez oszczędności, tylko z drugą żoną i synem. Zabrałeś mi wtedy wszystko! — Byłem zdesperowany, Kasiu! Co miałem zrobić? Łożyć się pod płot i umrzeć? — Oferowałam ci pomoc — przerywała mu. — Ale prosiłam wtedy o gwarancję, żebym nie została bez dachu nad głową. Masz przecież żonę, Marynę. Ona by mnie wpuściła na tę działkę? Ustaliliśmy, iż przepiszesz ją na mnie. Nie chciałeś pisać żadnego papierka, obrażałeś się… „Jak możesz nie wierzyć własnemu ojcu!” A ja po prostu chciałam mieć pewność. — No i dostałaś gwarancję! — przerwał ojciec. — Przepisaliśmy, działka jest twoja. Za grosze jak na rynkową cenę, ale taka była umowa. Tyle ile dałaś mi na leczenie. No, ale przecież się umówiliśmy, iż jak będę miał pieniądze, odkupię. — Minęło dziesięć lat — odcięła Kasia. — Dziesięć, tato. Ani razu nie wspomniałeś o odkupieniu? Nie oddałeś mi choćby złotówki. Mieszkałeś tam, uprawiałeś pomidory, drewno paliłeś, a ja za to wszystko płaciłam. Podatki, remont dachu — wszystko na mnie. A ty żyłeś jak pan, a ja spłacałam kredyt na mieszkanie w Warszawie. Walenty wytarł czoło chusteczką. — Nie pracowałem, Kasia… Wiesz, po chemii długo wracałem do siebie. Potem wiek, nikt już nie chciał dać mi pracy. A Maryna… ona jest wrażliwa, nie znosi pracy w biurze. Żyjemy z jej sprzedaży na Allegro, ledwo starcza… — Wrażliwa natura? — Kasia wstała i zaczęła chodzić po kuchni. — A ja, co, bez uczuć? Na dwóch etatach muszę, żeby spłacać kredyt i utrzymywać twoje sanatorium? Teraz Maryna wymyśliła, iż sprzedajemy działkę, by wysłać jej syna na „kursy” na Cyprze? Moją działkę, tato! Moją! — Kasiu, formalnie to twoja, ale chyba rozumiesz, iż to tymczasowe. Ja jestem twoim ojcem. Dałem ci życie! Nie będziesz się przecież kłócić o kawałek ziemi, kiedy twój brat potrzebuje szansy? — Brat!? — Kasia stanęła jak wryta. — Widziałam się z nim dwa razy. choćby nie wie, kiedy mam urodziny. A Maryna… zapytała mnie choć raz, jak daję sobie radę? Ona dalej żyje przekonaniem, iż jesteś właścicielem kamienic i fabryk, tylko chwilowo masz gorszy moment. Całe dziesięć lat ją okłamywałeś. Walenty spuścił wzrok. — Chciałem dobrze… Nie chciałem jej martwić. — Na boku? — Kasia, nie czepiaj się słówek! — wybuchnął. — Robię ci interes! Działka jest dziś pięć razy droższa, niż była. Rynek oszalał. Ty odbierasz swoje trzysta tysięcy, które mi pożyczyłaś. To uczciwe, prawda? A reszta, siedemset tysięcy, dla mnie. Muszę posłać Denisa na kursy, Marynie zrobić zęby, stary samochód wymienić. Przecież te pieniądze ci nie są potrzebne, masz już mieszkanie w Warszawie, jesteś „ustawiona”. Pomóż rodzinie! Kasia patrzyła i nie mogła poznać ojca, który niegdyś czytał jej bajki. — Nie — powiedziała stanowczo. — Co „nie”? — Ojciec zamarł z otwartymi ustami. — Nie zamierzam sprzedawać działki. I na pewno nie dam ci choćby złotówki „nadwyżki”. Ta działka jest moja — i z prawem, i z sumieniem. Mieszkałeś tam dziesięć lat za darmo. Odzyskałeś zdrowie, odpoczywałeś. Uznać to możesz za alimenty. Koniec. — Ty chyba żartujesz?! — Walenty czerwieniał. — Chcesz ojcu ostatnią rzecz odebrać? Gdyby nie ja, tej działki w ogóle by nie było! Sam ojciec mój ją budował! — No właśnie, dziadek. Przewróciłby się, gdyby wiedział, iż chcesz roztrwonić rodzinne gniazdo na wątpliwe kursy dla chłopaka, który choćby do pracy nie chce iść. — Kasia, opanuj się! — ojciec krzyknął, zrywając się z krzesła. — Ty mi jesteś coś winna! Ja cię wychowałem! jeżeli nie zgodzisz się, wszyscy się dowiedzą jaka z ciebie egoistka. Marynie wszystko powiem, zrobi tu awanturę, nie poznasz! I do sądu pójdziemy! Unieważnimy umowę! Wykorzystałaś moją chorobę, by wyłudzić majątek! Kasia tylko się uśmiechnęła. — Spróbuj, tato. Mam wszystkie rachunki z kliniki. Przelewy na twoje konto. I akt notarialny, który podpisałeś świadomie i zdrowy, już po remisji. Maryna bardzo się zdziwi, dowiadując się, iż działka została sprzedana jeszcze zanim Denis do szkoły poszedł. A jej cały czas mówiłeś, iż to twoje dziedzictwo? — Kasia… — ojciec nagle spokorniał. — Córciu, proszę… Maryna ma teraz trudny czas… Jak się dowie prawdy, wygoni mnie. Jest młodsza o piętnaście lat, była ze mną tylko dla bezpieczeństwa. Bez działki, bez pieniędzy, nie jestem jej potrzebny. Chcesz żebym został na starość bez dachu nad głową? — Mogłeś pomyśleć wcześniej. Przez dziesięć lat nie pracowałeś. Pozwalałeś Marynie zadłużać się dla własnego komfortu. Obiecywałeś złote góry — za moje pieniądze. — Nie pomożesz? Walenty wyprostował się. — Córka się znalazła… Wychowałem, żeby mnie teraz odesłać z niczym… — Idź już, tato. Powiedz Marynie prawdę. To jedyny sposób, żeby zachować resztkę godności. — Duś się tą działką! — syknął ojciec, wychodząc. — Ale wiedz, iż nie masz już ojca! Zapomnij mój numer! Ojciec wyszedł. Kasia wzruszyła ramionami: i tak dawno go straciła. Ojciec zostawił ją, gdy miała siedem lat. *** Telefon zadzwonił w sobotę rano. Numer nieznany. — Halo? — Kasia? — bez problemu rozpoznała głos Maryny. — Za kogo ty się uważasz, dziewucho? Myślisz, nie wiemy, jak oszukałaś Walentego? Wszystko mi wyśpiewał! Podsunęłaś dokumenty, jak był po narkozie! — Dzień dobry, Maryno — odpowiedziała spokojnie Kasia. — Jak chcesz rozmawiać, róbmy to kulturalnie. — Jakie dzień dobry?! Już mamy pozew gotowy! Mój mecenas twierdzi, iż ta umowa w sądzie nie ma szans. Wzbogaciłaś się na chorobie ojca, wyłudziłaś rodzinny majątek za bezcen! Pójdziecie z torbami, zobaczysz! — Maryno, posłuchaj mnie. Wiem, co Walenty ci powiedział. Ale mam dowody, iż pieniądze poszły na jego leczenie. Mam też całą korespondencję z tych dziesięciu lat, gdzie dziękuje, iż utrzymuję działkę, pozwalam mu tam mieszkać. Jest czarno na białym: „Dziękuję, córeczko, iż się mną opiekujesz, działka w dobrych rękach”. Ciekawe, co powie sąd? Po drugiej stronie zapadła cisza. — Jesteś podła — wycedziła w końcu Maryna. — Mało ci mieszkania? Nabijasz się z brata? Denis musi się kształcić! — Denis niech idzie do pracy — ucięła Kasia. — Tak jak ja musiałam w jego wieku. A pani, Maryno, powinna wreszcie poznać prawdę. Mąż opowiadał o „akcjach”, pamięta pani? — Jakich akcjach? — Maryna drgnęła. — Takich, które nigdy nie istniały. Brał ode mnie wszystkie pieniądze pod pretekstem pomocy, a przedstawiał je jako zyski z „akcji”. Możesz sprawdzić historię przelewów. Wszystko od początku do końca kłamstwo. A ja żyłam w długach, sądząc, iż ratuję mu życie… Maryna rozłączyła się. Wieczorem Kasia dostała sms-a od ojca. Trzy słowa: „Wszystko zepsułaś”. *** Nie odpisała. Kilka dni później dowiedziała się od sąsiadów z działki, iż Maryna urządziła gigantyczną awanturę. Wyrzucała rzeczy Walentego przez okno, aż musiała interweniować policja. Maryna, pewna zbliżającej się sprzedaży działki, już zdążyła zaciągnąć kredyt „na start” dla syna. Walenty musiał się wyprowadzić. Maryna wniosła pozew o rozwód, poznawszy skalę jego kłamstw. Syn Denis, przyzwyczajony do wygód, nie wsparł ojca i wyprowadził się do dziewczyny, mówiąc, iż „sam jest sobie winien”. Gdzie jest teraz ojciec, Kasia nie wie. I nie zamierza dociekać.
