Kryzysy i rozstania

Mój mąż pracuje, ale wszystkie wydatki opłacam ja – jak zakochana i niezależna Polka wpadła w pułapkę nierówności w związku i płaci za wszystko od pięciu lat
Nie mam już z kim porozmawiać. Opowieść – Mamo, co ty mówisz? Jak to nie masz z kim pogadać? Przecież dzwonię do ciebie dwa razy dziennie! – westchnęła zmęczona córka. – Nie, Słoneczko, to nie tak – Nina Antonowna westchnęła smutno – już nie mam żadnych przyjaciół, ani znajomych w swoim wieku. Z mojego świata… – Mamo, nie opowiadaj głupot. Przecież masz szkolną przyjaciółkę, Irenę. I w ogóle, jesteś bardzo nowoczesna i wyglądasz dużo młodziej! No mamo, co ty… – zmartwiła się córka. – Sama wiesz, iż Irena ma astmę, przez telefon nie pogada, bo się dusi kaszlem. A mieszka daleko, na drugim końcu miasta. Wiesz, byłyśmy we trzy przyjaciółkami, opowiadałam ci. A Marinki już dawno nie ma. Wczoraj zajrzała do mnie Tatiana z sąsiedztwa. Zaproponowałam herbatę, przyniosła świeże drożdżówki – piekła dla wnuków. Opowiadała o dzieciach, wnukach… Ona też już jest babcią, choć ode mnie młodsza o piętnaście lat. Ale jej wspomnienia z dzieciństwa czy ze szkoły – to już zupełnie inne czasy. A ja tak bym chciała pogadać z kimś z mojego pokolenia, co pamięta tamto wszystko… – Nina Antonowna dobrze wiedziała, iż córka jej nie zrozumie, jeszcze jest młoda, jej świat dopiero się zaczyna – a to moje już minęło… Ale to nie jej wina. – Mamo, mam bilety na wtorek na wieczór z piosenką poetycką, pamiętasz jak chciałaś iść? I nie smuć się już, załóż tę swoją bordową sukienkę, wyglądasz w niej przepięknie! – Dobrze, kochanie, wszystko w porządku, już sama nie wiem, co mnie naszło… Dobranoc, jutro zadzwonię. Kładź się wcześniej spać, bo ciągle się nie wysypiasz – Nina zakończyła rozmowę. – Tak mamo, pa, dobranoc – powiedziała córka i się rozłączyła. Nina Antonowna patrzyła długo w okno na migotliwe światła wieczornego miasta… Dziesiąta klasa, wiosna. Tyle planów… Jak to było niedawno. Jej przyjaciółce Irenie podobał się Sławek Malinowski z ich klasy. A Sławkowi podobała się ona, Nina… Dzwonił do niej wieczorem na telefon stacjonarny, zapraszał na spacery. Ale dla Niny był tylko przyjacielem, nie chciała go zwodzić. Potem Sławek poszedł do wojska, a po powrocie się ożenił. Zamieszkał w starym domu Ireny. I miał wtedy domowy telefon… Numer… Nina Antonowna wykręciła ten numer z pamięci. Sygnału nie było od razu, dopiero potem ktoś odebrał – cichy męski głos: – Halo, słucham? Może już za późno? Po co do niego dzwonię? Może Sławek mnie już nie pamięta, a może to wcale nie on! – Dobry wieczór – głos Niny Antonowny był lekko zachrypnięty z emocji. Znów szum, i nagle usłyszała zdziwione: – Nina? Naprawdę ty? Oczywiście, iż ty. Twojego głosu nigdy nie zapomnę. Jak mnie znalazłaś? Jestem tu całkiem przypadkiem… – Sławek, poznałeś! – wspomnienia zalały Ninę falą radości. Dawno nikt nie mówił do niej po imieniu – tylko „mama”, „babcia”, „Nina Antonowna”. No, może Irena jeszcze tak mówi. A zwyczajne „Nina” zabrzmiało jak zaklęcie młodości, jak powiew wiosny, tak jakby tych lat wcale nie było. – Nina, jak żyjesz? Tak miło cię słyszeć – te słowa szczerze ją ucieszyły. Bała się, iż nie pozna, albo iż będzie nie w porę. – A pamiętasz dziesiątą klasę? Jak z Witkiem Wasiutą wiosłowaliśmy was z Irką po jeziorze? Witek od wioseł aż sobie odciski narobił. Potem wszyscy jedliśmy lody na rynku, muzyka grała… – głos Sławka był ciepły, zamyślony. – Jasne, iż pamiętam! – roześmiała się Nina – a naszą klasową noc pod namiotami w lesie! Jak konserwy nie mogliśmy otworzyć, a tak byliśmy głodni! – No właśnie! – śmiał się Sławek – a Witek w końcu otworzył, potem śpiewaliśmy przy ognisku, pamiętasz? Przez ciebie zacząłem się uczyć grać na gitarze! – I co, nauczyłeś się? – głos Niny rozbrzmiewał młodością od tych wspomnień. – A jak tam u ciebie? – spytał Sławek, a potem już sam sobie odpowiedział – adekwatnie, po głosie słychać, iż jesteś szczęśliwa. Dzieci? Wnuki? I wciąż piszesz wiersze? Pamiętam twoje: „Rozpłynąć się w nocy, odrodzić się o świcie.” To takie pozytywne! Zawsze byłaś jasna, radosna jak słońce… Dobrze mają twoi bliscy – taka mama i babcia to prawdziwy skarb. – Przesadzasz, Sławek. Moje czasy już minęły… Przerwał jej: – Przestań. Od ciebie aż bije energia, aż mi telefon się rozgrzał! Śmieję się… Ale nie wierzę, iż straciłaś tę energię, nie ty. Twoje czasy wcale nie minęły. Żyj i ciesz się! Słońce świeci dla ciebie. I wiatr przegania obłoki na niebie specjalnie dla ciebie. I ptaki śpiewają dla ciebie! – Sławek, ty dalej taki romantyk… a jak tam u ciebie? Sama o sobie gadam… Nagle coś zaszumiało, rozległ się trzask i rozmowa się urwała. Nina Antonowna posiedziała chwilę z telefonem w ręku, chciała oddzwonić, ale pomyślała, iż już za późno, nie wypada. Może innym razem… Jakie to było miłe – tyle wspomnień… Nagle zadzwoniła wnuczka. – Tak, Dasiu, nie śpię. Mówiłaś z mamą? Nie, mam dobry humor. Z mamą idziemy na koncert. Wpadniesz jutro? Super, czekam, pa. Nina Antonowna z uśmiechem położyła się spać. W głowie układała nowe plany, choćby rymy do nowych wierszy… Rano postanowiła pojechać do koleżanki Ireny. Parę przystanków tramwajem – a co, przecież wcale nie jest taka stara. Irena się bardzo ucieszyła: – Nareszcie przyszłaś. O! Kupiłaś tort morelowy? Najlepszy! Opowiadaj – Irena się zakasłała, ale po chwili machnęła ręką: nowy inhalator, już mi lepiej. Chodź na herbatę. Nina, ale wypiękniałaś! Coś się stało? – Piąta młodość! Wyobraź sobie, zadzwoniłam wczoraj przypadkiem do Sławka Malinowskiego. Tego, z którym byłaś zakochana w podstawówce! On tyle powspominał, aż mnie uskrzydlił. Ty jakoś cicho siedzisz, coś nie tak? Irena pobladła i spojrzała na nią w skupieniu, a potem wyszeptała: – Nina, nie wiedziałaś, iż Sławka już od roku nie ma z nami? Przeprowadził się dawno, tam już od dawna nie mieszka. – Niemożliwe! To z kim ja wczoraj rozmawiałam? On pamiętał wszystkie szczegóły z naszej młodości… Miałam taki dołek, a po tej rozmowie… poczułam, iż życie cały czas trwa, iż jeszcze mam siły i ochotę… Przecież to był jego głos, słyszałam! Tak pięknie powiedział: „Słońce świeci dla ciebie. I wiatr przegania chmury na niebie dla ciebie. I ptaki śpiewają dla ciebie…” Irena pokręciła głową, nie dowierzając, a potem powiedziała: – Nina, nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale to musiał być on. Tak mówił, miał taki styl… Sławek bardzo cię kochał. Może chciał cię wesprzeć… choćby stamtąd. I chyba mu się udało. Dawno nie widziałam cię takiej pełnej energii. Kiedyś ktoś zbierze twoje potargane serce w całość. I wtedy sobie przypomnisz, iż jesteś… po prostu szczęśliwa. Nie mam już z kim porozmawiać. Wzruszająca opowieść o tęsknocie za dawnymi przyjaźniami, rodzinnych czułościach i nadziei na szczęście mimo upływu lat
Ostatnio córka się rozstała i z maluszkiem wprowadziła się do naszego ciasnego mieszkania w Polsce.
