Kryzysy i rozstania

Niechciane dziecko – Jak chcecie nazwać swoją córeczkę? – Starszy doktor z uprzejmym uśmiechem zwrócił się do swojej młodej pacjentki. – Imienia jeszcze nie wybraliśmy – wtrąciła się Natalia, siedząca na krześle obok łóżka. – To poważna decyzja, Daria musi się dobrze zastanowić. – Wcale nie chcę. – Ku zaskoczeniu wszystkich odezwała się sama młoda mama. – W ogóle nie zamierzam jej zabierać. Złożę zrzeczenie. – Co ty wygadujesz?! – Kobieta zerwała się nerwowo, posyłając dziewczynie gniewne spojrzenie, po czym zwróciła się do lekarza: – Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, zabierzemy malutką do domu. – Wrócę później, proszę odpoczywać. – Lekarzowi wyraźnie nie było na rękę akurat teraz uczestniczyć w rodzinnych sporach. Gdy tylko drzwi za lekarzem się zamknęły, matka rzuciła się na dziewczynę z pretensjami. – Jak śmiesz wygadywać takie rzeczy? Co ludzie o nas pomyślą?! Przecież musiałyśmy się przeprowadzić do tego miasta, by wszystko odbyło się po cichu. To dziecko musi zostać w naszej rodzinie. – A czyja to wina? – Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. – Gdybyś mnie wtedy posłuchała, nic by się nie wydarzyło. Spokojnie bym skończyła szkołę i może gdzieś poszła na studia. jeżeli tak bardzo chcesz tego dziecka, to sama je sobie zabierz. Dziewczyna odwróciła się do ściany, jasno dając do zrozumienia, iż rozmowa zakończona. Natalia próbowała jeszcze kilka minut ją przekonać, ale gdy zajrzała pielęgniarka, poprosiła o spokój dla pacjentki. Daria została sama na sali. Cicho wtulała twarz w poduszkę, modląc się w duchu, by to wszystko jak najszybciej się skończyło. Niepewne pukanie do drzwi zmusiło ją do otarcia łez. Głęboko westchnęła i powiedziała: – Proszę wejść. Spodziewała się zobaczyć kogoś z personelu albo w najgorszym wypadku ojca. Jednak kobieta, która weszła, była jej zupełnie nieznana. – Czy mogę w czymś pomóc? – Kto by pomyślał, jak trudno jest zachować spokój! – Podsłyszałam przez przypadek… Lekarze rozmawiali obok mojej sali – zaczęła nieśmiało kobieta. – Tak, chcę oddać dziecko. To prawda. O to chodzi, tak? – Widziałam, jak twoja mama… – To nie mama! – ostro przerwała Daria, tracąc na chwilę spokój. – To tylko macocha, strasznie się wywyższa. A moja mama pracuje za granicą. – Wybacz, nie chciałam cię urazić – kobieta speszyła się. – Mam troje dzieci… i nie pojmuję twojej decyzji. Sama jako dziecko byłam w domu dziecka, dlatego tak boję się o twoją córeczkę. Przecież ona niczemu nie jest winna! – Takie małe dzieci gwałtownie znajdują dom, tak mi mówiono – wzruszyła ramionami Daria. – Ja nie mogę się przemóc, by choćby ją wziąć na ręce, nie mówiąc o czymś więcej. Gdyby Natalia się wtedy nie wtrącała, nie byłoby mnie tutaj. – Przecież jesteś dorosła, możesz decydować. Masz już więcej niż piętnaście lat, prawda? – Przecież to taki wstyd! – Daria powtórzyła kąśliwie słowa macochy. – Jak my się ludziom na oczy pokażemy?! – Nie rozumiem… – To pani opowiem – Daria uśmiechnęła się krzywo – może przestanie mnie pani oceniać. ********************************************* Ostatni rok w liceum był dla Darii wyjątkowo pechowy. Najpierw jej ukochany Paweł poszedł do wojska, a potem do klasy dołączył nowy. Typowy „warszawski bananowy chłopiec”, w ramach kary zesłany przez ojca na prowincję, zaczął podrywać wszystkie dziewczyny. Zależało mu nie na uczuciach, tylko na kolejnych podbojach. Tak właśnie zszargał opinię ojcu. Maciek rozdawał luksusowe prezenty, zabierał dziewczyny do klubów, restauracji. Jedna po drugiej ulegały, każda wierząc, iż zostanie wybranką „księcia”. Najbardziej opierała się właśnie Daria. Była zakochana w Pawle, nikogo innego nie chciała. W końcu wydawało się, iż Maćkowi się znudziła, przerzucił się na inne dziewczyny. Przynajmniej tak myślała. Ale jak bardzo się myliła! W grudniu jedna z jej przyjaciółek obchodziła urodziny. Była cała klasa, Maciek też przyszedł, ale nie zamierzał tylko gratulować solenizantce… W środku imprezy Daria odebrała telefon na korytarzu, a gdy wróciła, obok jej miejsca siedział Maciek. Początkowo nie zwróciła na to uwagi, ale potem nagle poczuła się fatalnie… Rano z trudem otworzyła oczy. Obok niej leżał uśmiechnięty Maciek. – No widzisz, a tak się wzbraniałaś – powiedział, jakby nic się nie stało. – To w ramach rekompensaty. Szczerze mówiąc, zdziwiłaś mnie. Twój Pawka to frajer. Powrót do domu kosztował Darię wiele wysiłku. Chwiała się na nogach, kręciło jej się w głowie. Przechodnie patrzyli na nią z odrazą. Nie szukała choćby kluczy – po prostu zadzwoniła. Była pewna, iż macocha jest w domu. – Gdzie się włóczyłaś?! – zirytowała się Natalia, ledwo ją zobaczyła. – Nie wróciłaś na noc, telefonu nie odbierałaś. I jeszcze w jakim stanie wracasz! Gdyby ojciec cię taką zobaczył… – Wezwij lekarza i policję – przerwała jej Daria. – Chcę złożyć doniesienie. Niech go wsadzą. Natalia spoważniała. Skojarzyła wygląd dziewczyny i jej słowa i gwałtownie wyciągnęła wnioski. – Kto? – Maciek, kto inny… – Darii ciężko było w ogóle mówić. – Tylko on byłby taki bezczelny. Wzywaj, albo sama zadzwonię. – Poczekaj z tym. – Natalia zaczęła kalkulować. – I tak się wywinie. Zrobimy inaczej. Skontaktuję się z jego ojcem, niech płaci odszkodowanie. – Chyba zwariowałaś? – Daria nie wierzyła własnym uszom. – Jakie odszkodowanie? Idę na policję! – Nigdzie nie pójdziesz! – kobieta złapała ją za rękę i zaciągnęła do pokoju. Daria nie miała choćby siły się bronić. – I tak nikt ci nie uwierzy, cała miejscowość będzie cię wytykać palcami. Ja wszystkim się zajmę. Daria nie miała telefonu – zgubiła go po drodze albo została u koleżanki. Nie mogła też wyjść – macocha zamknęła drzwi na klucz. W głowie jej się kręciło, łóżko wydawało się wybawieniem… Po kilku dniach Daria pojechała do babci. Mieszkała sto kilometrów dalej i była już bardzo wiekowa. Daria nie chciała jej martwić, więc udawała, iż wszystko jest w porządku. Miesiąc później usłyszała straszną wiadomość. Tamta noc przyniosła konsekwencje – będzie miała dziecko. Natalia była w siódmym niebie – ten maluch zapewni im spokojne życie! Dziadek zapłaci sowicie, jeszcze raz ratując syna z kłopotów. Najważniejsze – do piątego miesiąca nikomu nie mówić. Nikt nie pytał, czego chce Daria. Gdy tylko powiedziała o chęci usunięcia ciąży, Natalia urządziła jej piekło i pilnowała ją dzień i noc. Przyszły dziadek nie był zachwycony, ale dał pieniądze. I obiecał płacić jeszcze długo. ********************************************************** – Teraz już pani rozumie? Przez to dziecko tyle przeszłam. Paweł mnie zostawił, nie uwierzył mi. Koleżanki się odwróciły, musiałam się przeprowadzić. choćby szkoły nie skończyłam! – Przepraszam, oceniłam cię, nie znając całej prawdy – kobieta była zakłopotana. – Ale malutka wciąż nie jest niczemu winna. – Dario, musimy poważnie porozmawiać! – do sali weszła Natalia, ciągnąc za sobą męża. – Obcych proszę wyjść, to sprawa rodzinna! Kobieta spojrzała współczująco na dziewczynę i wyszła, zamykając cicho drzwi. – Nie pozwolę ci zrujnować mojego idealnego planu. jeżeli zostawisz dziecko tutaj, do domu nie wracaj. I gdzie pójdziesz? Babcia nie żyje, jej mieszkanie przejął wujek. Zostaniesz na ulicy? – Nie, pojedzie ze mną – do sali weszła elegancka kobieta. Darii oczy zapłonęły radością. – Mamo! Przyjechałaś! – Oczywiście, iż przyjechałam. Nie mogłabym cię zostawić w biedzie. – Albina mocno przytuliła córkę. – Gdybyś tylko mi wcześniej powiedziała, dawno zabrałabym cię do siebie. Myślałam, iż tutaj łatwiej skończysz liceum. – Myślałam, iż mnie nie potrzebujesz – wyszeptała Daria. Wciąż przecież była tylko dzieckiem. – Ktoś mi wmawiał, iż nie chcesz się ze mną kontaktować. Prezenty wracały nierozpakowane, nie mogłam się dodzwonić. Uznałam, iż mi nie wybaczysz. Nic to – powiedziała pogodnie kobieta, ocierając łzy córki. – Wyjedziemy, zapomnisz o wszystkim… ************************************************************* Daria wyjechała. Dziecko zabrała Natalia, licząc na dostatnie życie. Jednak kiedy wpływowy dziadek się o tym dowiedział, przyjechał i zabrał malutką do siebie. Maciek w końcu uznał dziecko, choć bardzo się przed tym wzbraniał. Daria wreszcie jest szczęśliwa. Jest blisko najważniejszej osoby, która nigdy jej nie zawiedzie…
Rozwód w holenderskiej rodzinie królewskiej. Byli razem 25 lat, księżna straci tytuły
Koniec złudzeń gwiazdy "Sanatorium miłości". Grażyna wyjawiła całą prawdę o zerwaniu
Piechowiak planowała ślub ze znanym aktorem. Oto co najmocniej ich połączyło
Mój mąż zostawił mnie dla innej, a kiedy miał wypadek, teściowa powiedziała, iż muszę go znowu przyjąć do rodziny.
Lekcja dla żony: Jak Anfisa, zamiast dbać o dom i syna, spędzała dni w internecie, aż mąż Eryk postanowił dać jej nauczkę i wystąpił o rozwód – czy dopiero groźba utraty rodziny sprawi, iż kobieta odnajdzie w sobie matkę i prawdziwą partnerkę?
Pozdrowienia od żony – Kochanie, odbierzesz mnie z pracy? – zadzwoniła do męża Żenia, licząc, iż po ciężkim dniu nie będzie musiała tłuc się czterdzieści minut autobusem. – Jestem zajęty – odpowiedział krótko Artur. W tle wyraźnie było słychać telewizor, więc wszystko wskazywało na to, iż mężczyzna jest w domu. Żeni było przykro aż do łez. Małżeństwo wisiało na włosku, choć jeszcze pół roku temu Artur gotów był nosić ją na rękach. Co się zmieniło w tak krótkim czasie? Żenia nie wiedziała. Dbała o swoją sylwetkę, regularnie ćwiczyła na siłowni. Świetnie gotowała – w końcu pracowała w jednej z lepszych warszawskich restauracji. Nigdy nie prosiła o pieniądze, nie urządzała awantur, była gotowa spełnić każde życzenie męża… – gwałtownie mu się znudziłaś – kiwała głową mama, słuchając żalów córki. – Nie wolno wszystkim mężczyznom ulegać. – Po prostu go kocham – Żenia bezradnie się uśmiechała. – I on mnie też… ********************** – Jednak już go znudziłam – szeptała Żenia, przeglądając historię przeglądarki. Okazało się, iż Artur spędzał wolny czas na portalach randkowych, rozmawiając z kilkoma dziewczynami jednocześnie. – Dlaczego nie mógł po prostu porozmawiać? Zrozumiałabym i puściła wolno. Po co się męczyć, żyjąc z nielubianą kobietą i ją też męczyć swoim podejściem? Rozwód. No cóż, jest silna, da sobie radę. Ale tak łatwo mu nie odpuści. Mała zemsta mu się należy… Tego samego wieczoru Żenia założyła konto na tym samym portalu randkowym, co mąż. Znalazła go, napisała do niego, a zdjęcie pobrała z Internetu, lekko poprawiając Photoshopem — była pewna, iż Artur się złapie. I złapał. Zaczęli intensywnie pisać. W wiadomościach Artur przedstawiał się jako kawaler, gotowy na poważny związek i dzieci. Przechwalał swój cudowny charakter, co Żenię doprowadzało do łez ze śmiechu. Przecież ona najlepiej wiedziała, jak trudno do niego się dopasować. – Spotkajmy się – napisała Żenia i z niecierpliwością czekała na odpowiedź. – Jestem za! – odpisał po kilku sekundach. – Ale tymczasowo mieszka u mnie siostra, przygotowuje się do matury, więc spotkajmy się gdzieś na neutralnym gruncie, a potem pojedziemy do hotelu. – Naprawdę? – wymknęło się Żeni. – Czemu jesteś taki pewny, iż dziewczyna od razu zgodzi się na hotel? No cóż, mi to choćby na rękę. – Może lepiej u mnie? Mieszkam w domku pod Warszawą, sama, nikt nam nie będzie przeszkadzał – a w myślach zastanawiała się, czy się zgodzi. – Świetny pomysł! – Artur ewidentnie się ucieszył. Najwyraźniej dlatego, iż nie musiał wydawać pieniędzy na hotel. – Podaj adres i godzinę, przyjadę na skrzydłach miłości. – Ulica ****** 25, o 22. Pasuje? – Jasne! Czekaj na mnie. Koło dziewiątej Artur udawał, iż nagle musi jechać do pracy. Nie mógł znaleźć kluczyków od auta i niechętnie zapytał żonę, czy gdzieś nie widziała kompletu. – Leżały na szafce – Żenia spojrzała mężowi prosto w oczy, ściskając kluczyki w kieszeni. – Może kot zabrał? – Trudno, wezmę taksówkę. Nie czekaj na mnie, idź spać. Ale Żenia nie zamierzała spać. Po co? Zdążyła już spakować swoje rzeczy – na szczęście miała własne mieszkanie po babci. Jedyną rzeczą, jaką po sobie zostawiła, było podanie o rozwód, leżące na widoku. Artur wrócił dopiero rano, wściekły jak osa. Mało tego, iż w jedną stronę jechał ponad godzinę, to jeszcze „Anżeliki” ze zdjęcia tam nie było. Adres był prawdziwy, dom także. Tylko iż mieszkała tam kobieta trzy razy większa od niego, w prześwitującym szlafroku. Artur oddałby wszystkie pieniądze, żeby zapomnieć ten widok. Ledwo się od niej uwolnił! Musiał zamówić taksówkę, a czekania było co niemiara – zmarzł jak nigdy wcześniej. Kierowca na dodatek wywiózł go gdzieś na obrzeża… Generalnie, nocka była „przednia”. Wchodząc do mieszkania i widząc leżące na stole papiery rozwodowe, Artur pojął, kto za tą całą „zabawą” stał. Obok, na stole, szminką było napisane Ta słodka zemsta…
Nie zasłużyłaś – Poruszająca historia Ksenii, która po rozwodzie Andrzeja wierzyła, iż miłość to poświęcenie: jak przez lata utrzymywała partnera i jego syna, godząc się na upokorzenia w imię rodziny, aż w końcu zrozumiała, iż była tylko darmową służącą. O tym, dlaczego warto wybrać siebie i gdzie leży granica między oddaniem a samozatraceniem – opowieść o współczesnych realiach życia w Warszawie.
