Książka

Dla kogo jest miasto? Spotkanie z Magdaleną Milert
Ciemność nad miastem – recenzja książki. Hopper i Nowy Jork
Ołowiane dzieci: historia walki z systemem na Netflixie od jutra
Wojciech Koronkiewicz gościem Dyskusyjnego Klubu Książki
Człowiek z wysokiego zamku, Philip K. Dick
"Prawnik z Lincolna" – czy będzie sezon 5? Kiedy premiera? Oto co już wiadomo na temat nowej serii
[Recenzja] „Cywilizacja Słowian. Prawdziwa historia największego ludu Europy” Kamil Janicki
Książki na złamane serce. 5 tytułów, które przyniosą odrobinę ukojenia po rozstaniu
Rusza nabór do 7. edycji Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO
Biblioteka Kraków szuka siedmiu wspaniałych jurorów
Polskie miasto zachwyciło twórcę kultowego serialu. Wspomniał o nim w produkcji!
Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy – Opowieść o kobiecej sile, życiu pomiędzy wsią a miastem, rodzinnych trudnościach i poszukiwaniu prawdziwego szczęścia w polskiej codzienności
Mój mąż utrzymywał swoją byłą żonę z naszych pieniędzy – aż w końcu postawiłam mu ultimatum Od początku wiedziałam o jego byłej. Nigdy nie ukrywał, iż był żonaty, iż ma córkę i płaci alimenty. choćby uważałam to za adekwatne – szlachetne. Szanowałam go za odpowiedzialność. Z czasem zrozumiałam coś znacznie gorszego: to, co brałam za odpowiedzialność, było tak naprawdę bolesnym poczuciem winy. Chronicznym, wyczerpującym, natrętnym. Winą, która wisiała nad nim jak chmura… i którą ktoś bardzo sprytnie wykorzystywał. Alimenty szły regularnie, kwoty były przyzwoite. Tylko iż obok nich funkcjonował cały świat „dodatkowych wydatków”. Trzeba nowy laptop do szkoły. Stary jest za wolny, a dzieci w klasie mają lepsze. Mój mąż wzdychał… i kupował. Językowy obóz. Bez niego córka „zostanie w tyle”. Mąż znowu się zgadzał, choć koszt był równy naszym wakacjom. Prezenty na Boże Narodzenie, urodziny, Dzień Kobiet, „tak po prostu”… wszystko musiało być najlepsze, najdroższe, najbardziej błyszczące. Bo „tata musi być dobry”. Była żona wiedziała, jak do niego mówić. Dzwoniła tym charakterystycznym tonem cierpiętniczki: „Ona będzie rozczarowana… rozumiesz? Sama nie dam rady.” I on rozumiał. Tak bardzo, iż przestawał widzieć rzeczywistość wokół siebie. Rzeczywistość, w której żył ze mną, w której mieliśmy plany, marzenia, przyszłość. Tylko iż pieniądze na naszą przyszłość wyciekały kroplami – na rzecz przeszłości, która nie znikała. Próbowałam rozmawiać. – Nie sądzisz, iż to już przesada? Ona ma wszystko, a my od dwóch miesięcy nie możemy kupić pralki. Obudź się… Patrzył winny i mówił: – To dziecko… Nie mogę odmawiać. Mówią, iż to trudny wiek. Muszę ją wspierać. – A moja samoocena? Nasze życie? – pytałam już ostrym tonem. Patrzył na mnie zdezorientowany. – Ty co… zazdrościsz? Dziecku? To nie była zazdrość. To była sprawiedliwość. Żyliśmy jakby w stanie klęski – wiecznie finansowaliśmy czyjąś „nagłą potrzebę”, która nigdy się nie kończyła. Nasza pralka dogorywała. Buczała, podskakiwała, zatrzymywała się w połowie cyklu. Marzyłam