Działka niezgody – córka odzyskała swoje — Ksenia, musisz zrozumieć, sytuacja jest krytyczna — westchnął ciężko pan Walerian, przecierając czoło. — Marlena od dwóch miesięcy suszy mi głowę w tej sprawie. Upatrzyła sobie na Cyprze jakąś szkołę dla Denisa. No, dla naszego syna. Mówi, iż chłopakowi trzeba zapewnić dobry start, podciągnąć angielski… Ale skąd wziąć pieniądze? Przecież wiesz, iż teraz nie mam pracy. Ksenia powoli podniosła wzrok na ojca. — I uznałeś, iż sprzedanie działki to najlepsze wyjście? — zapytała cicho. — A jakie inne? — ożywił się ojciec, pochylając się do przodu. — Działka stoi bezużyteczna. Marlena tam choćby nie jeździ, nudzi się, komary ją gryzą… Ona choćby nie wie, iż teren dawno nie jest na mnie. Myśli, iż wystawimy ją na sprzedaż i zaczniemy lepsze życie. Ksenia, jesteś mądrą dziewczyną. Zróbmy tak: ty oficjalnie sprzedajesz działkę. Zabierasz swoje pieniądze, które mi dziesięć lat temu pożyczyłaś, co do złotówki! A reszta — co wzrosło przez rynek — dla mnie. Tak po rodzinie. To nie strata dla ciebie, prawda? Odzyskasz swoje i jeszcze pomożesz ojcu. Ojciec przyszedł bez zaproszenia. Ostatnimi laty prawie nie mieli kontaktu — miał już drugą rodzinę, swoje sprawy, a starsza córka nie bardzo się w ten świat wpisywała. Ksenia podejrzewała, iż nie przyszedł ot tak. Myślała, iż znowu o pieniądze poprosi, ale… Propozycja zabrzmiała co najmniej dziwnie. — Tato, a przypominasz sobie, co się wydarzyło dziesięć lat temu? — zapytała Ksenia po chwili. — Kiedy przyszedłeś do mnie z prośbą o pieniądze na operację i leczenie. Pamiętasz? Pan Walerian skrzywił się. — Po co rozdrapywać stare rany? Przecież wyzdrowiałem, dzięki Bogu. — Stare? — Ksenia uśmiechnęła się gorzko, kręcąc głową. — Miałam wtedy odłożone pieniądze, pięć lat każdy grosz zbierałam. Na wkład własny na mieszkanie. Pracowałam w weekendy, nie jeździłam na urlop, oszczędzałam na wszystkim. I wtedy przyszedłeś ty. Bez pracy, bez oszczędności, za to już z drugą żoną Marleną i synem Denisem. Wziąłeś wtedy ode mnie wszystkie oszczędności! — Byłem zdesperowany, Ksenia! Co miałem zrobić? Położyć się pod płotem i umierać? — Zaproponowałam ci wtedy pomoc, pamiętasz? Ale wyraźnie powiedziałam — boję się, iż zostanę bez pieniędzy i bez dachu nad głową, jeżeli coś ci się stanie. Przecież masz ustawową spadkobierczynię, Marlenę. Ona choćby by mi progu tej działki nie pozwoliła przekroczyć. Przez tydzień się targowaliśmy, pamiętasz? Nie chciałeś napisać pokwitowania, obrażałeś się. „Jak możesz nie ufać własnemu ojcu!” A ja po prostu chciałam mieć gwarancje. — No, dostałaś je! — przerwał jej pan Walerian. — Spisaliśmy umowę, działka stała się twoja. W praktyce sprzedałem ci ją za grosze, tę kwotę, którą przeznaczyłaś na moje leczenie. Ale umówiliśmy się: ja korzystam, a gdy pojawią się pieniądze — odkupię z powrotem. — Minęło dziesięć lat — odpowiedziała Ksenia. — Dziesięć lat, tato. Przez ten czas choć raz wspomniałeś o wykupie? Oddałeś choćby grosz? Nie. Co roku tam mieszkałeś, sadziłeś swoje pomidory, paliłeś moje drewno. Podatki za działkę — na mnie. Remont dachu trzy lata temu — na mnie. Mieszkałeś tam jak u siebie, na mój koszt, podczas gdy ja spłacałam kredyt. Pan Walerian otarł czoło chusteczką. — No nie miałem pracy, Ksenia… Wiesz, po chemii długo wracałem do siebie, potem już wiek, nigdzie nie chcieli. Marlena też… ona jest wrażliwa, praca w biurze ją wykańcza. Żyjemy z jej sprzedaży na Allegro, ledwo starcza. — Wrażliwa? — Ksenia wstała i zaczęła nerwowo chodzić po kuchni. — A ja, to niby „gruba skóra”? Ja mogłam zapieprzać na dwóch etatach, żeby spłacić kredyt i fundować ci sanatorium na działce? A teraz Marlena chce sprzedać działkę, żeby wysłać syneczka na Cypr? Moją działkę, tato! Moją! — Ksenia, formalnie tak, ale to tylko tymczasowe rozwiązanie. Jestem twoim ojcem. Dałem ci życie! Nie zamierzasz się kłócić o metry, kiedy brat potrzebuje przyszłości? — Brat? — Ksenia zatrzymała się gwałtownie. — Widziałam tego „brata” dwa razy w życiu. choćby mnie nigdy z okazji urodzin nie pozdrowił. A Marlena… czy choć raz zapytała, jak żyję? Jak spłacałam raty przez te lata? Do dziś wierzy, iż jesteś właścicielem fabryk i statków, tylko chwilowo poza obiegiem. Od dziesięciu lat ją okłamujesz. Pan Walerian speszony odwrócił wzrok. — Chciałem dobrze… Nie chciałem jej denerwować. Emocjonalna jest, narzekałaby, iż pozbyłem się nieruchomości. — Pozbyłeś się? — Ksenia, nie czepiaj się słów! — podniósł głos ojciec. — To świetny interes! Działka dziś jest warta pięć razy więcej. Rynek poszedł w górę. Odbierz swoje trzysta tysięcy za zabieg. To uczciwe. A reszta, siedemset tysięcy, dla mnie. Muszę Denisa wysłać na Cypr, Marlenie zrobić zęby, auto kupić — stare się sypie. Tobie te pieniądze życia nie zmienią, masz mieszkanie w Warszawie, powodzi ci się. Pomóż rodzinie! Ksenia patrzyła na niego i nie poznawała. Gdzie był ten człowiek, który kiedyś czytał jej bajki? — Nie — powiedziała krótko. — Co „nie”? — ojciec zamarł w pół słowa. — Nie sprzedam działki. I na pewno nie oddam ci żadnych pieniędzy „ponad”. Działka należy mi się z prawa i z rozsądku. Przez dziesięć lat mieszkałeś tam za darmo, odzyskałeś zdrowie, cieszyłeś się przyrodą. Niech to będą moje alimenty dla ciebie. Ale na tym koniec. — Ty chyba żartujesz! — twarz Waleriana poczerwieniała. — Chcesz odebrać ojcu ostatnie? Gdyby nie ja, tej działki by nie było! Dziadek ją zbudował! — No właśnie, dziadek. I w grobie by się przewrócił, gdyby wiedział, iż chcesz roztrwonić rodzinne miejsce, żeby zapłacić za wątpliwe kursy na Cyprze dla leniwego dziewiętnastolatka. — Ksenia, opamiętaj się! — krzyknął ojciec, wstając z miejsca. — Jesteś mi winna! Wychowałem cię! jeżeli się nie zgodzisz… rozpowiem wszystkim jaka jesteś wyrachowana! Powiem Marlenie, urządzi skandal taki, iż popamiętasz! Do sądu pójdziemy! Unieważnimy umowę! To była lichwa, wykorzystałaś moją chorobę, by zabrać mi majątek! Ksenia gorzko się uśmiechnęła. — Spróbuj, tato. Mam potwierdzenia z kliniki. Wszystkie przelewy na twoje nazwisko. I umowę kupna-sprzedaży podpisaną u notariusza, już po remisji. Twoja Marlena będzie zaskoczona, gdy dowie się, iż działka została sprzedana zanim Denis poszedł do podstawówki. Przecież mówiłeś jej, iż to twoja spuścizna po rodzicach? — Ksenia… — ojciec nagle zmiękł, głos mu się załamał. — Córciu, błagam. Marlena przechodzi trudny czas… Jak się dowie prawdy, wyrzuci mnie na bruk. Jest młodsza o piętnaście lat i jest ze mną tylko dla poczucia bezpieczeństwa. jeżeli stracę działkę i pieniądze — już jej nie będę potrzebny. Chcesz, żebym skończył pod mostem na starość? — O tym trzeba było myśleć wcześniej — Ksenia poczuła, jak złość ją zalewa. — Gdy przez dziesięć lat nie pracowałeś? Kiedy pozwoliłeś Marlenie wpędzać się w długi? Kiedy obiecywałeś jej złote góry na mój rachunek? — Czyli nie pomożesz? — ojciec się wyprostował. — Taka z ciebie córka… Wychowałem cię na własną zgubę… — Idź do domu, tato. Powiedz Marlenie prawdę. To ostatnia szansa zachować choć odrobinę godności. — Zatkaj się tą działką! — wykrzyczał Walerian mijając ją w drzwiach. — Ale pamiętaj: nie masz już ojca. Zapomnij o moim numerze! Wyszedł, a Ksenia uśmiechnęła się smutno: jakby kiedykolwiek go miała. Ojciec zostawił ją, gdy miała siedem lat. *** Telefon zadzwonił w sobotni poranek. Numer nieznajomy. — Halo? — Ksenia? — Ksenia od razu rozpoznała macochę. — Za kogo ty się masz, dziewucho? Myślisz, iż nie wiemy, jak oszukałaś Walka? Wszystko mi powiedział! Podsunęłaś mu papiery, jak był po narkozie, nic nie rozumiał! — Marlena, dzień dobry — odpowiedziała Ksenia spokojnie. — jeżeli chce pani rozmawiać, zróbmy to z godnością. — Jaka godność?! Mamy już pozew do sądu przygotowany! Mój prawnik mówi, iż taka umowa padnie w sądzie od razu. Wzbogaciłaś się na chorobie ojca, zabrałaś rodzinny majątek za grosze. Zrobimy z ciebie bankrutkę! — Marlena, proszę posłuchać. Wiem, iż Walerian opowiedział swoją wersję. Ale mam wszystkie dowody na to, iż pieniądze poszły na jego leczenie. Mam też całą korespondencję z ostatnich dziesięciu lat, gdzie dziękuje mi, iż utrzymuję działkę i pozwalam mu tam mieszkać. Czarno na białym: „Dziękuję, córko, iż się mną opiekujesz, iż działka jest w dobrych rękach”. Co powie sąd? Po drugiej stronie zaległa cisza — Marlena nie była przygotowana. — Jesteś zwykłą… — syknęła. — Mało ci własnego mieszkania? Chcesz brata ogołocić? Denis musi się uczyć! — Denis powinien pójść do pracy — rzekła spokojnie Ksenia. — Jak ja w jego wieku. A wy, Marleno, powinniście prawdę znać. On miał rzekomo „akcje”, pamięta pani? — Jakie akcje? — głos Marleny zadrżał. — Takie, których nigdy nie było. Po prostu brał pieniądze z moich comiesięcznych przelewów pod pretekstem wsparcia, a pani wmawiał, iż to dywidendy. Proszę sprawdzić jego wyciągi, jeżeli nie wierzy. Kłamał! Wyłudzał ode mnie pieniądze, wszystko zasłaniając chorobą. Ja zadłużałam się, żeby ratować ojcu życie! Dopiero niedawno wszystko zrozumiałam. Marlena się rozłączyła. Wieczorem Ksenia dostała SMS-a od ojca. Tylko trzy słowa: „Wszystko zepsułaś”. *** Nie odpowiedziała. Kilka dni później dowiedziała się od sąsiadów, iż Marlena wywołała aferę na działce. Wrzeszczała i wyrzucała rzeczy męża przez okno, aż przyjechała policja. Okazało się, iż Marlena licząc na szybki zysk, już zdążyła się zadłużyć, biorąc duży kredyt na „start” dla syna. Walerian musiał się wyprowadzić. Marlena wniosła o rozwód, kiedy poznała pełną skalę kłamstw. Syn Denis, przyzwyczajony do życia bez wysiłku, nie zdobył się choćby na współczucie i gwałtownie przeniósł się do dziewczyny, mówiąc, iż „staruszek sam sobie winien”. Gdzie jest ojciec, Ksenia nie wie. I nie zamierza się dowiadywać.