Nagle zerwała zaręczyny z ukochanym. Grażyna z "Sanatorium" ujawnia powód
Moja historia jest inna. Moja teściowa wiedziała, iż jej syn zdradza mnie z sąsiadką. I ukrywała to przede mną. O wszystkim dowiedziałam się, gdy sąsiadka zaszła w ciążę… i rodzina przestała ukrywać prawdę. Przez sześć lat byliśmy małżeństwem, gdy mój świat runął. Mieszkaliśmy razem, pracowaliśmy, nie mieliśmy dzieci. Nie byliśmy idealni, ale wierzyłam, iż tworzymy rodzinę. Niemal co niedzielę chodziliśmy do jego rodziców. Wspólny obiad, rozmowy, pomagałam w kuchni. Czułam się częścią tego domu. Nigdy bym nie pomyślała, iż przy tym samym stole siedzą ludzie, którzy patrzą mi w oczy… i ukrywają przede mną taką sprawę. Sąsiadka była stale wokół nich. Nie była tylko kobietą „z klatki”. Była blisko z nimi. Prawie jak krewna. Często wpadała — czasem bez zapowiedzi, czasem zostawała na obiad, czasem do późna. Nigdy nie miałam podejrzeń. Bo wychowałam się w przeświadczeniu, iż rodzina ma swoje granice. Nie wierzyłam, iż w zwykłym domu może dziać się coś takiego… na oczach wszystkich. Teściowa zawsze ją broniła. jeżeli ktoś coś powiedział — usprawiedliwiała ją. Gdy sąsiadka potrzebowała pomocy — teściowa była pierwsza. A mój mąż… zawsze był „do dyspozycji”. Widziałam to. Ale powtarzałam sobie: „Nie będę myśleć źle. To głupoty.” Kilka miesięcy przed wybuchem wszystkiego zaczęłam czuć, iż coś jest nie tak. Mąż coraz częściej był nieobecny. Twierdził, iż jest u rodziców, iż pomaga, iż ma pracę. Nie sprawdzałam go. Nigdy nie byłam kobietą, która śledzi czy szpieguje. Ale teściowa zaczęła dziwnie się zachowywać. Była chłodniejsza. Dalsza. Mniej uprzejma. I wtedy do mnie dotarło — zachowuje się, jakby miała poczucie winy. Dzień, w którym prawda wyszła na jaw, zaskoczył mnie. Zadzwoniła ciocia męża. Nie zaczęła od razu. Najpierw spytała jak się czuję, jak praca, jak z mężem. Potem zamilkła i powiedziała: — Muszę cię o coś zapytać… przez cały czas mieszkacie razem? Powiedziałam jej „tak”. Znowu cisza. I potem: — A czy nic nie wiesz… o sąsiadce? Poczułam dreszcz na ciele. — O czym pani mówi? — zapytałam. Wtedy powiedziała wprost: — Ona jest w ciąży. A ojcem jest twój mąż. Powiedziała, iż to już „głośna tajemnica” w rodzinie. Że od miesięcy próbują „opanować sytuację”. Ale nikt nie miał odwagi mi powiedzieć. Rozłączyłam się i usiadłam na krawędzi łóżka. Mąż jeszcze nie wrócił. Gdy wszedł, czekałam już na niego. Spytałam wprost: — Od kiedy jesteś z sąsiadką? Nie zaprzeczył. Tylko spuścił głowę. — Nie planowałem tego… — powiedział. — Jak długo? — spytałam. — Ponad rok. Czułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Spytałam, kto wie. I wtedy przyszło najgorsze: — Mama wie od miesięcy. To zabolało mnie bardziej niż cokolwiek. Następnego dnia poszłam do teściowej. Weszłam bez zapowiedzi. Nie obchodziło mnie, czy jej wygodnie. Spytałam wprost: — Dlaczego mi nie powiedziałaś? Spojrzała spokojnie. Bez łez. Bez drżenia. Jak ktoś, kto uznał, iż ma rację. I powiedziała: — Chciałam uniknąć skandalu. Myślałam, iż on rozwiąże to z tobą. Patrzyłam na nią i nie wierzyłam. — Ukrywanie, iż twój syn zdradza mnie z sąsiadką, to jest „chronienie mnie”? — spytałam. Odpowiedziała: — Nie chciałam niszczyć waszego małżeństwa. Wtedy zrozumiałam coś okropnego: Nigdy nie byłam chroniona. Byłam po prostu wygodna. Zdradzili mnie wszyscy. Rodzina zaczęła potem „pomagać”. Wtrącać się. Tłumaczyć mi. Mówili, bym nie była „radykalna”. Nie robiła awantur. Jakby problemem było to, iż reaguję. Podpisałam rozwód. Sąsiadka na jakiś czas wyjechała do swojej matki. Teściowa przestała ze mną rozmawiać. A mój były został ojcem z nią. Zostałam sama. Nie tylko bez męża. Ale i bez rodziny, którą myślałam iż mam. I najgorsze było to, iż to nie była tylko zdrada. To było zbiorowe zdradzenie. Rozwód. Podpisałam rozwód, jako ktoś, kto już nie potrafi stać prosto. Nie tylko dlatego, iż mąż mnie zdradził. Ale dlatego, iż zdradziła mnie cała jego rodzina. Przez sześć lat chodziłam w każdą niedzielę do nich. Gotowałam, pomagałam, śmiałam się z nimi, świętowałam. Myślałam, iż mnie kochają. A prawda jest taka, iż patrzyli mi w oczy… i wiedzieli. Wiedzieli już dawno. Milczeli. Kryli go. A mnie nigdy nie chronili. Teściowa nie zdradziła mnie dopiero gdy się dowiedziała. Ona zdradzała mnie za każdym razem, gdy mnie obejmowała i mówiła „wszystko będzie dobrze”, podczas gdy jej syn robił dziecko innej. I wtedy zrozumiałam coś, co boli bardziej niż zdrada: Można przetrwać zdradę partnera. Ale zdrada całego „rodzinnego stołu”… zmienia człowieka na zawsze. ❓ Pytanie do Was: A Wy jak sądzicie — jeżeli rodzina partnera wie, iż jesteście oszukiwani i zdradzani, ale milczy — są współwinni, czy „to nie ich sprawa”? Jak byście postąpili na moim miejscu?
O tym się nie dyskutuje – Nina będzie mieszkać z nami, o tym się choćby nie dyskutuje – powiedział Zbyszek, odkładając łyżkę. Do kolacji choćby nie tknął, widocznie szykował się do poważnej rozmowy. – Pokój jest, akurat skończyliśmy remont. Więc za dwa tygodnie córka się do nas przeprowadzi. – A nie zapomniałeś o czymś? – policzywszy w myślach do dziesięciu, zapytała Kasia. – Na przykład o tym, iż pokój przygotowaliśmy dla NASZEGO wspólnego dziecka? Albo, iż Nina ma matkę, z którą powinna mieszkać? – Pamiętam, iż rozważaliśmy dziecko – mruknął mężczyzna. Miał nadzieję, iż żona pokornie przyjmie tę decyzję i nie będzie dalszej rozmowy. – Ale trudno, można to odłożyć na kilka lat. Zresztą, musisz skończyć studia, nie czas na dzieci. A Nina nie chce rodzeństwa. A jeżeli chodzi o jej matkę… – Zbyszek uśmiechnął się krzywo – występuję o odebranie jej praw rodzicielskich. Dla małej jest niebezpiecznie przebywać z tą kobietą pod jednym dachem! – Dla małej? – Kasia uniosła zdziwione brwi. – Przecież ona ma dwanaście lat! Dzielna dziewczyna, swoją drogą. I co to za niebezpieczeństwo? Że nie pozwalają jej wychodzić po dziesiątej wieczorem? Albo iż musi odrabiać lekcje pod groźbą zabrania telefonu czy wyłączenia internetu? Twoja była to chyba święta, skoro jeszcze pasa nie użyła! – Nic nie wiesz – syknął Zbyszek. – Nina pokazywała mi siniaki, pokazała wiadomości z wyzwiskami i groźbami! Nie pozwolę zniszczyć jej życia! – A właśnie to robisz, ulegając jej manipulacjom. Kasia wstała od stołu, zostawiając niemal nienaruszoną zupę. Straciła apetyt, a widok niezadowolonego męża przyprawiał ją o ból głowy. Przecież mówili jej wszyscy – z pośpiechem przy zamążpójściu nie ma co. Najpierw trochę razem pomieszkać, sprawdzić, trzymać się z dala od urzędowych papierów… Ale ona oczywiście wiedziała lepiej! Chciała być pierwsza wśród koleżanek… Dlaczego znajomi byli przeciw szybkiemu ślubowi? Sprawa prosta – to drugi związek Zbyszka, jest od Kasi starszy o piętnaście lat i ma już całkiem dużą córkę, dla której jest oczkiem w głowie. Trzy powody niby banalne, ale razem… Prawie katastrofa. Pierwsze dwie powody były łatwe do zaakceptowania. Wręcz podobało się Kasi, iż mąż jest starszy i doświadczony. Wiedziała, iż rozwód był za zgodą obu stron i Ala nie miała do niego żalu. Ale trzecia kwestia… Nina. Okropnie rozpieszczona i niezdyscyplinowana dziewczynka, niemal zawsze wychowywana przez babcię, bo rodzice ciężko pracowali na jej przyszłość. Rozwód nie zrobił wielkiego wrażenia, wiedziała, iż tata jej nie zostawi, choćby gdy znowu się ożeni. Za to nowy mąż mamy… Tego przełknąć nie potrafiła. Najgorzej, iż ojczym naprawdę wziął się za jej wychowanie, a mama – która zmieniła pracę i częściej bywała w domu – poparła nowego męża. Godzina policyjna, lekcje, korepetycje, bo Nina miała zaległości… Wszystko to ją denerwowało, przyzwyczajona była do ogromu wolnego czasu przed telewizorem albo komputerem. Tak ją to irytowało, iż zaczęła wymyślać różne historie, by podnieść ciśnienie ojcu. Tak, Nina bardzo chciała mieszkać z tatą, bo wiedziała, iż z racji jego pracy większość dnia spędzi bez nadzoru. Kasię ignorowała, nie zamierzała słuchać macochy, która jest zaledwie dziewięć lat starsza. I dla „wolności” była gotowa na wiele. ********************** – Nina będzie dzisiaj. Przygotuj jej pokój i nie denerwuj jej, bo i tak ma już dość – Zbyszek postawił żonę przed faktem, dobierając krawat do nowego garnituru. – Gdybym wcześniej wiedział, iż Ala będzie się nad nią znęcać z powodu faceta… Ale co teraz? – Czyli nie zmieniłeś zdania? Naprawdę chcesz zabrać córkę do nas? – Kasia do końca liczyła, iż mu się nie uda. – I kto się nią zajmie? Ty wracasz najwcześniej o ósmej wieczorem. – Ty się zajmiesz – wzruszył ramionami. – Ma dwanaście lat, jest już samodzielna. – A ja mam za chwilę sesję, sam mówiłeś, żebym się na nauce skupiła – złośliwie się uśmiechnęła. – Niech Nina będzie cicho i nie przeszkadza. A myć naczynia i podłogi chyba umie, bo przez najbliższe dwa tygodnie to jej zaszczytny obowiązek. – Nie jest sprzątaczką… – Ja też nie – przerwała mu Kasia. – Ale skoro będzie z nami mieszkała, niech pomaga w domu. I lepiej ustal z nią zasady wspólnego życia. ************************ – Tato, i pozwolisz jej się nade mną znęcać? choćby z koleżankami nie mogę wyjść, a twoja małżonka zrzuciła na mnie wszystkie domowe obowiązki i zadowolona ogląda sobie telewizję. Kasia, przypadkiem podsłuchawszy rozmowę, krzywo się uśmiechnęła. Aż z ciekawości, co następne wymyśli! Zmusisz ją coś zrobić? Prędzej niebo się z ziemią zamieni! – Porozmawiam z Kasią, obiecuję. Ale ty też spróbuj się z nią dogadać. Wiem, iż ci ciężko, ale nie mogę cię pilnować cały czas. Znajdź wspólny język z Kasią, pokaż jej, iż jesteś dobrą dziewczynką. – Dobrze, spróbuję – wyjęczała Nina, wiedząc, iż na razie nic nie ugra. – A to prawda, iż kupiłeś jej samochód? – No tak, a co? – A tak sobie! A mi powiedziałeś, iż nie masz pieniędzy, żeby wysłać mnie na zagraniczne ferie! Tak marzyłam! – I tak sama nie pojedziesz, masz dwanaście lat, a ja pracuję. W lecie pojedziemy wszyscy razem. – Ale ja nie chcę z wami! W ogóle mnie nie kochasz, tak? – zaraz się rozpłakała. – Po co mnie zabrałeś od mamy? Twojej żonie tylko przeszkadzam, a ty ciągle jesteś zajęty… Dalej Kasia już nie słuchała. Wiedziała, iż tak czy siak Nina postawi na swoim. I to nie tylko w kwestii wyjazdu. Sprytna dziewczynka postanowiła pozbyć się konkurencji o „ojcowskie pieniądze”. I pewnie jej się uda. Kasia miała dość wyrzutów od męża i postanowiła – jeszcze jedna awantura i będzie rozwód. A na koniec trochę popsuje Ninie satysfakcję z wygranej, zapowiadając, iż choćby po rozwodzie Zbyszek będzie płacić – na alimenty. ********************** Tak, Kasia miała rację – wieczór rozpoczął się od serii pretensji. Wysłuchała wszystkiego i spokojnie oznajmiła: „Składam pozew o rozwód”. – Chcę żyć spokojnie, a nie wysłuchiwać obelg pod swoim adresem. I uprzedzałam, iż uleganie córce to zły pomysł – mówiąc to, zauważyła triumfujący uśmiech Niny i gwałtownie go zgasiła: – A ty za bardzo się nie ciesz, kto wie, jak twoje życie się ułoży. Mogę postawić twojemu tacie ultimatum – jeżeli będzie chciał widywać swoje dziecko – tu pogładziła się po brzuchu – będzie musiał odesłać ciebie z powrotem do mamy. Albo coś w tym stylu. Nina nie wiedziała, co powiedzieć, Zbyszek usiłował ogarnąć całą sytuację, a Kasia zabrała spakowaną walizkę i wyszła. Tak naprawdę nie była w ciąży, chciała tylko zszokować wredną dziewczynę. I dać nauczkę mężczyźnie, który nie ma pojęcia o wychowaniu dzieci…
Kochanie, mógłbyś po mnie podjechać z pracy? – Zadzwoniła do męża, licząc na ominięcie męczącej czterdziestominutowej podróży komunikacją publiczną po ciężkim dniu.
A co, jeżeli to nie jest moja córka? Muszę zrobić test DNA Michał z niepokojem obserwował, jak Ola, jego żona, tuli nowo narodzoną córeczkę, nie mogąc pozbyć się jednej dręczącej myśli. Naprawdę podejrzewał, iż dziewczynka nie jest jego dzieckiem. Rok temu Michał musiał wyjechać na miesięczną delegację. Kilka tygodni po jego powrocie żona oznajmiła radosną, jej zdaniem, nowinę – będą mieli dziecko. Początkowo Michał był szczęśliwy. Ale niedługo podczas rodzinnej wizyty siostra Oli opowiedziała, jak przeprowadziła test DNA na synu, by partner nie miał wątpliwości co do ojcostwa. – Ola, zróbmy też test DNA. Dla własnego spokoju. Reakcja żony była natychmiastowa: rozpętała się potężna awantura, podczas której poleciały przedmioty, aż sąsiedzi zaczęli dobijać się do drzwi. – Co w tym złego? – upierał się Michał, coraz bardziej przekonany, iż żona go zdradziła, skoro tyle emocji budzi niewinna prośba. – Chcę mieć pewność, nic więcej. – Jak mogłeś w ogóle na to wpaść? – krzyczała Ola, ciskając poduszki w męża. – Czy choć raz dałam ci powód? – Miesiąc mnie nie było, – prychnął Michał. – Skąd mam wiedzieć, co tu robiłaś? Zrobimy test, poznam wynik i do tematu nie wracam. Kiedy idziemy? Adres kliniki możemy wziąć od twojej siostry. – Może w następnym życiu, – wycedziła przez zęby Ola i wyszła do dziecięcego pokoju, trzaskając drzwiami. *************************************************** – Mamo, przecież nie żądam cudów. Czemu ona się tak unosi? – żalił się Michał swojej mamie. – Sumienie ją gryzie, synku – odpowiedziała pani Anna, nalewając synowi kawę. – Pewnie rzeczywiście to nie twoja córka i boi się, iż wyjdzie na jaw. Zresztą, kiedy byłeś w delegacji… coś się wydarzyło. – Co takiego? – natychmiast się ożywił Michał. – Nie wtrącam się w wasze sprawy, – odwróciła wzrok Anna. – Po prostu byłam u was, by pogadać o rocznicy ojca. Ola długo nie otwierała, choć wiedziałam, iż jest w domu. Gdy wpuściła mnie w końcu do środka, była mocno roztrzepana… I męskie buty stały w korytarzu. – Co powiedziała? – oburzył się Michał. – Że rury jej pękły, – przewróciła oczami Anna. – Mogła wymyślić coś lepszego. – Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś? – Sama do mieszkania nie weszłam, więc dowodów nie mam, – zacisnęła usta Anna. – Nie chciałam burzyć wam związku. – Źle! – poderwał się Michał prawie przewracając kubek. – Bardzo źle! I co teraz? – Wymuś test. Albo zrób go sam. Masz prawo jako ojciec. ************************************************ – Możesz spać spokojnie, – rzucił Michał odkładając niepotrzebną już kopertę, którą przyniósł kurier. – Arina to moja córka. Tak jak obiecałem, więcej do tematu nie wracam. – Chyba do końca nie rozumiem – zirytowana Ola zerknęła podejrzliwie na otwartą kopertę. – Ty zrobiłeś ten cholerny test bez mojej zgody? – No tak, – odpowiedział Michał wzruszając ramionami. – Byłem z córką na spacerze, zajęło chwilkę. To przecież moje dziecko, więc po problemie. – Właśnie problem jest, – powiedziała cicho Ola. – I bardzo szkoda, iż tego nie rozumiesz. Następnego dnia Michał jak zwykle poszedł do pracy. Wieczorem czekała go niemiła niespodzianka. W mieszkaniu nie zastał nikogo, rzeczy żony i córki zniknęły. Na stoliku leżała tylko kartka: „Swoim brakiem zaufania zniszczyłeś wszystko, co między nami było. Nie chcę mieszkać z kimś, kto mnie zdradził. Składam pozew o rozwód. Nic od ciebie nie chcę – ani mieszkania, ani alimentów. Po prostu zniknij z naszego życia.” Michałem targała złość. Jak Ola mogła go zostawić! I jeszcze dziecko zabrać! Chwycił telefon i zaczął wydzwaniać do żony. Odebrał mężczyzna. Wysłuchał burzliwej tyrady i poprosił, żeby więcej nie dzwonił. – Wiedziałem, iż mnie zdradzała! – gotował się Michał. – Ledwo odeszła, już z innym facetem! Niech idzie! choćby na moment nie pomyślał, iż Ola mogła wyjechać do rodzinnego domu, a telefon odebrał jej brat, nie chcąc przeszkadzać siostrze, która dopiero zasnęła. Michał podjął decyzję. Rozwód przebiegł szybko, za obopólną zgodą. Mała Arina została z mamą i już nigdy więcej nie zobaczyła swojego biologicznego ojca…
Syn mojego byłego męża z drugiego małżeństwa ciężko zachorował, a były poprosił mnie o wsparcie finansowe – stanowczo odmówiłam pomocy!
Czemu nie skorzystasz, skoro mieszkasz tuż obok?