o normalnej, cichej pralce. Odkładałam z pensji, znalazłam model na promocji. Dzień zakupu był ustalony. Już wyobrażałam sobie, jak włączam pranie i nie boję się, iż znów się zepsuje. Tego ranka mój mąż był dziwnie milczący. Kręcił się po mieszkaniu, jakby czegoś szukał. I gdy już brałam torbę, powiedział: – Wziąłem pieniądze… na pralkę. Zmarzły mi palce. – Wziąłeś? Gdzie wziąłeś? – Na córkę. Pilne… Leczenie zębów. Była żona zadzwoniła późno, panika… Powiedziała, iż dziecko umiera z bólu, trzeba natychmiast do prywatnego lekarza, a tam bardzo drogo… Nie mogłem odmówić… Oparłam się o drzwi. – I… wyleczyli ją? – Tak, tak! – ożywił się, jakby najgorsze minęło. – Wszystko w porządku. Powiedzieli, iż poszło znakomicie. Patrzyłam na niego kilka sekund… i powiedziałam cicho: – Zadzwoń do niej. – Co? Dlaczego? – Zadzwoń. Zapytaj jak dziecko… i który ząb bolał. Zmierzył mnie wzrokiem, ale wykręcił numer. Rozmowa krótka. Widziałam, jak twarz zmienia się z pewności w zakłopotanie. Skończył rozmowę. – No… wszystko w porządku. Ból minął. – Który ząb? – powtórzyłam. – Nie ma znaczenia… – KTÓRY ZĄB? – mój głos zabrzmiał obco, szorstko. Westchnął. – Powiedzieli… iż to nie był ból. To miało być. Wybielanie. W tym wieku już można. I dziecko czekało cały rok… Siadłam przy kuchennym stole. Pieniądze na nasz normalny życie poszły na wybielanie zębów, bo ktoś tak uznał. Co najgorsze? On choćby nie poddał nic w wątpliwość. Nie sprawdził. Po prostu wziął i dał. Bo poczucie winy to zły doradca… ale świetne narzędzie do manipulacji. W domu zapanowała lodowata cisza. Prawie nie rozmawiałam z mężem. On próbował „łatać” sprawę drobnymi gestami, ale to jak naklejać plaster na wielką ranę. Już rozumiałam – nie walczę z jego byłą. Walczę z duchem, którego nosi w sobie. Duchem nieudanego małżeństwa. Niespokojnym poczuciem, iż „nie dał wystarczająco”. Że „musi zrekompensować”. A ten duch był głodny. Wciąż chciał nowych ofiar – pieniędzy, czasu, nerwów, upokorzenia. Kulminacja nastąpiła na urodzinach dziecka. Przezwyciężyłam napięcie i kupiłam dobrą, skromną książkę – taką, o której dziecko kiedyś wspomniało. Duże prezenty były od „mamy i taty”: nowy telefon jak mają tylko najbogatsze dzieci w klasie. Była żona wystrojona jak z magazynu. Przyjmowała gości jak pani domu. Uśmiechała się pięknie… ale była groźna. Przy prezentach, gdy dziecko wzięło moją książkę, powiedziała głośno, do całej sali, z uśmiechem: – Proszę, kochanie… kto naprawdę cię kocha, daje ci to, o czym marzysz. – i pokazała na lśniący prezent. – A to… – pogardliwie skinęła głową na książkę – to tylko od „jakiejś cioci”. Tak… na odczepne. Sala zamarła. Wszyscy spojrzeli na mnie. Potem na mojego męża. A on… nie powiedział nic. Nie stanął w obronie. Nie poprawił jej. Nic. Patrzył w podłogę. W talerz. W głąb siebie. Poskręcany, zgarbiony, jakby chciał zniknąć. Jego milczenie było głośniejsze niż policzek. To była zgoda. Wytrzymałam imprezę z kamienną twarzą. Uśmiechałam się, kiwałam głową… ale w środku już był koniec. Nie zakończenie. Nie „kryzys”. Koniec. Gdy wróciliśmy, nie zrobiłam sceny. Sceny są dla tych, którzy jeszcze walczą. Poszłam do sypialni, zdjęłam stary, zakurzony kuferek z szafy – ten, z którym mój mąż kiedyś do mnie przyszedł. I zaczęłam układać jego rzeczy. Wolno. Metodycznie. Bez drżenia. Koszule. Spodnie. Skarpetki. Wszystko poukładane. Usłyszał hałas, wszedł i gdy zobaczył kufer… zdrętwiał. – Co robisz? – Pomagam ci się spakować – powiedziałam spokojnie. – Co? Dokąd? O co chodzi? Przez dziś? Przecież ona zawsze taka jest… – Nie przez nią – przerwałam. – Przez ciebie. Włożyłam ostatnią rzecz. – Ty żyjesz w przeszłości. Każda twoja złotówka, każda myśl, każde milczenie – tam są. A ja żyję tu i teraz. Tu, gdzie nie mamy na pralkę, bo pieniądze poszły na wybielanie zębów z czyjegoś kaprysu. Gdzie publicznie mnie poniżają, a mój mąż patrzy w podłogę. Zamknęłam kufer. Wyprostowałam go. I spojrzałam mu w oczy. – Idź. Idź do niej. Pomagaj jej we wszystkim. Zęby, lekcje, wieczne dramaty i manipulacje. Odkupuj winę, jeżeli musisz ją nieść. Ale rób to tam, nie tu. Zwolnij to miejsce. – Jakie miejsce? – Miejsce mężczyzny w moim życiu. Ono jest zajęte. Zajęte przez ducha innej kobiety. Mam już dosyć dzielenia z nim łóżka, pieniędzy i przyszłości. Wzięłam kufer, postawiłam przy wejściu. On go zabrał… i wyszedł. Nie spojrzałam na drzwi. Pierwszy raz od dawna poczułam, iż powietrze należy do mnie. Że dom jest mój. Że moja dusza wreszcie ma dla siebie miejsce. Po dwóch miesiącach nasze małżeństwo było oficjalnie rozwiązanе.
Ciepły posiłek, który ukoi ból [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Ponad 5,2 metra długości i wersja EREV na dalekie trasy. Ten samochód ma podbić globalny rynek
George R.R. Martin zdradził skąd w ogóle wziął się Rycerz siedmiu królestw. „Są historie, które piszą się same”
Spotkanie z Ewą Danowską w bocheńskiej Bibliotece – ZDJĘCIA
Książka Ebook "Wiatr od morza. Sztorm" Magdalena Witkiewicz - recenzja
Dzieci z klas znikały na miesiące. Tak obnażono "ołowianą" prawdę
Tańcząc w piekle. Historia baleriny z Auschwitz [FRAGMENT KSIĄŻKI]
„Co drewno ma do opowiedzenia” – wernisaż wystawy Tomasza Furgały
Amazon Prime Video z nową historią pełną akcji. Powraca doceniona produkcja
Mickiewicza wielkopolskie drogi
40 lat temu zmarł Frank Herbert
Echo w nocnej ciszy – opowieść Aleksandry, która w rehabilitacyjnym szpitalu pierwszy raz w życiu nie przygotowuje się do świąt, gdzie samotność w sylwestrową noc niespodziewanie prowadzi ją na spotkanie przyjaźni w śnieżnym warszawskim parku
Znalazłam miłość po sześćdziesiątce, ale moja córka nie może się z tym pogodzić!
Michał Jędryka: Ołowiowy pył spadał prosto z kominów. Przy nazwiskach dzieci pojawiały się krzyżyki [WYWIAD]
Nowe „Wichrowe Wzgórza” trafią do kin. Co warto wiedzieć o filmie, który już teraz budzi emocje?
Witamy w Funlandii – recenzja książki. W krainie mutantów i koszmarów
Miłość niejedno ma imię. Wystawa nie tylko dla zakochanych
Quiz dla prymusów. Pytamy o lektury szkolne z liceum. Pobij 9/12!
