Książka

Język Pratchetta zdradzał chorobę na 10 lat przed diagnozą
Serce? Masz tylko dwanaście lat, co ty wiesz o sercu?
Książki Sapkowskiego nie są już dostępne w Hiszpanii. "Czytelnicy zasługują na poznanie prawdy"
Guy Ritchie bierze na warsztat kultowego detektywa — zobacz trailer "Młodego Sherlocka"
"Szepty mroku" otrzymują zielone światło na kolejny sezon
– Wezmę twoją córkę do mojej klasy, jeżeli nie masz nic przeciwko – powiedziała nauczycielka, która usłyszała rozmowę mojej mamy, dyrektorki i jeszcze jednej nauczycielki.
Przyszłość długiego życia pod lupą ekspertów – wyjątkowe spotkanie z udziałem przedstawicieli medycyny, ekonomii, biznesu i świata nauki
Nie będzie przebaczenia – Czy kiedykolwiek myślałaś o odnalezieniu swojej matki? Pytanie padło niespodziewanie i wprawiło Wiktorię w osłupienie. Próbowała skupić się na dokumentach z pracy, ale nagle wszystkie wspomnienia i tłumione przez lata emocje wróciły z całą mocą. Odpowiedź Aleksieja wzburzyła ją do głębi – nigdy nie chciała wracać do przeszłości i roztrząsać decyzji kobiety, która kiedyś na zawsze zmieniła jej życie, zostawiając ją samotną na warszawskim Dworcu Centralnym. Czy naprawdę można przebaczyć matce, która porzuciła dziecko w deszczowy październik, a potem przez lata nie pojawiła się w jego życiu? Gdy Aleksiej, mimo wyraźnych próśb, postanawia na własną rękę doprowadzić do spotkania Wiktorii z biologiczną matką, naruszając jej granice i najgłębsze rany, dziewczyna staje przed najtrudniejszym wyborem: czy pozwolić przeszłości wrócić, czy wybrać tych, którzy byli dla niej rodziną naprawdę? To opowieść o bólu, lojalności, utracie i sile, by samodzielnie budować swoje szczęście – choćby jeżeli ceną jest zerwanie z przeszłością bez szansy na przebaczenie.
Prawo do niespiesznego życia: Opowieść o Ninie, która uczy się mówić „nie”, stawiać granice i odzyskiwać swój czas w świecie niekończących się obowiązków rodzinnych i zawodowych
Ulubiona postać fanów "Plotkary" powróci – ale nie w takiej formie, o jakiej myślicie. Co wiemy o sequelu?
Zbadali książki Terry’ego Pratchetta. Na jaw wyszło coś niezwykłego
Najnowsze odcinki hitu Czwórki. Emocje w nowych "Sprawiedliwych" sięgną zenitu
Czytanie naprawdę przedłuża życie. Naukowcy policzyli, ile wystarczy dziennie i dlaczego to działa
Disney szykuje serialową wersję "Eragona"
Rycerz Siedmiu Królestw George R.R. Martin
OBŁĄKANE ELITY ZACHODU, A DZIECI
Widzowie nucili ją latami. Kulisy powstania czołówki "M jak miłość"
Rozpoczęło się głosowanie na Książkę Roku 2025. Możesz wybrać najlepsze tytuły!
Potwierdziły się doniesienia o parze z "Rolnika". Lawina komentarzy
Biały Kruk Live! – rozmowa o antologii „Przestrzenie pomiędzy światami”
„— Idź stąd!!! Mówię ci – idź! Co tutaj się pałętasz?! — Klaudia Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią ogromny półmisek gorących pierogów i popchnęła sąsiadującego chłopaka. — No już, idź stąd! Kiedy w końcu twoja matka zacznie na ciebie zwracać uwagę?! Leń patentowany! Wychudzony jak patyk Szymek, nazywany przez wszystkich Konikiem, rzucił surowe spojrzenie na sąsiadkę i powlókł się w stronę własnego progu. Ogromny dom podzielony na kilka mieszkań zasiedlały tylko dwie i pół rodziny: Pokotilowie, Semonowie i Karpenkowie — Kasia z Szymkiem. Ci ostatni stanowili ową „połówkę”, na którą nikt nie zwracał większej uwagi, do momentu, aż pojawiła się pilna sprawa…” (Jeśli tytułem ma być cały otwierający „lead” – zachowana długość i styl, z typowo polskimi imionami, miejscowym kolorytem i narodowymi smakołykami, jak pierogi i jabłoń. jeżeli ma to jednak być klasyczny tytuł, a nie lead narracji — proszę dać znać, wykonam go zgodnie z wytycznymi!)