„Nie w porządku, iż twoje dzieci mają mieszkania, a mój syn nie! Pomóżmy mu kupić mieszkanie na kredyt hipoteczny!” Ostatnio mój mąż Antoni stwierdził, iż moje dzieci mają mieszkania, a jego syn – z poprzedniego małżeństwa – nie, więc musimy zrobić coś, żeby i on miał gdzie mieszkać. Wyjaśnię, iż moje dzieci to także dzieci Antoniego, a jego syn jest wyłącznie z pierwszego związku. Dlaczego ja mam się martwić o mieszkanie dla jego syna? Oczywiście wiedziałam, iż Antoni był już żonaty i ma dziecko. Nie spieszyło mi się więc do ślubu z Antonim. Mieszkaliśmy razem trzy lata przed ślubem. Uważnie obserwowałam jego relacje z byłą żoną i synem. Rok po ślubie urodziłam pierwszego syna, a dwa lata później kolejnego. Jestem zadowolona z Antoniego jako męża i ojca – poświęca czas mi i dzieciom, dobrze zarabia. Oczywiście, czasem się kłócimy, ale to normalne w każdej rodzinie. Mieszkaliśmy w mieszkaniu, które odziedziczyłam po ojcu. Moja mama, po rozwodzie z nim, wyszła ponownie za mąż, ale nie miała więcej dzieci. Antoni i jego była żona zawsze mieszkali w wynajmowanym mieszkaniu i próbowali latami oszczędzać na kredyt hipoteczny – bez skutku. Po rozwodzie Antoni także wynajmował mieszkanie. Kiedy wzięliśmy ślub, Antoni zamieszkał u mnie. Nie rozmawialiśmy, kto jest właścicielem – żyliśmy razem, remontując, kupując meble. Półtora roku temu zmarły kolejno moje dwie babcie – po jednej i po drugiej stronie. Zostały mi dwa mieszkania, każde dostałam w spadku. Zdecydowałam, iż póki dzieci są małe, będę wynajmować mieszkania. Potem każde z dzieci dostanie po jednym. Aktualnie dochód z jednego przekazuję mamie na emeryturę, a z drugiego zostawiam sobie – przydają się dodatkowe pieniądze. Mój mąż do tej pory nie ingerował w sprawy mieszkań – wiedział, iż nie ma z nimi nic wspólnego. Od zawsze powtarzałam, iż każde z naszych dzieci dostanie po jednym mieszkaniu, gdy dorosną – Antoni to akceptował. Nagle Antoni oznajmił: – Mój syn zaraz kończy liceum, musi zacząć myśleć o przyszłości! Nie wiedziałam, do czego zmierza, więc słuchałam dalej. – Twoje dzieci mają mieszkania! Mój syn nie! Kupmy mieszkanie na kredyt hipoteczny dla mojego syna! – powiedział. Nie mogłam w to uwierzyć! Zapytałam: dlaczego nasze wspólne dzieci to nagle tylko moje? Antoni poprosił mnie, żebym nie czepiała się słówek. – Ale mój syn niczego nie odziedziczy. Chcę, by miał własny dom! – To bardzo dobrze, iż o niego dbasz! Ale przecież ma matkę i ojca, niech się tym zajmą. Czemu twoja była żona tego nie robi? Antoni tłumaczy, iż była żona zarabia niewiele, pomaga jej rodzina. Sam nie udźwignie kredytu, ale gdybym mu pomogła, dalibyśmy radę. Mieszkanie byłoby kupione na syna, a my – czyli ja – spłacalibyśmy kredyt. – Razem dobrze zarabiamy i mamy pieniądze z najmu! Damy radę! – przekonywał. Może byśmy dali, ale trzeba by zrezygnować z wakacji, nadmorskich wyjazdów, wszystkiego oszczędzać – po to, by Antoni mógł być dobrym tatą? Zrozumiałabym, gdyby Antoni zapewnił wszystkim dzieciom mieszkania z własnych środków. Ale to ja zapewniłam moim dzieciom mieszkania. Mój mąż nie miał z tym nic wspólnego. Dlaczego mam solidarnie spłacać kredyt hipoteczny na dziecko z jego poprzedniego małżeństwa? Powiedziałam jasno: jeżeli Antoni tak się o syna martwi, niech jego matka weźmie kredyt i niech spłacają raty z alimentów. – Ja w to nie wchodzę! Antoni wściekł się i od tygodnia się nie odzywa. Szkoda, iż mnie nie rozumie.
Rozpad „Pięknych i Młodych”. Dawid Narożny wydał oświadczenie
Był prowadzący "PnŚ" przerwał milczenie. Odsłonił kulisy swojego zwolnienia
Fani w napięciu: co dalej z Anią i Marcinem. Jest komunikat w sprawie ich związku
My się do was wprowadzamy! — Ola ma świetne mieszkanie w centrum. Świeżo po remoncie, gotowe do zamieszkania! — Dobre dla samotnej dziewczyny — Ryszard uśmiechnął się protekcjonalnie do Ingi, jak do dziecka. — A my planujemy dwójkę, a najlepiej trójkę dzieci. Jeden po drugim. W centrum hałas, nie ma gdzie oddychać ani gdzie zaparkować. I tylko dwa pokoje. A u was aż trzy, cicho, przedszkole pod nosem. — Tu jest naprawdę super — potwierdził Sławek, przez cały czas nie rozumiejąc, do czego zmierza przyszły szwagier. — Dlatego tu zostaliśmy. — No właśnie! — Ryszard strzelił palcami. — Mówię Oli: po co się cisnąć, skoro rozwiązanie mamy pod ręką? We troje z córką ta powierzchnia jest dla was za duża. Jeden pokój to już magazyn. Nam będzie w sam raz. Inga próbowała wepchnąć odkurzacz piorący do ciasnej szafy na przedpokoju…
Nie tylko zbiórka pieniędzy. istotny apel Jerzego Owsiaka przed finałem WOŚP
Jurek Owsiak przerwał milczenie ws. WOŚP. Pokazał nagranie, fani nie mogą w to uwierzyć
Przyjęłam przyjaciółkę po jej rozwodzie, a z czasem uświadomiłam sobie, iż powoli zamieniam się w służącą we własnym domu.
Syn mojego byłego męża z drugiego małżeństwa ciężko zachorował, a były poprosił mnie o wsparcie finansowe. Odmówiłam stanowczo!
Żona i teść Karina tylko udawała, iż chce poznać rodziców Wadka. Po co jej to w ogóle? Przecież nie z nimi zamierza mieszkać, a od jego ojca, który podobno jest dobrze ustawiony, można się spodziewać głównie kłopotów i podejrzliwości. Ale skoro już postanowiła wyjść za mąż, trzeba grać do końca. Karina wyszykowała się, ale skromnie — żeby wyglądać na miłą dziewczynę. Spotkanie z rodzicami narzeczonego to zawsze wydarzenie pełne ukrytych pułapek, a poznanie inteligentnych rodziców to w ogóle test wytrzymałości. Wadek uważał, iż potrzebuje zapewnień: — Nie stresuj się, Karina, naprawdę. Tata jest nieco mrukliwy, ale można się z nim dogadać. Nic okropnego ci nie powiedzą. Pokochają cię. Tata może trochę dziwny, ale mama — dusza towarzystwa — przekonywał ją pod klatką rodziców. Karina tylko się uśmiechnęła, odgarniając kosmyk włosów. Tata mrukliwy, mama dusza towarzystwa. Piękne połączenie. Uśmiechnęła się w duchu. Dom nie zrobił na niej wielkiego wrażenia. Bywała w bogatszych. Przyjęto ich od razu. Karina niespecjalnie się przejmowała. Po co? Ludzie, jak ludzie. Nina, jak już słyszała od Wadeka, to gospodyni domowa z długoletnim stażem, czasem tylko jeździ gdzieś z koleżankami, ale nic specjalnego. A ojciec, pan Aleksander, choć nie za wesoły, to przynajmniej milczący. Nazwisko wydało się jej jednak podejrzanie znajome… Przyjęto ich… I Karina stanęła jak wryta, choćby nie wchodząc do mieszkania. To już koniec… Przyszłą teściową widziała pierwszy raz, za to przyszłego teścia poznała zaledwie po sekundzie… Spotkali się już. Trzy lata wcześniej. Nie tak, żeby często, ale obu się to wtedy opłacało. W barach, w hotelach, w restauracjach. Naturalnie, żona Aleksandra i jego syn o tym spotkaniu nie mieli pojęcia. I po balu. Aleksander poznał ją również. W jego oczach mignął błysk — zaskoczenie, zdumienie albo coś bardziej złowrogiego, może już knuł, ale nie powiedział ani słowa. Wadek, nieświadomy niczego, z euforią ją przedstawił. — Mama, tata, poznajcie Karinę. Moją narzeczoną. Przyprowadziłbym ją wcześniej, ale była taka nieśmiała. Ups… Aleksander podał rękę. Uścisk był mocny, lekko sztywny. — Bardzo mi miło, Karino — powiedział, a w głosie zabrzmiała ledwie uchwytna nuta… czegoś, czego Karina nie potrafiła od razu nazwać. Może złości. Może ostrzeżenia. Albo… Karina rozważała, jak się wykręcić, spodziewając się, iż Aleksander zaraz ujawni, kim kiedyś była. — Mi również bardzo miło, panie Aleksandrze — grała, starając się, by od razu jej nie zdekonspirowano. Uścisnęła mu dłoń, czując napływ adrenaliny. Co będzie dalej… Ale… nic się nie wydarzyło. Aleksander, wykrzesawszy coś na kształt uśmiechu, osobiście podsunął jej krzesło przy stole. Pewnie zamierza ośmieszyć ją później… Ale nie zaczął. I wtedy Karinę olśniło — nie zdekonspiruje jej, bo musiałby wydać samego siebie przed żoną. Po chwili atmosfera rozluźniła się. Nina opowiadała historie z dzieciństwa Wadeka, Aleksander wydawał się szczerze zainteresowany Kariną, zadawał pytania o jej pracę. Ha! Wiedział o niej znacznie więcej. Jego subtelna ironia już jej nie ruszała. choćby kilka razy zażartował, a Karina, ku własnemu zaskoczeniu, przyłączyła się do śmiechu. Jednak w żartach przemykały dyskretne aluzje, zrozumiałe tylko dla nich dwojga. Na przykład, patrząc na Karinę, zauważył: — Wie pani, Karino, przypomina mi pani pewną moją dawną… koleżankę. Też była bardzo bystra. I niezwykle potrafiła znaleźć dojście do ludzi. Niemal do każdego. Karina nie tracąc rezonu: — Talentów, panie Aleksandrze, są różne rodzaje. Wadek, jak przystało na zakochanego narzeczonego, patrzył na nią z zachwytem, nie dostrzegając żadnych podtekstów. Naprawdę ją kochał. I to było chyba najważniejsze. I najbardziej bolesne — dla niego. Później, kiedy rozmowa zeszła na podróże, Aleksander spojrzał na Karinę: — Ja, na przykład, lubię odludne miejsca. Żadnego zgiełku. Można posiedzieć w ciszy, pogrążyć się w lekturze. A pani, Karino? Jakie miejsca pani woli? Podpuścił. — Lubię gwar, kiedy wszędzie są ludzie — odpowiedziała Karina, nie dając się złapać — Choć czasem obce uszy bywają niebezpieczne. Przez ułamek sekundy, ale Nina coś zauważyła. Karina dostrzegła, jak przyszła teściowa marszczy brwi, ale zaraz przypomniała sobie, iż to na pewno nic takiego. Aleksander wiedział, iż Karina nie należy do tych, co szukają ciszy. I wiedział dlaczego. Wieczorem, gdy wszyscy szykowali się do snu, Aleksander przytulił Wadeka. — Synu, dbaj o nią. Jest… wyjątkowa. Zabrzmiało to i jak komplement, i jak kpina. Choć nikt poza Kariną tego nie zrozumiał. Karina poczuła, jak w pokoju nagle zrobiło się lodowato. „Wyjątkowa”. To słowo wybrał. *** Nocą, kiedy dom pogrążył się w ciszy, Karina nie mogła zasnąć. Leżała, rozmyślając nad nieoczekiwanym spotkaniem i próbując wymyślić, jak żyć ze świeżo odkrytą prawdą. Perspektywy nie były zbyt różowe. Domyślała się, iż Aleksander, tak jak ona, raczej nie zmruży oka. On — po niespodziewanym spotkaniu, ona — przed nadchodzącą rozmową. I przez wszystko, szczerze mówiąc. Cichutko wstała, narzuciła na koszulkę z krótkimi spodenkami domową bluzę i wyszła z pokoju. Schodząc po schodach, celowo stukała, na tyle delikatnie, by tylko ci niespiący to usłyszeli, i wyszła na werandę, licząc, iż Aleksander ją gwałtownie zauważy. Długo nie musiała czekać. — Nie śpi się? — zapytał, podchodząc z tyłu. — Coś sen nie chce przyjść — odpowiedziała Karina. Zerwał się lekki wiaterek. Wyraźnie poczuła znajomy zapach jego perfum. Przyglądał się jej uważnie. — Czego chcesz od mojego syna, Karino? — nie zostało nic z dawnych uprzejmości — Wiem, do czego jesteś zdolna. Wiem, ilu takich jak ja było w twoim życiu. I wiem, iż zawsze chodziło ci o pieniądze. Nie kryłaś tego zresztą. Cenę, choć subtelnie, podawałaś od razu. Po co ci Wadek? Skoro nie chce rozpamiętywać przeszłości, to i Karina nie zamierza udawać dobrej. Wyszczerzyła się: — Kocham go, panie Aleksandrze — zaśpiewała — Dlaczego nie mogę? Nie uwierzył. — Ty? To żart. Wiem, jaka jesteś, Karino. I wszystko opowiem Wadkowi. Kim byłaś. Kim naprawdę jesteś. Myślisz, iż po tym cię poślubi? Karina podeszła bliżej, zostawiając tylko metr dystansu. Nachyliła się, patrząc mu w oczy. Jakby mało się już napatrzyli. — Opowiadaj, panie Aleksandrze — powiedziała przeciągle — Ale wtedy żona dowie się o naszym małym sekrecie. — To… — To nie szantaż. To wzajemność. Powiesz wszystkim, w jakich okolicznościach się poznaliśmy — nie ukryjesz też, co robiliśmy. Uwierz, uzupełnię twoją wersję wydarzeń. — To jednak co innego… — Tak? Żonie też tak powiesz? Aleksander zamilkł. Próba zastraszenia Kariny spaliła na panewce. To on był w potrzasku. Byli związani ze sobą tą samą tajemnicą. — Co jej powiesz? — Nie tylko jej. Wszystkim. Wadkowi też. Opowiem, jakim jesteś cudownym mężem, jak naprawdę wyglądały twoje „delegacje”. Wszystko im powiem. Wtedy nie będziesz miał już czego stracić. Chcesz ratować syna przed mną? Ratuj. Niełatwy wybór. Odradzić synowi ślub — to praktycznie złożyć pozew o własny rozwód. — Nie zrobisz tego. — Ja nie zdołam? — Karina się roześmiała. On zdoła, a ona nie? — Nie zrobię tego, pod warunkiem, iż pan też zachowa milczenie na temat mojej, jak pan to ujął, „kalkulacji”. Bo jeżeli pan powie jedno słowo, ja nie będę miała czego stracić. A Nina… ona bardzo ceni sobie wierność. Kiedyś, kompletnie zalany, wyznał Karinie, iż żona nigdy by mu nie wybaczyła zdrady. Nina jest zbyt dobra, zbyt wierna. Bez szans. Więc naprawdę musiał wybierać. Wiedział, iż Karina nie blefuje. — Dobrze — wykrztusił — Nic nie powiem. I ty… też milcz. Nikt nie będzie o niczym mówił. Zapomnijmy. Karina nie miała powodu się martwić. On miał więcej do stracenia. — Jak pan sobie życzy, panie Aleksandrze. Następnego dnia opuścili dom rodziców Wadeka. Pod nienawistnym spojrzeniem przyszłego teścia Karina żegnała się z jego żoną, która już zdążyła nazwać ją „córeczką”. Aleksandra dosłownie szarpał nerwowy tik. Cierpiał, bo nie mógł ostrzec syna przed podstępem przyszłej synowej, ale bał się wystawić siebie. Stracić Ninę — to stracić nie tylko żonę, ale też sporą część majątku. Żona z pustymi rękami nie odejdzie. A syn raczej mu nie wybaczy… Za kolejną wizytą Karina i Wadek zostali u rodziców na całe dwa tygodnie. Urlop rozkręcił się na dobre. Aleksander jak ognia unikał spotkań z Kariną, zasłaniając się obowiązkami. Raz, gdy domem gospodarzył sam, poniosła go ciekawość. Postanowił przetrząsnąć rzeczy Kariny. Może znajdzie coś, co da mu przewagę. Przekopał kosmetyczkę, organizer, mały notes. Nagle dostrzegł biało-niebieski przedmiot. Test ciążowy. Dwie grube kreski. — Myślałem, iż tragedią będzie, jak mój syn się z nią ożeni… Nie, to jest tragedia! — odłożył test, ale nie zdążył zamknąć torby. Karina już go przyłapała. — Ładnie to tak grzebać w cudzych rzeczach? — wytknęła mu z sarkazmem, ale nie wyglądała raczej na zmartwioną. Aleksander nie zaprzeczał. — Jesteś w ciąży z Wadkiem? Karina powoli podeszła, odebrała mu torbę i spojrzała mu prosto w oczy: — Chyba za wcześnie zepsuł pan niespodziankę, panie Aleksandrze. Aleksander aż się zagotował. Teraz Karina już z pewnością nie zostawi jego syna. jeżeli opowie prawdę — klęska dla wszystkich. Zamilkł zupełnie. Tak trudno było milczeć, widząc naiwność syna. *** Minęło dziewięć miesięcy… i jeszcze pół roku. Wadek i Karina wychowywali córeczkę, Alisę. Aleksander unikał odwiedzin u nich. Nie chciał ich widzieć. Nie chciał o tym myśleć. Wnuczki nie uznawał za swoją. Karina go przerażała. Bał się jej chłodnych uczuć do Wadeka i tego, co było w jej przeszłości. I znów. Nina wybierała się do Wadeka i Kariny. — Aleksander, jedziesz ze mną? — Nie, boli mnie głowa. — Znowu? To już brzmi poważnie. — Nie, tylko zmęczony jestem. Jedź sama. Aleksander, jak zawsze, udawał migrenę, przeziębienie, zapalenie, ból nóg — zawsze coś wymyślał. choćby dla wiarygodności łknął tabletkę. Po prostu nie mógł znieść widoku Kariny. Ale i powiedzieć wszystkiego nie mógł. Ten wieczór był nudny, jeżeli nie liczyć uporczywych myśli. Poległ. Poczytał. W końcu zauważył, iż Nina długo nie wraca. Już jedenasta, a jej wciąż nie ma. Telefon nie odpowiada. Oczywiście dzwoni do Wadeka. — Wszystko w porządku? Nina już pojechała? Nie ma jej w domu. — Tato, jesteś ostatnim człowiekiem, z którym mam ochotę rozmawiać. I się rozłączył… Aleksander już chciał jechać do syna, gdy pod dom podjechała Karina. Na jej widok aż zbladł. — Co cię tu przywiodło?! Mów! — potrząsnął nią — Co się stało? Karina wydawała się jednak zaskakująco spokojna. Nalała sobie wina. Wypiła. Rozsiadła się wygodnie. — Nastąpiła katastrofa. — Jaka? — Nasza. Wspólna. Wadek znalazł na stronie jakiejś knajpy nasze fotki sprzed czterech lat. Z imprezy, którą wtedy zorganizowali w „Oazie”, pamiętasz? Wadek chciał zamówić tam coś na rocznicę, wszedł na stronę… I tam my. W pełnej krasie. Fotograf, psiamać, wrzucił wszystko! Teraz Wadek szaleje. Twoja Nina zamierza wnieść pozew o rozwód. A ja, jak sam chciałeś, też chyba rozwodzę się z twoim synem. Aleksander wgapiał się w nią ogłupiały. Przed oczami przeleciała mu cała galeria wspomnień. Ta strona, ta impreza… Przypomniał sobie, jak wtedy prosił, żeby nie robić zdjęć… Kto by pomyślał, iż wszystko wyjdzie! Bezwładnie usiadł obok na podłodze. — Po co tu przyjechałaś? — Chciałam się na wieczór ulotnić — uśmiechnęła się Karina — Dom jest teraz jednym wielkim chaosem. Alisę pilnuje niania. Chcesz wina? Podała mu jego własne wino. Siedzieli na werandzie i pili. Wydawało się, iż tylko świerszcze burzą tę ciszę — i już nic więcej ich nie łączy. — To wszystko przez ciebie — powiedział Aleksander. Karina przytaknęła z powagą. — Mhm. — Jesteś nie do wytrzymania. — Zgadza się. — choćby ci nie żal Wadeka. — Żal. Ale siebie bardziej. — Kochasz tylko siebie. — Nie zamierzam się kłócić. Nagle ujął jej brodę i spojrzał w oczy. — Przecież wiesz, iż nigdy cię nie kochałem — wyszeptał. — Wierzę, bez problemu. *** Rano, gdy Nina wróciła z pojednawczą wizytą — zdecydowana wybaczać, choćby to kosztowało ją wszystkie nerwy świata — zastała Karinę i Aleksandra śpiących razem. — Kto tam? — podniosła się Karina. — Ja — powiedziała Nina, patrząc, jak wali się jej życie. Karina zobaczywszy ją, uśmiechnęła się tylko lekko. Aleksander przebudził się później, ale za żoną nie pojechał.