Piotr Adamczyk : Pożądanie mieszka w szafie
Nicole Krauss : Historia miłości
Diana Kirschner : Miłość w 90 dni – Jak znaleźć prawdziwe uczucie
Jerzy Nitka : Rozwiązania zadań ze zbioru Mendla Część 1
Stefan Sękowski : Elementarz chemii organicznej
Anna Bartosz : Literatura polska w pigułce
Anna Kietlińska : Literatura w pigułce
Mój dorosły syn zawsze trzymał mnie na dystans. Kiedy trafił do szpitala, odkryłam jego drugie życie – i ludzi, którzy znali go w zupełnie inny sposób niż ja…
Piotr Pieśniarczyk : Historia Polski w pigułce
Stefan Sękowski : Bazar chemiczny
Hanna Muszyńska-Hoffmannowa : Kochałam księcia Józefa
"Huk postawił na nogi całą dzielnicę". Bomba była nie do wykrycia [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Pink Troubadour – Pilgrims: Curious Adventures
Odtwórca roli Draco zdradza szczegóły serialu. Tego się nie spodziewaliśmy
Ustawa metropolitalna. Obietnice bez finału
– Okłamałaś mnie! – Krzyczał Kamil, stojąc pośrodku salonu czerwony ze złości. – W jakim sensie okłamałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a mimo to wyszłaś za mnie! – Będziesz najpiękniejszą panną młodą – mama poprawiła welon, a Antonina uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. Biała suknia, koronki na rękawach, Kamil w eleganckim garniturze. Wszystko będzie dokładnie tak, jak marzyła od piętnastego roku życia: wielka miłość, ślub, dzieci. Dużo dzieci. Kamil chciał syna, ona córkę – umówili się na trójkę, żeby nikomu nie było przykro. – Za rok już będę niańczyć wnuki – powtarzała mama, ocierając łzy wzruszenia. Antonina wierzyła w każde słowo. Pierwsze miesiące małżeństwa upłynęły pod znakiem szczęśliwej codzienności. Kamil wracał z pracy, ona witała go kolacją, zasypiali przytuleni – a każdego ranka Antonina z bijącym sercem sprawdzała kalendarz. Spóźnienie? Nie, tylko się wydawało. Jeszcze jeden miesiąc. I kolejny. Do zimy Kamil przestał pytać z nadzieją „no i co?”. Teraz milczał, kiedy Antonina wychodziła z łazienki. – Może pójdziemy do lekarza? – zaproponowała w lutym, kiedy minął niemal rok. – Już dawno powinniśmy to zrobić – mruknął Kamil, nie odrywając wzroku od telefonu. Klinika pachniała chlorem i beznadzieją. Antonina siedziała w kolejce pośród takich samych kobiet ze zgaszonymi oczami, przewracała kolorowy magazyn o macierzyństwie i myślała, iż to jakaś pomyłka. U niej wszystko będzie dobrze. Po prostu jeszcze nie teraz. Badania. USG. Kolejne badania. Nazwy procedur zlewały się w jeden niekończący się strumień obcych miejsc i obojętnych twarzy pielęgniarek. – Szanse na naturalne poczęcie – około pięciu procent – powiedziała lekarka, patrząc w kartę. Antonina kiwała głową, notowała coś w zeszycie, zadawała pytania. Ale w środku została z lodowatą pustką. Leczenie zaczęło się w marcu. A razem z nim zmiany. – Znowu płaczesz? – Kamil stał w drzwiach sypialni; w jego głosie dominowało zniecierpliwienie zamiast współczucia. – To przez hormony. – Trzeci miesiąc? Może przestań się mazać? Mam już dość! Antonina chciała wytłumaczyć, jak wygląda terapia, iż trzeba czasu, iż lekarze obiecują efekt po pół roku do roku. Ale Kamil już wyszedł, trzaskając drzwiami. Pierwsze in vitro miała zaplanowane na jesień. Przez dwa tygodnie Antonina prawie nie wstawała z łóżka, bojąc się spłoszyć cud. – Negatywny wynik – usłyszała przez telefon od pielęgniarki. Opadła na podłogę w korytarzu i siedziała tam do wieczora, aż Kamil wrócił. – Ile już na to wszystko wydaliśmy? – spytał zamiast „jak się czujesz?”