Moja historia jest inna. Teściowa wiedziała, iż jej syn zdradza mnie z sąsiadką. I ukrywała to przede mną. Dowiedziałam się, gdy ona zaszła w ciążę… i rodzina nie była już w stanie zatajać prawdy. Byłam mężatką od sześciu lat, kiedy wszystko się zawaliło. Mieszkaliśmy razem, pracowaliśmy, jeszcze nie mieliśmy dzieci. Nie byliśmy idealni, ale wierzyłam, iż jesteśmy rodziną. Prawie każdej niedzieli chodziliśmy do jego rodziców. Wspólnie jedliśmy obiad. Rozmawialiśmy. Pomagałam w kuchni. Czułam się częścią tego domu. Nigdy bym nie pomyślała, iż przy tym samym stole mogą siedzieć ludzie, patrzeć mi w oczy… i ukrywać coś takiego. Nasza sąsiadka była ciągle wokół nich. To nie była tylko „kobieta z klatki”. Była im bliska. Prawie jak krewniaczka. Przychodziła często — czasem bez zapowiedzi, czasem zostawała na posiłek, czasem siedziała do późna. Nigdy niczego nie podejrzewałam. Bo zostałam wychowana z przekonaniem, iż rodzina ma swoje granice. Nie mieściło mi się w głowie, iż w zwyczajnym domu może się dziać coś takiego… przy wszystkich. Teściowa zawsze ją broniła. jeżeli ktoś coś powiedział, ona ją usprawiedliwiała. Gdy sąsiadka potrzebowała pomocy — teściowa była pierwsza. A mój mąż… on zawsze był „do dyspozycji”. Widziałam to. Ale myślałam: „Nie będę źle myśleć. To głupoty.” Tylko kilka miesięcy przed wybuchem wszystkiego zaczęłam czuć, iż coś jest nie tak. Mąż coraz częściej znikał. Mówił, iż jest u rodziców, iż pomaga, iż ma pracę. Nigdy go nie sprawdzałam. Nigdy nie byłam żoną, która kontroluje i śledzi. Ale teściowa zaczęła zachowywać się dziwnie. Była chłodniejsza. Bardziej zdystansowana. Mniej uprzejma. I wtedy mnie tknęło — wyglądała, jakby czuła się winna. W dniu, kiedy prawda wyszła na jaw, nie byłam gotowa. Zadzwoniła ciotka mojego męża. Nie zaczęła od razu. Najpierw wypytywała, jak się czuję, jak praca, jak nam się układa. Potem zamilkła i powiedziała: — Muszę zapytać… przez cały czas mieszkacie razem? Powiedziałam „tak”. Cisza. A potem: — A nic nie wiesz… o sąsiadce? Poczułam lodowaty dreszcz. — O czym pani mówi? — zapytałam. I wtedy wyznała wprost: — Ona jest w ciąży. A ojcem jest twój mąż. Powiedziała mi, iż to już „głośna tajemnica” w rodzinie. Że od miesięcy próbują „ogarnąć sytuację”. Ale nikt nie miał odwagi mi powiedzieć. Rozłączyłam się i usiadłam na skraju łóżka. Mąż jeszcze nie wrócił. Gdy wszedł, czekałam już na niego. Zapytałam wprost: — Od kiedy jesteś z sąsiadką? Nie zaprzeczył. Tylko spuścił głowę. — To nie było planowane… — powiedział. — Jak długo? — zapytałam. — Ponad rok. Poczułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Zapytałam, kto wie. I wtedy przyszło najgorsze: — Mama wie od miesięcy. To zdanie uderzyło mnie mocniej niż wszystko inne. Następnego dnia poszłam do teściowej. Weszłam bez zapowiedzi. Nie obchodziło mnie, czy to jej pasuje. Zapytałam wprost: — Dlaczego mi nie powiedziałaś? Popatrzyła spokojnie. Bez łez. Bez drżenia. Jak ktoś, kto jest pewny swego. I powiedziała: — Chciałam uniknąć awantury. Myślałam, iż on wszystko ułoży z tobą. Patrzyłam na nią i nie wierzyłam. — Ukrywanie zdrady twojego syna z sąsiadką, to według ciebie „chronienie mnie”? — zapytałam. Odpowiedziała: — Nie chciałam niszczyć waszego małżeństwa. Wtedy zrozumiałam coś strasznie prostego: Nigdy nie byłam chroniona. Byłam tylko wygodna. Zostałam oszukana przez wszystkich. Potem rodzina zaczęła „pomagać”. Wtrącać się. Tłumaczyć. Mówili, żebym nie była „skrajna”. Żebym nie była „radykalna”. Żebym nie robiła awantury. Jakby problemem było to, iż ja reaguję. Podpisałam rozwód. Sąsiadka na jakiś czas wyprowadziła się do swojej matki. Teściowa przestała się do mnie odzywać. A mój były mąż został ojcem z nią. Zostałam sama. Nie tylko bez męża. Zostałam też bez rodziny, którą myślałam, iż mam. A najgorsze było to, iż to nie była tylko zdrada. To było zbiorowe zdradzenie. Rozwód. Podpisałam papiery jak ktoś, kto już nie ma siły trzymać się prosto. Nie tylko dlatego, iż mąż mnie zdradził. Ale dlatego, iż zdradziła mnie cała jego rodzina. Przez sześć lat w każdą niedzielę chodziłam do nich. Gotowałam, pomagałam, śmiałam się z nimi, świętowałam. Myślałam, iż mnie kochają. A prawda była taka, iż patrzyli mi w oczy… i wiedzieli. Wiedzieli. Milczeli. Kryli go. A mnie nikt nigdy nie chronił. Teściowa nie zdradziła mnie w chwili, gdy się dowiedziała. Zdradzała mnie za każdym razem, gdy mnie przytulała i mówiła „wszystko będzie dobrze”, podczas gdy jej syn robił dziecko innej. I wtedy zrozumiałam coś, co boli bardziej niż zdrada: Zdradę partnera można przeżyć. Ale zdrada całego „rodzinnego stołu”… ona zmienia człowieka na zawsze. ❓ Pytanie do was: Co wy o tym sądzicie: jeżeli rodzina waszego partnera wie, iż was okłamują i zdradzają, ale milczy — czy są współwinni, czy „to nie ich sprawa”? I co byście zrobili na moim miejscu?
JEDNO SERCE, WIELE UCZUĆ
Ostatnio córka się rozwiodła i z maluszkiem przeprowadziła się do naszego ciasnego mieszkania.
Z życia wzięte. "Tuż przed odejściem mąż wyznał mi swoją tajemnicę": Przez 45 lat naiwnie wierzyłam, iż jest ideałem
Starsza Pani opowiada, jak nie widziała swojego syna od ponad sześciu lat – serce pękało, gdy słyszałam jej historię o samotności i odtrąceniu przez najbliższych, którą przeżywa po tym, jak syn zerwał z nią kontakt pod wpływem synowej. Czy Twój syn naprawdę już z Tobą nie rozmawia? – zapytałam sąsiadkę i w tej chwili zrozumiałam, jak bolesne może być bycie zapomnianym przez własne dziecko.
Nie kochasz go, a nam było razem dobrze – może spróbujemy zacząć od nowa, co Ty na to?
Niezwykłe życie małżeńskie: Mąż nocą z obecną żoną, a za dnia pomaga byłej żonie w Polsce
„Nie chcę innej synowej i koniec – wybieraj: kariera czy miłość?” – matka Marka stawia ultimatum, gdy zakochany planuje ślub z Magdą. Konflikt rodzinny, presja bogatego domu i dramatyczne konsekwencje decyzji, które zmieniły życie wszystkich.
Ostatnio córka się rozstała i z maluszkiem wprowadziła się do naszego ciasnego mieszkania.
Wychowywała mnie moja babcia — jestem jej wdzięczny, ale jej uczucia nie były bezinteresowne: jak wybór miłości nad majątkiem odmienił moje życie w polskiej rodzinie
Jak moja teściowa została bez dachu nad głową, bo powiedziałam dość utrzymywaniu szwagra i jego rodziny kosztem własnego mieszkania
Szczęśliwe Polki zawsze wyglądają olśniewająco – historia Lilki, która po zdradzie męża w wieku czterdziestu lat dzięki wsparciu przyjaciółek, zmianie wizerunku i spotkaniu na zjeździe klasowym odnalazła nową siebie oraz miłość.
Smak wolności, czyli jak wyremontowana „trójka” miała być miejscem rodzinnych marzeń, a zamieniła się w dom pełen niespodzianek: powrót córki z dziećmi, walka o babciną kawalerkę, starcie pokoleń o tradycje weselne, własne dorosłe decyzje, pierwsza wspólna odpowiedzialność i retriever Lexus jako symbol samodzielności – opowieść o tym, jak strach o przyszłość ustępuje miejsca prawdziwej wolności dorosłego życia w polskiej rodzinie
Ostatnio córka się rozstała i z maluszkiem wprowadziła się do nas do ciasnego mieszkania.
Teściowa chce wprowadzić się do mojego mieszkania kupionego za własne pieniądze, a swoje mieszkanie przekazać ukochanej córce – konflikt w polskiej rodzinie, gdzie priorytety matki i syna się rozmijają
Szczęśliwe Polki zawsze wyglądają olśniewająco – historia Lili, która po zdradzie męża w czterdziestce i samotności, z pomocą dawnej przyjaciółki ze szkoły, zmieniła swój styl, odzyskała euforia życia i na spotkaniu absolwentów w rodzinnym mieście znowu znalazła miłość, udowadniając, iż choćby po rozwodzie życie może nabrać blasku
Korczarowski po rozstaniu ze Schreiber: „Żaden związek nie przetrwa tysięcy intryg”
Mój drugi mąż, Filip, okazał się cudownym człowiekiem – nie żałował pieniędzy na zakupy dla mnie i mojego syna, otoczył nas troską i sprawił, iż znów poczułam się szczęśliwa
Ludzie mają bajery – lodówki, które gadają, samochody, które trąbią, gdy krzywo oddychasz, kosiarki droższe niż moja pierwsza kaucja za mieszkanie. A ja? Mam starą, obdrapaną kosiarkę z upartym szarpakiem i sercem kozicy. Trafiła do mnie przypadkiem, z potrzeby – była używana, za grosze z osiedlowego bazarku, kupiona przez mojego byłego, kiedy byliśmy jeszcze „my” i wierzyliśmy, iż będzie na zawsze. Po rozwodzie on zabrał wszystko, co robiło wrażenie. Ja zostałam z tym, co sprawia, iż życie toczy się dalej: kilkoma garnkami, umierającym odkurzaczem i tą kosiarką, bo trawa nie pyta o stan konta. Nie z sentymentu ją zatrzymałam, tylko dlatego, iż nie było mnie stać na nową. Tak to już działa – czas swoje robi. Życie mojego ex się rozpadło jak liść pod wiatr. Wielkie rzeczy znikły, ja zostałam z kosiarką. I tak minęło jedenaście lat. Jedenaście wiosen samodzielności, naprawiania, radzenia sobie, uczenia się, jak ogarniać życie bez drugiej pary rąk. Nie mam altanki dla sprzętu, nie mam garażu, nie mam choćby daszku – stoi całą zimę pod chmurką. A polska zima łagodna nie bywa: śnieg, mróz, wiatr, deszcz. Co roku boję się, czy odpali. Każdej wiosny podchodzę z bijącym sercem – trochę jak do starej przyjaciółki, która może mnie już nie pozna. Zgarniam liście, sprawdzam benzynę, wciskam gumowy przycisk ssania, chwytam sznurek, ciągnę. Raz. Nic. Drugi raz. Cisza. Trzeci raz: „proszę… nie dziś”. I wtedy – warczy, jakby miała mi za złe, iż w nią zwątpiłam. Co roku tak samo. Po wszystkim czuję wdzięczność. Bo ta kosiarka jest dowodem, iż można być starym, pełnym wad, a i tak stawać do walki. Wytrwałość nie musi być ładna. Nikt nie mówi o tych cichych zwycięstwach. Nowe auta, nowe domy… Ale czasem sukces to po prostu maszyna, która nie chce zdechnąć. Kobieta, która ogarnia, choć wcale nie jest jej łatwo. Trawnik, który ktoś – ja – wciąż kosi. Mam pięćdziesiątkę. Plecy bolą, cierpliwości mniej, budżet na ostrym zakręcie. Ale gdy ta kosiarka w końcu odpala – stoję i głupio się cieszę, potargane włosy, dłoń na uchwycie, wsłuchana w jej ryk, jakby dodawała mi odwagi. Nie zna mojej historii, ale stała się jej częścią. Więc tak – kocham moją kosiarkę. Nie za to, jaka jest „super”. Za to, iż jest wierna. A w świecie, gdzie wszystko się sypie, wierność to prawdziwy cud.