Ludzie mają luksusowe rzeczy. Lodówki, które odpowiadają na pytania. Samochody, które piszczą przy każdym oddechu. Kosiarki do trawy droższe niż moja pierwsza kaucja za mieszkanie. A ja? Mam starą kosiarkę z obdrapaną farbą, zrzędliwym szarpakiem i upartym sercem kozicy. Trafiła do mnie jak większość narzędzi do przetrwania — przez przypadek i z konieczności. Mój były kupił ją kiedyś za grosze na osiedlowej wyprzedaży. Gdy nasze życie było jeszcze „my”, gdy wierzyliśmy w „na zawsze” i regulowaliśmy rachunki na czas. Po rozwodzie dzieliliśmy, co się dało. On odjechał z tym, co robi wrażenie na zdjęciach. Ja zabrałam to, dzięki czemu życie się kręci. Kilka kuchennych podstaw, odkurzacz, który ledwo zipał, i kosiarkę—bo trawa nie pyta, ile masz na koncie. Nie zatrzymałam jej z sentymentu. Po prostu nie było mnie stać na nową. A potem czas zrobił swoje. Życie byłego posypało się jak jesienne liście na wietrze—złe decyzje, coraz głośniejsze wymówki, dziwaczniejsze poglądy. Słyszałam nowinki od ludzi, którzy zawsze opowiadali, jakby obchodzili się z czymś kruchym. Stracił wszystko, co błyszczało. Ja zostałam z kosiarką. I lata minęły. Jedenaście lat dbania o wszystko samodzielnie. Jedenaście lat uczenia się naprawiania, kombinowania i radzenia sobie bez wsparcia. A nie mam ani zamykanego garażu, ani choćby porządnej szopy. Ona stoi pod gołym niebem cały rok, gdzie polska zima potrafi pogryźć każdą maszynę. To mróz, który łamie plastik i sprawia, iż metal przeżywa swoje. Każdej wiosny wychodzę z duszą na ramieniu, jak do starego znajomego, który może już mnie nie poznać. Otrzepuję ramę, wyciągam stare liście z miejsc, w które nie powinny się dostać, sprawdzam paliwo jak pielęgniarka puls. Wciskam ten miękki, gumowy przycisk, który serwuje odrobinę nadziei silnikowi. Rytuał: stopy, nie mechanika, tylko numer 38. Uchwyt w dłonie. Szarpnięcie. Nic. Kolejne. Dalej cisza. Trzecie i ciche błaganie do sił wyższych: Błagam, nie dziś. Bo jeżeli nie zapali, to nie tylko problem—nowe wydatki, kolejny dowód, iż życie potrafi nagle wszystko utrudnić. A potem—jakby miała mi za złe, iż zwątpiłam—odpala z takim warkotem, jakby mówiła: Jeszcze tu jestem. Chodźmy. Tak co wiosna. Jedenaście wiosen. Po deszczu, śniegu, lodzie, upale i wszystkim, co spadło z nieba—ona wstaje i robi swoje. I za każdym razem czuję wzruszenie, które trudno wytłumaczyć. Nie dlatego, iż to po prostu kosiarka. Ona jest dowodem. Dowodem, iż coś może być stare, niedoskonałe, a i tak działać. Dowodem, iż wytrzymałość nie jest piękna, a przetrwanie nie musi błyszczeć, tylko być uparte. Mało kto mówi o cichych zwycięstwach. Liczą się spektakularne zmiany: nowy samochód, mieszkanie, lepsze życie. A czasem to zwycięstwo jest inne: maszyna, która nie chce umrzeć. Kobieta, która wszystko ogarnia — sama. I ogród, który jest skoszony, bo ktoś—ja—zdecydował się nim zająć. Mam 50 lat. Kręgosłup narzeka bardziej niż dawniej. Cierpliwość krótsza. Budżet wciąż na krawędzi. Ale gdy kosiarka odpala, stoję z uśmiechem, z rozwianymi włosami, rękami na rączce i słucham jej jakby mi kibicowała. Ona nie zna mojej historii. Ale jest jej częścią. Więc tak—kocham tę kosiarkę. Nie dlatego, iż jest luksusowa. Bo jest wierna. A w świecie, gdzie tyle się rozpada, wierność to prawdziwy cud. 💚 Dzięki, iż przeczytałeś moją historię.
W Małopolsce doszło do silnego wstrząsu. Centrum Zarządzania Kryzysowego wydało komunikat
My się wprowadzamy do waszego mieszkania — Ola ma świetne mieszkanie w centrum. Świeżo po remoncie, żyć nie umierać! — Mieszkanie jest idealne dla samotnej dziewczyny — Rustam uśmiechnął się do Iny z pobłażaniem, jak do dziecka. — A my planujemy dwójkę, a najlepiej trójkę dzieci. Jedno po drugim. W centrum jest głośno, nie ma czym oddychać, brak miejsca do parkowania. I najważniejsze — są tam tylko dwa pokoje. Tutaj macie trzy. I spokojna okolica, przedszkole pod nosem. — Rzeczywiście, fajna okolica — przyznał Sławek, wciąż nie rozumiejąc, dokąd prowadzi przyszły zięć. — Dlatego tu się osiedliliśmy. — No właśnie! — Rustam pstryknął palcami. — I mówię Oli: po co się męczyć w ciasnocie, skoro gotowe rozwiązanie jest pod nosem? We troje z córką tyle metrów wam niepotrzebnych. Po co wam tyle? Jednego pokoju adekwatnie nie używacie, skład macie tam. Nam się przyda. Ina usiłowała upchnąć myjkę parową w wąskiej szafce w przedpokoju. Odkurzacz stawiał opór, zahaczał rurą o wieszaki i za nic nie chciał stanąć na wyznaczone miejsce. — Sławek, pomóż! — zawołała w stronę pokoju. — Albo szafka się skurczyła, albo ja już nie umiem nic poukładać. Sławek wychylił się z łazienki — właśnie kończył naprawiać kran. Spokojny, zawsze trochę flegmatyczny, był całkowitym przeciwieństwem żony. — Już pomagam, Inka. Daj tutaj. Zgrabnie pochwycił ciężki sprzęt i jednym ruchem umieścił go w rogu szafy. Ina odetchnęła i oparła się ramieniem o framugę. — Powiedz mi, czemu nam zawsze brakuje miejsca? Mieszkanie niby duże, trzy pokoje, a jak przyjdzie sprzątać, to połowę rzeczy wynosić na dwór… — Bo masz słabość do zbieractwa — zażartował Sławek. — Po co nam trzy serwisy? Korzystamy z jednego i to od święta. — Niech stoją, to pamiątka. W końcu to mieszkanie po babci. Po ślubie rodzice Sławka uczciwie podzielili spadek: syn dostał duże trzypokojowe mieszkanie na spokojnym osiedlu, babcine, a jego siostra Ola — dwa pokoje, ale w samym centrum, na „złotym trójkącie”. Wartościowo wychodziło podobnie. Przez pięć lat dogadywali się świetnie, nikt nikomu nie zazdrościł. Ina naiwnie sądziła, iż tak będzie zawsze, ale… *** Posprzątali, uprzątnęli bałagan, usiedli na chwilę. Ledwo zdążyli włączyć telewizor, zadzwonił dzwonek. Sławek poszedł otworzyć. — Siostra z narzeczonym przyszli — powiedział do żony, patrząc przez wizjer. Pierwsza wbiegła do mieszkania Ola. Za nią wszedł ciężkim krokiem Rustam. Ina widziała go raptem kilka razy: Ola poznała go pół roku temu na siłowni. Już od początku jej nie podobał się — nadęty, wywyższający się. Z góry patrzył i na nią, i na Sławka. — Cześć! — Ola cmoknęła brata w policzek i uścisnęła Inę. — Przejeżdżaliśmy, to wpadliśmy. Mamy nowiny! — No to siadajcie, jak już przejeżdżaliście. Nowiny zawsze mile widziane — Sławek zaprosił gestem do kuchni. — Herbaty? — Dajcie wodę — Rustam podążył za gospodarzem. — Musimy pogadać poważnie, Sławek. Tak naprawdę to nie całkiem „po drodze”. Jest sprawa do ciebie. Nie musisz się fatygować z herbatą. Usiądź. Ina poczuła niepokój — od razu jej się nie spodobał ton Rustama. O co chodzi? — No to gadaj — wzruszył ramionami Sławek. Ola udawała, iż jej nie dotyczy rozmowa, zafascynowana czymś w swoim telefonie, dając prawo głosu narzeczonemu. Rustam się odchrząknął. — Sprawa jest prosta. Z Olą złożyliśmy już dokumenty. Ślub za trzy miesiące. Poważnie podchodzę do tematu. Rodzina, wspólne życie, szczęście na lata. Obgadaliśmy warunki mieszkaniowe… Przeprowadzamy się do was, a wy do nas! Ina osłupiała. Najpierw spojrzała na męża, potem na szwagierkę, ale tamta dalej przewijała Instagrama, jakby to wcale jej nie dotyczyło. — Rustam, chyba nie rozumiem… — Sławek zmarszczył brwi — O co ci chodzi? — Ja nie aluzje rzucam, tylko podaję logiczne rozwiązanie. Zmieńmy się! My tu się wprowadzamy, wy do mieszkania Oli. Olcia w pełni się zgadza, nam obojgu wychodzi, iż to najsprawiedliwiej. Ina zaniemówiła po raz drugi. — „Sprawiedliwie”? — powtórzyła. — Rustam, serio? Przychodzisz do nas i mówisz, żebyśmy się wynieśli, bo chcesz mieć dzieci? — Po co tak ostro, Ina? — Rustam skrzywił się. — Patrzę realnie. Macie tylko jedno dziecko i z tego, co wiem, więcej nie planujecie. Po co wam tyle metrów? Przecież to nieracjonalne. My mamy plany! — A plany on sobie zrobił! — Ina zerwała się z krzesła. — Sławek, ty to słyszysz? Sławek podniósł dłoń, prosząc żonę o spokój. — Rustam, chyba zapominasz, iż to mieszkanie dostaliśmy od rodziców. Jak Ola — swoje. Sami przez pięć lat tu remont robiliśmy, wybieraliśmy wszystko. Tutaj córka nasza rośnie, ma swój pokój, przyzwyczajenia, znajomych za oknem. I ty chcesz, żebyśmy wszystko porzucili i wyprowadzili się do centrum, bo tobie tak wygodniej? — Sławek, nie przesadzaj — Rustam zasiadł wygodnie na krześle. — Jesteśmy rodziną. Ola to twoja rodzona krew. Naprawdę ci nie zależy na losie siostry? Poza tym, to dla was same plusy: dostajecie mieszkanie w centrum, i to jeszcze w lepszej cenie, sam liczyłem. — Dobre sobie — prychnął Sławek. — Jeszcze jej mężem nie zostałeś, a moim mieszkaniem już dysponujesz! Ola w końcu oderwała się od telefonu. — Dajcie spokój — jęknęła. — Rustam chce najlepiej. U nas naprawdę będzie za ciasno z dziećmi. A tutaj można w piłkę grać na korytarzu. Mama zawsze powtarzała, iż rodzina jest najważniejsza. Zapomniałeś, Sławek? — Mama mówiła o wsparciu i pomocy, a nie o wyrzucaniu kogoś z jego domu! — przerwała jej Ina. — Rozumiesz w ogóle, co twój Rustam wyprawia? — Co takiego niby? — Ola zatrzepotała rzęsami. — Ma rację. Nam się bardziej przyda. Przecież macie wolny pokój. — On nie jest wolny! — niemal krzyknęła Ina. — To mój gabinet! Pracuję tam, jakbyś zapomniała! — Pracujesz… — prychnął Rustam. — Obrazki w internecie wrzucasz? Ola mówi, iż to hobby. Możesz z laptopem na kuchni, nie jesteś królową. Sławek wstał powoli. — Dość — powiedział cicho. — Kończymy rozmowę. Wstajecie i wychodzicie. Oboje. — Sławek, chyba żartujesz? — Rustam nie drgnął nawet. — Przyszliśmy po rodzinnemu, porozmawiać. — Po rodzinnemu? — Sławek podszedł do stołu. — Przychodzisz prosić o moje mieszkanie, obrażasz moją żonę, decydujesz, gdzie ma mieszkać nasza córka? Masz w ogóle sumienie? — Jakie sumienie, Sławek! — Ina stanęła przy mężu. — Szacunku zero, wyrachowanie gołe. Jeszcze pierścionka nie nałożył, a już meble przesuwa. Ola, ty rozumiesz, kogo zaprosiłaś do domu? Ciebie też pierwszą wyniesie! — Nie mów tak! — Ola się oburzyła. — Rustam o mnie dba! O naszą przyszłość! A wy… trzymacie się m^2 i robicie z igły widły. Brawo, brat! — Skąpy to twój przyszły mąż — Sławek wskazał drzwi. — I powiem jasno: koniec gadki o zamianie. Jeszcze raz usłyszę — przestaniemy się odzywać. Rustam wstał, poprawił koszulę. Zero wstydu — tylko złość. — Szkoda, Sławek. Chciałem się dogadać. Ale jak wolisz… Ola, chodź! Kiedy drzwi za nimi trzasnęły, Ina bezwładnie opadła na kanapę, cała się trzęsła. — Widziałeś? Widziałeś to?! — spojrzała na męża z niedowierzaniem. — Skąd on się urwał? Kim on adekwatnie jest? Sławek milczał, patrząc przez okno, jak na podjeździe Rustam szefuje OLI wsiadaniem do auta, coś do niej burcząc. — Wiesz, co najgorsze? — odezwał się wreszcie. — Ola serio uważa, iż on ma rację. Zawsze była trochę… nie z tego świata, ale aż tak? — W głowie jej namieszał! — Ina zerwała się. — Sławek, musimy zadzwonić do twojej mamy. I rodziców. Muszą wiedzieć, do czego twój przyszły szwagier namawia. — Zaraz… — Sławek wyjął telefon. — Najpierw pogadam z Olą. Sama, bez tego „pawia” obok. Wybrał numer. Po dłuższych sygnałach odebrała, było słychać płacz. — Halo — wymamrotała. — Słuchaj mnie uważnie, Ola — głos Sławka był twardy. — Jesteś z nim w aucie? — Jaka różnica? — jeżeli tak, włącz głośnik, chcę, by on też słyszał. — Nie, wywalił mnie pod blokiem i odjechał. Powiedział, iż musi ochłonąć, bo moja rodzina to same samoluby. Sławek, czemu wy tacy jesteście? On chciał tylko dobrze… — Ola, otrząśnij się! — Sławek prawie krzyknął do słuchawki. — Jaki dobrze? Przyszedł wymusić moją chatę! Ty rozumiesz, iż to TWOJE mieszkanie, spadek po babci, a on już rządzi się jak właściciel? Powiedział ci o tej zamianie przed wizytą u nas? W słuchawce cisza. — Nie… — szepnęła Ola. — Mówił, iż ma dla nas wszystkich niespodziankę. I iż niby będzie lepiej. — Piękna niespodzianka. Rozstrzygnął los twój i mój, choćby nie pytając. Ola, z kim ty się związasz? To zwykły naciągacz. Dziś mieszkanie, jutro powie, iż twoje auto mu za małe, pojutrze, iż rodzice powinni przepisać mu działkę, bo potrzebuje świeżego powietrza. — Nie mów tak… — głos jej się załamał. — On mnie kocha. — Gdyby cię kochał, nie robiłby takich cyrków. Skłócił nas celowo. Ina do tej pory nie może dojść do siebie. Wiesz, iż chciał nas po prostu skłócić? — Porozmawiam z nim — wyszeptała Ola. — Porozmawiaj. I zastanów się dobrze, zanim do urzędu pójdziesz. Sławek rozłączył się i rzucił telefon na kanapę. — I co mówiła? — spytała cicho Ina. — Że nie wiedziała. Rustam szykował „niespodziankę”. Ina pokręciła głową z goryczą. — Wyobrażam sobie. Przychodzi taki menadżer, ludzi rozstawia jak meble. Metry tu, ludzi tam. Fuj, obrzydliwe. — Nic nie szkodzi — Sławek objął żonę ramieniem. — Mieszkania nie oddamy, to pewne. Ale żal mi siostry. Wpakuje się z nim… *** Bały się najgorszego — do ślubu jednak nie doszło. Rustam zerwał z Olą tego samego wieczoru. Płacząca, roztrzęsiona, przyjechała nocą do brata i wszystko opowiedziała. Rustam wrócił i od razu zaczął się pakować. Ola próbowała z nim rozmawiać, nie rozumiała, co się dzieje. Rustam stwierdził, iż nie zamierza się zadawać z takimi skąpcami. — Powiedział, iż takich krewnych mu nie potrzeba — szlochała Ola. — Bo na was nie można liczyć. I iż nie będziemy wam dzieci podrzucać w weekendy, żeby odpocząć. I kasy od was nie wyciągniemy, jak poprosimy. — Olka, nie przejmuj się! — wtrąciła Ina. — Facet nie jest wart jednej łzy! Na niego nie można liczyć, nie myśli o rodzinie, tylko o swojej wygodzie. Olej i zapomnij! Ola była rozbita parę miesięcy, ale w końcu doszła do siebie. Zrozumienie przyszło później. Jak mogła wcześniej nie przejrzeć na oczy? Gdyby za niego wyszła, całe życie by się męczyła. Na szczęście los uchronił ją w samą porę.