. – Nie liczyłam. – Ja liczyłem. Prawie sto tysięcy. I co dalej? Nie odpowiedziała. Nie było odpowiedzi… Druga próba. Kamil zaczął wracać po północy, pachniał obcymi perfumami, ale Antonina nie pytała. Nie chciała wiedzieć. Znowu negatyw. – Może już wystarczy? – Kamil siedział naprzeciw niej w kuchni, bawił się pustym kubkiem. – Ile można próbować? – Lekarze mówią, iż trzecia próba często się udaje. – Lekarze powiedzą wszystko, jeżeli im zapłacisz! Trzeci raz przeszła prawie samotnie. Kamil „zostawał w pracy” każdego wieczoru. Koleżanki przestały dzwonić – miały dość pocieszania. Mama płakała do słuchawki i załamywała ręce – taka młoda, taka ładna, za co ci to, córeczko… Kiedy pielęgniarka trzeci raz powiedziała „niestety”, Antonina już choćby nie płakała. Łzy skończyły się gdzieś między drugą kuracją a kolejną kłótnią o pieniądze. – Okłamałaś mnie! Kamil stał pośrodku salonu rozpalony gniewem. – W jakim sensie okłamałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż jesteś bezpłodna, i mimo to wzięłaś ze mną ślub! – Nie wiedziałam! Diagnoza była dopiero rok po ślubie, sam byłeś u lekarza, kiedy… – Nie kłam! – ruszył w jej stronę, a Antonina cofnęła się odruchowo. – Specjalnie tak wszystko ustawiłaś! Znalazłaś frajera do ślubu, a potem – niespodzianka! Dzieci nie będzie! – Kamil, proszę… – Dość! – chwycił wazon i rzucił nim o ścianę. – Zasługuję na prawdziwą rodzinę! Z dziećmi! A nie to wszystko! Wskazał ją palcem, jakby była czymś ohydnym, pomyłką losu. Awantury stały się codziennością. Kamil wracał zły, cały wieczór milczał, aby potem wybuchnąć z byle powodu: nie ten pilot, przesolona zupa, za głośno oddychasz. – Rozwodzimy się – oznajmił pewnego ranka. – Co? Nie! Kamil, możemy adoptować dziecko, czytałam… – Nie chcę cudzego! Chcę swoje! I żonę, która może je urodzić! – Daj mi jeszcze jedną szansę! Proszę. Kocham cię. – A ja już ciebie nie! Powiedział to spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. To bolało bardziej niż wszystkie poprzednie krzyki razem. – Pakuję się w piątek wieczorem. Antonina siedziała pod kocem, patrząc jak on wrzuca koszule do walizki. Ale nie umiał się pakować w ciszy. – Odchodzę, bo jesteś jałowa. Kamil nie przestawał wbijać szpil. – Znajdę sobie normalną kobietę. Antonina milczała… Drzwi się zamknęły. W mieszkaniu zapadła cisza. Dopiero wtedy naprawdę się rozpłakała – pierwszy raz od wielu miesięcy, wyła na głos, aż ochrypła. Pierwsze tygodnie po rozwodzie zlały się w szarą plamę. Antonina wstawała, piła herbatę, kładła się z powrotem. Czasem zapominała zjeść. Czasem zapominała, jaki jest dzień tygodnia. Przychodziły przyjaciółki, przynosiły jedzenie, sprzątały mieszkanie, próbowały rozmawiać – ona kiwała głową na wszystko, a potem znów wracała pod koc i patrzyła w sufit. Ale czas mijał. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. I pewnego ranka Antonina pomyślała: dość. Wstała, wzięła prysznic, wyrzuciła wszystkie leki z lodówki i zapisała się na siłownię. W pracy poprosiła o trudny projekt na trzy miesiące, wymagający pełnego zaangażowania. W weekendy zaczęła wyjeżdżać na wycieczki, potem na krótkie podróże – Kraków, Gdańsk, Zakopane. Życie nie stanęło w miejscu. Darka spotkała w księgarni – oboje sięgnęli po ostatni egzemplarz nowej książki Remigiusza Mroza. – Proszę, pani pierwsza – uśmiechnął się, ustępując. – A jeżeli oddam panu, a pan zaprosi mnie na kawę? – wypaliła Antonina, zdziwiona odwagą. Za kawą opowiedział o Zosi – siedmioletniej córce, którą samotnie wychowuje od pięciu lat, odkąd żona umarła. O tym, jak ciężko było na początku, jak Zosia budziła się w nocy i wołała mamę, jak uczył się zaplatać warkocze z YouTube’a. – Jesteś dobrym tatą – stwierdziła Antonina. – Staram