Jak „europejskie nowinki” rozgrzały nasze małżeństwo, czyli jak propozycja otwartego związku przewró…

twojacena.pl 5 godzin temu

Słuchaj, Lidka… a może spróbujemy otwartego związku? zapytał ostrożnie Witold.
Co proszę? Lidka spojrzała na męża z niedowierzaniem. Ty mówisz poważnie?
A co w tym dziwnego? Całkiem normalna sprawa odparł Witold ze sztucznym spokojem, wzruszając ramionami w sposób, który miał wyglądać na luz. W Europie to standard, wszyscy tak żyją! Podobno to choćby odświeża związek. Sama mówiłaś, iż trochę czekolady przy diecie nie zaszkodzi, lepiej niż rzucić się na tort. No więc… różnorodność jest ważna.

Lidka zamrugała powoli. Porównywać kochankę do ptasiego mleczka mistrzostwo świata w kategoriach głupoty, albo wyjątkowej bezczelności.

Witek… zaczęła nieufnie. Jak chcesz odejść, to powiedz wprost. Dostaniesz swoją wolność, tylko mnie w te świństwa nie wciągaj.
Oj, nie bądź taka zasadnicza! Przecież cię kocham. Po prostu… nie ma już tego czegoś. Iskry brak, więc może warto wrzucić drewienko do kominka? Śpimy jak dwa niedźwiedzie na zimę, gadamy tylko o rachunkach i zakupach. To nie jest życie, potrzebujemy trochę emocji. Przecież ci niczego nie zabraniam. Poflirtujesz tu czy tam, rozluźnisz się. Co ci szkodzi?

Lidka przymrużyła oczy. Jasno zobaczyła, iż mąż kłamie. Te unikające spojrzenia, nerwowe stukanie palcami o blat… Tak, wolność przydałaby mu się już wczoraj.

Witek, powiedz prawdę. Masz już kogoś, tak? Proponujesz mi swobodę, żeby sumienie cię nie gryzło?
I się zaczęło machnął ręką. No pewnie, znalazłem sobie kogoś i teraz robię ci wykład! Szkoda, iż w ogóle zacząłem ten temat, bo ty to jak ze starej szkoły. Zresztą, zapomnij…

Po tych słowach odszedł jak obrażony święty do drugiego pokoju, zostawiając Lidkę z burzą myśli.

Dwadzieścia pięć lat. Oddała mu najlepsze lata, znosiła kryzysy, brak kasy, nadgodziny (które nagle mają inny wymiar)… A on, wygrzany i najedzony, proponuje jej bycie wspólniczką w szwindlu przeciw rodzinie. Rozluźnij się niezłe słowo. Wygodne.

Tę noc spędzili osobno. A raczej przez całą noc Lidka przekręcała się z boku na bok, patrzyła na sufit i zastanawiała się, gdzie im się to wszystko rozjechało. Przecież kiedyś Witek przynosił naręcza bzu spod Żabki, wymyślał romantyczne niespodzianki, a na świat przywitała ich córka. Teraz… Może lepiej byłoby, gdyby po prostu odszedł.

Gdzie ta granica? Gdy przestała się malować w domu? Kiedy on pierwszy raz zapomniał o ich rocznicy, powołując się na kontrolę z urzędu? Zresztą, już wszystko jedno.

Z jednej strony chciało się po prostu wziąć rozwód i mieć święty spokój. Z drugiej czy można tak po prostu wykreślić pół życia?

Nie było tam już wielkich namiętności, ale była codzienność, wspólny majątek i poczucie bezpieczeństwa. Córka od dawna na swoim, na horyzoncie emerytura, a z Witkiem ileż to razy ratowali się nawzajem z opresji. Raz choćby wziął na siebie kredyt konsumpcyjny, żeby pomóc jej matce. Rzadko kto się tak poświęci.

W środku Lidki kotłowała się mieszanka żalu, lęku i wkurzenia. Może myśli, iż już nikogo nie znajdę? przemknęło jej przez głowę. Stara baba, wiąże skarpetki dla wnuków i czeka, aż on po baletach jednak wpadnie do domu?

O, nie tym razem.

Dobrze rzuciła następnego ranka. Niech ci będzie.
Że jak?
Zgadzam się na te twoje otwarte związki.