Działka niezgody – córka odzyskała swoje — Ksiu, zrozum, sytuacja jest dramatyczna — westchnął ciężko pan Walenty. — Maryna już od dwóch miesięcy zawraca mi głowę. Na Cyprze wypatrzyła jakąś świetną szkołę dla Denisa. No, wiesz — naszego syna. Mówi, iż trzeba mu dać dobry start, podciągnąć angielski. Ale skąd wziąć na to pieniądze? Wiesz przecież, iż teraz jestem bez pracy. Kasia powoli podniosła wzrok na ojca. — I uznałeś, iż najlepiej sprzedać działkę? — zapytała cicho. — A co niby innego mam zrobić? — ożywił się ojciec. — Działka stoi bezczynnie. Maryna tam choćby nie jeździ, nudzi się, komary ją żrą… Ona choćby nie wie, iż to już od dawna nie jest moja własność. Myśli, iż wystawimy i będziemy mieli święty spokój. Kasiu, jesteś mądrą dziewczyną. Zróbmy tak: oficjalnie ją sprzedajesz. Odbierasz dokładnie te pieniądze, które dziesięć lat temu mi pożyczyłaś — co do grosza! A resztę, tę różnicę wynikającą ze wzrostu wartości, oddasz mi. Po rodzinie. Przecież nie stracisz, prawda? Odzyskasz swoje i jeszcze pomożesz ojcu. Ojciec przyszedł niezaproszony. I tak już od lat nie mieli ze sobą zbyt wiele wspólnego — miał przecież drugą rodzinę, własne życie, a córka z pierwszego małżeństwa jakby tam nie pasowała. Kasia podejrzewała, iż przyszedł żebrać o pieniądze, ale… Tym razem propozycja była co najmniej dziwna. — Tato, przypomnij sobie, co było dziesięć lat temu — odezwała się po chwili. — Kiedy przyszedłeś po pieniądze na operację i rehabilitację. Pamiętasz? Walenty skrzywił się. — Po co wracać do starego? Przecież się wyleczyłem, dzięki Bogu. — Starego? — zaśmiała się gorzko Kasia. — To były pieniądze, które przez pięć lat oszczędzałam na kredyt na własne mieszkanie. Pracowałam na dwa etaty, nie jechałam nigdzie na urlop, oszczędzałam na wszystkim… A potem przychodzisz ty. Bezrobotny, bez oszczędności, tylko z drugą żoną i synem. Zabrałeś mi wtedy wszystko! — Byłem zdesperowany, Kasiu! Co miałem zrobić? Łożyć się pod płot i umrzeć? — Oferowałam ci pomoc — przerywała mu. — Ale prosiłam wtedy o gwarancję, żebym nie została bez dachu nad głową. Masz przecież żonę, Marynę. Ona by mnie wpuściła na tę działkę? Ustaliliśmy, iż przepiszesz ją na mnie. Nie chciałeś pisać żadnego papierka, obrażałeś się… „Jak możesz nie wierzyć własnemu ojcu!” A ja po prostu chciałam mieć pewność. — No i dostałaś gwarancję! — przerwał ojciec. — Przepisaliśmy, działka jest twoja. Za grosze jak na rynkową cenę, ale taka była umowa. Tyle ile dałaś mi na leczenie. No, ale przecież się umówiliśmy, iż jak będę miał pieniądze, odkupię. — Minęło dziesięć lat — odcięła Kasia. — Dziesięć, tato. Ani razu nie wspomniałeś o odkupieniu? Nie oddałeś mi choćby złotówki. Mieszkałeś tam, uprawiałeś pomidory, drewno paliłeś, a ja za to wszystko płaciłam. Podatki, remont dachu — wszystko na mnie. A ty żyłeś jak pan, a ja spłacałam kredyt na mieszkanie w Warszawie. Walenty wytarł czoło chusteczką. — Nie pracowałem, Kasia… Wiesz, po chemii długo wracałem do siebie. Potem wiek, nikt już nie chciał dać mi pracy. A Maryna… ona jest wrażliwa, nie znosi pracy w biurze. Żyjemy z jej sprzedaży na Allegro, ledwo starcza… — Wrażliwa natura? — Kasia wstała i zaczęła chodzić po kuchni. — A ja, co, bez uczuć? Na dwóch etatach muszę, żeby spłacać kredyt i utrzymywać twoje sanatorium? Teraz Maryna wymyśliła, iż sprzedajemy działkę, by wysłać jej syna na „kursy” na Cyprze? Moją działkę, tato! Moją! — Kasiu, formalnie to twoja, ale chyba rozumiesz, iż to tymczasowe. Ja jestem twoim ojcem. Dałem ci życie! Nie będziesz się przecież kłócić o kawałek ziemi, kiedy twój brat potrzebuje szansy? — Brat!? — Kasia stanęła jak wryta. — Widziałam się z nim dwa razy. choćby nie wie, kiedy mam urodziny. A Maryna… zapytała mnie choć raz, jak daję sobie radę? Ona dalej żyje przekonaniem, iż jesteś właścicielem kamienic i fabryk, tylko chwilowo masz gorszy moment. Całe dziesięć lat ją okłamywałeś. Walenty spuścił wzrok. — Chciałem dobrze… Nie chciałem jej martwić. — Na boku? — Kasia, nie czepiaj się słówek! — wybuchnął. — Robię ci interes! Działka jest dziś pięć razy droższa, niż była. Rynek oszalał. Ty odbierasz swoje trzysta tysięcy, które mi pożyczyłaś. To uczciwe, prawda? A reszta, siedemset tysięcy, dla mnie. Muszę posłać Denisa na kursy, Marynie zrobić zęby, stary samochód wymienić. Przecież te pieniądze ci nie są potrzebne, masz już mieszkanie w Warszawie, jesteś „ustawiona”. Pomóż rodzinie! Kasia patrzyła i nie mogła poznać ojca, który niegdyś czytał jej bajki. — Nie — powiedziała stanowczo. — Co „nie”? — Ojciec zamarł z otwartymi ustami. — Nie zamierzam sprzedawać działki. I na pewno nie dam ci choćby złotówki „nadwyżki”. Ta działka jest moja — i z prawem, i z sumieniem. Mieszkałeś tam dziesięć lat za darmo. Odzyskałeś zdrowie, odpoczywałeś. Uznać to możesz za alimenty. Koniec. — Ty chyba żartujesz?! — Walenty czerwieniał. — Chcesz ojcu ostatnią rzecz odebrać? Gdyby nie ja, tej działki w ogóle by nie było! Sam ojciec mój ją budował! — No właśnie, dziadek. Przewróciłby się, gdyby wiedział, iż chcesz roztrwonić rodzinne gniazdo na wątpliwe kursy dla chłopaka, który choćby do pracy nie chce iść. — Kasia, opanuj się! — ojciec krzyknął, zrywając się z krzesła. — Ty mi jesteś coś winna! Ja cię wychowałem! jeżeli nie zgodzisz się, wszyscy się dowiedzą jaka z ciebie egoistka. Marynie wszystko powiem, zrobi tu awanturę, nie poznasz! I do sądu pójdziemy! Unieważnimy umowę! Wykorzystałaś moją chorobę, by wyłudzić majątek! Kasia tylko się uśmiechnęła. — Spróbuj, tato. Mam wszystkie rachunki z kliniki. Przelewy na twoje konto. I akt notarialny, który podpisałeś świadomie i zdrowy, już po remisji. Maryna bardzo się zdziwi, dowiadując się, iż działka została sprzedana jeszcze zanim Denis do szkoły poszedł. A jej cały czas mówiłeś, iż to twoje dziedzictwo? — Kasia… — ojciec nagle spokorniał. — Córciu, proszę… Maryna ma teraz trudny czas… Jak się dowie prawdy, wygoni mnie. Jest młodsza o piętnaście lat, była ze mną tylko dla bezpieczeństwa. Bez działki, bez pieniędzy, nie jestem jej potrzebny. Chcesz żebym został na starość bez dachu nad głową? — Mogłeś pomyśleć wcześniej. Przez dziesięć lat nie pracowałeś. Pozwalałeś Marynie zadłużać się dla własnego komfortu. Obiecywałeś złote góry — za moje pieniądze. — Nie pomożesz? Walenty wyprostował się. — Córka się znalazła… Wychowałem, żeby mnie teraz odesłać z niczym… — Idź już, tato. Powiedz Marynie prawdę. To jedyny sposób, żeby zachować resztkę godności. — Duś się tą działką! — syknął ojciec, wychodząc. — Ale wiedz, iż nie masz już ojca! Zapomnij mój numer! Ojciec wyszedł. Kasia wzruszyła ramionami: i tak dawno go straciła. Ojciec zostawił ją, gdy miała siedem lat. *** Telefon zadzwonił w sobotę rano. Numer nieznany. — Halo? — Kasia? — bez problemu rozpoznała głos Maryny. — Za kogo ty się uważasz, dziewucho? Myślisz, nie wiemy, jak oszukałaś Walentego? Wszystko mi wyśpiewał! Podsunęłaś dokumenty, jak był po narkozie! — Dzień dobry, Maryno — odpowiedziała spokojnie Kasia. — Jak chcesz rozmawiać, róbmy to kulturalnie. — Jakie dzień dobry?! Już mamy pozew gotowy! Mój mecenas twierdzi, iż ta umowa w sądzie nie ma szans. Wzbogaciłaś się na chorobie ojca, wyłudziłaś rodzinny majątek za bezcen! Pójdziecie z torbami, zobaczysz! — Maryno, posłuchaj mnie. Wiem, co Walenty ci powiedział. Ale mam dowody, iż pieniądze poszły na jego leczenie. Mam też całą korespondencję z tych dziesięciu lat, gdzie dziękuje, iż utrzymuję działkę, pozwalam mu tam mieszkać. Jest czarno na białym: „Dziękuję, córeczko, iż się mną opiekujesz, działka w dobrych rękach”. Ciekawe, co powie sąd? Po drugiej stronie zapadła cisza. — Jesteś podła — wycedziła w końcu Maryna. — Mało ci mieszkania? Nabijasz się z brata? Denis musi się kształcić! — Denis niech idzie do pracy — ucięła Kasia. — Tak jak ja musiałam w jego wieku. A pani, Maryno, powinna wreszcie poznać prawdę. Mąż opowiadał o „akcjach”, pamięta pani? — Jakich akcjach? — Maryna drgnęła. — Takich, które nigdy nie istniały. Brał ode mnie wszystkie pieniądze pod pretekstem pomocy, a przedstawiał je jako zyski z „akcji”. Możesz sprawdzić historię przelewów. Wszystko od początku do końca kłamstwo. A ja żyłam w długach, sądząc, iż ratuję mu życie… Maryna rozłączyła się. Wieczorem Kasia dostała sms-a od ojca. Trzy słowa: „Wszystko zepsułaś”. *** Nie odpisała. Kilka dni później dowiedziała się od sąsiadów z działki, iż Maryna urządziła gigantyczną awanturę. Wyrzucała rzeczy Walentego przez okno, aż musiała interweniować policja. Maryna, pewna zbliżającej się sprzedaży działki, już zdążyła zaciągnąć kredyt „na start” dla syna. Walenty musiał się wyprowadzić. Maryna wniosła pozew o rozwód, poznawszy skalę jego kłamstw. Syn Denis, przyzwyczajony do wygód, nie wsparł ojca i wyprowadził się do dziewczyny, mówiąc, iż „sam jest sobie winien”. Gdzie jest teraz ojciec, Kasia nie wie. I nie zamierza dociekać.
Działka niezgody – córka odzyskała swoje — Ksenia, musisz zrozumieć, sytuacja jest krytyczna — westchnął ciężko pan Walerian, przecierając czoło. — Marlena od dwóch miesięcy suszy mi głowę w tej sprawie. Upatrzyła sobie na Cyprze jakąś szkołę dla Denisa. No, dla naszego syna. Mówi, iż chłopakowi trzeba zapewnić dobry start, podciągnąć angielski… Ale skąd wziąć pieniądze? Przecież wiesz, iż teraz nie mam pracy. Ksenia powoli podniosła wzrok na ojca. — I uznałeś, iż sprzedanie działki to najlepsze wyjście? — zapytała cicho. — A jakie inne? — ożywił się ojciec, pochylając się do przodu. — Działka stoi bezużyteczna. Marlena tam choćby nie jeździ, nudzi się, komary ją gryzą… Ona choćby nie wie, iż teren dawno nie jest na mnie. Myśli, iż wystawimy ją na sprzedaż i zaczniemy lepsze życie. Ksenia, jesteś mądrą dziewczyną. Zróbmy tak: ty oficjalnie sprzedajesz działkę. Zabierasz swoje pieniądze, które mi dziesięć lat temu pożyczyłaś, co do złotówki! A reszta — co wzrosło przez rynek — dla mnie. Tak po rodzinie. To nie strata dla ciebie, prawda? Odzyskasz swoje i jeszcze pomożesz ojcu. Ojciec przyszedł bez zaproszenia. Ostatnimi laty prawie nie mieli kontaktu — miał już drugą rodzinę, swoje sprawy, a starsza córka nie bardzo się w ten świat wpisywała. Ksenia podejrzewała, iż nie przyszedł ot tak. Myślała, iż znowu o pieniądze poprosi, ale… Propozycja zabrzmiała co najmniej dziwnie. — Tato, a przypominasz sobie, co się wydarzyło dziesięć lat temu? — zapytała Ksenia po chwili. — Kiedy przyszedłeś do mnie z prośbą o pieniądze na operację i leczenie. Pamiętasz? Pan Walerian skrzywił się. — Po co rozdrapywać stare rany? Przecież wyzdrowiałem, dzięki Bogu. — Stare? — Ksenia uśmiechnęła się gorzko, kręcąc głową. — Miałam wtedy odłożone pieniądze, pięć lat każdy grosz zbierałam. Na wkład własny na mieszkanie. Pracowałam w weekendy, nie jeździłam na urlop, oszczędzałam na wszystkim. I wtedy przyszedłeś ty. Bez pracy, bez oszczędności, za to już z drugą żoną Marleną i synem Denisem. Wziąłeś wtedy ode mnie wszystkie oszczędności! — Byłem zdesperowany, Ksenia! Co miałem zrobić? Położyć się pod płotem i umierać? — Zaproponowałam ci wtedy pomoc, pamiętasz? Ale wyraźnie powiedziałam — boję się, iż zostanę bez pieniędzy i bez dachu nad głową, jeżeli coś ci się stanie. Przecież masz ustawową spadkobierczynię, Marlenę. Ona choćby by mi progu tej działki nie pozwoliła przekroczyć. Przez tydzień się targowaliśmy, pamiętasz? Nie chciałeś napisać pokwitowania, obrażałeś się. „Jak możesz nie ufać własnemu ojcu!” A ja po prostu chciałam mieć gwarancje. — No, dostałaś je! — przerwał jej pan Walerian. — Spisaliśmy umowę, działka stała się twoja. W praktyce sprzedałem ci ją za grosze, tę kwotę, którą przeznaczyłaś na moje leczenie. Ale umówiliśmy się: ja korzystam, a gdy pojawią się pieniądze — odkupię z powrotem. — Minęło dziesięć lat — odpowiedziała Ksenia. — Dziesięć lat, tato. Przez ten czas choć raz wspomniałeś o wykupie? Oddałeś choćby grosz? Nie. Co roku tam mieszkałeś, sadziłeś swoje pomidory, paliłeś moje drewno. Podatki za działkę — na mnie. Remont dachu trzy lata temu — na mnie. Mieszkałeś tam jak u siebie, na mój koszt, podczas gdy ja spłacałam kredyt. Pan Walerian otarł czoło chusteczką. — No nie miałem pracy, Ksenia… Wiesz, po chemii długo wracałem do siebie, potem już wiek, nigdzie nie chcieli. Marlena też… ona jest wrażliwa, praca w biurze ją wykańcza. Żyjemy z jej sprzedaży na Allegro, ledwo starcza. — Wrażliwa? — Ksenia wstała i zaczęła nerwowo chodzić po kuchni. — A ja, to niby „gruba skóra”? Ja mogłam zapieprzać na dwóch etatach, żeby spłacić kredyt i fundować ci sanatorium na działce? A teraz Marlena chce sprzedać działkę, żeby wysłać syneczka na Cypr? Moją działkę, tato! Moją! — Ksenia, formalnie tak, ale to tylko tymczasowe rozwiązanie. Jestem twoim ojcem. Dałem ci życie! Nie zamierzasz się kłócić o metry, kiedy brat potrzebuje przyszłości? — Brat? — Ksenia zatrzymała się gwałtownie. — Widziałam tego „brata” dwa razy w życiu. choćby mnie nigdy z okazji urodzin nie pozdrowił. A Marlena… czy choć raz zapytała, jak żyję? Jak spłacałam raty przez te lata? Do dziś wierzy, iż jesteś właścicielem fabryk i statków, tylko chwilowo poza obiegiem. Od dziesięciu lat ją okłamujesz. Pan Walerian speszony odwrócił wzrok. — Chciałem dobrze… Nie chciałem jej denerwować. Emocjonalna jest, narzekałaby, iż pozbyłem się nieruchomości. — Pozbyłeś się? — Ksenia, nie czepiaj się słów! — podniósł głos ojciec. — To świetny interes! Działka dziś jest warta pięć razy więcej. Rynek poszedł w górę. Odbierz swoje trzysta tysięcy za zabieg. To uczciwe. A reszta, siedemset tysięcy, dla mnie. Muszę Denisa wysłać na Cypr, Marlenie zrobić zęby, auto kupić — stare się sypie. Tobie te pieniądze życia nie zmienią, masz mieszkanie w Warszawie, powodzi ci się. Pomóż rodzinie! Ksenia patrzyła na niego i nie poznawała. Gdzie był ten człowiek, który kiedyś czytał jej bajki? — Nie — powiedziała krótko. — Co „nie”? — ojciec zamarł w pół słowa. — Nie sprzedam działki. I na pewno nie oddam ci żadnych pieniędzy „ponad”. Działka należy mi się z prawa i z rozsądku. Przez dziesięć lat mieszkałeś tam za darmo, odzyskałeś zdrowie, cieszyłeś się przyrodą. Niech to będą moje alimenty dla ciebie. Ale na tym koniec. — Ty chyba żartujesz! — twarz Waleriana poczerwieniała. — Chcesz odebrać ojcu ostatnie? Gdyby nie ja, tej działki by nie było! Dziadek ją zbudował! — No właśnie, dziadek. I w grobie by się przewrócił, gdyby wiedział, iż chcesz roztrwonić rodzinne miejsce, żeby zapłacić za wątpliwe kursy na Cyprze dla leniwego dziewiętnastolatka. — Ksenia, opamiętaj się! — krzyknął ojciec, wstając z miejsca. — Jesteś mi winna! Wychowałem cię! jeżeli się nie zgodzisz… rozpowiem wszystkim jaka jesteś wyrachowana! Powiem Marlenie, urządzi skandal taki, iż popamiętasz! Do sądu pójdziemy! Unieważnimy umowę! To była lichwa, wykorzystałaś moją chorobę, by zabrać mi majątek! Ksenia gorzko się uśmiechnęła. — Spróbuj, tato. Mam potwierdzenia z kliniki. Wszystkie przelewy na twoje nazwisko. I umowę kupna-sprzedaży podpisaną u notariusza, już po remisji. Twoja Marlena będzie zaskoczona, gdy dowie się, iż działka została sprzedana zanim Denis poszedł do podstawówki. Przecież mówiłeś jej, iż to twoja spuścizna po rodzicach? — Ksenia… — ojciec nagle zmiękł, głos mu się załamał. — Córciu, błagam. Marlena przechodzi trudny czas… Jak się dowie prawdy, wyrzuci mnie na bruk. Jest młodsza o piętnaście lat i jest ze mną tylko dla poczucia bezpieczeństwa. jeżeli stracę działkę i pieniądze — już jej nie będę potrzebny. Chcesz, żebym skończył pod mostem na starość? — O tym trzeba było myśleć wcześniej — Ksenia poczuła, jak złość ją zalewa. — Gdy przez dziesięć lat nie pracowałeś? Kiedy pozwoliłeś Marlenie wpędzać się w długi? Kiedy obiecywałeś jej złote góry na mój rachunek? — Czyli nie pomożesz? — ojciec się wyprostował. — Taka z ciebie córka… Wychowałem cię na własną zgubę… — Idź do domu, tato. Powiedz Marlenie prawdę. To ostatnia szansa zachować choć odrobinę godności. — Zatkaj się tą działką! — wykrzyczał Walerian mijając ją w drzwiach. — Ale pamiętaj: nie masz już ojca. Zapomnij o moim numerze! Wyszedł, a Ksenia uśmiechnęła się smutno: jakby kiedykolwiek go miała. Ojciec zostawił ją, gdy miała siedem lat. *** Telefon zadzwonił w sobotni poranek. Numer nieznajomy. — Halo? — Ksenia? — Ksenia od razu rozpoznała macochę. — Za kogo ty się masz, dziewucho? Myślisz, iż nie wiemy, jak oszukałaś Walka? Wszystko mi powiedział! Podsunęłaś mu papiery, jak był po narkozie, nic nie rozumiał! — Marlena, dzień dobry — odpowiedziała Ksenia spokojnie. — jeżeli chce pani rozmawiać, zróbmy to z godnością. — Jaka godność?! Mamy już pozew do sądu przygotowany! Mój prawnik mówi, iż taka umowa padnie w sądzie od razu. Wzbogaciłaś się na chorobie ojca, zabrałaś rodzinny majątek za grosze. Zrobimy z ciebie bankrutkę! — Marlena, proszę posłuchać. Wiem, iż Walerian opowiedział swoją wersję. Ale mam wszystkie dowody na to, iż pieniądze poszły na jego leczenie. Mam też całą korespondencję z ostatnich dziesięciu lat, gdzie dziękuje mi, iż utrzymuję działkę i pozwalam mu tam mieszkać. Czarno na białym: „Dziękuję, córko, iż się mną opiekujesz, iż działka jest w dobrych rękach”. Co powie sąd? Po drugiej stronie zaległa cisza — Marlena nie była przygotowana. — Jesteś zwykłą… — syknęła. — Mało ci własnego mieszkania? Chcesz brata ogołocić? Denis musi się uczyć! — Denis powinien pójść do pracy — rzekła spokojnie Ksenia. — Jak ja w jego wieku. A wy, Marleno, powinniście prawdę znać. On miał rzekomo „akcje”, pamięta pani? — Jakie akcje? — głos Marleny zadrżał. — Takie, których nigdy nie było. Po prostu brał pieniądze z moich comiesięcznych przelewów pod pretekstem wsparcia, a pani wmawiał, iż to dywidendy. Proszę sprawdzić jego wyciągi, jeżeli nie wierzy. Kłamał! Wyłudzał ode mnie pieniądze, wszystko zasłaniając chorobą. Ja zadłużałam się, żeby ratować ojcu życie! Dopiero niedawno wszystko zrozumiałam. Marlena się rozłączyła. Wieczorem Ksenia dostała SMS-a od ojca. Tylko trzy słowa: „Wszystko zepsułaś”. *** Nie odpowiedziała. Kilka dni później dowiedziała się od sąsiadów, iż Marlena wywołała aferę na działce. Wrzeszczała i wyrzucała rzeczy męża przez okno, aż przyjechała policja. Okazało się, iż Marlena licząc na szybki zysk, już zdążyła się zadłużyć, biorąc duży kredyt na „start” dla syna. Walerian musiał się wyprowadzić. Marlena wniosła o rozwód, kiedy poznała pełną skalę kłamstw. Syn Denis, przyzwyczajony do życia bez wysiłku, nie zdobył się choćby na współczucie i gwałtownie przeniósł się do dziewczyny, mówiąc, iż „staruszek sam sobie winien”. Gdzie jest ojciec, Ksenia nie wie. I nie zamierza się dowiadywać.