– “Muszę się teraz u was wprowadzić” – oświadczyła teściowa. Odpowiedź Natalii ją zszokowała
Działka kością niezgody – córka odzyskała swoje. — Ksiu, musisz zrozumieć, sytuacja jest patowa — westchnął ciężko Walenty Borowicz, przecierając nos. — Marina już od dwóch miesięcy zadręcza mnie prośbami. Na Cyprze znalazła jakąś świetną szkołę dla Denisa, naszego syna. Uważa, iż trzeba mu dać dobry start i podciągnąć angielski. Ale skąd wziąć na to pieniądze? Wiesz przecież, iż teraz słabo mi się wiedzie. Kasia powoli podniosła wzrok na ojca. — I uznałeś, iż sprzedaż działki to najlepsze wyjście? — spytała cicho. — A jakie inne? — ojciec nagle się ożywił. — Działka stoi pusta. Marina nigdy tam nie jeździ, narzeka na nudę, komary… Ona choćby nie wie, iż formalnie już dawno nie jestem jej właścicielem. Myśli, iż wystawimy na sprzedaż i wszystkim się poprawi. Kasiu, ty jesteś mądrą dziewczyną. Zróbmy tak: sprzedajesz ją teraz oficjalnie. Bierzesz swoje pieniądze, tę kwotę, którą mi dziesięć lat temu pożyczyłaś — co do grosza! A resztę, co w międzyczasie wzrosło na wartości, oddaj mi. Po rodzinie. Przecież nie tracisz, prawda? Odbierasz swoje i jeszcze pomagasz ojcu. Ojciec wpadł z wizytą bez zapowiedzi. Ostatnio rzadko się widywali — od dawna miał już drugą rodzinę i własne sprawy, w których starsza córka nie bardzo się mieściła. Kasia przeczuwała, iż przyszedł nie bez powodu. Myślała, iż jak zwykle poprosi o pożyczkę, ale… propozycja taty wydawała się co najmniej dziwna. — Tato, a może przypomnijmy sobie, co się stało dziesięć lat temu — przerwała Kasia po wysłuchaniu ojca. — Przyszedłeś do mnie i powiedziałeś, iż potrzebujesz pieniędzy na operację i rehabilitację. Pamiętasz? Walenty Borowicz skrzywił się. — Po co roztrząsać stare sprawy? Wyszedłem z tego na szczęście. — Stare? — Kasia uśmiechnęła się krzywo, potrząsając głową. — To były wtedy moje wszystkie oszczędności — pięć lat zbierałam grosz do grosza na wkład własny do mieszkania. Pracowałam w weekendy, nie brałam urlopu, na wszystkim oszczędzałam. I nagle wpadasz ty. Nie pracujesz, oszczędności brak, ale za to druga żona Marina i syn Denis są. Wtedy zabrałeś mi wszystkie pieniądze! — Kasiu, byłem zdesperowany! Co miałem zrobić? Pod płotem się położyć i umrzeć? — Zaproponowałam ci wtedy pomoc — Kasia nie słuchała. — Powiedziałam szczerze: boję się zostać bez pieniędzy i mieszkania, gdyby coś ci się stało. Masz przecież za żonę Marinę — prawnie mnie by do działki nie dopuściła. Tydzień się wtedy targowaliśmy, pamiętasz? Umowy nie chciałeś spisywać, obrażałeś się. „Jak możesz, córko, nie ufać ojcu!” A ja po prostu chciałam mieć pewność. — No i dostałaś ją! — przerwał jej Walenty Borowicz. — Zrobiliśmy akt sprzedaży, działka stała się twoja. W praktyce sprzedałem ci ją za bezcen, za sumę potrzebną na leczenie. Ale się umawialiśmy: korzystam z niej, a jak będę miał pieniądze — odkupię z powrotem. — Minęło dziesięć lat, tato. Ani słowa przez ten czas o odkupieniu. Ani grosza nie zwróciłeś. Mieszkałeś tam co lato, uprawiałeś pomidory, paliłeś drewnem, za które płaciłam ja. Podatki za działkę — ja. Remont dachu trzy lata temu — też ja. Żyłeś tam jak na swoim, odkąd ja spłacałam kredyt. Walenty Borowicz sięgnął po chusteczkę, otarł czoło. — No, nie pracowałem, Kasiu… Wiesz, po chemii długo do siebie dochodziłem, potem wiek, nie chcieli mnie zatrudnić. Marina też… delikatna natura, praca w biurze ją wykańcza. Żyjemy z jej sprzedaży przez internet, ledwo starcza. — Delikatna? — Kasia wstała i zaczęła chodzić po kuchni. — A ja, co? Gruboskórna? Mogę zapieprzać na dwóch etatach, żeby spłacać kredyt i twoje „sanatorium” na działce? A teraz Marina stwierdziła, iż czas sprzedać działkę, żeby wyprawić synka na Cypr? Moją działkę, tato! Moją! — Kasiu, formalnie tak, twoja. Ale dobrze wiesz, iż to był chwilowy układ. Jestem twoim ojcem! Dałem ci życie! Dasz się pokroić za parę metrów, kiedy bratu trzeba szansy? — Bratu? — Kasia nagle się zatrzymała. — Widzieliśmy się z nim dwa razy w życiu. choćby na urodziny nigdy nie przysłał życzeń. A Marina? Spytała choć raz, jak sobie radzę? Jak spłacałam ten kredyt tyle lat? Marina do dziś wierzy, iż jesteś właścicielem fabryk, tylko czasowo nie masz szczęścia. Przez dziesięć lat ją okłamywałeś, tato. Walenty Borowicz uciekł wzrokiem. — Chciałem jak najlepiej… Nie chciałem jej niepokoić. To kobieta emocjonalna, zaraz byłaby awantura o wyprowadzenie majątku na bok. — Na bok? — Kasia, nie czepiaj się słów! — ojciec podniósł głos. — Proponuję ci interes! Działka jest dziś warta pięć razy więcej. Rynek poszedł do góry. Odbierasz swoje trzysta tysięcy, które dałaś na operację. Słusznie? Słusznie! A reszta siedemset tysięcy — dla mnie. Muszę załatwić Denisowi naukę, Marinie zrobić zęby, zmienić samochód — stary się sypie. Tobie te pieniądze nie zmienią życia — masz mieszkanie w Warszawie. Pomóż rodzinie! Kasia patrzyła na ojca i go nie poznawała. Gdzie ten człowiek, który czytał jej bajki? — Nie — rzuciła krótko. — Co „nie”? — ojciec aż zaniemówił. — Nie sprzedam działki. I na pewno nie oddam ci żadnych „nadwyżek”. Działka należy do mnie prawem i uczciwością. Miałeś dziesięć lat spokojnego życia, odzyskałeś zdrowie, cieszyłeś się naturą. Potraktuj to jako moje alimenty dla ciebie. Ale więcej nic z tego nie będzie. — Naprawdę? — twarz Walentego Borowicza poczerwieniała. — Chcesz ojcu zabrać ostatnią rzecz? Gdyby nie ja, tej działki by nie było! Dziadek ją postawił! — Właśnie, dziadek. W grobie by się przewrócił, gdyby wiedział, iż chcesz roztrwonić gniazdo rodzinne, żeby opłacić kurs na Cyprze tym leniwemu chłopakowi. — Kasia, opanuj się! — ojciec zerwał się z krzesła. — Jesteś mi coś winna! Wychowałem cię! jeżeli się nie zgodzisz, powiem wszystkim, jaka jesteś pazerna. Powiem Marinie wszystko, przyjdzie tu i zrobi ci skandal, popamiętasz! Pójdziemy do sądu! Unieważnimy umowę! Wymusiłaś ją chorobą! Kasia uśmiechnęła się gorzko. — Próbuj, tato. Mam wszystkie rachunki z kliniki. Przelewy na twoje konto. I akt notarialny, podpisany przy świadkach, kiedy byłeś już po leczeniu, przy zdrowych zmysłach. Twoja Marina się nieźle zdziwi, jak się dowie, iż sprzedałeś działkę przed tym, jak Denis poszedł do szkoły. Mówiłeś jej, iż to twoje dziedzictwo? — Kasia… — głos ojca zmiękł, prawie płaczliwy. — Córeczko, błagam. Marina ma teraz ciężki czas… jeżeli się dowie prawdy, wyrzuci mnie. Jest ode mnie młodsza o piętnaście lat, trzyma się mnie tylko dla bezpieczeństwa. Bez działki i pieniędzy nie będę jej potrzebny. Chcesz, żebym na stare lata wylądował na dworcu? — A o tym nie myślałeś wcześniej? — gniew podniósł Kasi głos. — Dziesięć lat bez pracy? Pozwalasz Marinie tonąć w długach? Obiecujesz jej złote góry za mój rachunek? — Czyli nie pomożesz? — Walenty Borowicz się wyprostował. — Własna córka… Wychowałem na własną zgubę… — Idź do domu, tato. Powiedz Marinie prawdę. To jedyna szansa na zachowanie resztek godności. — Udław się tą działką! — wykrzyknął Borowicz, wychodząc. — Ale wiedz: nie masz już ojca! Zapomnij o mnie! Ojciec wyszedł, a Kasia tylko się uśmiechnęła: czy w ogóle go miała? Porzucił ją, gdy miała siedem lat. *** W sobotę rano zadzwonił nieznany numer. — Halo? — Kasia? — natychmiast rozpoznała głos macochy. — Kim ty się, dziewczyno, stałaś? Myślisz, iż nie wiemy, jak oszukałaś Walka? Wszystko mi powiedział! Podsunęłaś mu papiery, gdy był po narkozie i nic nie rozumiał! — Marino, dzień dobry — odparła spokojnie Kasia. — jeżeli chce pani rozmawiać, to bez krzyków. — Jakie dzień dobry?! Już piszemy pozew! Mój prawnik mówi, iż ta umowa padnie w sądzie. Wykorzystałaś chorobę ojca, przejęłaś rodzinny majątek za grosze. Oszukałaś nas na całej lini! — Marino, posłuchaj mnie proszę. Wiem, iż Walenty Borowicz podał ci swoją wersję, ale mam dowody, iż pieniądze poszły na jego leczenie. Mam wszystkie jego podziękowania przez te dziesięć lat, iż utrzymuję działkę i pozwalam mu tam mieszkać. Czarno na białym pisze: „Dziękuję, córeczko, iż się mną zajęłaś, iż działka jest w dobrych rękach”. Jak myślisz, co powie sąd? W słuchawce zapadła cisza — Marina nie była gotowa na taką odpowiedź. — Jesteś świnią — syknęła. — Mało ci swojego mieszkania? Chcesz zabrać bratu ostatnie? Denisowi trzeba się uczyć! — Denis niech idzie do pracy — przerwała Kasia. — Tak jak ja w jego wieku. I radzę dowiedzieć się prawdy. Pamiętasz te „akcje”? Powtarzał, iż je miał? — Jakie akcje? — głos Mariny zadrżał. — Te, których nigdy nie było. Po prostu brał ode mnie pieniądze, które wysyłałam z dobrej woli na pomoc, i udawał, iż to dywidendy. Sprawdź historię przelewów, jeżeli nie wierzysz. Mąż cię oszukał! Żebrał u mnie, zasłaniając się chorobą. Ja w zadłużenie szłam, myśląc, iż ratuję mu życie! Prawdę poznałam dopiero niedawno. Marina rzuciła słuchawką. Wieczorem Kasia dostała wiadomość od ojca. Tylko trzy słowa: „Wszystko zrujnowałaś”. *** Nie odpisała. Kilka dni później sąsiedzi z działki opowiedzieli jej, iż Marina urządziła potężną awanturę. Wyrzucała rzeczy męża przez okno, aż przyjechała policja. Okazało się, iż Marina, przekonana o rychłej sprzedaży działki, utonęła już w długach — wzięła wysoki kredyt na „start” dla syna. Walenty Borowicz musiał się wyprowadzić. Marina złożyła pozew o rozwód po odkryciu skali jego kłamstw. Syn Denis, przyzwyczajony do łatwego życia, nie okazał współczucia ojcu, tylko przeprowadził się do dziewczyny, stwierdzając: „Stary sam sobie winien”. Gdzie jest teraz ojciec — Kasia nie wie. I nie zamierza tego sprawdzać.
Pierwsza miłość nie daje o sobie zapomnieć – serce wciąż budzi wspomnienia. Opowieść o Prochorze, który po rozstaniu z żoną i codziennych dojazdach metrem oraz autobusem w Warszawie, przypadkiem natrafia w internecie na ogłoszenie zielarki Marianny – swojej nieodwzajemnionej miłości z dzieciństwa ze szkolnych lat na Mazowszu. Wspomnienia, rozmowy i długo oczekiwane spotkanie w rodzinnym miasteczku, gdzie Prochor odkrywa, iż prawdziwych uczuć nie da się zapomnieć choćby po latach.
Z życia wzięte. "Mój były mąż stanął w moich drzwiach trzydzieści lat po rozwodzie": Powiedział, iż jest ciężko chory i potrzebuje mojej pomocy
Nigdy Nie Kochałem Mojej Żony i Zawsze Jej To Mówiłem: To Nie Jej Wina — Żyjemy Dobrze
Wyczekiwana wnuczka Pani Natalia długo i uparcie dzwoniła do syna Michała, który wypłynął w kolejny dalekomorski rejs, ale kontaktu wciąż nie było. – O rany, narobiłeś ty, synku – westchnęła z niepokojem, ponownie wybierając znajomy numer. Możesz dzwonić, ile chcesz — Michał odezwie się dopiero, jak zawinie do najbliższego portu. A to może jeszcze potrwać, zwłaszcza, iż wydarzyło się coś takiego! Pani Natalia nie spała już drugą dobę — tak ją poruszyło to, co zrobił jej syn! * * * Cała ta historia zaczęła się kilka lat wcześniej, gdy Michał nie myślał jeszcze o pracy na statkach. Był już dorosłym mężczyzną, ale z dziewczynami nie układało się zupełnie — według niego żadna nie spełniała oczekiwań! Pani Natalia, z bólem w sercu, patrzyła, jak kolejne jego związki się rozpadają, choć wydawały jej się z sympatycznymi i porządnymi dziewczynami. – Ty masz nie do wytrzymania charakter! – mawiała mu. – Wszystko ci nie pasuje! Która kobieta znajdzie się, żeby spełnić twoje wymagania? – Nie rozumiem twoich pretensji, mamo. Chcesz mieć synową i nie ważne ci, jaka to będzie osoba? – Jak to nieważne? Ważne, żeby cię kochała i była porządną kobietą! Syn milczał wieloznacznie, co tylko bardziej irytowało panią Natalię. – Czym ci nie odpowiadała Kasia? – dopytywała coraz bardziej nerwowo. – Już ci mówiłem. – No dobrze… – Kasia to był słaby argument, ale pani Natalia nie zamierzała się poddawać. – Powiedzmy, jak mówisz, była nieszczera. Chociaż do końca nie rozumiem… – I tak dalej, i tak dalej… Mimo upływu czasu syn nie znajdował tej „właściwej”, a ona wciąż marzyła, by doczekać się wnuka. Potem Michał poznał dawnego kolegę, który zaproponował mu dobrze płatną pracę na statkach. Michał się zgodził, mimo błagań mamy, by tego nie robił. Remont w mieszkaniu po pierwszym rejsie, karta do konta po drugim, wszystko dla mamy — ale tylko wnuków jak nie było, tak nie było. Czas leciał. Po powrotach z rejsów Michał próbował nadrobić stracony czas – spotykał się z kolejnymi dziewczynami, ale nie przedstawiał ich już matce. „To, żebyś się potem nie martwiła” – ucinał rozmowy. Najbardziej bolało panią Natalię, gdy syn zarzucił jej naiwność i zbytnią ufność. Ale kiedy przypadkiem zobaczyła go na mieście z uroczą dziewczyną — Mileną — wszystko w niej zaiskrzyło. Ta kobieta jej się spodobała: szczupła, zgrabna, sympatyczna, dobrze wychowana i inteligentna. Miała nadzieję, iż to TA. Cały urlop syna upłynął im razem, aż tu nagle Milena zniknęła, a Michał oświadczył, by i mama zapomniała o dziewczynie. Mijały miesiące. I pewnego dnia, w aptece, gdzie pracowała pani Natalia, pojawiła się Milena z małą dziewczynką w wózku. Okazało się, iż mała Ania to wnuczka pani Natalii, zostawiona przez Michała pod opieką Mileny, która borykała się z problemami i była sama w innym mieście. Pani Natalia postanowiła się nie oglądać na syna — przygarnęła Milenę z Anią, poświęcając im czas i serce, proponując choćby przepisanie mieszkania na wnuczkę. Spokojnego życia nie zakłóciły choćby obawy Mileny, iż Michał ich po powrocie wygoni. Nadszedł dzień powrotu syna. Ale w domu nie zastał już Mileny — tylko mamę z Anią. Zdezorientowany Michał nie chciał uwierzyć matce. niedługo okazało się, iż Milena okłamała Natalię, zniknęła z pieniędzmi i zostawiła dziewczynkę. DNA potwierdziło brak pokrewieństwa, jednak miłość babci okazała się silniejsza niż rozczarowanie. Ostatecznie razem z Michałem zdecydowali się wychowywać Anię jak własną, czekając, aż los przyniesie coś nowego. Tak życie potoczyło się dalej, a rok później Michał wrócił z rejsu… tym razem z nową żoną, która z euforią zaakceptowała Anię i rodzinę, którą znalazła. To była ta długo wyczekiwana wnuczka, na którą pani Natalia czekała całe życie, choć los napisał swoją własną historię.