się. Nie chciała kłamać. Na trzecim spotkaniu, już wiedząc, iż Darek to ktoś więcej, wyznała wszystko. – Nie mogę mieć dzieci. Oficjalna diagnoza, trzy nieudane in vitro, mąż odszedł. jeżeli to dla ciebie ważne – lepiej wiedzieć teraz. Darek milczał długo. – Mam Zosię – odezwał się w końcu. – Potrzebuję ciebie, choćby jeżeli nie będziemy mieć wspólnych dzieci. – Ale… – Dasz radę – przerwał. – Będziesz mamą. jeżeli zechcesz. Moja mama miała podobną diagnozę. I co? Siedzę przed tobą. Cuda się zdarzają. Zosia zaakceptowała ją zaskakująco szybko. Najpierw była poważna i odpowiadała krótko, ale gdy Antonina zapytała o ulubioną książkę – rozgadała się pół godziny o Harrym Potterze. Przy drugim spotkaniu sama chwyciła ją za rękę. Przy trzecim poprosiła: „Zapleciesz mi takie warkocze jak Elsa z Krainy Lodu?”. – Podobasz się jej – potwierdził Darek. – Jeszcze nikt jej tak nie zjednał. Dwa lata minęły niepostrzeżenie. Antonina przeprowadziła się do Darka, nauczyła piec naleśniki na sobotnie śniadania, znała na pamięć wszystkie odcinki „Psi Patrolu” i znalazła siłę, by pokochać znowu. Prawdziwie, bez strachu, bez nieufności. W sylwestrową noc, kiedy zegar wybił północ, Antonina pomyślała życzenie. Wyszeptała bezgłośnie: „Chcę dziecko”. Od razu się przestraszyła – po co rozdrapywać stare rany? – ale życzenie już poszło w świat. Po miesiącu była spóźniona. – To niemożliwe – powtarzała, wpatrując się w dwie kreski testu. – Pewnie wybrakowany. Drugi test. Dwie kreski. Trzeci! Czwarty! Piąty! – Darku – wyszła z łazienki na miękkich nogach. – Ja… chyba… nie mam pojęcia, jak to możliwe… On zrozumiał szybciej niż zdążyła dokończyć. Porwał ją w ramiona, wirował po pokoju, całował po czole, po nosie, po ustach. – Wiedziałem! Mówiłem, iż dasz radę! Lekarze patrzyli na nią jak na cud. Przeglądali stare wyniki, zlecili kolejne badania. – To niemożliwe! – kręcił głową lekarz. – Przy takim rozpoznaniu… Od dwudziestu lat nie widziałem czegoś podobnego. – Ale jestem w ciąży? – W ósmy tygodniu. Wszystkie wyniki prawidłowe. Antonina się roześmiała. Cztery miesiące później przypadkiem spotkała kolegę Kamila w supermarkecie. – Słyszałaś o Kamilu? – zapytał, patrząc zmieszany na jej już zaokrąglony brzuch. – Trzeci raz się ożenił. I nic. Z żadną mu się nie udało. – Nie udało się? – No tak, dzieci. Ani z drugą, ani z trzecią. Lekarze mówią, iż to u niego problem. Wyobrażasz sobie? A wszystko zwalał na ciebie. Antonina nie wiedziała, co powiedzieć. W środku nie drgnęło nic – ani satysfakcja, ani żal. Pustka w miejscu, gdzie kiedyś była miłość… …Syn urodził się w sierpniu, słonecznego poranka. Zosia siedziała z Darkiem na korytarzu, zniecierpliwiona jak nigdy. – Mogę go potrzymać? – zapytała, zaglądając do sali. – Ostrożnie – Antonina podała jej mały tobołek. – Podtrzymuj główkę. Zosia patrzyła na młodszego brata z szeroko otwartymi oczami, potem spojrzała na Antoninę. – Mamo, on zawsze będzie taki czerwony? Mam… Antonina rozpłakała się, Darek objął je obie, Zosia niepewnie zerkała to na rodziców, to na braciszka, nie rozumiejąc, dlaczego wszyscy płaczą. A Antonina zrozumiała jedną istotną rzecz. Czasem potrzeba tylko adekwatnej osoby obok, aby uwierzyć w niemożliwe… A Wy, co o tym sądzicie? Podzielcie się swoimi przemyśleniami w komentarzach i wesprzyjcie autora polubieniem!
SŁOWO OD HELI (CZYLI PRYMA SORT OPOWIEŚĆ)
Ciocia Rita – Opowieść o samotności, cynizmie i niespodziewanej przemianie w zwyczajnym blokowisku Warszawy: jak jedno spotkanie w windzie odmieniło na zawsze moje życie oraz losy chorej sąsiadki, jej dzieci i mnie samej
Wędzony Filet z kaczki Drosed