Broda posiwiała, ale dusza przez cały czas piękna. „Oszukiwałaś mnie cały czas! Kończę naszą korespondencję, jestem bardzo rozczarowany kobietami. Jak mogłaś udawać i kłamać przez tyle czasu? Chciałem się z tobą ożenić, a ty wszystko przekreśliłaś. Nie da się zacząć wspólnego życia od kłamstw i braku zaufania. Żegnaj. Nie pisz już do mnie, nie odpowiem. Twój były dżentelmen.” Takiego maila dostałam od Anglika – Connora. Pisaliśmy do siebie prawie rok, a wszystko zmierzało ku spotkaniu w jego rodzinnych stronach, czyli w Sheffield. Ale niestety… Nie wyszło. …Miałam wtedy czterdzieści dziewięć lat, od dawna po rozwodzie, z dziećmi i wnukami. Chciałam choć na chwilę poczuć się znów kobietą. Lata lecą, a dzieci mają swoje sprawy, zainteresowania. Nie umiałam już siedzieć w czterech ścianach i wspominać „lepsze czasy”. Z tego tylko do deprechy – zaraz bym zaczęła dziergać na drutach kilometry skarpet albo haftować ręczniki krzyżykiem. Moje koleżanki – wszystkie mężatki, uwiązane do domów i rodzin. Po dokładnym przeglądzie wszystkich „kandydatów” z pracy, na nikim się nie zatrzymałam. Za radą koleżanki postanowiłam więc zajrzeć na portal randkowy. Co mi szkodzi, przecież od tego nie ubywa. Wypełniłam długą ankietę, opisałam się jak najlepiej, dodałam udane zdjęcie i czekałam na cud – sama się pierwsza nie narzucałam, trzymałam fason. Po dwóch tygodniach pojawił się mail – jedyny. Z bijącym sercem czytałam wiadomość zza granicy, siedząc wtedy akurat w Białymstoku. No proszę, Anglik, lat 59, przedsiębiorca, po rozwodzie, z dwoma dorosłymi synami. Na zdjęciu – elegancki, szarmancki dżentelmen przed imponującą, trzypiętrową rezydencją. Zapraszał do znajomości, a może nawet… ślubu. Już czułam przedsmak błogiego szczęścia – wystarczyło tylko napisać zgrabną odpowiedź. Aż mi się chciało zanucić stare polskie przeboje. Chciałam mu napisać, iż „tak”, iż już jadę do Sheffield i na wszystko gotowa – choćby do ślubu, czy jak to się tam u nich nazywa… Ale odpisałam, iż muszę się dobrze zastanowić – czyli trochę się „pobawić w niezdobytą”. Na szczęście Connor wykazał się taktem. „Rozumiem, taka kobieta jak pani zdobyła pewnie niejedno serce, także moje.” Aż się podniosłam na duchu po takich pochwałach od Anglika! Tak zaczęła się czuła, szczera korespondencja. Myślałam, iż jesteśmy sobie pisani. I dlaczegośmy się urodzili w innych krajach? Connor nazywał mnie „Tajemniczą Różą”, ja jego „Moim Dżentelmenem”. Tak przyzwyczaiłam się do jego listów, iż bez nich nie wyobrażałam sobie życia. Już w myślach mieszkałam z Connorerm w tamtym wielkim domu i gawędziłam rano z ukochanym mężem. Im lepiej się poznawaliśmy, tym bardziej nasze dusze do siebie lgnęły. Dzieciom powiedziałam, iż chyba za chwilę wszystko tu zostawię, przepiszę im mieszkanie, rzucę pracę. Syna i córkę ta perspektywa nie zachwyciła. – Mamo, nie poznajemy cię. Emerytura tuż-tuż, a ty – zamążpójście. Po co ci ten Anglik? Z twojego dżentelmena zaraz piasek się posypie, ciśnienie będzie skakać, zacznie ci biegać do toalety siedem razy na noc… Chcesz być sprzątaczką i pielęgniarką u jakiegoś staruszka? Zaraz zrobi się zrzędliwy jak osa w jesieni. Nie spiesz się, mamo! Nie słuchałam. Chciałam zostać prawdziwą damą i koniec! Zmieniłam garderobę, fryzurę, maniery, czekałam na wizę. I nagle – taki mail od Connora… „Nie jesteś żadną „Tajemniczą Różą”, tylko zwykłą kłamczuchą. Nie pisz mi więcej.” Nie rozumiałam nic. Kiedy i gdzie skłamałam? Myśli galopowały w głowie… napisałam do Connora jeszcze raz, ale na odpowiedź czekałam pół roku. Nic. Gdy już się poddałam i prawie chciałam cofnąć przepisanie mieszkania dzieciom – przyszła wiadomość od „Mojego Dżentelmena”: -„Tajemnicza Różo”, wybacz! Byłem długo w szpitalu, żegnałem się z życiem. Prosiłem syna, Olivera, żeby z tobą pisał, ale on powiedział, iż to ty pierwszy zerwałaś znajomość. Dlaczego? Wróciłem do zdrowia i czekam na ciebie, moja bogini, jako na przyszłą żonę!” Czytałam ten list kilka razy, płakałam – nie wiedziałam, co odpisać. Oczywiste było jedno: Oliver nie życzy sobie, by ojciec się żenił. To on naopowiadał ojcu, iż kłamałam. Rozważając wszystko postanowiłam już nie odpisywać Connorowi. Bo niby co? choćby jeżeli polecę do Sheffield, to ten Oliver dosypie mi trucizny do owsianki albo nagada ojcu bzdur, a Connor oczywiście uwierzy synowi, nie mnie i wygoni mnie jak psa. Po co mi taka „saga”? Niech sami się dogadują – oni są rodziną. A ja mam wnuki, które jesienią idą do szkoły; muszę je podciągnąć w czytaniu i matmie. I na działkę też wypada pojechać – pomidory posadzić, trawę skosić, kwiatki podlać… Każdy przecież kocha swój kawałek ziemi. Daję sobie spokój z nowymi znajomościami – za dużo to kosztuje energii. A życie przecież mija… – Dzień dobry, sąsiadko! Dawno cię nie widziałem – co, zamąż wyszłaś czy tylko zajęta byłaś? – zagaduje znajomy z działki, pan Nikodem. – Witaj, Nikodemie! Tęskniłam za tobą. Ty się przypadkiem nie ożeniłeś? Pomożesz mi pociąć drewno? Na wieczór na herbatkę zapraszam, zaległości mamy ogromne! – aż mi się serce ucieszyło na widok starego znajomego. – Co ty, Aniu? Jak mogłem się ożenić, skoro narzeczona się nie pokazywała przez rok? – żartobliwie odpowiedział. – Och, a co masz na myśli? – dobrze wiedziałam, ale trzeba było trochę „pofiglować”. – Wyjdź za mnie, Aniu. Ile jeszcze mamy się przyglądać? Znamy się od zawsze, a stare drzewo – choć skrzypi – to żyje! No i co, mam narzeczonego z siwą brodą i piękną duszą. …A ja i Nikodem od siedmiu lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem…
Mój syn długo szukał tej jedynej, a ja wierzyłam w jego wybory. Gdy wreszcie, po trzydziestce, przedstawił mi Agatę – kobietę idealną według niego – byłam szczęśliwa i dumna. Ślub zorganizowaliśmy wspólnie z jej rodziną, zaprzyjaźniliśmy się, a związek młodych wydawał się wymarzony… Niestety, już po roku zaczęły się problemy. Syn coraz częściej nocował u mnie – a ja, widząc jego smutek, doradziłam, by rozważył rozwód. Teraz Agata prosi mnie o pomoc, żałując i błagając, by przekonać syna do powrotu. Czy powinnam była ingerować w ich małżeństwo? Dziś mam wątpliwości, gdy widzę, jak oddalam się od syna, a jego żona ma żal – czy rozbiłam rodzinę własnego dziecka?
Problemy w małżeństwie Wiśniewskich. Pola Wiśniewska pisze o zranieniu
Burza u Beckhamów. To dlatego była dziewczyna Brooklyna milczy. "Otrzymała wiadomości"
Słynna marka zrywa współpracę z ponad 200 firmami
Mój przyjaciel Adam, 42 lata, znalazł żonę – chwali ją za świetne sprzątanie i doskonałe gotowanie, reszta się dla niego nie liczy
Nie kochasz go, a nam było dobrze – spróbujmy zacząć od nowa, dobrze?
Wypił koktajl. Rozerwał mu żołądek
III RP to kłamstwo
Ty go nie kochasz, a nam było dobrze – może spróbujmy jeszcze raz od nowa?