Burza u Beckhamów. Była dziewczyna Brooklyna: "Lepiąca się pajęczyna, w którą już nigdy nie chcę się plątać"
Cisza Noworoczna: Opowieść o Annie, która po trzydziestu dniach szarego listopada i samotnym, pierwszym Bożym Narodzeniu po rozwodzie, odnajduje cichy cud przez przypadkowe spotkanie z sąsiadem w zimowy wieczór pełen śniegu, ciepła, domowego żurawinowego kompotu i magicznych szklanych kul pełnych wspomnień
Dacza kością niezgody – córka odzyskała swoje — Ksiu, zrozum, sytuacja jest patowa — westchnął ciężko pan Waldemar. — Marlena już dwa miesiące wierci mi dziurę w brzuchu. Wypatrzyła na Cyprze jakiś program edukacyjny dla Daniela. No, dla naszego syna. Twierdzi, iż chłopakowi trzeba dać lepszy start, podciągnąć angielski. A skąd na to pieniądze? Przecież wiesz, iż teraz nie mam pracy. Ksia powoli podniosła na ojca wzrok. — I uznałeś, iż sprzedaż działki to najlepsze rozwiązanie? — szepnęła. — A co innego? — rozpromienił się ojciec, pochylając się bliżej. — Działka stoi odłogiem. Marlena tam choćby nie jeździ, nudzi ją komary… choćby nie wie, iż według papierów działka już dawno nie jest moja. Myśli, iż wystawimy ją na sprzedaż i się dorobimy. Ksia, jesteś rozsądna dziewczyna. Zróbmy tak: ty teraz oficjalnie sprzedajesz ją. Bierzesz swoje pieniądze, które mi dziesięć lat temu pożyczyłaś — co do grosza! A resztę, to co przyrosło przez lata rynkowej ceny, dasz mi. Po rodzinie. Tobie się nie stanie krzywda, prawda? Swoje odzyskałaś, a ojcu pomogłaś. Ojciec przyszedł bez zapowiedzi. Ostatnio widywali się rzadko — od lat miał już drugą rodzinę, inne priorytety, a wśród nich najstarsza córka nie bardzo się mieściła. Ksia podejrzewała, iż przyszedł nie bez powodu. Myślała, iż znów poprosi o kasę, ale… Propozycja ojca brzmiała co najmniej dziwnie. — Tata, przypomnij sobie co było dziesięć lat temu — powiedziała Ksia po jego słowach. — Przyszedłeś do mnie i powiedziałeś, iż potrzebujesz pieniędzy na operację i rehabilitację. Pamiętasz? Pan Waldemar skrzywił się. — Po co rozdrapywać stare rany? Wyleczyłem się, dzięki Bogu. — Stare? — Ksia pokręciła głową. — Miałam wtedy na koncie pieniądze, które pięć lat odkładałam. Na wkład własny do mieszkania. Pracowałam w weekendy, oszczędzałam na wszystkim. I wtedy przyszedłeś ty. Nie pracowałeś, oszczędności zero, za to była Marlena i Daniel. Zabrałeś mi wtedy wszystkie oszczędności! — Byłem zdesperowany, Ksiu! Co miałem zrobić? Położyć się pod mostem? — Zaproponowałam ci pomoc — ciągnęła Ksia bez słuchania go. — Ale uczciwie przyznałam: boję się zostać bez pieniędzy i mieszkania, jeżeli ciebie zabraknie. Masz przecież legalną spadkobierczynię, Marlenę. Ona by mnie na tę działkę nie wpuściła. Tydzień się targowaliśmy, pamiętasz? Nie chciałeś pisać umowy, oburzałeś się. „Jak możesz nie wierzyć własnemu ojcu!” Chciałam tylko mieć pewność. — No i dostałaś te pewności! — przerwał Waldemar. — Spisaliśmy umowę — działka stała się twoja. Formalnie sprzedałem ją ci za grosze, za kwotę potrzebną na leczenie. Ale się umawialiśmy: ja użytkuję, a jak będę miał pieniądze — odkupuję. — Minęło dziesięć lat — ucięła Ksia. — Dziesięć lat, tato. Ani słowa o wykupie, ani grosza nie oddałeś. Każdego lata mieszkałeś tam na dziko, sadziłeś pomidory, paliłeś drewno, za które płaciłam ja. Podatki od działki — na mnie. Remont dachu trzy lata temu — na mnie. Żyłeś tam jak panisko, a ja spłacałam kredyt. Pan Waldemar otarł czoło. — Nie pracowałem, Ksiu… Po chemii długo dochodziłem do siebie, potem wiek, nikt nie chciał przyjąć. Marlena też… ona wrażliwa, jej praca w biurze wykańcza. Żyjemy z jej sprzedaży przez internet, ledwo wystarcza. — Wrażliwa dusza? — Ksia zaczęła chodzić po kuchni. — A ja niby grubo skóra? Dwie prace, żeby spłacać kredyt i twoje „sanatorium” na działce? A teraz Marlena uznała, iż czas sprzedać działkę, żeby wysłać synka na Cypr? MOJĄ działkę, tato! Moją! — Ksiuniu, formalnie — tak, twoja. Ale rozumiesz, to miało być tymczasowo. Jestem twoim ojcem. Dałem ci życie! Chcesz się szarpać o trochę ziemi, kiedy brat potrzebuje wsparcia? — Brat? — Ksia zatrzymała się gwałtownie. — Widziałam go dwa razy w życiu! choćby życzeń mi nie złożył. A Marlena… choć raz spytała, jak żyję? Jak dźwigałam to wszystko? Ona myśli, iż jesteś właścicielem fabryk, tylko czasowo bez pracy. Oszukiwałeś ją dziesięć lat, tata. Pan Waldemar spuścił głowę. — Chciałem dobrze… Nie chciałem jej denerwować. Ona emocjonalna, zaraz by narobiła rabanu, iż przeniosłem własność „na bok”. — Na bok? — Nie czepiaj się słów! — ojciec podniósł głos. — Robię ci interes! Działka teraz warta pięć razy tyle co wtedy. Rynek poszedł w górę. Ty bierzesz swoje trzysta tysięcy, które dałaś mi na leczenie. To uczciwe? Uczciwe! Reszta – dla mnie. Muszę Danielowi zapewnić edukację, Marlenie zrobić zęby, samochód wymienić – stary się sypie. Siedemset tysięcy nic cię nie zbawi, a masz mieszkanie w Warszawie, poszło ci dobrze. Pomóż rodzinie! Ksia patrzyła na niego i nie rozpoznawała własnego ojca. Gdzie ten człowiek, który kiedyś czytał jej bajki na dobranoc? — Nie — rzuciła krótko. — Co „nie”? — ojcu opadła szczęka. — Nie sprzedam działki. I na pewno nie oddam ci żadnych pieniędzy „ponad”. Działka z prawa i uczciwości należy do mnie. Przez dziesięć lat żyłeś tam za darmo, odzyskałeś zdrowie, cieszyłeś się wsią. Potraktuj to jako moje alimenty dla ciebie. Ale na tym koniec. — Serio? — twarz Waldemara zrobiła się purpurowa. — Chcesz ojca pozbawić ostatniego? Gdyby nie ja, tej działki by choćby nie było! Dziadek ją budował! — No właśnie, dziadek. I przewróciłby się w grobie, gdyby się dowiedział, iż chcesz roztrwonić rodzinny dom, żeby opłacić jakieś kursy na Cyprze dla chłopaka, który w wieku dziewiętnastu lat palcem nie kiwnął. — Ksiu, opamiętaj się! — krzyczał ojciec, podrywając się z miejsca. — Jesteś mi winna! Wychowałem cię! jeżeli się nie zgodzisz, opowiem wszystkim, jaka jesteś pazerną córką. Powiem wszystko Marlenie, zrobi ci awanturę, aż ci się odechce! Pójdę do sądu! Umowę unieważnię! Wykorzystałaś moją chorobę, wyłudziłaś majątek! Ksia prychnęła z goryczą. — Spróbuj, tato. Mam wszystkie rachunki z kliniki. Wszystkie przelewy na twoje nazwisko. I umowę sprzedaży podpisaną przy notariuszu, gdy już byłeś po remisji. Twoja Marlena mocno się zdziwi, gdy się dowie, iż działkę sprzedałeś, zanim Daniel poszedł do szkoły. Mówiłeś jej, iż to twoja spuścizna? — Ksenia… — głos ojca stał się nagle błagalny. — Córeczko, proszę. Marlena źle to znosi… jeżeli dowie się prawdy, wyrzuci mnie. Jest ode mnie młodsza o piętnaście lat, jest ze mną tylko przez stabilność. Bez działki, bez pieniędzy – będę nikim. Chcesz, żebym skończył na bruku? — O tym trzeba było myśleć wcześniej — zasyczała Ksia. — Kiedy dziesięć lat nie pracowałeś? Kiedy Mara robiła długi? Kiedy obiecywałeś jej złote góry za mój rachunek? — Czyli nie pomożesz? — ojciec wyprostował się. — Taka z ciebie córka… — Idź do domu, tato. Powiedz Marlenie prawdę. To jedyna szansa, by zachować resztki honoru. — Zatrzymaj se tę działkę! — splunął Waldemar, przechodząc obok niej. — Ale pamiętaj: od dziś nie masz ojca. Zapomnij mój numer! Ojciec wyszedł, a Ksia tylko się uśmiechnęła – jakby on kiedykolwiek naprawdę był. Ojciec zostawił ją, gdy skończyła siedem lat. *** Telefon zadzwonił w sobotę rano. Numer nieznany. — Halo? — To Ksenia? — głos macochy poznała od razu. — Myślisz, iż jesteś kimś ważnym, gówniaro? Myślisz, iż nie wiemy, jak oszukałaś Walka? Wszystko mi powiedział! Podsunęłaś mu papiery, jak był po narkozie i głowy nie ogarniał! — Marlena, dzień dobry — odpowiedziała spokojnie Ksenia. — jeżeli chcesz rozmawiać, proszę bez krzyków. — Jaki dzień dobry?! Pozew już gotowy! Prawnik mówi, iż taka umowa leci w sądzie. Wzbogaciłaś się na chorobie ojca, zabrałaś rodzinny dom za grosze. Puścimy cię z torbami! — Marlena, posłuchaj uważnie. Rozumiem, iż Waldemar przekazał ci swoją wersję wydarzeń. Mam jednak dowody, iż pieniądze poszły na leczenie. Mam też SMS-y od niego z dziesięciu lat, gdzie mi dziękuje, iż dbam o działkę i pozwalam mu tam być. Czarno na białym: „Dzięki, córeczko, iż mnie nie zostawiłaś i iż działka jest w dobrych rękach”. Jak sądzisz, co powie sąd? Po drugiej stronie zapadła cisza – Marlena nie była przygotowana na taką ripostę. — Jesteś żmiją — syknęła. — Mało ci własnego mieszkania? Chcesz zabrać bratu wszystko? Daniel musi się uczyć! — Niech Daniel idzie do pracy — ucina Ksia. — Tak jak ja w jego wieku. A ty, Marlena, poznaj wreszcie prawdę. Pamiętasz „akcje”? On ci mówił, iż inwestuje? — Jakie akcje? — głos Marleny zadrżał. — Takie, których nigdy nie było. Brał ode mnie pieniądze na pomoc, a wmawiał ci, iż to dywidendy z inwestycji. Sprawdź przelewy. Mąż cię oszukał! Cały czas żebrał u mnie, zasłaniał się chorobą. A ja się zadłużałam, sądziłam, iż ratuję ojca. Sama dowiedziałam się o tym niedawno. Marlena rozłączyła się. Wieczorem Ksia dostała od ojca SMS-a. Jedno zdanie: „Zrujnowałaś wszystko”. *** Nie odpowiedziała. Po kilku dniach sąsiedzi z działki donieśli jej, iż Marlena urządziła w domu awanturę. Wrzucała rzeczy Waldemara przez okno, aż musiała interweniować policja. Okazało się, iż Marlena, przekonana o rychłej sprzedaży działki, już wzięła duży kredyt na „start” dla syna. Waldemar musiał wyprowadzić się z domu. Marlena wniosła pozew o rozwód, gdy poznała skalę jego kłamstw. Syn Daniel, przyzwyczajony do wygód, nie przejął się losem ojca i gwałtownie zamieszkał z dziewczyną, stwierdzając, iż „stary sam sobie winien”. Gdzie w tej chwili jest ojciec, Ksia nie wie. I nie zamierza się dowiadywać.