Nawrocki udzielał wywiadu. Nagle przerwał i zwrócił się bezpośrednio do dziennikarza TVP
– “Muszę się teraz u was wprowadzić” – oświadczyła teściowa. Odpowiedź Natalii ją zszokowała
Działka kością niezgody – córka odzyskała swoje. — Ksiu, musisz zrozumieć, sytuacja jest patowa — westchnął ciężko Walenty Borowicz, przecierając nos. — Marina już od dwóch miesięcy zadręcza mnie prośbami. Na Cyprze znalazła jakąś świetną szkołę dla Denisa, naszego syna. Uważa, iż trzeba mu dać dobry start i podciągnąć angielski. Ale skąd wziąć na to pieniądze? Wiesz przecież, iż teraz słabo mi się wiedzie. Kasia powoli podniosła wzrok na ojca. — I uznałeś, iż sprzedaż działki to najlepsze wyjście? — spytała cicho. — A jakie inne? — ojciec nagle się ożywił. — Działka stoi pusta. Marina nigdy tam nie jeździ, narzeka na nudę, komary… Ona choćby nie wie, iż formalnie już dawno nie jestem jej właścicielem. Myśli, iż wystawimy na sprzedaż i wszystkim się poprawi. Kasiu, ty jesteś mądrą dziewczyną. Zróbmy tak: sprzedajesz ją teraz oficjalnie. Bierzesz swoje pieniądze, tę kwotę, którą mi dziesięć lat temu pożyczyłaś — co do grosza! A resztę, co w międzyczasie wzrosło na wartości, oddaj mi. Po rodzinie. Przecież nie tracisz, prawda? Odbierasz swoje i jeszcze pomagasz ojcu. Ojciec wpadł z wizytą bez zapowiedzi. Ostatnio rzadko się widywali — od dawna miał już drugą rodzinę i własne sprawy, w których starsza córka nie bardzo się mieściła. Kasia przeczuwała, iż przyszedł nie bez powodu. Myślała, iż jak zwykle poprosi o pożyczkę, ale… propozycja taty wydawała się co najmniej dziwna. — Tato, a może przypomnijmy sobie, co się stało dziesięć lat temu — przerwała Kasia po wysłuchaniu ojca. — Przyszedłeś do mnie i powiedziałeś, iż potrzebujesz pieniędzy na operację i rehabilitację. Pamiętasz? Walenty Borowicz skrzywił się. — Po co roztrząsać stare sprawy? Wyszedłem z tego na szczęście. — Stare? — Kasia uśmiechnęła się krzywo, potrząsając głową. — To były wtedy moje wszystkie oszczędności — pięć lat zbierałam grosz do grosza na wkład własny do mieszkania. Pracowałam w weekendy, nie brałam urlopu, na wszystkim oszczędzałam. I nagle wpadasz ty. Nie pracujesz, oszczędności brak, ale za to druga żona Marina i syn Denis są. Wtedy zabrałeś mi wszystkie pieniądze! — Kasiu, byłem zdesperowany! Co miałem zrobić? Pod płotem się położyć i umrzeć? — Zaproponowałam ci wtedy pomoc — Kasia nie słuchała. — Powiedziałam szczerze: boję się zostać bez pieniędzy i mieszkania, gdyby coś ci się stało. Masz przecież za żonę Marinę — prawnie mnie by do działki nie dopuściła. Tydzień się wtedy targowaliśmy, pamiętasz? Umowy nie chciałeś spisywać, obrażałeś się. „Jak możesz, córko, nie ufać ojcu!” A ja po prostu chciałam mieć pewność. — No i dostałaś ją! — przerwał jej Walenty Borowicz. — Zrobiliśmy akt sprzedaży, działka stała się twoja. W praktyce sprzedałem ci ją za bezcen, za sumę potrzebną na leczenie. Ale się umawialiśmy: korzystam z niej, a jak będę miał pieniądze — odkupię z powrotem. — Minęło dziesięć lat, tato. Ani słowa przez ten czas o odkupieniu. Ani grosza nie zwróciłeś. Mieszkałeś tam co lato, uprawiałeś pomidory, paliłeś drewnem, za które płaciłam ja. Podatki za działkę — ja. Remont dachu trzy lata temu — też ja. Żyłeś tam jak na swoim, odkąd ja spłacałam kredyt. Walenty Borowicz sięgnął po chusteczkę, otarł czoło. — No, nie pracowałem, Kasiu… Wiesz, po chemii długo do siebie dochodziłem, potem wiek, nie chcieli mnie zatrudnić. Marina też… delikatna natura, praca w biurze ją wykańcza. Żyjemy z jej sprzedaży przez internet, ledwo starcza. — Delikatna? — Kasia wstała i zaczęła chodzić po kuchni. — A ja, co? Gruboskórna? Mogę zapieprzać na dwóch etatach, żeby spłacać kredyt i twoje „sanatorium” na działce? A teraz Marina stwierdziła, iż czas sprzedać działkę, żeby wyprawić synka na Cypr? Moją działkę, tato! Moją! — Kasiu, formalnie tak, twoja. Ale dobrze wiesz, iż to był chwilowy układ. Jestem twoim ojcem! Dałem ci życie! Dasz się pokroić za parę metrów, kiedy bratu trzeba szansy? — Bratu? — Kasia nagle się zatrzymała. — Widzieliśmy się z nim dwa razy w życiu. choćby na urodziny nigdy nie przysłał życzeń. A Marina? Spytała choć raz, jak sobie radzę? Jak spłacałam ten kredyt tyle lat? Marina do dziś wierzy, iż jesteś właścicielem fabryk, tylko czasowo nie masz szczęścia. Przez dziesięć lat ją okłamywałeś, tato. Walenty Borowicz uciekł wzrokiem. — Chciałem jak najlepiej… Nie chciałem jej niepokoić. To kobieta emocjonalna, zaraz byłaby awantura o wyprowadzenie majątku na bok. — Na bok? — Kasia, nie czepiaj się słów! — ojciec podniósł głos. — Proponuję ci interes! Działka jest dziś warta pięć razy więcej. Rynek poszedł do góry. Odbierasz swoje trzysta tysięcy, które dałaś na operację. Słusznie? Słusznie! A reszta siedemset tysięcy — dla mnie. Muszę załatwić Denisowi naukę, Marinie zrobić zęby, zmienić samochód — stary się sypie. Tobie te pieniądze nie zmienią życia — masz mieszkanie w Warszawie. Pomóż rodzinie! Kasia patrzyła na ojca i go nie poznawała. Gdzie ten człowiek, który czytał jej bajki? — Nie — rzuciła krótko. — Co „nie”? — ojciec aż zaniemówił. — Nie sprzedam działki. I na pewno nie oddam ci żadnych „nadwyżek”. Działka należy do mnie prawem i uczciwością. Miałeś dziesięć lat spokojnego życia, odzyskałeś zdrowie, cieszyłeś się naturą. Potraktuj to jako moje alimenty dla ciebie. Ale więcej nic z tego nie będzie. — Naprawdę? — twarz Walentego Borowicza poczerwieniała. — Chcesz ojcu zabrać ostatnią rzecz? Gdyby nie ja, tej działki by nie było! Dziadek ją postawił! — Właśnie, dziadek. W grobie by się przewrócił, gdyby wiedział, iż chcesz roztrwonić gniazdo rodzinne, żeby opłacić kurs na Cyprze tym leniwemu chłopakowi. — Kasia, opanuj się! — ojciec zerwał się z krzesła. — Jesteś mi coś winna! Wychowałem cię! jeżeli się nie zgodzisz, powiem wszystkim, jaka jesteś pazerna. Powiem Marinie wszystko, przyjdzie tu i zrobi ci skandal, popamiętasz! Pójdziemy do sądu! Unieważnimy umowę! Wymusiłaś ją chorobą! Kasia uśmiechnęła się gorzko. — Próbuj, tato. Mam wszystkie rachunki z kliniki. Przelewy na twoje konto. I akt notarialny, podpisany przy świadkach, kiedy byłeś już po leczeniu, przy zdrowych zmysłach. Twoja Marina się nieźle zdziwi, jak się dowie, iż sprzedałeś działkę przed tym, jak Denis poszedł do szkoły. Mówiłeś jej, iż to twoje dziedzictwo? — Kasia… — głos ojca zmiękł, prawie płaczliwy. — Córeczko, błagam. Marina ma teraz ciężki czas… jeżeli się dowie prawdy, wyrzuci mnie. Jest ode mnie młodsza o piętnaście lat, trzyma się mnie tylko dla bezpieczeństwa. Bez działki i pieniędzy nie będę jej potrzebny. Chcesz, żebym na stare lata wylądował na dworcu? — A o tym nie myślałeś wcześniej? — gniew podniósł Kasi głos. — Dziesięć lat bez pracy? Pozwalasz Marinie tonąć w długach? Obiecujesz jej złote góry za mój rachunek? — Czyli nie pomożesz? — Walenty Borowicz się wyprostował. — Własna córka… Wychowałem na własną zgubę… — Idź do domu, tato. Powiedz Marinie prawdę. To jedyna szansa na zachowanie resztek godności. — Udław się tą działką! — wykrzyknął Borowicz, wychodząc. — Ale wiedz: nie masz już ojca! Zapomnij o mnie! Ojciec wyszedł, a Kasia tylko się uśmiechnęła: czy w ogóle go miała? Porzucił ją, gdy miała siedem lat. *** W sobotę rano zadzwonił nieznany numer. — Halo? — Kasia? — natychmiast rozpoznała głos macochy. — Kim ty się, dziewczyno, stałaś? Myślisz, iż nie wiemy, jak oszukałaś Walka? Wszystko mi powiedział! Podsunęłaś mu papiery, gdy był po narkozie i nic nie rozumiał! — Marino, dzień dobry — odparła spokojnie Kasia. — jeżeli chce pani rozmawiać, to bez krzyków. — Jakie dzień dobry?! Już piszemy pozew! Mój prawnik mówi, iż ta umowa padnie w sądzie. Wykorzystałaś chorobę ojca, przejęłaś rodzinny majątek za grosze. Oszukałaś nas na całej lini! — Marino, posłuchaj mnie proszę. Wiem, iż Walenty Borowicz podał ci swoją wersję, ale mam dowody, iż pieniądze poszły na jego leczenie. Mam wszystkie jego podziękowania przez te dziesięć lat, iż utrzymuję działkę i pozwalam mu tam mieszkać. Czarno na białym pisze: „Dziękuję, córeczko, iż się mną zajęłaś, iż działka jest w dobrych rękach”. Jak myślisz, co powie sąd? W słuchawce zapadła cisza — Marina nie była gotowa na taką odpowiedź. — Jesteś świnią — syknęła. — Mało ci swojego mieszkania? Chcesz zabrać bratu ostatnie? Denisowi trzeba się uczyć! — Denis niech idzie do pracy — przerwała Kasia. — Tak jak ja w jego wieku. I radzę dowiedzieć się prawdy. Pamiętasz te „akcje”? Powtarzał, iż je miał? — Jakie akcje? — głos Mariny zadrżał. — Te, których nigdy nie było. Po prostu brał ode mnie pieniądze, które wysyłałam z dobrej woli na pomoc, i udawał, iż to dywidendy. Sprawdź historię przelewów, jeżeli nie wierzysz. Mąż cię oszukał! Żebrał u mnie, zasłaniając się chorobą. Ja w zadłużenie szłam, myśląc, iż ratuję mu życie! Prawdę poznałam dopiero niedawno. Marina rzuciła słuchawką. Wieczorem Kasia dostała wiadomość od ojca. Tylko trzy słowa: „Wszystko zrujnowałaś”. *** Nie odpisała. Kilka dni później sąsiedzi z działki opowiedzieli jej, iż Marina urządziła potężną awanturę. Wyrzucała rzeczy męża przez okno, aż przyjechała policja. Okazało się, iż Marina, przekonana o rychłej sprzedaży działki, utonęła już w długach — wzięła wysoki kredyt na „start” dla syna. Walenty Borowicz musiał się wyprowadzić. Marina złożyła pozew o rozwód po odkryciu skali jego kłamstw. Syn Denis, przyzwyczajony do łatwego życia, nie okazał współczucia ojcu, tylko przeprowadził się do dziewczyny, stwierdzając: „Stary sam sobie winien”. Gdzie jest teraz ojciec — Kasia nie wie. I nie zamierza tego sprawdzać.
Pierwsza miłość nie daje o sobie zapomnieć – serce wciąż budzi wspomnienia. Opowieść o Prochorze, który po rozstaniu z żoną i codziennych dojazdach metrem oraz autobusem w Warszawie, przypadkiem natrafia w internecie na ogłoszenie zielarki Marianny – swojej nieodwzajemnionej miłości z dzieciństwa ze szkolnych lat na Mazowszu. Wspomnienia, rozmowy i długo oczekiwane spotkanie w rodzinnym miasteczku, gdzie Prochor odkrywa, iż prawdziwych uczuć nie da się zapomnieć choćby po latach.