Tribbs wyprowadził się z Polski. "Dostałem tak wiele szans"
Kiedy moja teściowa powiedziała mi „tutaj ja decyduję”, ja już trzymałam małą niebieską kopertę Ona nigdy nie krzyczała. Takie kobiety nie podnoszą głosu — one unoszą brwi. Pierwszy raz zrobiła to w dniu, gdy wprowadziliśmy się do „nowego” mieszkania. Mieszkania, które urządziłam po swojemu, dbając o każdy detal. Wystrój, zasłony, każda szklanka miała swoje miejsce. Weszła, jakby była inspektorem. Obejrzała salon, kuchnię, mnie. I powiedziała: — „Mhm… bardzo… nowocześnie.” — „Cieszę się, iż ci się podoba,” odpowiedziałam spokojnie. Nie odpowiedziała wprost. Nachyliła się tylko do mojego męża, tak bym usłyszała: — „Synu… oby chociaż było czysto.” On uśmiechnął się nerwowo. A ja uśmiechnęłam się szczerze. Problem z takimi teściowymi jest taki, iż one nie atakują. One znaczą teren. Jak koty, tylko w perłach na szyi. A gdy kobieta zaczyna zaznaczać teren, masz dwa wyjścia: albo zatrzymasz ją od razu, albo po jakimś czasie staniesz się gościem we własnym życiu. Z biegiem czasu zaczynała przychodzić coraz częściej: „Tylko zostawię coś”, „Tylko na pięć minut”, „Pokażę ci, jak zrobić prawdziwą zapiekankę.” A te „pięć minut” zamieniały się w kolację. Potem w komentarze. Potem w reguły. Pewnego ranka przestawiła moje szafki. Tak, MOJE. Gdy ją zobaczyłam, oparta o blat, zapytałam spokojnie: — „Co robisz?” Nie speszyła się. choćby nie przeprosiła. — „Pomagam. Tak jest logiczniej. Ty się na tym nie znasz.” I uśmiechnęła się jak królowa, która właśnie założyła koronę. Wtedy zrozumiałam: to nie była pomoc. To była inwazja. A mój mąż? Mąż był z tych, co uważają, iż „kobiety się dogadają”. Nie widział wojny. Widzial „drobnostki”. Ja widziałam coś innego: to była cicha operacja wysiedlenia mnie. Kulminacja przyszła na urodzinach męża. Przygotowałam kolację – elegancką, domową, bez zbytniego rozmachu. Świece, kieliszki, muzyka, jak on lubi. Przyszła wcześniej. I nie sama. Z przyjaciółką, daleką krewną – od razu osadziła ją jako widownię. Poczułam to. Gdy teściowa przyprowadza świadka, szykuje się przedstawienie. Kolacja przebiegała spokojnie, aż wzniosła toast: — „Muszę coś powiedzieć”, zaczęła głosem nieznośnie wyniosłym. — „Dziś świętujemy mojego syna… i muszę jasno zaznaczyć: to mieszkanie… …jest rodzinne. A nie jednej kobiety.” Mąż zamarł. Krewna uśmiechnęła się chytrze. Ja nie drgnęłam. Ona kontynuowała pewnie: — „Mam klucz. Wchodzę, kiedy trzeba. Gdy mój syn mnie potrzebuje. A kobieta… spojrzała na mnie jak na zbędny mebel …musi pamiętać o swoim miejscu.” I wtedy powiedziała zdanie, które ją zdradziło: — „Tutaj ja decyduję.” W pokoju zapadła cisza jak napięta struna. Wszyscy czekali na moje upokorzenie. Każda zwyczajna kobieta wybuchłaby płaczem. Tłumaczyłaby się lub pokłóciła. A ja po prostu poprawiłam serwetkę. I uśmiechnęłam się. Tydzień wcześniej odwiedziłam pewną osobę — nie prawnika, nie notariusza, ale starszą sąsiadkę rodziny, która wiedziała dużo więcej, niż mówiła. Zaprosiła mnie na herbatę i prosto z mostu: — „Zawsze chciała kontrolować, choćby jak nie miała prawa. Ale jest coś, czego nie wiesz…” Wyjęła z szuflady małą niebieską kopertę. Ot, zwykła, bez logo, bez niczego. Podała mi ją jak klucz do sekretu. W środku było awizo — kopia — na list, który dawno temu został wysłany na adres męża, ale odebrała go teściowa. List dotyczył mieszkania. I nigdy nie pokazała go synowi. Sąsiadka szepnęła: — „Nie otworzyła go przy nim. Otworzyła sama.” Schowałam niebieską kopertę bez emocji, ale w głowie zapaliła mi się lampka, nie gniewna – chłodna. Kolacja trwała przy jej toaście i samozadowoleniu. Właśnie, gdy wszyscy czekali na pokorne potakiwanie, wstałam. Nie szybko, nie teatralnie. Po prostu wstałam. Spojrzałam na nią spokojnie: — „Świetnie. Skoro decydujesz… podejmijmy dzisiaj jedną decyzję.” Uśmiechnęła się, gotowa mnie zmiażdżyć publicznie: — „W końcu zrozumiałaś.” Ja jednak zwróciłam się do męża: — „Kochanie… wiesz, kto odebrał pewien list, przeznaczony dla ciebie?” Zmieszał się: — „Jaki list…?” Wyjęłam małą niebieską kopertę z torebki i położyłam na stole – prosto przed teściową. Niczym dowód w sądzie. Spojrzała zezwierzęciała. Krewna aż zaniemówiła. Powiedziałam spokojnie, wyraźnie, tonem nie znoszącym sprzeciwu: „Gdy ty decydowałaś za nas… ja znalazłam prawdę.” Próbowała się śmiać: — „Jakie bzdury…“ Ale ja już zaczęłam. Wyjaśniłam mężowi wszystko: jak list był do niego, jak ona go odebrała, jak ukrywała sprawy związane z mieszkaniem. On wziął kopertę drżącymi rękami. Spojrzał na matkę, jakby pierwszy raz widział jej prawdziwe oblicze. — „Mamo… dlaczego?” szepnął. Próbowała to obrócić w troskę: — „Bo jesteś naiwny! Kobiety…” Przerwałam jej, milcząc. Pozwoliłam, by usłyszała ciszę. By jej słowa stały się plamą na własnej sukni. Dopiero wtedy dołożyłam ostatni gwóźdź: „Gdy tłumaczyłaś mi, gdzie jest moje miejsce… ja odzyskałam dom.” Nie skończyłam krzykiem, ale symbolem. Wzięłam jej płaszcz z wieszaka, podałam z uśmiechem i powiedziałam: — „Od dziś… przychodząc — będziesz dzwonić. I czekać, aż otworzę.” Spojrzała na mnie jak ktoś, kto właśnie traci władzę. — „Nie możesz…” — „Mogę” — przerwałam miękko — „bo już nie jesteś nade mną.” Obcasy zadźwięczały na parkiecie jak kropka na końcu zdania. Otworzyłam drzwi i wyprowadziłam ją — nie jak wroga, a jak zamykaną rozdział. Wyszła. Krewna zaraz za nią. A mój mąż został — w szoku, ale już świadomy. Spojrzał na mnie i wyszeptał: — „Przepraszam… nie widziałem.” Spojrzałam na niego spokojnie: „Już widzisz.” Potem zamknęłam drzwi. Nie mocno. Po prostu — ostatecznie. Ostatnia myśl, całkiem wyraźna: Mój dom nie jest polem cudzej władzy. ❓A Ty… gdyby teściowa zaczęła „rządzić” Twoim życiem — zatrzymałabyś ją od razu czy dopiero wtedy, gdy już Cię wyprze?
To twoja matka – więc to twój obowiązek!” – Odparł, ale ona nie zamierzała już tego znosić
Moja była żona chciała zabrać połowę domu, ale nie przewidziała, iż byłem o krok przed nią!
Wiedziałam, iż mąż mnie zdradza. Zatrudniłam jego kochankę w swojej firmie – uznali mnie za wariatkę.