Ludzie mają bajeranckie gadżety. Lodówki, które do nich mówią. Samochody, które piszczą na każde westchnienie. Kosiarki do trawy droższe niż moja pierwsza kaucja za mieszkanie. A ja? Mam starą kosiarkę z odpryśniętą farbą, zrzędliwym szarpakiem i upartym sercem jak u kozicy. Trafiła do mnie jak większość rzeczy do przetrwania—przez przypadek i z konieczności. Kupiona za grosze na garażowej wyprzedaży przez mojego byłego, kiedy jeszcze „my” oznaczało „razem na zawsze”. Po rozwodzie on zabrał rzeczy, które świetnie wyglądają na zdjęciach. Ja zostałam z tymi, które utrzymują świat w ruchu. Trochę naczyń. Odkurzacz brzmiący jakby zaraz miał się poddać. No i kosiarka—bo trawie nie robi różnicy, jak cienkie masz konto. Nie została ze mną z sentymentu, tylko dlatego, iż nie mogłam sobie pozwolić na nową. A potem upływ czasu zrobił swoje. Życie mojego byłego rozsypało się jak liście na wietrze—złe decyzje, coraz głośniejsze wymówki, coraz dziwniejsze poglądy. Jego imponujące rzeczy przepadły. Ja wciąż miałam swoją kosiarkę. I lata mijały — jedenaście sezonów bycia tą, która sobie radzi. Jedenaście lat uczenia się, jak ogarniać wszystko sama. Jedenaście lat bycia osobą, która naprawia, rozgryza, daje radę. Nie mam zadaszenia ani ciepłego garażu—kosiarka stoi pod chmurką, na łasce polskiej zimy, która nikogo nie oszczędza. Każdej wiosny podchodzę do niej jak do starej przyjaciółki—z nadzieją, iż mnie pozna. Otrzepuję kurz i zaschnięte liście, sprawdzam paliwo, pompuję „gumowe serduszko” silnika. Chwytam za uchwyt, szarpię sznurek raz, drugi, trzeci, szeptając dramatyczne prośby do wszechświata: Tylko nie teraz, błagam. Bo jeżeli dziś nie ruszy, to nie tylko kłopot. To nowy wydatek. Nowy problem. Nowe przypomnienie, iż życie potrafi nagle zacząć się sypać. A wtedy—jakby była obrażona na moje wątpliwości—ryczy na pełny gaz, głośno, po swojemu: Jestem tu, jazda! Każdej wiosny. Po śniegu, deszczu, błocie i upałach—ona wstaje i robi robotę. A mnie rozpiera czuła wdzięczność. Nie za to, iż jest kosiarką. Za to, iż jest dowodem. Że coś starego, niedoskonałego, może przez cały czas stawiać się w gotowości. Że wytrwałość nie musi być piękna. Że nie wszystko, co przetrwało, musi błyszczeć—wystarczy, iż jest uparte. Ludzie nie mówią o tych cichych zwycięstwach. Wolą opowiadać o efektownych zmianach życia. A czasem prawdziwe zwycięstwo to maszyna, która nie umiera. Kobieta, która ogarnia codzienność. Trawnik, który jest przycięty, bo ktoś się uparł, by działać dalej. Mam 50 lat. Mój kręgosłup marudzi, cierpliwość jest krótsza. Budżet ciągle napięty. Ale gdy kosiarka odpala, stoję z uśmiechem, włosy rozczochrane, ręce na uchwycie—jakby kibicowała mi jej warkotem. Nie zna mojej historii. Ale jest jej częścią. Więc tak, kocham moją kosiarkę. Nie za to, iż jest bajerancka. Za to, iż jest wierna. A w świecie, w którym wszystko się sypie, wierność to prawdziwy cud. 💚
Julia Walczak o życiu po rozstaniu z Katarzyną Zillmann. Mówi, jak się czuje
Walizki nie rozpakowuj – dzisiaj się wyprowadzasz. Rozwód w sylwestrową noc: zdrada, królik i Dziadek Mróz w realiach polskich świąt!
Z kim Białystok zerwał międzynarodową współpracę, a z kim przez cały czas jest powiązane? Miasta partnerskie Białegostoku - na liście dość egzotycznie
Ojczym: Nowe Życie, Nowe Wyzwania
Julia Walczak ujawnia, jak się czuje po rozstaniu z Katarzyną Zillmann: "JEST LEPIEJ"
Gdy moja mama powiedziała: „Wychowaliśmy cię, teraz jesteś nam winna”, ja już miałam podpisaną umowę na własne mieszkanie. W tym świecie są słowa, które brzmią jak miłość… a tak naprawdę są kajdanami. Moja mama potrafiła je układać pięknie. Przez długi czas wierzyłam, iż to troska. Aż pewnego dnia usłyszałam prawdę — bez upiększeń. Była niedziela. Późne popołudnie, gdy słońce jest łagodne, a cisza w pokoju wydaje się być „rodzinnym ciepłem”. To właśnie w takich chwilach ludzie lubią stawiać warunki — bo przy herbacie i serniku wszystko wydaje się bardziej niewinne. Siedziałam na kanapie w domu rodziców. Tam, gdzie kiedyś byłam dzieckiem. Tam, gdzie wierzyłam, iż jest bezpiecznie. A moja mama siedziała naprzeciwko i trzymała notes. Nie dokument. Nie teczkę. Zwykły notes w twardej oprawie, w którym od lat zapisuje „kto ile komu jest winien”. — Porozmawiajmy poważnie — powiedziała. — Wychowaliśmy cię. Teraz jesteś nam winna. Winna. To słowo spadło na stół jak moneta. Nie mrugnęłam. Po prostu na nią spojrzałam. — Winna… komu? — zapytałam cicho. Westchnęła teatralnie, jakby to ja była niewdzięczna. — Rodzinie. Nam. Porządkowi. Porządkowi. Kiedy ktoś mówi ci o „porządku”, nie pytając, jak się czujesz… wiedz, iż nie chodzi mu o ciebie. Chodzi mu o to, by trzymać cię w ryzach. Prawda jest taka, iż od lat żyłam w dwóch rzeczywistościach. Pierwsza była moja: praca, zmęczenie, marzenia, drobne zwycięstwa, których nikt nie widzi. Druga była ich: ja jako projekt. Ja jako inwestycja. Ja jako córka, która ma „oddać dług”. Tata siedział w kącie i milczał. Jakby słuchał wiadomości. Jakby to nie o mnie chodziło. To męskie milczenie zawsze bolało mnie najbardziej. Bo pozwala kobietom być okrutnymi. A mama… była spokojna. Pewna siebie. Jakby wiedziała, iż nie mam wyjścia. — Postanowiliśmy — powiedziała. — Sprzedasz to, co masz i pomożesz nam kupić nowe mieszkanie dla wszystkich. Większe. I będziemy razem. „Razem.” Jak słodko to brzmiało. Tyle iż „razem” w jej słowniku znaczyło „pod kontrolą”. Patrzyłam na nią i czułam, iż nie rodzi się we mnie gniew. Rodzi się jasność. Tydzień wcześniej zrobiłam coś, o czym nikomu nie powiedziałam. Podpisałam umowę na małe mieszkanie. Nic efektownego. Nic luksusowego. Ale moje. Miejsce, gdzie klucz nie będzie w cudzych rękach. I to była różnica między dawną a nową mną: dawna by się tłumaczyła. Nowa — po prostu działa. Mama pochyliła się do przodu. — Wiem, iż masz pieniądze. Widzisz, dobrze się ubierasz, nie jesteś biedna. Czas dać coś od siebie. Czas. Zawsze „czas”, gdy ktoś chce wziąć twoje życie i nazwać to „właściwym”. — Niczego nie sprzedam — powiedziałam spokojnie. Spojrzała na mnie jakbym powiedziała coś nieprzyzwoitego. — Co? — Słyszałaś. Tata w końcu się poruszył. — Nie bądź taka kategoryczna… — wymamrotał. — Mama ma dobre intencje. Dobre intencje. Tak tłumaczy się presję: nazywasz ją „dobrem”. Mama krótko się zaśmiała. — Ależ ty jesteś nowoczesna. Samodzielna. Już nie słuchasz. — Nie — odpowiedziałam. — Teraz słyszę. Uderzyła długopisem o notes. — Nie rozumiesz! Bez nas byłabyś nikim! I wtedy poczułam, jak w klatce piersiowej otwiera się coś… jak ciche drzwi. Wreszcie usłyszałam prawdę. Nie miłość. Nie troskę. Roszczenie. I wtedy padło pierwsze zdanie, które postawiło granicę: — jeżeli wasza miłość ma cenę, to znaczy, iż to nie miłość. Mama zwęziła oczy. — Daj spokój z filozofią. Mówimy o rzeczywistości. I dokładnie wtedy był ten moment. Spokojnie na nią spojrzałam i powiedziałam: — Dobrze. Rzeczywistość. Nie zamieszkam z wami. Cisza. Pełna. Ciężka. Jak pauza przed ciosem. Uśmiechnęła się pogardliwie. — I gdzie będziesz mieszkać? Na wynajmie? Spojrzałam na nią i powiedziałam prosto: — W swoim mieszkaniu. Zadławiła się powietrzem. — W swoim? — Tak. — Od kiedy?! — Od dnia, w którym postanowiłam, iż moje życie nie jest waszym projektem. Nie wyciągałam kluczy. Nie robiłam scen. To nie był moment na teatr. Ale miałam coś ważniejszego. Wyjęłam z torebki kremową przesyłkę — nie kopertę z dowodami, nie teczkę, nie papiery na stole. Zwykła przesyłka. Z pieczątką. Z adresem. Na moje nazwisko. Mama spojrzała na nią z szeroko otwartymi oczami. — Co to jest? — List — powiedziałam. — Z mojego nowego domu. Wyciągnęła rękę, ale nie podałam jej od razu. I wtedy powiedziałam „gwoździowy” tekst — cicho, ale dosadnie: — Kiedy wy planowaliście, co mi zabrać, ja podpisałam swoją wolność. Tata wstał. — To szaleństwo! Rodzina powinna być razem! Rodzina. Zabawne, iż ludzie mówią o rodzinie tylko wtedy, gdy tracą nad nią kontrolę. — Rodzina powinna być z szacunkiem — odpowiedziałam. — Nie z długiem. Mama się zmieniła. Twarz jej stężała. — Czyli nas porzucasz? — Nie — poprawiłam ją. — Przestaję się poświęcać. Zaśmiała się śmiechem tych, którzy nie akceptują cudzej wolności. — Wrócisz jeszcze. — Nie — powiedziałam spokojnie. — Ja odejdę… i nie wrócę. I wtedy przyszła największa scena — nie sąd, nie bank, nie biuro. Rodzinna scena. Mama się rozpłakała. Ale nie jak matka. Jak reżyserka. — Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam… tak mi się odpłacasz? Tymi słowami chciała przywrócić mi mój stary kostium: winnej córki. Tyle iż już go nie zakładałam. Wstałam, wzięłam płaszcz i stanęłam w drzwiach. To moja symbolika: drzwi. Nie sceny. Drzwi. I powiedziałam jedno, symboliczne zdanie, które zabrzmiało jak zamknięcie: — Nie odchodzę od was. Odchodzę do siebie. Zerwała się. — Wyjdziesz — nie waż się wracać! Oto cała prawda. Warunki. Spojrzałam na nią z czułością, która nie jest słabością, ale ostatnią szansą. — Mamo… ja już dawno jestem poza. Po prostu dziś mówię to na głos. Potem spojrzałam na tatę. — Mogłeś mnie kiedyś obronić. Milczał. Jak zawsze. I to właśnie była odpowiedź. Wyszłam. Moje kroki na schodach nie były wściekłe. Były lekkie. Na zewnątrz było zimno, ale powietrze czyste. Telefon zawibrował — wiadomość od mamy: „Jak ci się nie uda, nie dzwoń do mnie.” Nie odpisałam. Niektóre słowa nie zasługują na odpowiedź. Zasługują na granicę. Wieczorem poszłam do nowego mieszkania. Puste. Bez mebli. Tylko światło i zapach farby. Ale moje. Usiadłam na podłodze i otworzyłam list. W środku było tylko potwierdzenie adresu. Nic romantycznego. Ale dla mnie to był najpiękniejszy list miłosny od życia: „Tu zaczynasz.” Ostatnie zdanie było krótkie, mocne: Nie uciekłam. Uwolniłam się. ❓A czy Wy… gdyby rodzina zażądała od Was życia „w imię porządku”, podporządkowalibyście się… czy zamknęlibyście drzwi i wybrali siebie?