Z życia wzięte. "Mój były mąż stanął w moich drzwiach trzydzieści lat po rozwodzie": Powiedział, iż jest ciężko chory i potrzebuje mojej pomocy
Nigdy Nie Kochałem Mojej Żony i Zawsze Jej To Mówiłem: To Nie Jej Wina — Żyjemy Dobrze
Wyczekiwana wnuczka Pani Natalia długo i uparcie dzwoniła do syna Michała, który wypłynął w kolejny dalekomorski rejs, ale kontaktu wciąż nie było. – O rany, narobiłeś ty, synku – westchnęła z niepokojem, ponownie wybierając znajomy numer. Możesz dzwonić, ile chcesz — Michał odezwie się dopiero, jak zawinie do najbliższego portu. A to może jeszcze potrwać, zwłaszcza, iż wydarzyło się coś takiego! Pani Natalia nie spała już drugą dobę — tak ją poruszyło to, co zrobił jej syn! * * * Cała ta historia zaczęła się kilka lat wcześniej, gdy Michał nie myślał jeszcze o pracy na statkach. Był już dorosłym mężczyzną, ale z dziewczynami nie układało się zupełnie — według niego żadna nie spełniała oczekiwań! Pani Natalia, z bólem w sercu, patrzyła, jak kolejne jego związki się rozpadają, choć wydawały jej się z sympatycznymi i porządnymi dziewczynami. – Ty masz nie do wytrzymania charakter! – mawiała mu. – Wszystko ci nie pasuje! Która kobieta znajdzie się, żeby spełnić twoje wymagania? – Nie rozumiem twoich pretensji, mamo. Chcesz mieć synową i nie ważne ci, jaka to będzie osoba? – Jak to nieważne? Ważne, żeby cię kochała i była porządną kobietą! Syn milczał wieloznacznie, co tylko bardziej irytowało panią Natalię. – Czym ci nie odpowiadała Kasia? – dopytywała coraz bardziej nerwowo. – Już ci mówiłem. – No dobrze… – Kasia to był słaby argument, ale pani Natalia nie zamierzała się poddawać. – Powiedzmy, jak mówisz, była nieszczera. Chociaż do końca nie rozumiem… – I tak dalej, i tak dalej… Mimo upływu czasu syn nie znajdował tej „właściwej”, a ona wciąż marzyła, by doczekać się wnuka. Potem Michał poznał dawnego kolegę, który zaproponował mu dobrze płatną pracę na statkach. Michał się zgodził, mimo błagań mamy, by tego nie robił. Remont w mieszkaniu po pierwszym rejsie, karta do konta po drugim, wszystko dla mamy — ale tylko wnuków jak nie było, tak nie było. Czas leciał. Po powrotach z rejsów Michał próbował nadrobić stracony czas – spotykał się z kolejnymi dziewczynami, ale nie przedstawiał ich już matce. „To, żebyś się potem nie martwiła” – ucinał rozmowy. Najbardziej bolało panią Natalię, gdy syn zarzucił jej naiwność i zbytnią ufność. Ale kiedy przypadkiem zobaczyła go na mieście z uroczą dziewczyną — Mileną — wszystko w niej zaiskrzyło. Ta kobieta jej się spodobała: szczupła, zgrabna, sympatyczna, dobrze wychowana i inteligentna. Miała nadzieję, iż to TA. Cały urlop syna upłynął im razem, aż tu nagle Milena zniknęła, a Michał oświadczył, by i mama zapomniała o dziewczynie. Mijały miesiące. I pewnego dnia, w aptece, gdzie pracowała pani Natalia, pojawiła się Milena z małą dziewczynką w wózku. Okazało się, iż mała Ania to wnuczka pani Natalii, zostawiona przez Michała pod opieką Mileny, która borykała się z problemami i była sama w innym mieście. Pani Natalia postanowiła się nie oglądać na syna — przygarnęła Milenę z Anią, poświęcając im czas i serce, proponując choćby przepisanie mieszkania na wnuczkę. Spokojnego życia nie zakłóciły choćby obawy Mileny, iż Michał ich po powrocie wygoni. Nadszedł dzień powrotu syna. Ale w domu nie zastał już Mileny — tylko mamę z Anią. Zdezorientowany Michał nie chciał uwierzyć matce. niedługo okazało się, iż Milena okłamała Natalię, zniknęła z pieniędzmi i zostawiła dziewczynkę. DNA potwierdziło brak pokrewieństwa, jednak miłość babci okazała się silniejsza niż rozczarowanie. Ostatecznie razem z Michałem zdecydowali się wychowywać Anię jak własną, czekając, aż los przyniesie coś nowego. Tak życie potoczyło się dalej, a rok później Michał wrócił z rejsu… tym razem z nową żoną, która z euforią zaakceptowała Anię i rodzinę, którą znalazła. To była ta długo wyczekiwana wnuczka, na którą pani Natalia czekała całe życie, choć los napisał swoją własną historię.
Nagłe zdjęcia ze szpitala. Znany dziennikarz przerwał milczenie
Burza u Beckhamów. Była dziewczyna Brooklyna: "Lepiąca się pajęczyna, w którą już nigdy nie chcę się plątać"
Cisza Noworoczna: Opowieść o Annie, która po trzydziestu dniach szarego listopada i samotnym, pierwszym Bożym Narodzeniu po rozwodzie, odnajduje cichy cud przez przypadkowe spotkanie z sąsiadem w zimowy wieczór pełen śniegu, ciepła, domowego żurawinowego kompotu i magicznych szklanych kul pełnych wspomnień
Dacza kością niezgody – córka odzyskała swoje — Ksiu, zrozum, sytuacja jest patowa — westchnął ciężko pan Waldemar. — Marlena już dwa miesiące wierci mi dziurę w brzuchu. Wypatrzyła na Cyprze jakiś program edukacyjny dla Daniela. No, dla naszego syna. Twierdzi, iż chłopakowi trzeba dać lepszy start, podciągnąć angielski. A skąd na to pieniądze? Przecież wiesz, iż teraz nie mam pracy. Ksia powoli podniosła na ojca wzrok. — I uznałeś, iż sprzedaż działki to najlepsze rozwiązanie? — szepnęła. — A co innego? — rozpromienił się ojciec, pochylając się bliżej. — Działka stoi odłogiem. Marlena tam choćby nie jeździ, nudzi ją komary… choćby nie wie, iż według papierów działka już dawno nie jest moja. Myśli, iż wystawimy ją na sprzedaż i się dorobimy. Ksia, jesteś rozsądna dziewczyna. Zróbmy tak: ty teraz oficjalnie sprzedajesz ją. Bierzesz swoje pieniądze, które mi dziesięć lat temu pożyczyłaś — co do grosza! A resztę, to co przyrosło przez lata rynkowej ceny, dasz mi. Po rodzinie. Tobie się nie stanie krzywda, prawda? Swoje odzyskałaś, a ojcu pomogłaś. Ojciec przyszedł bez zapowiedzi. Ostatnio widywali się rzadko — od lat miał już drugą rodzinę, inne priorytety, a wśród nich najstarsza córka nie bardzo się mieściła. Ksia podejrzewała, iż przyszedł nie bez powodu. Myślała, iż znów poprosi o kasę, ale… Propozycja ojca brzmiała co najmniej dziwnie. — Tata, przypomnij sobie co było dziesięć lat temu — powiedziała Ksia po jego słowach. — Przyszedłeś do mnie i powiedziałeś, iż potrzebujesz pieniędzy na operację i rehabilitację. Pamiętasz? Pan Waldemar skrzywił się. — Po co rozdrapywać stare rany? Wyleczyłem się, dzięki Bogu. — Stare? — Ksia pokręciła głową. — Miałam wtedy na koncie pieniądze, które pięć lat odkładałam. Na wkład własny do mieszkania. Pracowałam w weekendy, oszczędzałam na wszystkim. I wtedy przyszedłeś ty. Nie pracowałeś, oszczędności zero, za to była Marlena i Daniel. Zabrałeś mi wtedy wszystkie oszczędności! — Byłem zdesperowany, Ksiu! Co miałem zrobić? Położyć się pod mostem? — Zaproponowałam ci pomoc — ciągnęła Ksia bez słuchania go. — Ale uczciwie przyznałam: boję się zostać bez pieniędzy i mieszkania, jeżeli ciebie zabraknie. Masz przecież legalną spadkobierczynię, Marlenę. Ona by mnie na tę działkę nie wpuściła. Tydzień się targowaliśmy, pamiętasz? Nie chciałeś pisać umowy, oburzałeś się. „Jak możesz nie wierzyć własnemu ojcu!” Chciałam tylko mieć pewność. — No i dostałaś te pewności! — przerwał Waldemar. — Spisaliśmy umowę — działka stała się twoja. Formalnie sprzedałem ją ci za grosze, za kwotę potrzebną na leczenie. Ale się umawialiśmy: ja użytkuję, a jak będę miał pieniądze — odkupuję. — Minęło dziesięć lat — ucięła Ksia. — Dziesięć lat, tato. Ani słowa o wykupie, ani grosza nie oddałeś. Każdego lata mieszkałeś tam na dziko, sadziłeś pomidory, paliłeś drewno, za które płaciłam ja. Podatki od działki — na mnie. Remont dachu trzy lata temu — na mnie. Żyłeś tam jak panisko, a ja spłacałam kredyt. Pan Waldemar otarł czoło. — Nie pracowałem, Ksiu… Po chemii długo dochodziłem do siebie, potem wiek, nikt nie chciał przyjąć. Marlena też… ona wrażliwa, jej praca w biurze wykańcza. Żyjemy z jej sprzedaży przez internet, ledwo wystarcza. — Wrażliwa dusza? — Ksia zaczęła chodzić po kuchni. — A ja niby grubo skóra? Dwie prace, żeby spłacać kredyt i twoje „sanatorium” na działce? A teraz Marlena uznała, iż czas sprzedać działkę, żeby wysłać synka na Cypr? MOJĄ działkę, tato! Moją! — Ksiuniu, formalnie — tak, twoja. Ale rozumiesz, to miało być tymczasowo. Jestem twoim ojcem. Dałem ci życie! Chcesz się szarpać o trochę ziemi, kiedy brat potrzebuje wsparcia? — Brat? — Ksia zatrzymała się gwałtownie. — Widziałam go dwa razy w życiu! choćby życzeń mi nie złożył. A Marlena… choć raz spytała, jak żyję? Jak dźwigałam to wszystko? Ona myśli, iż jesteś właścicielem fabryk, tylko czasowo bez pracy. Oszukiwałeś ją dziesięć lat, tata. Pan Waldemar spuścił głowę. — Chciałem dobrze… Nie chciałem jej denerwować. Ona emocjonalna, zaraz by narobiła rabanu, iż przeniosłem własność „na bok”. — Na bok? — Nie czepiaj się słów! — ojciec podniósł głos. — Robię ci interes! Działka teraz warta pięć razy tyle co wtedy. Rynek poszedł w górę. Ty bierzesz swoje trzysta tysięcy, które dałaś mi na leczenie. To uczciwe? Uczciwe! Reszta – dla mnie. Muszę Danielowi zapewnić edukację, Marlenie zrobić zęby, samochód wymienić – stary się sypie. Siedemset tysięcy nic cię nie zbawi, a masz mieszkanie w Warszawie, poszło ci dobrze. Pomóż rodzinie! Ksia patrzyła na niego i nie rozpoznawała własnego ojca. Gdzie ten człowiek, który kiedyś czytał jej bajki na dobranoc? — Nie — rzuciła krótko. — Co „nie”? — ojcu opadła szczęka. — Nie sprzedam działki. I na pewno nie oddam ci żadnych pieniędzy „ponad”. Działka z prawa i uczciwości należy do mnie. Przez dziesięć lat żyłeś tam za darmo, odzyskałeś zdrowie, cieszyłeś się wsią. Potraktuj to jako moje alimenty dla ciebie. Ale na tym koniec. — Serio? — twarz Waldemara zrobiła się purpurowa. — Chcesz ojca pozbawić ostatniego? Gdyby nie ja, tej działki by choćby nie było! Dziadek ją budował! — No właśnie, dziadek. I przewróciłby się w grobie, gdyby się dowiedział, iż chcesz roztrwonić rodzinny dom, żeby opłacić jakieś kursy na Cyprze dla chłopaka, który w wieku dziewiętnastu lat palcem nie kiwnął. — Ksiu, opamiętaj się! — krzyczał ojciec, podrywając się z miejsca. — Jesteś mi winna! Wychowałem cię! jeżeli się nie zgodzisz, opowiem wszystkim, jaka jesteś pazerną córką. Powiem wszystko Marlenie, zrobi ci awanturę, aż ci się odechce! Pójdę do sądu! Umowę unieważnię! Wykorzystałaś moją chorobę, wyłudziłaś majątek! Ksia prychnęła z goryczą. — Spróbuj, tato. Mam wszystkie rachunki z kliniki. Wszystkie przelewy na twoje nazwisko. I umowę sprzedaży podpisaną przy notariuszu, gdy już byłeś po remisji. Twoja Marlena mocno się zdziwi, gdy się dowie, iż działkę sprzedałeś, zanim Daniel poszedł do szkoły. Mówiłeś jej, iż to twoja spuścizna? — Ksenia… — głos ojca stał się nagle błagalny. — Córeczko, proszę. Marlena źle to znosi… jeżeli dowie się prawdy, wyrzuci mnie. Jest ode mnie młodsza o piętnaście lat, jest ze mną tylko przez stabilność. Bez działki, bez pieniędzy – będę nikim. Chcesz, żebym skończył na bruku? — O tym trzeba było myśleć wcześniej — zasyczała Ksia. — Kiedy dziesięć lat nie pracowałeś? Kiedy Mara robiła długi? Kiedy obiecywałeś jej złote góry za mój rachunek? — Czyli nie pomożesz? — ojciec wyprostował się. — Taka z ciebie córka… — Idź do domu, tato. Powiedz Marlenie prawdę. To jedyna szansa, by zachować resztki honoru. — Zatrzymaj se tę działkę! — splunął Waldemar, przechodząc obok niej. — Ale pamiętaj: od dziś nie masz ojca. Zapomnij mój numer! Ojciec wyszedł, a Ksia tylko się uśmiechnęła – jakby on kiedykolwiek naprawdę był. Ojciec zostawił ją, gdy skończyła siedem lat. *** Telefon zadzwonił w sobotę rano. Numer nieznany. — Halo? — To Ksenia? — głos macochy poznała od razu. — Myślisz, iż jesteś kimś ważnym, gówniaro? Myślisz, iż nie wiemy, jak oszukałaś Walka? Wszystko mi powiedział! Podsunęłaś mu papiery, jak był po narkozie i głowy nie ogarniał! — Marlena, dzień dobry — odpowiedziała spokojnie Ksenia. — jeżeli chcesz rozmawiać, proszę bez krzyków. — Jaki dzień dobry?! Pozew już gotowy! Prawnik mówi, iż taka umowa leci w sądzie. Wzbogaciłaś się na chorobie ojca, zabrałaś rodzinny dom za grosze. Puścimy cię z torbami! — Marlena, posłuchaj uważnie. Rozumiem, iż Waldemar przekazał ci swoją wersję wydarzeń. Mam jednak dowody, iż pieniądze poszły na leczenie. Mam też SMS-y od niego z dziesięciu lat, gdzie mi dziękuje, iż dbam o działkę i pozwalam mu tam być. Czarno na białym: „Dzięki, córeczko, iż mnie nie zostawiłaś i iż działka jest w dobrych rękach”. Jak sądzisz, co powie sąd? Po drugiej stronie zapadła cisza – Marlena nie była przygotowana na taką ripostę. — Jesteś żmiją — syknęła. — Mało ci własnego mieszkania? Chcesz zabrać bratu wszystko? Daniel musi się uczyć! — Niech Daniel idzie do pracy — ucina Ksia. — Tak jak ja w jego wieku. A ty, Marlena, poznaj wreszcie prawdę. Pamiętasz „akcje”? On ci mówił, iż inwestuje? — Jakie akcje? — głos Marleny zadrżał. — Takie, których nigdy nie było. Brał ode mnie pieniądze na pomoc, a wmawiał ci, iż to dywidendy z inwestycji. Sprawdź przelewy. Mąż cię oszukał! Cały czas żebrał u mnie, zasłaniał się chorobą. A ja się zadłużałam, sądziłam, iż ratuję ojca. Sama dowiedziałam się o tym niedawno. Marlena rozłączyła się. Wieczorem Ksia dostała od ojca SMS-a. Jedno zdanie: „Zrujnowałaś wszystko”. *** Nie odpowiedziała. Po kilku dniach sąsiedzi z działki donieśli jej, iż Marlena urządziła w domu awanturę. Wrzucała rzeczy Waldemara przez okno, aż musiała interweniować policja. Okazało się, iż Marlena, przekonana o rychłej sprzedaży działki, już wzięła duży kredyt na „start” dla syna. Waldemar musiał wyprowadzić się z domu. Marlena wniosła pozew o rozwód, gdy poznała skalę jego kłamstw. Syn Daniel, przyzwyczajony do wygód, nie przejął się losem ojca i gwałtownie zamieszkał z dziewczyną, stwierdzając, iż „stary sam sobie winien”. Gdzie w tej chwili jest ojciec, Ksia nie wie. I nie zamierza się dowiadywać.
Ludzie mają bajeranckie gadżety. Lodówki, które do nich mówią. Samochody, które piszczą na każde westchnienie. Kosiarki do trawy droższe niż moja pierwsza kaucja za mieszkanie. A ja? Mam starą kosiarkę z odpryśniętą farbą, zrzędliwym szarpakiem i upartym sercem jak u kozicy. Trafiła do mnie jak większość rzeczy do przetrwania—przez przypadek i z konieczności. Kupiona za grosze na garażowej wyprzedaży przez mojego byłego, kiedy jeszcze „my” oznaczało „razem na zawsze”. Po rozwodzie on zabrał rzeczy, które świetnie wyglądają na zdjęciach. Ja zostałam z tymi, które utrzymują świat w ruchu. Trochę naczyń. Odkurzacz brzmiący jakby zaraz miał się poddać. No i kosiarka—bo trawie nie robi różnicy, jak cienkie masz konto. Nie została ze mną z sentymentu, tylko dlatego, iż nie mogłam sobie pozwolić na nową. A potem upływ czasu zrobił swoje. Życie mojego byłego rozsypało się jak liście na wietrze—złe decyzje, coraz głośniejsze wymówki, coraz dziwniejsze poglądy. Jego imponujące rzeczy przepadły. Ja wciąż miałam swoją kosiarkę. I lata mijały — jedenaście sezonów bycia tą, która sobie radzi. Jedenaście lat uczenia się, jak ogarniać wszystko sama. Jedenaście lat bycia osobą, która naprawia, rozgryza, daje radę. Nie mam zadaszenia ani ciepłego garażu—kosiarka stoi pod chmurką, na łasce polskiej zimy, która nikogo nie oszczędza. Każdej wiosny podchodzę do niej jak do starej przyjaciółki—z nadzieją, iż mnie pozna. Otrzepuję kurz i zaschnięte liście, sprawdzam paliwo, pompuję „gumowe serduszko” silnika. Chwytam za uchwyt, szarpię sznurek raz, drugi, trzeci, szeptając dramatyczne prośby do wszechświata: Tylko nie teraz, błagam. Bo jeżeli dziś nie ruszy, to nie tylko kłopot. To nowy wydatek. Nowy problem. Nowe przypomnienie, iż życie potrafi nagle zacząć się sypać. A wtedy—jakby była obrażona na moje wątpliwości—ryczy na pełny gaz, głośno, po swojemu: Jestem tu, jazda! Każdej wiosny. Po śniegu, deszczu, błocie i upałach—ona wstaje i robi robotę. A mnie rozpiera czuła wdzięczność. Nie za to, iż jest kosiarką. Za to, iż jest dowodem. Że coś starego, niedoskonałego, może przez cały czas stawiać się w gotowości. Że wytrwałość nie musi być piękna. Że nie wszystko, co przetrwało, musi błyszczeć—wystarczy, iż jest uparte. Ludzie nie mówią o tych cichych zwycięstwach. Wolą opowiadać o efektownych zmianach życia. A czasem prawdziwe zwycięstwo to maszyna, która nie umiera. Kobieta, która ogarnia codzienność. Trawnik, który jest przycięty, bo ktoś się uparł, by działać dalej. Mam 50 lat. Mój kręgosłup marudzi, cierpliwość jest krótsza. Budżet ciągle napięty. Ale gdy kosiarka odpala, stoję z uśmiechem, włosy rozczochrane, ręce na uchwycie—jakby kibicowała mi jej warkotem. Nie zna mojej historii. Ale jest jej częścią. Więc tak, kocham moją kosiarkę. Nie za to, iż jest bajerancka. Za to, iż jest wierna. A w świecie, w którym wszystko się sypie, wierność to prawdziwy cud. 💚
Julia Walczak o życiu po rozstaniu z Katarzyną Zillmann. Mówi, jak się czuje
Walizki nie rozpakowuj – dzisiaj się wyprowadzasz. Rozwód w sylwestrową noc: zdrada, królik i Dziadek Mróz w realiach polskich świąt!