Ty milczysz, więc też szykujesz grunt pod rozwód”: jak jeden akt darowizny niemal zniszczył rodzinę
Szczęśliwe Polki zawsze wyglądają pięknie Lilka boleśnie przeżyła zdradę męża. Po czterdziestce została sama, córka studiowała w innym mieście. A Igor dwa miesiące temu wrócił z pracy i oznajmił: – Odchodzę od ciebie, zakochałem się. – Jak to? W kim? – zszokowana zapytała żona. – Ot, tak jak odchodzą faceci od żon. Zakochałem się w innej, z nią jest mi dobrze, przy niej zapominam o tobie całkowicie. choćby nie próbuj mnie zatrzymywać, wszystko już postanowiłem – odpowiedział Igor, jakby nic wielkiego się nie stało. gwałtownie się spakował i wyszedł. Lilka potem zrozumiała – nie podjął tej decyzji jednego dnia, stopniowo zbierał rzeczy, a tego dnia wrzucił je naprędce do walizki i zatrzasnął za sobą drzwi. Lilka płakała, cierpiała i sądziła, iż już nigdy nie spotka ją nic dobrego. Miała wrażenie, iż życie się zakończyło albo zatrzymało. Nie chciała nikogo widzieć ani słyszeć. Nie miała ochoty rozmawiać, a telefon dzwonił uparcie – córka, przyjaciółka. Odbierała niechętnie, gwałtownie się rozłączała. W pracy też unikała rozmów z koleżankami; jedni jej współczuli, inni patrzyli z ukosa. Lilka miała nadzieję: – Może Igorowi znudzi się ta kobieta, która go odebrała, wróci do mnie, a ja go wybaczę i przyjmę z powrotem – przecież go kocham. W wolny dzień Lilka obudziła się wcześnie, ale nie miała ochoty wstawać – nie było dokąd się spieszyć. W końcu się podniosła. Koło jedenastej telefonu rozdzwonił się znowu. – Kto znów wydzwania od rana, nie mam siły z nikim rozmawiać – postanowiła nie odbierać, chociaż zerknęła na ekran – numer nieznany. – A może to Igor, może stracił telefon albo ukradli, może zmienił numer… Może chce wrócić, powinnam była odebrać. Telefon zadzwonił ponownie. – Halo, halo? – powiedziała głośno. – Cześć! – usłyszała wesoły, kobiecy głos. – Halo, kto to? – spytała Lilka z irytacją. – Lilka, to ty? Co z twoim głosem? Nie poznajesz starej przyjaciółki? To ja – Ksenia! Lilka rozczarowała się, bo liczyła, iż usłyszy głos Igora. – No i co… – Lilka, co się dzieje? Wszystko w porządku? – Nie w porządku – odpowiedziała i rozłączyła się, a łzy same poleciały. Usiadła na kanapie, by się uspokoić. Po chwili ktoś zadzwonił do drzwi. Lilka zerwała się z nadzieją. – Może Igor się opamiętał – pomyślała i otworzyła drzwi. – Cześć! – powiedziała radośnie piękna kobieta. Lilka z trudem rozpoznała w niej dawną koleżankę i przyjaciółkę z liceum, Ksenię. Wyglądała olśniewająco: zadbana, z mocno podkreśloną czerwoną szminką, elegancko ubrana, otoczona cudownym zapachem perfum. Po szkole Ksenia wyjechała na studia do Warszawy, widziały się może raz, piętnaście lat temu. W liceum chodziły razem na dyskoteki, zwierzały się sobie, spotykały z chłopakami. – Ksenia, jaka z ciebie laska! – wymsknęło się Lilce. – No cześć, kochana! Tak zawsze wyglądałam, to ty… – spojrzała na nią od góry do dołu krytycznym wzrokiem. – No i co, wpuszczasz mnie do mieszkania czy zostawiasz na klatce? – Wchodź – odparła Lilka niechętnie. Ksenia przyszła z torbą pełną smakołyków – hiszpańskie wino, torcik, pomarańcze. gwałtownie poszła do kuchni. – Dawaj kieliszki, świętujemy spotkanie! Nie pamiętam nawet, kiedy ostatni raz gadałyśmy! Sto lat temu… – zagadywała, a Lilce nie przeszkadzało podać dwa kieliszki i pokroić tort. Ksenia nie wypytywała, tylko nalała wino i wzniosła toast: – Za spotkanie! – wypiła, Lilka poszła w ślady za nią. Drugi kieliszek – za nich. I nagle, po drugim, Lilka poczuła, iż musi się wygadać. Ksenia słuchała uważnie, nie przerywała. Kiedy skończyła, tylko wzruszyła ramionami. – Boże, Lilka, myślałam, iż u ciebie jakaś prawdziwa tragedia. – To nie jest tragedia? Ty tego nie rozumiesz, twój mąż cię nie rzucił – smutno powiedziała Lilka. – No co ty! To ja go rzuciłam, kiedy dowiedziałam się, iż znalazł sobie młodszą. Od razu złożyłam pozew o rozwód, a on był w szoku, chyba myślał, iż będzie się bawił, a ja nic nie zauważę… – Może go nie kochałaś. – Kochałam, jeszcze jak! – powiedziała Ksenia. – Ale nie znoszę, gdy ktoś mnie oszukuje. Taką miłość trzeba wyrzucić z serca, gdy ktoś zdradza, to nie jest miłość! – Ty to masz prosto w życiu, Ksenia. – Tak. A ty wszystko komplikujesz, zawsze byłaś taka. A gdzie twoja córka? – Studiuje, mieszka u ciotki w Krakowie. – Rozumiem. Twój „przystojniaczek” rzucił ciebie i własną córkę, a ty dalej się zamartwiasz. – Ale go kocham… – Dobrze, Lilka, będę cię leczyć. Depresja cię dopadła. – Jak tu mnie leczyć? Tabletki nie pomogą. – Jakie tam tabletki! Na takie sprawy jest sprawdzony sposób: zmiana wizerunku, trochę zakupów, nowa miłość. – Oj, Ksenia… – powiedziała Lilka. No to się szykuj, jedziemy do galerii handlowej, potem fryzjer! Nie ma wymówek. – Masz jakąś kasę odłożoną? – Odłożona? No, zbierałam z Igorem na nowy samochód. – Twój Igor jakoś sobie poradzi, będzie się cieszył, iż dostał starą brykę. Ty musisz zadbać o siebie, złożyć pozew o rozwód i więcej już na niego nie liczyć. I nie wybaczaj! A jeszcze możemy mu „odgryźć” połowę za samochód. – Niech się udławi – powiedziała nagle Lilka. – Ksenia, wróciłaś na stałe z Warszawy? Nic nie mówiłaś. – Na stałe, nie chcę tam mieszkać… A teraz ruszaj się z dresów, czeka nas maraton po sklepach. Ach, zapomniałam! Rytka Pietrowska dzwoniła, za tydzień jest zjazd klasowy – idziemy! Wiele osób przyjedzie, choćby kilku chłopaków po rozwodzie. Przypominasz sobie, jak Witek od siódmej klasy za tobą szalał? – Oj, Ksenia, komu ja się jeszcze nadaję, stara baba. – Co ty gadasz! Musisz pokochać siebie, pielęgnować się. Zaraz zrobimy z ciebie prawdziwą laskę! – roześmiała się Ksenia. – No i słuchaj, kojarzysz moją ciotkę Kasię, która mieszka niedaleko twojej mamy? Ona właśnie szykuje się do piątego ślubu – nie może się zdecydować między dwoma kandydatami do jej ręki. Po kilku godzinach Lilka nie poznaje siebie w lustrze. – Co za metamorfoza! – dziwiła się, – zupełnie inny kolor włosów, ultrakrótka fryzura, nigdy bym nie pomyślała, iż tak mi pasuje. Młoda i piękna! Ksenia wie, jak ruszyć człowieka. Bez niej chyba nigdy bym się nie wygrzebała. Wieczór zjazdu w kawiarni, prawie wszyscy obecni. Wielu nie poznaje Lilki, a Wiktor, pewny siebie mężczyzna, nie spuszcza z niej wzroku. – Lilka, nie poznałem cię od razu. Wyglądasz pięknie, choćby lepiej niż w liceum. Zawsze mi się podobałaś, ale wybrałaś Igora z równoległej – gdzie on w ogóle? – Nie ma go, odszedł – uśmiechnęła się Lilka. – Odszedł? Takich kobiet się nie rzuca – zdziwił się szczerze Wiktor. – A jednak. Ale to wszystko na dobre wyszło. – Ja też jestem po rozwodzie, już dwa lata. Miało być dobrze, mamy dorosłego syna, prowadziłem firmę, a żona uznała mnie za nieudacznika, jak miałem kłopoty z biznesem, i odeszła do młodszego, ponoć bardziej zaradnego. Ale odbiłem się i teraz wszystko idzie jak nigdy dotąd. spotkanie z byłym mężem, który jej nie poznaje Minęły dwa miesiące. Lilka spacerowała po bulwarze pod rękę z Wiktorem, wyszli z teatru, chcieli pospacerować po wieczornym mieście. Nagle Lilka zobaczyła idącego naprzeciwko Igora, chudszego, samotnego. – Chyba ta nowa go źle karmi… – pomyślała. Gdy przechodzili obok siebie, Igor spojrzał na Lilkę pytająco – to naprawdę ona? Minęli się, ale nagle usłyszała: – Lilka? Powoli się odwróciła, uśmiechnęła i powiedziała: – O, cześć Igor… Poznaj, to Igor, mój były mąż – zwróciła się do Wiktora. – Witam, nie poznałem – powiedział Wiktor. – Ja jestem przyszłym mężem Lilki. Igor zaniemówił, Lilka była zaskoczona, bo Wiktor jeszcze oficjalnie nic nie proponował. – Jak się masz? – zapytała radośnie Lilka byłego. – No, jakoś… Nieźle… – odpowiedział Igor. – Tak się zmieniłaś! Świetnie wyglądasz. Lilka znów się uśmiechnęła, chwyciła Wiktora za rękę i powiedziała: – No wiesz, szczęśliwe Polki zawsze wyglądają pięknie. – Czyli wszystko u ciebie dobrze – mruknął Igor. – Oczywiście. I będzie jeszcze lepiej! – odpowiedziała z uśmiechem, pod rękę z Wiktorem ruszyła dalej, czując spojrzenie byłego na plecach.
Rozstałam się z mężem, a on teraz jest bardzo szczęśliwy. Dowodzi, iż to ja byłam tą, która ograniczała jego życie i nie pozwalała mu prowadzić normalnej egzystencji.
Pola Wiśniewska w obliczu kryzysu z Michałem Wiśniewskim. Mówi o "gorszych momentach"
Nagle ogłosił, iż pokryje główne koszty wesela, a ja mam samodzielnie zapłacić za całą podróż.