Nigdy Nie Kochałem Mojej Żony i Zawsze Jej Mówiłem: To Nie Jej Wina — Żyjemy Dobrze
Nie ma już z kim porozmawiać. Opowieść – Mamo, co Ty mówisz? Jak to nie masz z kim porozmawiać? Przecież dzwonię do Ciebie dwa razy dziennie – zapytała zmęczonym głosem córka. – Nie, córeczko, nie o to chodzi – westchnęła smutno pani Nina – po prostu nie mam już przyjaciół ani znajomych w moim wieku. Z mojego czasu. – Mamo, nie mów tak. Masz przecież szkolną przyjaciółkę, Irenę. Poza tym jesteś bardzo nowoczesna i wyglądasz dużo młodziej! Mamo, serio, co się dzieje? – zmartwiła się córka. – Wiesz przecież, iż Irena ma astmę i nie może długo rozmawiać przez telefon, zaczyna kaszleć. Mieszka też daleko, aż na drugim końcu miasta. Kiedyś byłyśmy we trójkę – pewnie Ci opowiadałam. A Marzenki już dawno nie ma. Wczoraj przyszła do mnie sąsiadka, pani Ania z mieszkania obok. Zaparzyłam jej herbaty, przyniosła jeszcze świeże drożdżówki dla swoich. Opowiedziała o dzieciach, o wnukach, chociaż jest ode mnie jakieś piętnaście lat młodsza. Ale ma zupełnie inne wspomnienia z dzieciństwa, z czasów szkoły. A ja… tak bardzo chciałabym pogadać z kimś w moim wieku, kto pamięta tamte czasy – Nina mówiła to córce, wiedząc jednak, iż ta jej nie zrozumie. Jest młoda, jej czas dopiero trwa, jest tu i teraz. Jeszcze nie czuje tej tęsknoty za wspomnieniami. Świetna z niej dziewczyna, troskliwa, to nie o nią chodzi. – Mamo, kupiłam bilety na wieczór z pieśniami w Filharmonii we wtorek. Pamiętasz, jak chciałaś iść? I proszę Cię, nie smuć się już, włóż swoją bordową sukienkę – wyglądasz w niej bosko! – Dobrze, córeczko, już dobrze, sama nie wiem, co mi się zebrało na wspominki. Dobranoc, zadzwoń jutro. Połóż się wcześniej, bo się nie wysypiasz – zmieniła temat Nina. – Tak, mamo, dobranoc – odpowiedziała córka i się rozłączyła. Nina w ciszy patrzyła wieczorem na migoczące światła miasta… Matura, też wiosna. Tyle planów. To było tak niedawno. Jej przyjaciółka Irena podkochiwała się w Maćku Malinowskim z klasy. Ale Maćkowi podobała się Nina. Dzwonił do niej wieczorami na domowy telefon, zapraszał na spacery. Ale Nina traktowała go po przyjacielsku, nie chciała dawać nadziei. Potem Maciek poszedł do wojska. Wrócił, ożenił się. Mieszkał później w starym bloku Ireny. I miał wtedy… telefon stacjonarny. Numer… Nina wykręciła dobrze zapamiętany numer. Długo nic, aż w końcu odezwał się cichy męski głos: – Halo, słucham? Może już za późno? Po co ja zadzwoniłam? Może Maciek już mnie nie pamięta, a może to nie on… – Dobry wieczór – głos Niny zadrżał lekko z emocji. Znów zaszumiało, a potem usłyszała zdziwione: – Nina? To naprawdę Ty? Oczywiście, iż Ty – głosu Twojego nie da się zapomnieć! Jak mnie znalazłaś? Byłem tu zupełnie przypadkiem… – Maćku, poznałeś mnie! – na Ninę spłynęła fala radosnych wspomnień. Nikt już od dawna nie zwracał się do niej po imieniu – tylko „mama”, „babcia” albo „pani Nina”. No, czasem Irena. A takie zwykłe „Nina” zabrzmiało cudownie, wiosennie, jakby tych wszystkich lat w ogóle nie było. – Nina, jak się miewasz? Cieszę się, iż dzwonisz – te słowa naprawdę ją ucieszyły. Bała się, iż nie pozna, albo będzie się bał z nią rozmawiać. – A pamiętasz klasę maturalną? Jak z Kubą kajakowaliście i potem na lodach na rynku słuchaliśmy muzyki? – rozmarzył się Maciek. – Jasne, iż pamiętam – zaśmiała się Nina szczęśliwie – Albo jak na biwaku w lesie pół nocy nie mogliśmy otworzyć konserwy, a byliśmy tacy głodni! – No właśnie! A potem ognisko, piosenki, gitara Kuby – pamiętasz? Przez Ciebie nauczyłem się grać na gitarze. – I co, umiesz? – głos Niny aż śmiał się młodością zalewającą ją wspomnień. Maciek przywracał ich wspólne dawne życie, przywołując coraz więcej szczegółów. – Jak u Ciebie teraz? – spytał Maciek, a potem sam odpowiedział – zresztą po głosie słychać, iż jesteś szczęśliwa. Masz dzieci, wnuki? I wciąż piszesz wiersze? Tak, pamiętam! „Zanikając w nocy, zmartwychwstaję o świcie!” Cudowny optymizm! Zawsze byłaś jak promyk słońca! Przy Tobie dusza się ogrzeje. Twoi bliscy mają z Tobą szczęście – taka mama, taka babcia to skarb. – Przestań, Maćku, przesadzasz! Mój czas już przeminął… Przerwał jej: – Nie mów tak! Czuć od Ciebie energię, aż telefon parzy! Żartuję, ale nie wierzę, iż zgubiłaś smak życia – niepasuje do Ciebie! Twoje chwile jeszcze się nie skończyły, Nina, więc żyj i ciesz się. Słońce świeci dla Ciebie. I wietrzyk gna obłoki po niebie dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie! – Maćku, no Ty jak zawsze romantyk… A co u Ciebie? Ja tylko o sobie… – ale nagle telefon zaszumiał, zaskrzypiał i połączenie się urwało. Nina przesiedziała dłuższą chwilę z telefonem w dłoni. Chciała oddzwonić, ale uznała, iż już późno. Innym razem. Ależ dobrze pogadali, ile powspominali… Nagle zadzwoniła wnuczka. – Tak, Dasiu, nie śpię. Co mówiła mama? Nie, mam świetny nastrój. Idę z mamą na koncert. Wpadniesz jutro? Super, czekam, pa. Nina położyła się spać w rewelacyjnym humorze. W głowie zrodziło się mnóstwo nowych planów! Zasypiając, układała linijki nowych wierszy… Rano postanowiła odwiedzić Irenę. Kilka przystanków tramwajem, nie pozostało taka stara. Irena bardzo się ucieszyła: – No wreszcie, już dawno miałaś przyjść. O, kupiłaś abrikotyn? Wiesz, iż to mój ulubiony tort! No opowiadaj – Irena aż się zakrztusiła, ale tylko machnęła ręką: – Wszystko w porządku, nowy inhalator, już mi lepiej. Chodźmy na herbatę. Ninka, jakbyś odmłodniała. Dawaj, mów, co się stało? – Sama nie wiem, chyba piąta młodość! Wyobraź sobie, wczoraj zupełnie przypadkiem zadzwoniłam do Maćka Malinowskiego. Tak, tego Twojego z dziesiątej klasy! Tyle rzeczy sobie przypomnieliśmy! A Ty co taka cicha, Irenko? Znów duszność? Irena zbladła, milczała długo, wpatrując się w Ninę, po czym wyszeptała: – Nino, nie wiesz, iż od roku Maćka już nie ma? I mieszkał przecież w innej dzielnicy, z tamtego mieszkania wyprowadził się dawno. – Ale jak to? Z kim więc rozmawiałam? Przecież pamiętał wszystkie szczegóły naszej młodości… Przed rozmową miałam okropny nastrój. A po niej, tak jakby dostałam nowe życie… Skąd mógł znać te wszystkie nasze wspomnienia? Przecież to był jego głos… Powiedział mi: „Słońce świeci dla Ciebie. I wietrzyk gna chmury dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie!” Irena pokręciła głową, nie wierząc do końca. W końcu powiedziała: – Nino, nie wiem, jak to możliwe, ale wygląda na to, iż to był on. Jego słowa, jego styl… Maciek Cię kochał. Myślę, iż chciał Cię wesprzeć… stamtąd. I chyba mu się udało. Jeszcze nigdy nie widziałam Cię tak radosnej i pełnej życia. Kiedyś ktoś pozbiera Twoje roztrzaskane serce. I przypomnisz sobie, iż jesteś… po prostu szczęśliwa.