Z kim Białystok zerwał międzynarodową współpracę, a z kim przez cały czas jest powiązane? Miasta partnerskie Białegostoku - na liście dość egzotycznie
Ojczym: Nowe Życie, Nowe Wyzwania
Julia Walczak ujawnia, jak się czuje po rozstaniu z Katarzyną Zillmann: "JEST LEPIEJ"
Gdy moja mama powiedziała: „Wychowaliśmy cię, teraz jesteś nam winna”, ja już miałam podpisaną umowę na własne mieszkanie. W tym świecie są słowa, które brzmią jak miłość… a tak naprawdę są kajdanami. Moja mama potrafiła je układać pięknie. Przez długi czas wierzyłam, iż to troska. Aż pewnego dnia usłyszałam prawdę — bez upiększeń. Była niedziela. Późne popołudnie, gdy słońce jest łagodne, a cisza w pokoju wydaje się być „rodzinnym ciepłem”. To właśnie w takich chwilach ludzie lubią stawiać warunki — bo przy herbacie i serniku wszystko wydaje się bardziej niewinne. Siedziałam na kanapie w domu rodziców. Tam, gdzie kiedyś byłam dzieckiem. Tam, gdzie wierzyłam, iż jest bezpiecznie. A moja mama siedziała naprzeciwko i trzymała notes. Nie dokument. Nie teczkę. Zwykły notes w twardej oprawie, w którym od lat zapisuje „kto ile komu jest winien”. — Porozmawiajmy poważnie — powiedziała. — Wychowaliśmy cię. Teraz jesteś nam winna. Winna. To słowo spadło na stół jak moneta. Nie mrugnęłam. Po prostu na nią spojrzałam. — Winna… komu? — zapytałam cicho. Westchnęła teatralnie, jakby to ja była niewdzięczna. — Rodzinie. Nam. Porządkowi. Porządkowi. Kiedy ktoś mówi ci o „porządku”, nie pytając, jak się czujesz… wiedz, iż nie chodzi mu o ciebie. Chodzi mu o to, by trzymać cię w ryzach. Prawda jest taka, iż od lat żyłam w dwóch rzeczywistościach. Pierwsza była moja: praca, zmęczenie, marzenia, drobne zwycięstwa, których nikt nie widzi. Druga była ich: ja jako projekt. Ja jako inwestycja. Ja jako córka, która ma „oddać dług”. Tata siedział w kącie i milczał. Jakby słuchał wiadomości. Jakby to nie o mnie chodziło. To męskie milczenie zawsze bolało mnie najbardziej. Bo pozwala kobietom być okrutnymi. A mama… była spokojna. Pewna siebie. Jakby wiedziała, iż nie mam wyjścia. — Postanowiliśmy — powiedziała. — Sprzedasz to, co masz i pomożesz nam kupić nowe mieszkanie dla wszystkich. Większe. I będziemy razem. „Razem.” Jak słodko to brzmiało. Tyle iż „razem” w jej słowniku znaczyło „pod kontrolą”. Patrzyłam na nią i czułam, iż nie rodzi się we mnie gniew. Rodzi się jasność. Tydzień wcześniej zrobiłam coś, o czym nikomu nie powiedziałam. Podpisałam umowę na małe mieszkanie. Nic efektownego. Nic luksusowego. Ale moje. Miejsce, gdzie klucz nie będzie w cudzych rękach. I to była różnica między dawną a nową mną: dawna by się tłumaczyła. Nowa — po prostu działa. Mama pochyliła się do przodu. — Wiem, iż masz pieniądze. Widzisz, dobrze się ubierasz, nie jesteś biedna. Czas dać coś od siebie. Czas. Zawsze „czas”, gdy ktoś chce wziąć twoje życie i nazwać to „właściwym”. — Niczego nie sprzedam — powiedziałam spokojnie. Spojrzała na mnie jakbym powiedziała coś nieprzyzwoitego. — Co? — Słyszałaś. Tata w końcu się poruszył. — Nie bądź taka kategoryczna… — wymamrotał. — Mama ma dobre intencje. Dobre intencje. Tak tłumaczy się presję: nazywasz ją „dobrem”. Mama krótko się zaśmiała. — Ależ ty jesteś nowoczesna. Samodzielna. Już nie słuchasz. — Nie — odpowiedziałam. — Teraz słyszę. Uderzyła długopisem o notes. — Nie rozumiesz! Bez nas byłabyś nikim! I wtedy poczułam, jak w klatce piersiowej otwiera się coś… jak ciche drzwi. Wreszcie usłyszałam prawdę. Nie miłość. Nie troskę. Roszczenie. I wtedy padło pierwsze zdanie, które postawiło granicę: — jeżeli wasza miłość ma cenę, to znaczy, iż to nie miłość. Mama zwęziła oczy. — Daj spokój z filozofią. Mówimy o rzeczywistości. I dokładnie wtedy był ten moment. Spokojnie na nią spojrzałam i powiedziałam: — Dobrze. Rzeczywistość. Nie zamieszkam z wami. Cisza. Pełna. Ciężka. Jak pauza przed ciosem. Uśmiechnęła się pogardliwie. — I gdzie będziesz mieszkać? Na wynajmie? Spojrzałam na nią i powiedziałam prosto: — W swoim mieszkaniu. Zadławiła się powietrzem. — W swoim? — Tak. — Od kiedy?! — Od dnia, w którym postanowiłam, iż moje życie nie jest waszym projektem. Nie wyciągałam kluczy. Nie robiłam scen. To nie był moment na teatr. Ale miałam coś ważniejszego. Wyjęłam z torebki kremową przesyłkę — nie kopertę z dowodami, nie teczkę, nie papiery na stole. Zwykła przesyłka. Z pieczątką. Z adresem. Na moje nazwisko. Mama spojrzała na nią z szeroko otwartymi oczami. — Co to jest? — List — powiedziałam. — Z mojego nowego domu. Wyciągnęła rękę, ale nie podałam jej od razu. I wtedy powiedziałam „gwoździowy” tekst — cicho, ale dosadnie: — Kiedy wy planowaliście, co mi zabrać, ja podpisałam swoją wolność. Tata wstał. — To szaleństwo! Rodzina powinna być razem! Rodzina. Zabawne, iż ludzie mówią o rodzinie tylko wtedy, gdy tracą nad nią kontrolę. — Rodzina powinna być z szacunkiem — odpowiedziałam. — Nie z długiem. Mama się zmieniła. Twarz jej stężała. — Czyli nas porzucasz? — Nie — poprawiłam ją. — Przestaję się poświęcać. Zaśmiała się śmiechem tych, którzy nie akceptują cudzej wolności. — Wrócisz jeszcze. — Nie — powiedziałam spokojnie. — Ja odejdę… i nie wrócę. I wtedy przyszła największa scena — nie sąd, nie bank, nie biuro. Rodzinna scena. Mama się rozpłakała. Ale nie jak matka. Jak reżyserka. — Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam… tak mi się odpłacasz? Tymi słowami chciała przywrócić mi mój stary kostium: winnej córki. Tyle iż już go nie zakładałam. Wstałam, wzięłam płaszcz i stanęłam w drzwiach. To moja symbolika: drzwi. Nie sceny. Drzwi. I powiedziałam jedno, symboliczne zdanie, które zabrzmiało jak zamknięcie: — Nie odchodzę od was. Odchodzę do siebie. Zerwała się. — Wyjdziesz — nie waż się wracać! Oto cała prawda. Warunki. Spojrzałam na nią z czułością, która nie jest słabością, ale ostatnią szansą. — Mamo… ja już dawno jestem poza. Po prostu dziś mówię to na głos. Potem spojrzałam na tatę. — Mogłeś mnie kiedyś obronić. Milczał. Jak zawsze. I to właśnie była odpowiedź. Wyszłam. Moje kroki na schodach nie były wściekłe. Były lekkie. Na zewnątrz było zimno, ale powietrze czyste. Telefon zawibrował — wiadomość od mamy: „Jak ci się nie uda, nie dzwoń do mnie.” Nie odpisałam. Niektóre słowa nie zasługują na odpowiedź. Zasługują na granicę. Wieczorem poszłam do nowego mieszkania. Puste. Bez mebli. Tylko światło i zapach farby. Ale moje. Usiadłam na podłodze i otworzyłam list. W środku było tylko potwierdzenie adresu. Nic romantycznego. Ale dla mnie to był najpiękniejszy list miłosny od życia: „Tu zaczynasz.” Ostatnie zdanie było krótkie, mocne: Nie uciekłam. Uwolniłam się. ❓A czy Wy… gdyby rodzina zażądała od Was życia „w imię porządku”, podporządkowalibyście się… czy zamknęlibyście drzwi i wybrali siebie?
Nigdy Nie Kochałem Mojej Żony i Zawsze Jej Mówiłem: To Nie Jej Wina — Żyjemy Dobrze
Nie ma już z kim porozmawiać. Opowieść – Mamo, co Ty mówisz? Jak to nie masz z kim porozmawiać? Przecież dzwonię do Ciebie dwa razy dziennie – zapytała zmęczonym głosem córka. – Nie, córeczko, nie o to chodzi – westchnęła smutno pani Nina – po prostu nie mam już przyjaciół ani znajomych w moim wieku. Z mojego czasu. – Mamo, nie mów tak. Masz przecież szkolną przyjaciółkę, Irenę. Poza tym jesteś bardzo nowoczesna i wyglądasz dużo młodziej! Mamo, serio, co się dzieje? – zmartwiła się córka. – Wiesz przecież, iż Irena ma astmę i nie może długo rozmawiać przez telefon, zaczyna kaszleć. Mieszka też daleko, aż na drugim końcu miasta. Kiedyś byłyśmy we trójkę – pewnie Ci opowiadałam. A Marzenki już dawno nie ma. Wczoraj przyszła do mnie sąsiadka, pani Ania z mieszkania obok. Zaparzyłam jej herbaty, przyniosła jeszcze świeże drożdżówki dla swoich. Opowiedziała o dzieciach, o wnukach, chociaż jest ode mnie jakieś piętnaście lat młodsza. Ale ma zupełnie inne wspomnienia z dzieciństwa, z czasów szkoły. A ja… tak bardzo chciałabym pogadać z kimś w moim wieku, kto pamięta tamte czasy – Nina mówiła to córce, wiedząc jednak, iż ta jej nie zrozumie. Jest młoda, jej czas dopiero trwa, jest tu i teraz. Jeszcze nie czuje tej tęsknoty za wspomnieniami. Świetna z niej dziewczyna, troskliwa, to nie o nią chodzi. – Mamo, kupiłam bilety na wieczór z pieśniami w Filharmonii we wtorek. Pamiętasz, jak chciałaś iść? I proszę Cię, nie smuć się już, włóż swoją bordową sukienkę – wyglądasz w niej bosko! – Dobrze, córeczko, już dobrze, sama nie wiem, co mi się zebrało na wspominki. Dobranoc, zadzwoń jutro. Połóż się wcześniej, bo się nie wysypiasz – zmieniła temat Nina. – Tak, mamo, dobranoc – odpowiedziała córka i się rozłączyła. Nina w ciszy patrzyła wieczorem na migoczące światła miasta… Matura, też wiosna. Tyle planów. To było tak niedawno. Jej przyjaciółka Irena podkochiwała się w Maćku Malinowskim z klasy. Ale Maćkowi podobała się Nina. Dzwonił do niej wieczorami na domowy telefon, zapraszał na spacery. Ale Nina traktowała go po przyjacielsku, nie chciała dawać nadziei. Potem Maciek poszedł do wojska. Wrócił, ożenił się. Mieszkał później w starym bloku Ireny. I miał wtedy… telefon stacjonarny. Numer… Nina wykręciła dobrze zapamiętany numer. Długo nic, aż w końcu odezwał się cichy męski głos: – Halo, słucham? Może już za późno? Po co ja zadzwoniłam? Może Maciek już mnie nie pamięta, a może to nie on… – Dobry wieczór – głos Niny zadrżał lekko z emocji. Znów zaszumiało, a potem usłyszała zdziwione: – Nina? To naprawdę Ty? Oczywiście, iż Ty – głosu Twojego nie da się zapomnieć! Jak mnie znalazłaś? Byłem tu zupełnie przypadkiem… – Maćku, poznałeś mnie! – na Ninę spłynęła fala radosnych wspomnień. Nikt już od dawna nie zwracał się do niej po imieniu – tylko „mama”, „babcia” albo „pani Nina”. No, czasem Irena. A takie zwykłe „Nina” zabrzmiało cudownie, wiosennie, jakby tych wszystkich lat w ogóle nie było. – Nina, jak się miewasz? Cieszę się, iż dzwonisz – te słowa naprawdę ją ucieszyły. Bała się, iż nie pozna, albo będzie się bał z nią rozmawiać. – A pamiętasz klasę maturalną? Jak z Kubą kajakowaliście i potem na lodach na rynku słuchaliśmy muzyki? – rozmarzył się Maciek. – Jasne, iż pamiętam – zaśmiała się Nina szczęśliwie – Albo jak na biwaku w lesie pół nocy nie mogliśmy otworzyć konserwy, a byliśmy tacy głodni! – No właśnie! A potem ognisko, piosenki, gitara Kuby – pamiętasz? Przez Ciebie nauczyłem się grać na gitarze. – I co, umiesz? – głos Niny aż śmiał się młodością zalewającą ją wspomnień. Maciek przywracał ich wspólne dawne życie, przywołując coraz więcej szczegółów. – Jak u Ciebie teraz? – spytał Maciek, a potem sam odpowiedział – zresztą po głosie słychać, iż jesteś szczęśliwa. Masz dzieci, wnuki? I wciąż piszesz wiersze? Tak, pamiętam! „Zanikając w nocy, zmartwychwstaję o świcie!” Cudowny optymizm! Zawsze byłaś jak promyk słońca! Przy Tobie dusza się ogrzeje. Twoi bliscy mają z Tobą szczęście – taka mama, taka babcia to skarb. – Przestań, Maćku, przesadzasz! Mój czas już przeminął… Przerwał jej: – Nie mów tak! Czuć od Ciebie energię, aż telefon parzy! Żartuję, ale nie wierzę, iż zgubiłaś smak życia – niepasuje do Ciebie! Twoje chwile jeszcze się nie skończyły, Nina, więc żyj i ciesz się. Słońce świeci dla Ciebie. I wietrzyk gna obłoki po niebie dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie! – Maćku, no Ty jak zawsze romantyk… A co u Ciebie? Ja tylko o sobie… – ale nagle telefon zaszumiał, zaskrzypiał i połączenie się urwało. Nina przesiedziała dłuższą chwilę z telefonem w dłoni. Chciała oddzwonić, ale uznała, iż już późno. Innym razem. Ależ dobrze pogadali, ile powspominali… Nagle zadzwoniła wnuczka. – Tak, Dasiu, nie śpię. Co mówiła mama? Nie, mam świetny nastrój. Idę z mamą na koncert. Wpadniesz jutro? Super, czekam, pa. Nina położyła się spać w rewelacyjnym humorze. W głowie zrodziło się mnóstwo nowych planów! Zasypiając, układała linijki nowych wierszy… Rano postanowiła odwiedzić Irenę. Kilka przystanków tramwajem, nie pozostało taka stara. Irena bardzo się ucieszyła: – No wreszcie, już dawno miałaś przyjść. O, kupiłaś abrikotyn? Wiesz, iż to mój ulubiony tort! No opowiadaj – Irena aż się zakrztusiła, ale tylko machnęła ręką: – Wszystko w porządku, nowy inhalator, już mi lepiej. Chodźmy na herbatę. Ninka, jakbyś odmłodniała. Dawaj, mów, co się stało? – Sama nie wiem, chyba piąta młodość! Wyobraź sobie, wczoraj zupełnie przypadkiem zadzwoniłam do Maćka Malinowskiego. Tak, tego Twojego z dziesiątej klasy! Tyle rzeczy sobie przypomnieliśmy! A Ty co taka cicha, Irenko? Znów duszność? Irena zbladła, milczała długo, wpatrując się w Ninę, po czym wyszeptała: – Nino, nie wiesz, iż od roku Maćka już nie ma? I mieszkał przecież w innej dzielnicy, z tamtego mieszkania wyprowadził się dawno. – Ale jak to? Z kim więc rozmawiałam? Przecież pamiętał wszystkie szczegóły naszej młodości… Przed rozmową miałam okropny nastrój. A po niej, tak jakby dostałam nowe życie… Skąd mógł znać te wszystkie nasze wspomnienia? Przecież to był jego głos… Powiedział mi: „Słońce świeci dla Ciebie. I wietrzyk gna chmury dla Ciebie. I ptaki śpiewają dla Ciebie!” Irena pokręciła głową, nie wierząc do końca. W końcu powiedziała: – Nino, nie wiem, jak to możliwe, ale wygląda na to, iż to był on. Jego słowa, jego styl… Maciek Cię kochał. Myślę, iż chciał Cię wesprzeć… stamtąd. I chyba mu się udało. Jeszcze nigdy nie widziałam Cię tak radosnej i pełnej życia. Kiedyś ktoś pozbiera Twoje roztrzaskane serce. I przypomnisz sobie, iż jesteś… po prostu szczęśliwa.