U męża mama i siostra na czołowej pozycji
Natasza nie mogła uwierzyć w to, co ją spotkało. Jej mąż, jedyny, najbliższy, którego uważała za swoją podporę, właśnie powiedział: „Już cię nie kocham”. Wstrząs był tak silny, iż znieruchomiała w dziwacznej pozie, podczas gdy on krzątał się po domu, pakując rzeczy i brzęcząc kluczami. Tego jej teraz brakowało. Niedawno niespodziewanie zmarł jej tata, więc musiała, mimo własnej żałoby, opiekować się osiwiałą mamą oraz siedemnastoletnią siostrą, która po ciężkim urazie mózgu została inwalidką. Bliscy mieszkali w pobliskim miasteczku. Syn właśnie zaczął pierwszą klasę. W czerwcu jej firma została zlikwidowana, została bez pracy. A teraz jeszcze odejście męża… Natasza złapała się za głowę, usiadła przy stole i rozpłakała się gorzko: „Boże, co ja mam robić? Jak żyć? O, Aleśka! Muszę biec po niego do szkoły!” Codzienne obowiązki zmusiły ją do działania. „Mamusia, płakałaś?”, „Nie, Aleśku, nie”, „To po dziadku płaczesz? Bardzo mi go brakuje!”, „I mnie, skarbie. Ale musimy być silni. Nasz dziadek zawsze taki był. Teraz jest u Pana Boga, nie martw się! Zasłużył na odpoczynek, nigdy nie miał go za życia.” „A gdzie tata?” „Tata? Pewnie znowu pojechał w delegację. A jak w szkole?” Trzeba żyć. Nie kocha? Nic nie poradzisz. Na siłę nikogo się nie pokocha. Coś jej umknęło w tym zabieganiu. Kiedy Aleśka jadł obiad i bawił się żołnierzykami, Natasza zajrzała do komputera po mężu, czego nigdy wcześniej nie robiła. Weszła w jego maile – proste hasło w lewym rogu… Nie zdążył wymazać ostatniej korespondencji. Miłość na całego. A ona – już niekochana. Przez dziesięć lat była „jasnym słoneczkiem”, po ośmiu latach walki o dziecko „naszą mamusią”… Teraz wszystko się zmieniło. Musiała się przyzwyczaić. Ale najpierw znaleźć pracę. Nikt nie patrzył na jej wyższe wykształcenie. Zasiłek z urzędu pracy nie wystarczał na nic. Co się stało, co się wydarzyło, dlaczego odpowiedzialny, dobry, troskliwy mąż nagle stał się obcy? Jedno wytłumaczenie – oszalał. Wspólny dom, budowany cegła po cegle, nieukończony. Na szczęście mieli dach nad głową i jedną pokojową nadającą się do mieszkania. „Praca, jak ja cię potrzebuję!”, Natasza znów miała ochotę zapłakać, ale nie było na to czasu. Pracy szukała kilka dni – bez skutku! Pierwsza klasa syna i samotność zmniejszały jej szanse niemal do zera. Wieczorem zadzwonił jej chrzestny Roman: „Natka, wrócił twój?” „Nie.” „A pójdziesz na magazyniera?” „Mówisz serio?” „Jasne, widzę, iż nie w głowie ci żarty po rozstaniu z Wołkiem. Z przerwą na odbiór chrześniaka lub świetlicę. Pensja 2500. Niewiele, ale zawsze coś. Jutro przywieziemy wam ziemniaki, cebulę i kurczaka.” „Romuś, mam swoje kurki – i karmią, i jajka noszą.” „No i dobrze. To nie do mięsa.” „Dzięki, a jak Galinka?” „Radzi sobie, dzielna jest.” Taki zawsze był – żona po operacji, chemia, a on nigdy nie narzekał, iż wszystko na jego głowie. U niego „wszystko dobrze”. Natasza westchnęła – szansa na przeżycie. Dzięki Bogu, On nigdy nie zawodzi. Praca okazała się prosta. Znalazły się chwile, by pomyśleć, wypłakać się, spróbować zrozumieć, co się stało. Mijały dni, tygodnie, miesiące. Po roku Natasza poczuła, iż chce jeść, potrafi spać, śmiać się, cieszyć sukcesami synka. Ból po zdradzie męża wracał, gdy ten przychodził po Aleśkę na weekendy. Nie utrudniała kontaktu – ich rozstanie nie mogło być dla dziecka krzywdą. Chciała zapytać „czym zawiniła?”, choć wiedziała, iż nie o to chodzi – po prostu mąż uległ nagłemu uczuciu do innej. Przypomniały się jej słowa z filmu: „Miłość – tylko do pierwszego zakrętu, potem zaczyna się życie.” U niej te dwie rzeczy były nierozłączne. U niego? Jesień była jak lato – ciepła, zielone liście, dziecięcy gwar, astry i chryzantemy za oknem. Ten dzień, kiedy zobaczyła spojrzenie Michała, niczym się nie wyróżniał – może słońce grzało mocniej, może muzyka z sąsiedzkiego okna była głośniejsza, a może po prostu nadszedł czas na spotkanie dwóch samotności. „Pani, pomóc? Nie można tyle dźwigać!” „Przywykłam.” „Źle, kiedy taka piękna kobieta przywykła do ciężarów.” „Pan każdej pięknej pomaga? Czatuje pan na ulicy?” „No, czuwałem, czuwałem, aż wypatrzyłem cudną kobietę!” Śmiali się serdecznie, do łez. „Michał” – podał jej dłoń, w jego oczach jeszcze skakały figlarne iskierki. „Natasza.” „Nataszka, nataszka, cudza żona – znasz tę piosenkę?” „Nie. Ale nie jestem żoną.” „Serio? To mi się trafiło! Wreszcie spotkałem kobietę marzeń i jest wolna. Wszyscy wokół oszaleli?” „Widzę, z humorem u pana dobrze. A z powagą?” „Też w porządku. Natasz, może dziś do kina, pogadamy?” „Nie mogę, syna muszę odebrać.” „Nie wierzę, iż ma pani dziecko! Ma pani dwadzieścia lat, jaka świetlica?” „Mam 35.” „I ja. Przypadek? Ale wygląda pani bardzo młodo.” „A teraz?” „Przetrawiam. Każdy facet marzy o synu. A pani tak mówi, iż jest niezamężna – a gdzie tata chłopca?” „Nie chcę o tym mówić.” „Rozumiem, nie będę drążył. Może w weekend, na film dziecięcy?” „W weekend syn z tatą się spotyka.” „Natasza, nie chcę być intruzem. jeżeli znajdzie się chwila, zadzwoń. Tu wizytówka – jestem pediatra, hematolog.” „Poważna praca.” „I mało czasu w szukanie pięknych kobiet.” „Dobrze, Michał, zadzwonię” – powiedziała szczerze. „Będę czekał.” Jesień była cudowna, jak prezent. Promienie słońca mieszały odcienie liści w niezwykłą paletę. Dni ładne, parki miasta stały otworem. A jeszcze ich czułość, ta która przełamała ból i porwała w taniec pod liściopadem. Delikatnie zbliżali się do siebie – Natasza czuła, jak ciągnie ją do niezwykłego mężczyzny. Półtora miesiąca od ich spotkania zaproponowała nieśmiało: „Może herbata?” „Natka, nie obraź się, ale nie przyjdę. Dla mnie to ważne, chcę zadbać o wszystko sam. Ufasz mi?” W najbliższy weekend pojechali do parku narodowego, gdzie Michał wynajął domek przypominający zameczek. Wnętrze było czyste i przytulne, ale Natasza widziała tylko wielkie brązowe oczy ukochanego, zanurzała się w nich, ginąc w jego objęciach. Nie wiedziała, iż to najcenniejsze między kobietą a mężczyzną może być tak słodkie. „Misiu, gdzie ja, co się ze mną dzieje? Czuję, jakbym umierała. Tak cię kocham. Jak ja wcześniej żyłam bez ciebie? Tak dobrze mi z tobą!” „Jesteś cudowna! Cóż za szczęście!” Po kolejnych dwóch miesiącach rozstania były coraz trudniejsze. „Natka, wyjdź za mnie.” „Misiu, mam rozwód pod koniec miesiąca.” „A potem ślub ze mną. Bo jeszcze mi kto ciebie sprzątnie!” „A ja sama decyduję, nie dla wszystkich. Mam ukochanego. Misiu, ale bez ceremonii – tylko podpiszemy, a potem do tego zamku, gdzie już jestem twoją żoną.” „Jak chcesz, kochanie.” Roman i Galinka byli jedynymi świadkami. Mama z siostrą przysłały telegram z gratulacjami. niedługo przeprowadzili się do wynajętego przez Michała dwupokojowego mieszkania i razem zrobili remont, tworząc przytulne gniazdko. Michał szczególnie dbał o pokój dla Aleśki. Dawno się poznali, ale Aleśka, dla którego światem była mama i tata, niechętnie zbliżał się do Michała. „Natka, nie przeraż się, sprawdźmy krew Aleśki. Jest bardzo blady.” „Misiek, on się stresuje. Rozwód był dla niego tragedią. Czytałam, iż dla dziecka rozstanie rodziców jest gorsze niż śmierć jednego z nich.” „Masz rację, kochana. Sam przeżywałem rozwód rodziców jak koniec świata. Ale krew musimy zbadać, prawda synku?” Następnego dnia Michał wrócił do domu ze spuszczoną głową. Natasza od razu zrozumiała: coś się stało. „Natka, nie martw się. Są zmiany w krwi Aleśki. Intuicja nie zawiodła – niestety. Jutro zabieram go ze sobą.” Jakby trzeba było zapłacić za szczęście, taką cenę. Białaczka. Przerażające słowo. Zaczęło się nowe życie. Natasza wzięła urlop bezpłatny, bo nie wyobrażała sobie, jak Aleśka zniesie zastrzyki i kroplówki bez niej. Trzymała go za rękę, powtarzając: „Wytrzymaj, synku! Jesteś silny! Zawsze byłeś moim niezawodnym przyjacielem! Nigdy się nie rozstajemy, będziemy razem.” Gdy już nie miała siły, Michał wysyłał ją na drzemkę, a sam zostawał z Aleśką. Zwykle tylko leżała, patrząc w sufit. Były mąż zadzwonił i zażądał wypisania jej z niedokończonego domu. „Sam będę się zajmował synem. Będzie mnie odwiedzał w swoim domu.” „Lepiej byś go odwiedził.” „Nie mogę – wyjeżdżam w delegację.” Po rozmowie Michał objął ją: „Natko, damy sobie radę. Nie oglądaj się wstecz.” „A jednak żal, bo ciężko pracowałam, wszystko inwestowałam w dom. Misiu, kto w takim momencie myśli o wypisie z mieszkania?” „Nie myśl o tym. Myśl tylko o Aleśce. Ja dam radę. Zawsze marzyłem o rodzinie. Bóg wie i nie odbierze mi was.” „Misiu, co z wynikami?” „Robimy wszystko, ale są złe.” Natasza płakała po cichu. Nie chciała, żeby Aleśka zauważył, iż jest źle. „Panie Misiu, co mam z krwią?” „Wiesz, w naszej krwi są białe i czerwone stateczki. U ciebie jest bitwa.” „Kto wygrywa?” „Białe.” „A co będzie dalej?” „Pomagaj czerwonym.” „Mamusiu, zabierzcie mnie gdzieś – jestem bardzo zmęczony.” „Natka, też chciałem zaproponować. Zabierzmy Aleśkę do naszego zamku. Pogoda dobra, pospacerujemy po lesie. Niech odpocznie.” Wiosna rozkwitła wokół nich. Wędrowali po lesie, cieszyli się każdym kwiatkiem, liściem. Były chwile, gdy chłopiec zamykał się, milczał. „Co ci jest, synku, źle się czujesz?” „Mamo, nie przeszkadzaj – gram bitwę morską.” Krótki urlop minął. Aleśka – świeży, zaróżowiony. „Mama, gdzie tata?” „W delegacji.” „Znowu? No trudno.” Po powrocie do szpitala – nowe badania. Kierownik laboratorium przyszedł sam. „Panie doktorze, gdzie syn był?” „Niedaleko, w parku narodowym. Dlaczego?” „Co z krwią?” „Dobrze. Ma remisję.” Michał wbiegł do sali: „Aleśka, co robiłeś? Jest lepiej, synu! Nie płacz, Natasza – on zdrowieje! Co robiłeś?” „Tato, mówiłeś o stateczkach – zawsze wygrywałem czerwonymi w każdym morskim boju.”