Victoria Beckham przerwała ciszę w mediach społecznościowych. Pogratulowała jednemu z synów
Po rozwodzie rodziców zostałam wyrzucona z domu – oboje wolili swoje szczęście niż własną córkę, aż los po latach znów połączył naszą rodzinę
Grzeszczak wyznała ws. Libera dwa lata po rozwodzie. "Nie wyobrażam sobie"
Bartłomiej Kotschedoff o relacji z Katarzyną Wajdą. "Poczułem, iż nie trzeba zasługiwać, można po prostu być"
Nie ma z kim pogadać. Opowiadanie – Mamo, co Ty mówisz? Jak to nie masz z kim porozmawiać? Przecież dzwonię do Ciebie dwa razy dziennie – zapytała z lekkim zmęczeniem córka. – Nie, kochanie, nie o to chodzi – westchnęła smutno pani Nina – po prostu nie mam już przyjaciół, ani znajomych w swoim wieku. Z mojego świata… – Mamo, daj spokój, przecież masz szkolną przyjaciółkę, Irenę. I wyglądasz dużo młodziej niż jesteś i jesteś nowoczesna! No mamo, co się z Tobą dzieje? – zmartwiła się córka. – Przecież wiesz, iż Irena ma astmę i nie może rozmawiać przez telefon, bo od razu zaczyna kaszleć. A mieszka daleko, na drugim końcu Warszawy. Kiedyś trzymałyśmy się razem we trójkę, pamiętasz, opowiadałam Ci o tym. Ale Marysi już dawno nie ma… Wczoraj wpadła na chwilę sąsiadka, pani Teresa z klatki obok. Zaprosiłam ją na herbatę, przyniosła świeże drożdżówki – piekła dla swoich. Opowiadała o dzieciach, o wnukach. Ma wnuki, choć jest ode mnie piętnaście lat młodsza. Ale jej dzieciństwo i szkoła – to już inne czasy… Tak bardzo chciałabym pogadać z rówieśnikami, takimi jak ja… – Nina mówiła to córce, ale wiedziała, iż trudno jej będzie zrozumieć matkę, jest młoda, jej czas jeszcze się nie skończył… – Mamo, we wtorek mam bilety na wieczór piosenki retro – pamiętasz, chciałaś iść? I przestań się smucić, załóż swoją bordową sukienkę – wyglądasz w niej jak milion dolarów! – Dobrze, kochanie, wszystko w porządku, sama nie wiem, co mnie naszło. Dobranoc, jutro zadzwonię. Połóż się wcześniej, potrzebujesz snu – Nina gwałtownie zmieniła temat. – Dobranoc, mamo, śpij dobrze – i Sylwia się rozłączyła. Nina długo patrzyła w okno na migoczące światła miasta… Matura, też była wiosna. Tyle planów. Jakby to było wczoraj. Jej przyjaciółka Irka była zauroczona Jurkiem Malinowskim z ich liceum. A Jurkowi podobała się… sama Nina. Wieczorami dzwonił na domowy, zapraszał na spacer. Ale dla Niny to był tylko przyjaciel, nie chciała dawać mu nadziei. Później Jurek poszedł do wojska. Wrócił, ożenił się. Mieszkał potem w starym domu Ireny. I miał wtedy telefon, taki stary, stacjonarny. Numer… Nagle Nina wykręciła ten numer. Sygnału długo nie było, w końcu odezwał się cichy, męski głos: – Słucham, kto mówi? Może już za późno… Po co dzwonię? Może Jurek dawno o mnie zapomniał, a może to choćby nie on! – pomyślała Nina. – Dobry wieczór – jej głos lekko się łamał z emocji. Znowu coś zaszumiało w słuchawce i nagle usłyszała zdumione: – Ninka? To naprawdę Ty? Poznaję Twój głos. Jak mnie znalazłaś? – Jurek, to Ty?! – Nagle poczuła przypływ radości. Nikt już nie wołał jej po imieniu: tylko „mama”, „babcia” albo „pani Nina”. No, czasem jeszcze Irena. A po prostu „Nina” brzmiało tak pięknie, tak młodo, jakby całe życie znów było przed nią. – Nina, co u Ciebie? Jak się masz? – ucieszył się Jurek. Bała się, iż jej nie pozna, albo będzie niezręcznie. A on… – A pamiętasz naszą klasę maturalną? Jak z Wojtkiem Wasilewskim wiosłowaliśmy z Wami na Wiśle? Wojtek zdarł ręce, a potem wszyscy jedliśmy lody na bulwarze. Muzyka grała… – Pewnie, iż pamiętam! – zaśmiała się Nina – a naszą wycieczkę do Kampinosu? Jak nie mogliśmy otworzyć konserw, a byliśmy tak głodni! – No właśnie! – śmiał się Jurek – a potem śpiewaliśmy przy ognisku, ty pisałaś jeszcze wtedy wiersze… – Dalej piszę! – głos Niny zabrzmiał młodo. Jurek przywołał ich wspólne wspomnienia, tak, iż aż serce się rozgrzało. – A teraz… masz dzieci, wnuki? Ciągle tworzysz wiersze? – Jego słowa dodały jej skrzydeł. – Zawsze byłaś jak słońce. Przy Tobie można było ogrzać duszę. Masz szczęśliwą rodzinę, a taka mama i babcia to prawdziwy skarb. – Przestań, Jurek, aż tak dobrze nie jest… Moje czasy już minęły… A on stanowczo: – Daj spokój! Masz w sobie tyle energii, aż mi telefon się rozgrzał! Żartuję, ale naprawdę, Twoje życie się nie skończyło. Słońce świeci dla Ciebie. I chmury pędzą po niebie dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie! – Ty to zawsze byłeś romantykiem… A u Ciebie jak? – Nagle w słuchawce coś zaszumiało i połączenie się przerwało. Nina została z telefonem w ręce, chciała oddzwonić, ale uznała, iż już za późno… Innym razem. Jak dobrze im się rozmawiało, ile wspomnień wróciło! Nagle zadzwoniła wnuczka: – Tak, Dasiu? Nie śpię. Co mama mówiła? U mnie wszystko dobrze. Idziemy z mamą na koncert. Wpadniesz jutro? Super, czekam, pa! W doskonałym nastroju Nina poszła spać. Już układała w głowie nowe wiersze… Rano Nina postanowiła odwiedzić Irenę – kilka przystanków tramwajem, przecież jeszcze nie jest staruszką! Irena przywitała ją z radością: – No nareszcie, ciągle tylko obiecujesz odwiedziny! O, kupiłaś mój ukochany torcik morelowy! Opowiadaj! – Irena zakaszlała, ale gwałtownie się otrząsnęła: – Wszystko pod kontrolą, nowy inhalator. Chodź, pijemy herbatę. Ninka, jakaś młodsza się zrobiłaś! Co się stało? – Nie uwierzysz… Dzwoniłam wczoraj przypadkiem do Jurka Malinowskiego. Pamiętasz, kochałaś się w nim w liceum. Zaczęliśmy wspominać, opowiadać, zapomniałam już o tylu sprawach! A Ty co taka blada? Źle się czujesz? Irena zbladła, patrzyła w milczeniu, aż w końcu wyszeptała: – Ninka, nie wiedziałaś? Jurka od roku już nie ma… I w ogóle mieszkał w innym miejscu, dawno się wyprowadził… – Jak to? To z kim rozmawiałam? Znał wszystkie szczegóły naszego życia… Przed rozmową byłam tak przygnębiona, a po niej poczułam, iż mam jeszcze siły i chęci do życia… Jak to możliwe? – Ale przecież to był jego głos… Powiedział mi nawet: „Słońce świeci dla Ciebie. I wiatr gna chmury po niebie tylko dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie!” Irena pokiwała głową, zamyślona. I nagle powiedziała: – Ninka, nie wiem jak to się stało, ale chyba to naprawdę był on – jego słowa, jego styl. Jurek Cię kochał. Może chciał dodać Ci sił… z tamtej strony. Wyglądasz jakbyś odżyła! Dawno nie widziałam Cię tak szczęśliwej i pełnej energii. Kiedyś ktoś pozbiera Twoje nadwyrężone serce i wtedy przypomnisz sobie, że… wciąż możesz być szczęśliwa.
Po 34 latach małżeństwa z żoną zakochałem się w innej kobiecie – mam 65 lat i na wsi odnalazłem uczucie, którego mi brakowało. Żona została w mieście, a ja stoję przed trudnym wyborem: rozwód czy lojalność wobec rodziny?
Agata Weiss z "HP 11" zalała się łzami. Jej słowa poruszyły fanów. "Miłość nie powinna kosztować znikania"
Najpierw plotki o rozstaniu, a teraz takie wyznanie. „Jestem szczęściarą”
Nie jesteś żoną, jesteś służącą. Nie masz dzieci! – Kiedy teściowa przejmuje kontrolę, a remont zamienia życie w koszmar: historia Heleny, Jacka i walki o własną przestrzeń pod jednym dachem
Serwus, już kupiłem najpiękniejszy bukiet kwiatów i wyruszyłem na randkę. W doskonałym nastroju stałem przy fontannie w centrum miasta z bukietem w dłoni. Ani śladu po Lesi. Rozejrzałem się i wybrałem jej numer – nie odebrała. „Może się spóźnia” – pomyślałem i spróbowałem jeszcze raz. Tym razem Lesia odebrała. – Jestem już na miejscu, a Ty gdzie? – zapytałem od razu. – Między nami wszystko skończone! – oznajmiła niespodziewanie. – Co? Dlaczego? – zdębiałem. – Przez ten Twój bukiet! – powiedziała dziewczyna, zaskakując mnie jeszcze bardziej. – A co jest z nim nie tak? – spytałem zdezorientowany, nie rozumiejąc o co chodzi…
Victoria Beckham przerwała milczenie po aferze. Oto co opublikowała
Nie mam już z kim porozmawiać. Opowieść – Mamo, co ty mówisz? Jak to nie masz z kim pogadać? Przecież dzwonię do ciebie codziennie, – westchnęła zmęczona córka. – Nie, córeczko, nie o to mi chodzi, – Nina Antonowna westchnęła smutno. – Po prostu nie zostało mi już żadnych przyjaciół ani znajomych w moim wieku. Z mojego pokolenia. – Mamo, przestań – masz przecież Irkę, swoją przyjaciółkę z liceum. I w ogóle jesteś bardzo nowoczesna, wyglądasz o wiele młodziej! No mamo, nie przesadzaj, – zmartwiła się córka. – Sama wiesz, Irena ma astmę, nie może długo rozmawiać przez telefon, zaraz zaczyna kasłać. A mieszka daleko, na drugim końcu Krakowa. Kiedyś byłyśmy we trójkę nierozłączne, pamiętasz, ci opowiadałam. No ale Marzenki już od dawna nie ma… Wczoraj wpadła zajrzeć do mnie pani Tania z sąsiedztwa. Zaparzyłam jej herbatę – fajna kobieta, często do mnie wpada. Przyniosła świeże drożdżówki – piekła dla wnuków. Pogadała o dzieciach, o wnukach… Też ma wnuki, choć jest ode mnie z piętnaście lat młodsza. Ale jej wspomnienia z młodości, czasy szkolne, to już inne lata. A mnie tak tęskno porozmawiać z kimś, kto pamięta czasy, które dla mnie coś znaczą, kto rozumie moje wspomnienia, – Nina Antonowna mówiła to wszystko córce, ale dobrze wiedziała, iż ona tego nie pojmie. Jeszcze nie jej czas. Świat stoi przed nią otworem. Jej życie jest tu i teraz, nie w przeszłości. Córka jest bardzo dobra, troskliwa, tu nie o nią chodzi. – Mamo, mam na wtorek bilety na Wieczór Romantycznej Piosenki. Przypominasz, jak chciałaś pójść? I koniec chandry – załóż swoją bordową sukienkę, w niej wyglądasz jak milion dolarów! – Dobrze, kochanie, wszystko w porządku, to ja tylko tak… sama nie wiem, co mnie naszło, dobrej nocy, jutro zadzwonisz. Idź spać wcześniej, bo ciągle nie dosypiasz, – przerwała temat Nina Antonowna. – Tak, mamo, pa, dobrej nocy, – i córka rozłączyła się. Nina Antonowna patrzyła w milczeniu na migające światła wieczornego miasta zza okna… Matura, też była wiosna. Tyle planów. Jakby to było wczoraj. Jej szkolnej przyjaciółce Irce podobał się Sławek Makowski. Ale Sławkowi podobała się ona, Nina. Dzwonił wieczorami na stacjonarny numer, zapraszał na spacer. Ale Nina traktowała go po prostu jak kumpla, nie chciała go zwodzić. Potem Sławek poszedł do wojska. Wrócił, ożenił się. Mieszkał wtedy w starym domu Ireny. I miał wtedy… telefon stacjonarny. Numer… Nina Antonowna wykręciła z pamięci dawno zapomniany numer. Sygnał nie pojawił się od razu, potem ktoś odebrał. Najpierw coś zaszumiało w słuchawce, a potem odezwał się cichy męski głos: – Halo? Słucham… Może już za późno? Po co ja zadzwoniłam? Może Sławek mnie już nie pamięta, albo to choćby nie on! – Dobry wieczór, – głos Niny Antonowny zadrżał lekko z emocji. Znów poszumiało w słuchawce – i nagle usłyszała zaskoczone: – Nina? To naprawdę ty? Oczywiście, iż ty! Tego głosu nigdy bym nie zapomniał. Jak mnie znalazłaś? Ja tu kompletnie przypadkiem… – Sławek, poznajesz!, – Ninę Antonowną ogarnęła fala radosnych wspomnień. Dawno nikt nie mówił do niej po imieniu – tylko „mamo”, „babciu” albo „pani Nino”. No, ewentualnie Irena. A po prostu „Nina” brzmiało tak lekko, jak powiew wiosny, jakby te wszystkie przeżyte lata przestały mieć znaczenie. – Nina, jak ci leci? Jak dobrze cię słyszeć, – tych słów bardzo jej brakowało. Bała się, iż nie pozna jej głosu albo będzie głupio. – A pamiętasz naszą klasę maturalną? Jak z Witkiem Wasiutyńskim wiosłowaliście nas z Irką po Wiśle? Witek miał potem ręce w odciskach i je ukrywał. A później jedliśmy lody na Bulwarach, muzyka grała… – głos Sławka brzmiał cicho, jakby się zamyślił. – No pewnie, iż pamiętam – roześmiała się szczęśliwie Nina – a nasz pierwszy biwak pod Krakowem? Jak nie mogliśmy otworzyć puszki z konserwą, a głód nam doskwierał! – No, jasne! – zaśmiał się Sławek – a potem Witek otworzył puszkę scyzorykiem, a później jeszcze śpiewaliście z gitarą przy ognisku, pamiętasz to? To wtedy postanowiłem nauczyć się grać… – I nauczyłeś się? – głos Niny aż drżał młodzieńczą energią, wspomnienia ożyły dzięki Sławkowi, który przypominał coraz to nowe szczegóły. – A ty? Jak teraz żyjesz? Chociaż… co ja pytam, słychać po głosie, iż jesteś szczęśliwa. Dzieci? Wnuki? I przez cały czas piszesz wiersze? Pamiętam twój wiersz! „Zniknąć w nocy, obudzić się o świcie!” Tyle w tym euforii życia! Ty zawsze byłaś jak słońce! Obok ciebie można ogrzać duszę, nikt nie zmarznie. Twoi bliscy mają szczęście – taka mama i babcia to skarb. – Oj, Sławek, już dość tych pochwał! Moje czasy już minęły, ja… Przerwał jej: – Nie gadaj głupstw, bije od ciebie taka energia, aż słuchawka się rozgrzała! Żartuję. Nie wierzę, iż straciłaś euforia życia, po głosie nie poznaję. To znaczy, iż twoje czasy jeszcze się nie skończyły! Nina, żyj i ciesz się życiem! Słońce świeci dla ciebie. I wiatr goni chmury po niebie właśnie dla ciebie. I ptaki śpiewają dla ciebie! – Sławek, ty zawsze byłeś romantykiem. A co u ciebie, bo tylko o sobie opowiadam… – ale w słuchawce coś zaszumiało, kliknęło, połączenie się urwało. Nina Antonowna chwilę jeszcze siedziała z telefonem w dłoni, chciała oddzwonić, ale pomyślała, iż już późno – może innym razem. Jak cudownie się gadało! Tyle wspomnień… Nagły dzwonek aż ją wystraszył. Wnuczka. – Tak, Dasiu, nie śpię. Co mówiła twoja mama? Nie, mam świetny humor. Idziemy z mamą na koncert. Wpadniesz jutro? Super, czekam na ciebie, pa! Z cudownym nastrojem Nina Antonowna położyła się spać. Tyle nowych planów! Zasypiając, w myślach układała nowe wiersze… Rano postanowiła odwiedzić przyjaciółkę Irenę. Kilka przystanków tramwajem – w końcu nie pozostało taka stara. Irena ucieszyła się: – No wreszcie, ile można cię prosić. O, kupiłaś abrikotin – mój ulubiony! No mów, – Irena zakaszlała, złapała się za pierś. Ale zaraz machnęła ręką: – Nic się nie martw, nowy inhalator działa, już lepiej. Chodź na herbatę. Ninka, ty jakbyś młodniała! Powiedz, co się stało? – Nie wiem, chyba piąta młodość! Wyobraź sobie – przez przypadek zadzwoniłam wczoraj do Sławka Makowskiego. No pamiętasz, twoja licealna miłość? Zaczął wspominać takie rzeczy, iż aż się zdziwiłam. Co się tak uciszyłaś, Irena, znowu masz napad? Irena zbielała i patrzyła na nią bez słowa. W końcu wyszeptała: – Nina, ty nie wiesz, iż Sławka już od roku nie ma? A i choćby nie mieszkał już od dawna tam, gdzie kiedyś… – Jak to? To z kim rozmawiałam? Przecież pamiętał szczegóły naszej młodości. Przed rozmową byłam w fatalnym nastroju. Ale po tej rozmowie poczułam, iż życie jeszcze trwa, iż wciąż mam siły i radość, iż jeszcze nie wszystko stracone… Jak to możliwe? – Nina nie mogła uwierzyć, iż Sławka już nie ma. – Ale to był jego głos, słyszałam go. I powiedział takie piękne słowa: „Słońce świeci dla ciebie. I wiatr goni chmury po niebie właśnie dla ciebie. I ptaki śpiewają dla ciebie!” Irena pokręciła głową, nie do końca wierząc w opowieść przyjaciółki. Ale w końcu powiedziała: – Nina, nie wiem jak to możliwe, ale wygląda na to, iż naprawdę to był on. Jego słowa, jego sposób mówienia. Sławek cię kochał. Myślę, iż chciał cię wesprzeć… stamtąd. I chyba mu się to udało. Tak wesołej i pełnej życia nie widziałam cię dawno. Przyjdzie dzień, gdy ktoś zbierze twoje poobijane serce do kupy. I wtedy przypomnisz sobie, iż jesteś… po prostu szczęśliwa.