Witold prawie zakrztusił się herbatą. Raczej spodziewał się histerii, a ona tu zupełny spokój.

No to fajnie. Sama zobaczysz, może ci się spodoba rzucił szybko. A właśnie, dziś będę dłużej w biurze.

Jakże szybko… czyżby się tak niecierpliwił?

Wieczór był szary i cichy. Lidka czuła się jak krówka ciągnięta na sprzedaż podczas wyprzedaży na Targu w Siedlcach. Jakby ją zważono i uznano za przeterminowaną.

Zerknęła w lustro. No tak, spojrzenie zmęczone, pierwsze zmarszczki, skóra już nie taka świeża, ale figury pozazdrościłaby jej niejedna. Włosy przez cały czas bujne. Może nie jest taka zła? Może to z Witoldem coś nie gra?
Inni mężczyźni patrzyli na nią inaczej. Choćby Andrzej, szef działu obok. Przeszedł do ich firmy miesiąc temu.

Facet przystojny, z lekkim siwym włosem i ciepłym głosem. Od początku ją adorował: drobne komplementy, otwierał drzwi, przynosił kawę. Zaprosił parę razy na lunch, a tydzień temu do restauracji.

Andrusiu, jestem na diecie. Nazywa się mąż w domu zażartowała wtedy.
Lidziu, małżeństwo to nie wyrok, tylko podpis, a życie trzeba sobie umilać uśmiechnął się Andrzej. Ale nie naciskam.

Witold chciał, żeby się rozluźniła? Proszę bardzo.

Dobry wieczór, Andrzeju. Czy twoje zaproszenie na kolację jest wciąż aktualne? Bo chyba coś bym jednak złamała w tej diecie wysłała mu na Messengerze.

To nie była choćby zemsta. Lidka po prostu zapragnęła przypomnieć sobie, jak to jest być kobietą. Poczuć swoje ja, które przez ostatnie dwa dni Witek rozdeptywał w kapciach.

Reszta wieczoru minęła zaskakująco miło. Andrzej był dżentelmenem: odsuwał krzesło, dopełniał lampkę wina, słuchał jej z taką uwagą, jakby nic innego nie istniało.

Lidce było trochę głupio, ale w niej przebudziły się dawno zapomniane emocje: podniecenie, chęć poczucia się znów ważną. Przez chwilę mogła się oderwać od rutyny, garów i skarpetek Witolda.

Może pojedziemy do mnie? Po drodze wpadniemy po jakiś fajny trunek, obejrzymy coś, dokończymy ten wieczór… zaproponował Andrzej, gdy skończyli deser.

Przytaknęła, choć cicho brzęczał głos rozsądku: Puknij się! Ale natychmiast przed oczami stanęła jej mina męża, gdy proponował różnorodność.

Gdy byli już przy Andrzeju, nagle jej telefon zadzwonił, aż podskoczyła. Mąż. Odrzuciła raz, potem drugi. Bez skutku.

No? odebrała, kontrolując głos.
Gdzie się włóczysz?! warknął Witold. Jest dziesiąta, w lodówce pustki, nie ma cię, oszalałaś? Żeby ci się w głowie nie przewróciło!

Zamurowało ją. Andrzej, słysząc ton głosu, dyskretnie ewakuował się do drugiego pokoju. Czary prysły.

adekwatnie… to jestem na randce, Witku.
Na czym?! Jakiej, do cholery, randce?!
Przypomnieć ci? Sam wczoraj proponowałeś: otwarty związek, spotkaj się z kimś, wyluzuj. No to się spotykam. Co, nie pasuje?

Zapadła cisza, przerywana tylko jego gniewnym sapanem. A potem wybuchło.

Ty… ty tak na serio, poszłaś do obcego chłopa?! Przecież żartowałem! Chciałem cię sprawdzić! A ty co? Dzień udawałaś focha i już do obcego lecisz?
Lidka kompletnie zgłupiała.

A ty do kogo dziś biegłeś?
Do nikogo! Byłem w pracy, tyle! Tak… Słuchaj, nie będę z tobą mieszkał. Pakuj się albo ja się wyprowadzam! Rozwód!

Rzucił słuchawką. Lidka wpatrywała się w ścianę. Czuła się splunięta i ośmieszona.