To twoja matka – więc to twój obowiązek!” – Odrzekł, ale ona była już zmęczona jego wymaganiami
Szczęśliwe kobiety zawsze wyglądają olśniewająco Lila bardzo przeżywała zdradę męża. W wieku czterdziestu lat została sama – córka studiowała w innym mieście. Dwa miesiące temu Igor wrócił z pracy i oznajmił: – Odchodzę, zakochałem się. – W kim? – żona nie mogła uwierzyć. – Jak to bywa u facetów, znalazłem kogoś, u niej czuję się dobrze, o tobie zapominam zupełnie. Nie proś mnie, zdecydowałem – powiedział Igor, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem. gwałtownie się spakował i wyszedł. Dopiero później, analizując sytuację, Lila zrozumiała, iż Igor nie podjął decyzji z dnia na dzień, długo zbierał rzeczy, a tamtego dnia tylko wrzucił je w pośpiechu do walizki i zatrzasnął za sobą drzwi. Lila płakała, przeżywała i wierzyła, iż nic dobrego jej już nie spotka. Wydawało się, iż życie się skończyło albo zatrzymało. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Telefon dzwonił – córka, przyjaciółka, odbierała niechętnie, gwałtownie kończąc rozmowy. W pracy stroniła od kolegów. Jedni patrzyli na nią z litością, inni z przekąsem. Lila miała jeszcze nadzieję: – Może Igor się rozczaruje, wróci do mnie, a ja mu wybaczę – przecież go kocham. W sobotę obudziła się wcześnie jak zwykle, ale nie chciało jej się wstać – i tak nie było dokąd się spieszyć. W końcu podniosła się z łóżka. Około jedenastej zadzwonił telefon. – Kto do mnie dzwoni w taki poranek, nie odbieram – pomyślała, ale zerknęła na wyświetlacz. Numer nieznany. „Może Igor?” – przemknęło jej przez myśl. „Może stracił telefon albo zmienił numer i chce wrócić.” Powinna była odebrać. Telefon zadzwonił po raz drugi. – Halo, halo – powiedziała głośno. – Cześć – rozległ się wesoły, kobiecy głos. – Halo, kto mówi? – Lila spytała zrezygnowanym tonem. – Lilka, co z twoim głosem, nie poznajesz starej przyjaciółki? To ja, Ksenia. Była rozczarowana, liczyła na Igora. – No i co… – Lila, co z tobą, wszystko w porządku? – Nie w porządku – odpowiedziała i się rozłączyła. Łzy same płynęły. Usiadła na kanapie, by ochłonąć. Po chwili ktoś zadzwonił do drzwi. Lila zerwała się, znów ta irracjonalna nadzieja. – Może Igor się opamiętał – pomyślała otwierając drzwi. – Cześć – wesoło powiedziała piękna kobieta. Lila ledwo rozpoznała dawną przyjaciółkę i szkolną koleżankę Ksenię. Była zadbana, z czerwoną szminką, stylowo ubrana, a zapach jej perfum rozbudził Lilę. Po liceum Ksenia wyjechała na studia do Warszawy, od tamtej pory widziały się tylko raz, piętnaście lat temu. W szkole przyjaźniły się, chodziły na dyskoteki, spotykały z chłopakami i zwierzały się sobie. – Ksenia, ależ ty śliczna! – wyrwało się Lili. – Cześć, przyjaciółko. Zawsze taka byłam, to ty… – obrzuciła Lilę krytycznym spojrzeniem. – No, wpuścisz mnie czy nie? – Wejdź – mruknęła Lila i wpuściła ją. Ksenia nie przyszła z pustymi rękoma – przyniosła hiszpańskie wino, ciasto i pomarańcze. – Dawaj kieliszki, uczcimy nasze spotkanie! – zagadywała Ksenia. Lila nie przerywała, nalała wino i przekroiła ciasto. Ksenia nalała wino i zaproponowała toast: – Za spotkanie! – Wypiła; Lila podniosła kieliszek i poszła w jej ślady. Drugiego kieliszka Ksenia nie odpuściła, a wtedy Lili zebrało się na zwierzenia. Ksenia słuchała, nie przerywała, a na koniec wzruszyła ramionami: – O Boże, Lila, myślałam, iż to prawdziwa tragedia. – To nie tragedia? Twój mąż cię nie zostawił… – powiedziała Lila smutno. – A skąd! Męża nie zostawił mnie, to ja go zostawiłam, kiedy dowiedziałam się, iż ma młodą kochankę. Od razu wniosłam o rozwód, był w szoku, pewnie myślał, iż się nie dowiem. – Może go nie kochałaś. – Kochałam, bardzo choćby – odparła Ksenia – ale nie zniosę zdrady. To nie jest miłość, gdy ktoś cię krzywdzi. – Boże, Ksenia, dla ciebie wszystko takie proste… – Bo ty wszystko komplikujesz, zawsze tak miałaś. Gdzie twoja córka? – Na studiach, w innym mieście. Mieszka u ciotki. – Rozumiem. Ten twój Igor zostawił i ciebie, i córkę, a ty dalej się przejmujesz? – Ale ja go kocham… – Dość, Lilka, wezmę się za ciebie, depresja cię dopadła. – I co, tabletki? – Jakie tabletki? Przy takim przypadku działają sprawdzone metody – zmiana stylu, zakupy, nowa miłość. – Ooo Ksenia… – westchnęła Lila. – Pakuj się, jedziemy do centrum handlowego, potem do fryzjera – rzekła wesoło Ksenia – żadnych wymówek! – Masz jakieś pieniądze, zapas na czarną godzinę? – Mam – zbieraliśmy na nowy samochód dla Igora. – Igor się obejdzie, będzie wdzięczny za starą brykę. Ty musisz złożyć papiery o rozwód i nie mieć złudzeń, nie wybaczaj mu… A jak chcesz, to uwalczymy pół wartości auta. – Niech się nim udławi – rzuciła Lila. – Ksenia, wróciłaś z Warszawy na stałe? Nic nie mówisz. – Na zawsze. Nie chcę tam żyć… A teraz wychodź z domowych ciuchów, robimy rajd po sklepach. A, dzwoniła do mnie Rytka Pietrzak, za tydzień mamy zjazd klasowy – idziemy razem! Większość zjeżdża, niektórzy z chłopaków są po rozwodzie. Trzeba się rozejrzeć, a pamiętasz, jak Witek za tobą latał od siódmej klasy? – Ksenia, komu ja potrzebna, stara baba… – Oj Lilka, tak nie wolno! Musisz siebie pokochać i dopieścić. gwałtownie zrobimy z ciebie młodą klaczkę – śmiała się Ksenia wychodząc z mieszkania. – Pamiętasz moją ciotkę Kaśkę od twojej mamy? Już piąty raz wychodzi za mąż, tylko nie wie którego kawalera wybrać! Po kilku godzinach Lila nie poznawała się w lustrze. – Co za metamorfoza – dziwiła się – zupełnie inny kolor włosów, króciutka fryzura, nigdy nie sądziłam, iż to dla mnie. Młoda i piękna. Ksenia, złota jesteś, wzięłaś mnie w obroty. Inaczej bym zgniła w domu. Wieczór zjazdu klasowego odbył się w kawiarni – prawie wszyscy dotarli, tylko parę osób nie mogło przyjechać. Wielu nie poznało Lili, a Witek, elegancki i pewny siebie, nie mógł oderwać od niej wzroku. – Lila, nie poznałem cię! Jeszcze piękniejsza niż w szkole. Zawsze mi się podobałaś, wybrałaś wtedy Igora z równoległej, a gdzie on? – Nie ma go, zostawił mnie – uśmiechnęła się Lila. – Zostawił? To się nie zdarza, takich kobiet się nie zostawia! – zdziwił się Witek. – A jednak – ale wiesz, to wyszło mi na dobre. – Nie wątpię! Ja też po rozwodzie, dwa lata już. Z żoną było dobrze, własny biznes, dorosły syn. Ale dwa lata temu miałem kłopoty, żona uznała mnie za nieudacznika i poszła do młodszego – chyba bardziej obiecującego. gwałtownie jednak wszystko odbudowałem i teraz mam jeszcze lepiej niż wcześniej. Spotkanie z byłym mężem Minęły dwa miesiące. Lila spacerowała z Witkiem po bulwarze, wyszli z teatru, postanowili przejść się po mieście. Nagle dostrzegła Idącego Igora, wychudzonego, samotnego. Były najwidoczniej jej nie poznał od razu. – Chyba nie dojada u tej nowej – pomyślała. Przechodząc obok, Igor spojrzał na Lilę, pytający wzrok: ona to czy nie ona? Przeszli dalej, ale nagle usłyszała: – Lila? Wolno się odwróciła, uśmiechnęła się: – O, cześć, to ty… Poznaj – to Igor, mój były mąż, nie poznałeś go? – zwróciła się do Witka. – Cześć, nie poznałem, – odpowiedział Witek, – a jestem przyszłym mężem Lili. Igor był w szoku. Lila też – Witek jeszcze nic jej nie proponował. – Co u ciebie? – zapytała wesoło Lila byłego. – Jakoś tam… w porządku – odpowiedział Igor, – ale ty się zmieniłaś! Świetnie wyglądasz. Lila uśmiechnęła się, złapała Witka za rękę i powiedziała: – Bo szczęśliwe kobiety zawsze wyglądają olśniewająco. – Czyli wszystko dobrze? – wymamrotał Igor. – Oczywiście. I będzie jeszcze lepiej – odwróciła się i ruszyła pod rękę z Witkiem, czując na plecach palący wzrok byłego męża.