Janja Lesar nie zamierzała starać się o związek po sytuacji z Katarzyną Zillmann. "Nie walczę nigdy"
Była żona Marcinkiewicza nie odpuszcza w sprawie alimentów. Mocne oświadczenie
Janja Lesar musiała powiedzieć wieloletniemu partnerowi o Katarzynie Zillmann. "To było przerażające"
Spotkanie z przyjaciółką na warszawskim osiedlu: kobieta spacerująca z półtoraroczną córeczką, zamyślona przez rodzinne problemy i kryzys w małżeństwie z Leszkiem
Pola Wiśniewska przechodzi kryzys w związku z Michałem Wiśniewskim. "Koniec to inna forma początku"
Ojczym
Paweł Kopacki rozstał się z Grupą Wirtualna Polska
«Milczysz, więc też szykujesz się do rozwodu?»: Jak jeden akt darowizny omal nie zniszczył małżeństwa
Milczysz, więc też szykujesz grunt pod rozwód”: jak jeden akt darowizny niemal zniszczył małżeństwo
Nie ma z kim choćby porozmawiać. Opowiadanie – Mamo, co Ty opowiadasz? Jak to nie masz z kim pogadać? Przecież dzwonię do Ciebie dwa razy dziennie – westchnęła zmęczona córka. – Nie, Sylwuniu, nie o to chodzi – zasmuciła się pani Nina, – po prostu nie mam już przyjaciół ani znajomych w swoim wieku. Z mojego pokolenia. – Mamo, nie przesadzaj. Przecież masz swoją szkolną przyjaciółkę Irkę. I ogólnie jesteś bardzo nowoczesna, młodziej wyglądasz niż wszystkie moje koleżanki! No mamusiu, czemu tak mówisz? – zdenerwowała się córka. – Przecież wiesz, iż Irka ma astmę, ciężko jej rozmawiać przez telefon, od razu kaszle. A mieszka na drugim końcu Warszawy. Wiecie, kiedyś przyjaźniłyśmy się we trójkę, pamiętasz? Ale Marysi już dawno nie ma. Wczoraj przyszła do mnie pani Teresa z sąsiedztwa. Zaproponowałam herbatę, przyniosła świeżo pieczone drożdżówki dla swoich wnuków, opowiadała o dzieciach, wnukach… Ale ona jest młodsza ode mnie o piętnaście lat, inne czasy, inne wspomnienia z dzieciństwa, szkoły. A ja tak bardzo chciałabym porozmawiać z kimś z mojego pokolenia – Nina wszystko to mówiła do córki, wiedząc, iż Sylwia jej nie zrozumie. pozostało młoda. Jej czas dopiero się zaczyna, jest tuż za oknem, nie da się tęsknić za wspomnieniami. Sylwia jest dobra, troskliwa, to nie o nią chodzi. – Mamo, na wtorek mam bilety na wieczór piosenki poetyckiej, sama chciałaś pójść, pamiętasz? I koniec narzekania, włóż swoją bordową sukienkę, wyglądasz w niej cudnie! – No dobrze, Sylwuś, wszystko dobrze, nie wiem co mnie naszło, dobranoc, zadzwonimy jutro. Połóż się spać wcześniej, bo się nie wysypiasz – zmieniła temat Nina. – Tak mamo, pa, dobranoc – i Sylwia rozłączyła się. Pani Nina patrzyła w okno na migoczące wieczorne światła… Matura, też wiosna. Tyle planów. To przecież było tak niedawno. Irka podkochiwała się w Jarku Malinowskim z klasy. A Jarek… on lubił ją, Ninę. Dzwonił do niej na stacjonarny, zapraszał na spacer. Ale ona traktowała go tylko jak kolegę, nie chciała go oszukiwać. Potem Jarek poszedł do wojska. Wrócił, ożenił się. Mieszkał w starym bloku Irki. I miał wtedy… taki numer telefonu… Nina wykręciła zapamiętany przez lata numer. Sygnał rozległ się dopiero po chwili, po czym ktoś podniósł słuchawkę. Słychać było jakieś szmery, aż w końcu cichy męski głos powiedział: – Słucham, kto mówi? Może za późno? Po co ja do niego dzwonię? Może Jarek już mnie nie pamięta, a może to w ogóle nie on? – Dobry wieczór – odpowiedziała zachrypnięta z emocji Nina. Znów jakieś szumy w słuchawce, aż w końcu padło zdumione: – Nina? Naprawdę Ty? Wiedziałem, iż zawsze poznam Twój głos. Jak mnie odnalazłaś? Przecież ja tu przypadkiem… – Jarek, poznałeś mnie! – popłynęła fala wspomnień. Już od dawna nikt nie mówił do niej po imieniu, zawsze „mama”, „babcia”, „pani Nino”. No, może tylko Irka. A takie zwyczajne „Nino” – brzmiało cudownie, wiosennie, jakby nie minęły te wszystkie lata. – Nina, jak się masz? Tak się cieszę, iż Cię słyszę – na te słowa bardzo czekała, bała się, iż jej nie pozna, albo wyda się jej telefon dziwny. – A pamiętasz maturę? Jak razem z Wackiem was z Irką pływaliśmy łódką? Otarł sobie ręce wiosłami, pamiętasz? Potem na bulwarze jedliśmy lody, grała muzyka… – Jarek mówił cicho, sennie. – Pewnie, iż pamiętam – Nina roześmiała się szczęśliwie – a jak z całą klasą nocowaliśmy w lesie? Żarcia nie mogliśmy otworzyć, a byliśmy potwornie głodni! – No właśnie – powtórzył jej śmiech Jarek – a Wacek w końcu otworzył konserwy, potem śpiewaliśmy przy ognisku… pamiętasz? Przez Ciebie zacząłem się uczyć gry na gitarze. – Nauczyłeś się? – głos Niny aż brzmiał młodo od tych wspomnień. Jarek jakby ożywił ich wspólne młode lata, wspominając coraz to nowe szczegóły. – A jak Ty teraz? – spytał Jarek i od razu dodał: – Zresztą po głosie słychać, iż jesteś szczęśliwa. Dzieci, wnuki, co? I dalej piszesz wiersze? Pamiętam! „Rozpłynąć się w nocy i obudzić się rano!” Jak zawsze pełna życia! Z Tobą dusza się grzeje! Dobrze Twoim bliskim – taka mama i babcia to skarb. – Oj, Jarek, przesadzasz! Moje lata już minęły… Przerwał jej: – Przestań, bije od Ciebie tyle energii, aż mi się słuchawka rozgrzała! Żartuję. Nie wierzę, iż straciłaś euforia życia – to do Ciebie niepodobne. Twoje lata się nie skończyły. Świat wciąż czeka na Ciebie, Nino! Słońce świeci dla Ciebie. I chmurki po niebie mkną dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie! – No Ty zawsze romantyk, Jarek… a Ty sam, co u Ciebie? Cały czas mówię tylko o sobie…. – ale w słuchawce nagle zaświstało i połączenie się urwało. Nina posiedziała jeszcze chwilę z telefonem w ręku, może oddzwonić, ale już późno, głupio. Następnym razem. Jak dobrze się z Jarkiem rozmawiało, ileż wspomnień… Gwałtowny dzwonek przerwał jej myśli. Wnuczka. – Tak, Dasiu, cześć, nie śpię. Co mama powiedziała? Nie, mam świetny nastrój. Idziemy z mamą na koncert. Wpadniesz jutro? Super, czekam, pa. Nina poszła spać w doskonałym nastroju. Tyle planów w głowie! Zasypiając układała kolejne wersy wierszy… Rano postanowiła odwiedzić Irkę. Kilka przystanków tramwajem — przecież jeszcze nie jest starą ramotą. Irka ucieszyła się: – No, wreszcie! Mówiłaś, iż przyjdziesz. O, kupiłaś tort brzoskwiniowy? Mój ulubiony! No gadaj, co u Ciebie? – Irka się zakaszlała i przyłożyła rękę do piersi, ale zaraz machnęła dłonią. – Spoko, nowy inhalator, jest lepiej. Chodź na herbatę. Ninka, coś Ty taka odmłodzona? Wykrztuś się, o co chodzi? – Sama nie wiem, piąta młodość, wyobraź sobie – zaczęła kroić tort Nina – wczoraj przez przypadek zadzwoniłam do Jarka Malinowskiego. No wiesz, Twoja miłość z maturalnej? Zaczął tak wspominać… już o wielu rzeczach zapomniałam! Ty czemu milczysz, Irka, coś nie tak? Irka siedziała blada i patrzyła na przyjaciółkę. Aż wyszeptała: – Ninka, nie wiedziałaś, iż Jarka już od roku nie ma? I choćby nie mieszkał już tam, wyprowadził się dawno temu… – Niemożliwe! To z kim rozmawiałam? Przecież wspominał nasze młode lata! Miałam podły humor, a po rozmowie poczułam, iż życie trwa… Że jeszcze mam siłę i radość… Jak to możliwe? – Nina nie wierzyła. – Słyszałam jego głos, mówił: „Słońce świeci dla Ciebie. I chmurki po niebie mkną dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie!” Irka pokręciła głową, wątpiąc w opowieść przyjaciółki. W końcu jednak powiedziała: – Nina, nie wiem jak to się stało, ale to chyba naprawdę był on. To jego słowa, taki był. Myślę, iż chciał Cię wesprzeć… stamtąd. I chyba mu się to udało. Dawno nie widziałam Cię takiej radosnej. Kiedyś ktoś pozbiera Twoje roztrzaskane serce na kawałki. I wtedy zrozumiesz, że… jesteś po prostu szczęśliwa.