Wszystko w porządku? zajrzał Andrzej.
Tak,… Nic ważnego próbowała się uśmiechnąć, ale się nie umiała zebrać.
Lidka… spojrzał na zegarek. Szczerze, ten klimat nie służy dalszej randce. Lepiej wróć, przemyśl sprawę.

I po balu, i po dżentelmenie. Zamiast bajki stłuczone lustro, a zamiast rumaka facet, który nie chce wdepnąć w czyjś rodzinny gnój. Cóż, trudno się dziwić: liczył na luz, dostał rodzinny dramat.

Może lepiej było od razu złożyć papiery rozwodowe. Ale przecież dobry pomysł przychodzi zawsze za późno.

Tej nocy Lidka nie wróciła do domu. Wynajęła pokój w hotelu na Alejach Jerozolimskich. Nie miała ochoty znosić furii męża i potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, iż już nigdy nie będzie tak samo.

Minęły trzy lata
Życie, jak dobry rzeźbiarz, wystrugało z niej to, co zbędne, choć czasem boleśnie.

Witold podejrzanie gwałtownie znalazł sobie nową swobodną partnerkę. Jeszcze zanim oficjalnie sfinalizowali rozwód. Tyle iż ona uciekła dokładnie wtedy, gdy sprzedali wspólne mieszkanie. Przy tej okazji zgarnęła jego część gotówki.

Z Andrzejem do niczego nie doszło. przez cały czas mijali się w kuchni firmowej, ale już tylko wymieniali grzeczności. Lidka zrozumiała prostą rzecz: faceci, którzy chętnie grają rolę kochanków, gdy tylko wyczuje od nich zapach dramy czy potrzeby wsparcia, rozpływają się jak śnieg w kwietniu.

Lidka nie szukała już nikogo. Gdy tylko zamieszkała sama w swoim dwupokojowym mieszkaniu na Mokotowie, odkryła, iż ma worek wolnego czasu i energii. Dawniej pożerał ją dom i spełnianie zachcianek Witka. Teraz mogła zająć się sobą. Dla siebie, nie dla innych.

Basen z rana pomógł na kręgosłup, kursy angielskiego rozruszały głowę. Skróciła włosy, kupiła kolorową sukienkę.

A najważniejsze została babcią.

Córka, Marysia, urodziła pół roku temu. Na początku, kiedy rozwód wywołał awanturę, obraziła się na matkę. Witold odgrywał ofiarę, malując przed córką obraz zdradzającej i okrutnej żony, która rozbiła rodzinę dla romansu.

Ale czas zrobił swoje. Marysia przyjechała, żeby porozmawiać, wyrzucić pretensje, zobaczyć matkę w twarz. Zobaczyła nie lafiryndę, tylko zmęczoną, ale uczciwą kobietę.

Lidka opowiedziała jej wszystko. Że to Witek pierwszy zaproponował otwarte. Że już dawno wychodził ze służbowych spotkań do późna. Że czuła się z nim sama, choć byli razem. Marysia, już jako żona i matka, zrozumiała. Zwłaszcza, gdy Witek nagle chwalił się nową narzeczoną, bezczelnie. Wtedy stanęła po stronie matki.

Teraz Lidka siedziała w kuchni Marysi, trzymając na kolanach wnuczkę. Mała Sonia chwytała ją za palec z zapałem godnym olimpijczyka.

Tata znowu dzwonił… westchnęła córka. Chciał przyjechać, zobaczyć Sonię.
I co mu powiedziałaś? Lidka spokojnie.
Że nas nie ma w mieście. Nie chcę go tu, mamo. Obraża cię, a chwilę potem pyta, czy nie pomóc jeszcze was pogodzić. Zaraz się denerwuję, jakby miał Sonię nastawiać przeciwko tobie. Niech dalej żyje ze swoją wolnością.

Lidka milczała i tylko mocniej przytuliła wnuczkę.

Witold dostał to, czego chciał: pełną wolność. Już nikt nie wymagał uwagi, nikt nie psuł oglądania meczu. Tylko ta wolność okazała się mieć cierpki smak samotności. Ale na przywrócenie biegu rzeczy było już dawno za późno.

Idź do oryginalnego materiału