Jesteś moim szczęściem? Nigdy nie planowałam wychodzić za mąż, a gdyby nie uparte zaloty mojego przyszłego męża, do dziś latałabym wolna jak ptak. Artur, mój wieczny adorator, otaczał mnie z każdej strony, próbował spełnić każdą zachciankę, dbał o najdrobniejsze szczegóły… Poddałam się. Wzięliśmy ślub. Artur od razu stał się kimś bliskim — domowy, ciepły, kochający. Przy nim czułam się swobodnie, jak w wygodnych bamboszach. Po roku urodził się nasz syn, Świętosław. Mąż pracował w innym mieście, do domu wracał raz w tygodniu, zawsze przywoził nam ze Świętosławkiem pyszne smakołyki. Gdy pewnego razu, jak zwykle, przeglądałam kieszenie jego spodni przed praniem, znalazłam złożoną kartkę — była tam długa lista szkolnych akcesoriów, a na dole dziecięcą ręką: „Tato, przyjedź szybko.” No proszę, mąż się urządził — dwie rodziny! Nie zrobiłam awantury, tylko zabrałam torbę, synka pod pachę (miał wtedy niespełna trzy lata) i wyjechałam do mamy, na długo. Mama przydzieliła nam osobny pokój: — Będziecie tu mieszkać, póki się nie pogodzicie. W głowie zrodziła się myśl o zemście na niewdzięcznym mężu. Przypomniał mi się kolega z klasy – Romek. Z nim to „zaromansuję”! Roma nigdy nie dawał mi spokoju, ani w szkole, ani później. Dzwonię: — Cześć, Romku! Jeszcze nie masz żony? — Nadka? Hej! Co za różnica, żona czy rozwód… Spotkamy się? — rozpromienił się Romek. Mój spontaniczny romans trwał pół roku. Artur co miesiąc przynosił alimenty dla syna, oddawał mamie i milcząco odchodził. Wiedziałam, iż mąż mieszka z Kamilą J., która miała córkę z pierwszego małżeństwa. Kamila uparła się, żeby jej córka nazywała Artura „tatą”. Wszystkie zamieszkali w mieszkaniu Artura. Jak tylko Kamila dowiedziała się, iż się wyprowadziłam, od razu przeprowadziła się wraz z córką z innego miasta do niego. Rozpieszczała Artura, robiła mu na drutach skarpety, gotowała wykwintne obiady. O tym wszystkim dowiedziałam się później. Do końca życia będę mu wypominać tę Kamilę! Wtedy jednak uważałam, iż nasz związek się wypalił, zaliczył totalny krach. …Jednak spotykając się przy kawie (przy planowaniu rozwodu) na Artura i na mnie spadła lawina dobrych wspomnień. Artur wyznał mi, iż kocha mnie ponad wszystko, przepraszał, mówił, iż nie potrafi pozbyć się nachalnej Kamili. Było mi go niesamowicie żal. Znów wróciliśmy do siebie. Mąż o Romku nie wiedział nic. Kamila z córką wyprowadziły się z miasta na stałe. …Minęło siedem lat szczęśliwego małżeństwa. Potem Artur miał poważny wypadek, operacje, rehabilitacja, chodzenie z laską. W powrocie do zdrowia minęły dwa lata. Te doświadczenia wykończyły Artura psychicznie. Zaczął pić coraz więcej. Tracił kontrolę nad swoim życiem, oddalał się ode mnie i syna. Próbowałam go przekonać do leczenia, ale odrzucał każdą pomoc. Tymczasem w pracy pojawił się ktoś, kto mnie wysłuchał — Paweł. Spotykaliśmy się w palarni, spacerował ze mną po pracy, pocieszał. Miał żonę, która spodziewała się drugiego dziecka. Do dziś nie wiem, jak trafiliśmy razem do łóżka — absurd. Był ode mnie dużo niższy, „nie w moim typie”! I zaczęło się — Paweł prowadził mnie po wystawach, koncertach, baletach. Gdy jego żona urodziła córkę, przystopował z rozrywkami, odszedł z firmy, zmienił pracę. Może wtedy pomyślał „z oczu, z serca”? Nie oczekiwałam niczego, więc puściłam go do rodziny bez żalu. Był chwilowym lekarstwem na moje zbolałe serce. Nie zamierzałam rozbijać czyjegoś małżeństwa. Mój Artur przez cały czas topił smutki w alkoholu. …Po około pięciu latach przypadkowo spotkałam Pawła. Zupełnie poważnie zaproponował mi ślub. Rozbawiło mnie to. Mój Artur na chwilę się ogarnął. Wyjechał do pracy do Czech. W tym czasie byłam wzorową żoną i matką, myślałam tylko o rodzinie. Artur wrócił po pół roku. Zrobiliśmy remont, kupiliśmy sprzęty, Artur naprawił swój samochód. Mogłoby być dobrze — ale jednak nie było. Mąż znów się załamał i zaczęły się piekielne ciągi. Koledzy musieli go nosić do domu, sam nie był w stanie dojść. Często szukałam go po okolicy, znajdowałam nieprzytomnego na ławce, z pustymi kieszeniami, wlokłam do domu. Przeżyliśmy różne rzeczy. …Pewnego wiosennego dnia stoję smutna na przystanku. Wokół ćwierkają ptaki, słońce świeci, a mnie nie cieszy nic. Ucho wyłapuje szept: — Może pomogę pani w kłopotach? Odwracam się. O rany, przystojniak! A ja mam już 45 lat! Może znów stanę się „jagodą”? Zawstydziłam się. Na szczęście podjechał autobus, wskoczyłam do środka. On pomachał mi na pożegnanie. Cały dzień myślałam o nim. Przez dwa tygodnie się wzbraniałam, dla zasady… Ale Eryk (bo tak miał na imię) był nieustępliwy. Codziennie czekał na mnie na tym samym przystanku. Starałam się nie spóźniać, wypatrywałam go z daleka. Eryk, gdy tylko mnie zauważył, posyłał powietrzne całusy z uśmiechem. Kiedyś przyniósł naręcze czerwonych tulipanów. Powiedziałam: — I co ja zrobię z kwiatami z rana, w pracy? Dziewczyny mnie wyśmieją. Eryk roześmiał się: — Rzeczywiście, nie pomyślałem o „strasznych” konsekwencjach. Oddał bukiet starszej pani, która przyglądała się naszym poczynaniom. Babcia rozpromieniła się: „Dziękuję, młody! Życzę ci gorącej kochanki!” Zarumieniłam się. Dobrze, iż nie życzyła młodziutkiej dzierlatki, bo bym się zapadła pod ziemię! Eryk kontynuował: — A może, Nadziu, razem zostaniemy „winni”? Nie pożałujesz. Szczerze mówiąc, propozycja była kusząca i w sam raz. Z mężem relacji już nie było, Artur często leżał nieruchomo, kompletnie pijany. Eryk okazał się niepalący, byłym sportowcem (miał 57 lat), świetnym rozmówcą, rozwiedzionym. Miał w sobie coś magnetycznego! Wpadłam w romans na całego. Zawładnął moją duszą. Trzy lata żyłam rozpięta między domem a Erykiem. Nie miałam siły ani chęci się zatrzymać. Ale gdy pojawiła się wola zakończenia, nie znalazłam siły. Goni dziewczyna chłopaka, a ten nie odpuszcza. Eryk opanował mnie całkowicie. Wiadomo, jak człowiek się uzależni — rozsądek odchodzi. Kiedy Eryk był blisko, brakowało mi tchu! Było to zaślepienie… Czułam jednak, iż ta namiętność nie skończy się dobrze. Nie kochałam go. Gdy wracałam wyczerpana do domu po upalnych spotkaniach, miałam ochotę przytulić się do męża — choćby pijanego, śmierdzącego, ale swojego, bliskiego! Własny sucharek lepszy niż cudze wypieki! To była prawda. Namiętność — od słowa „cierpieć”. Chciałam już odcierpieć i wrócić do rodziny, nie oddawać się zabawie. Tego chciał mój rozum, ciało pędziło w przepaść. Przez długi czas tkwiłam w niewoli namiętności. Mój syn wiedział o Eryku. Raz zobaczył nas w restauracji, gdy przyszedł z dziewczyną. Musiałam przedstawić synowi Eryka. Uścisnęli sobie ręce. Wieczorem Syn (Świętosław) patrzył na mnie pytająco. Czekał na wyjaśnienia. Zażartowałam, iż to kolega z pracy, iż rozmawialiśmy o nowym projekcie. „W restauracji,” — mruknął Syn z uśmiechem. Nie oceniał mnie. Prosił tylko, bym nie rozwodziła się z tatą. Wszystko wydawało się nieuchronne. Czułam się jak zagubiona owieczka, zbłąkana. Koleżanka „po przejściach” radziła mi „odpuścić tych kochanków” i uspokoić się. Słuchałam jej rad. Była po trzecim mężu, znała życie. Wiedziałam, rozum podpowiadał jedno, ciało swoje. Przerwać zdołałam dopiero, gdy Eryk próbował podnieść na mnie rękę. To była granica. Nie na darmo koleżanka mówiła: „Spokojnie, dopóki stoisz na brzegu…” Otrzeźwienie przyszło nagle, świat nabrał barw! Trzy lata udręki! Uff! Wolna! Nastąpił upragniony spokój. Eryk jeszcze długo mnie nachodził, błagał o wybaczenie. Byłam nieugięta. Koleżanka mnie wycałowała, podarowała mi kubek z napisem: „Jesteś po adekwatnej stronie!” Co z Arturem? O wszystkim wiedział, bo Eryk mu dzwonił i opowiadał. Kochanek był pewny, iż odejdę z rodziny. Artur wyznał mi: — Gdy słuchałem tych opowieści, chciałem po prostu umrzeć. Przecież sam zawiniłem. Straciłem żonę, zamieniłem ją na alkohol. Co ja mogę powiedzieć? …Od tamtej pory minęło dziesięć lat. Mamy z Arturem dwie wnuczki. Siedzimy razem przy stole, pijemy kawę. Patrzę przez okno. Artur łapie mnie za rękę: — Nadziu, nie patrz na innych. To ja jestem twoim szczęściem! Wierzysz? — Jasne, kochanie, mój jedyny…
Moja była żona chciała zabrać połowę domu, ale nie przewidziała, iż byłem o krok przed nią
Wiedziałam, iż mój mąż ma kochankę. Postanowiłam zatrudnić ją w swojej firmie – wszyscy mówili, iż oszalałam.