Wyłudzenia danych na Poradnik Bezpieczeństwa. Uwaga na oszustów
FASOLKA z kiełbasą i cebulą w sosie pomidorowym
Spotkanie z Andrzejem Ziemiańskim we Wrocławiu
Książka, która trzyma w napięciu i sprawia, iż zaczynamy się bać
Antologia „Insekcje”
Droga do korony – warsztaty w ramach ferii zimowych
Polacy stracili głowę dla tego serialu. Już miesiąc w top 10 Netflixa
Mroczne tajemnice domów księży emerytów. "Połowa to bardzo młodzi księża"
— Spadaj stąd!!! Mówię ci – idź, już! Czego się tu kręcisz?! — Klaudia Matejówna z hukiem postawiła na stole, pod rozłożystą jabłonią, wielki półmisek z gorącymi pierogami i popchnęła sąsiadującego chłopaka. — No, won mi stąd! Kiedy twoja matka w końcu zacznie cię pilnować?! Nicpoń! Chudy jak patyk Szymek, znany wszystkim tylko pod pseudonimem „Konik”, rzucił spojrzenie na ostrą sąsiadkę i powlókł się w stronę swojego ganku. Ogromny, przedwojenny dom podzielony na kilka mieszkań, był tylko częściowo zamieszkany. Na co dzień bytowały tu w zasadzie dwie i pół rodziny: Pakotowscy, Siemieniowie oraz Karpenkowie — Kasia z Szymkiem. Ostatnia dwójka była właśnie tą symboliczną „połówką”, na którą nikt nie zwracał większej uwagi i wolał udawać, iż ich nie ma, dopóki nie nastąpiła nagła potrzeba. Kasię nikt nie traktował poważnie, uważało się ją za nieistotną — jakby była niewidzialna. Poza synem Katarzyna nie miała nikogo. Ani męża, ani rodziców. Sama radziła sobie, jak umiała. Patrzono na nią krzywo, ale w zasadzie nie dokuczano, no, może czasem przegnano jej Szymka, który z racji wychudłych, długich rąk i nóg oraz dużej głowy zwany był „Konikiem”. Konik był niewyjściowy, strachliwy, ale niezwykle serdeczny. Nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka — natychmiast pocieszał, za co często dostawał reprymendę od matek, które nie życzyły sobie, by ich pociechy zbliżały się do tego „Straszydła”. Kim jest Straszydło, Szymek długo nie wiedział. Dopiero, gdy mama podarowała mu książkę o Dorotce (przygody dziewczynki z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”), pojął, skąd przezwisko. Nie obraził się jednak. Uznał nawet, iż skoro inni mu tak mówią, to znaczy, iż znają bajkę i wiedzą, iż Straszydło było dobre, mądre i odważne — takim chciał być. Kasia nie poprawiała syna w tych poglądach. Uznała, iż nie ma nic złego, jeżeli dziecko myśli lepiej o ludziach niż są w rzeczywistości — świat i tak go później nauczy, ile jest w nim zła. Niech cieszy się dzieciństwem… Swojego syna Kasia kochała bez granic. Wybaczyła ojcu Szymka jego nieroztropność i zdradę, sama poniosła swój los na ramionach już w szpitalu i zgromiła położną, gdy coś niepochlebnego rzuciła o wyglądzie chłopca. — Nie przesadzajcie! Mój syn jest najpiękniejszy! — Nikt się nie kłóci! Ale mądry przecież z niego nie wyrośnie… — Jeszcze zobaczymy! — Kasia głaskała twarzyczkę syna i płakała. Dwa lata bezustannie woziła Szymka po lekarzach. Załatwiała sprawy, chodziła do miasta starą busem, tuląc synka mocno do siebie. Współczujących spojrzeń nie dostrzegała, a na każdą „dobrą radę” zamieniała się we wściekłą wilczycę: — Tego swojego oddaj do domu dziecka! Nie? No to mnie nie mów, co mam robić! Do drugiego roku życia Szymek wyrównał, przytył, a w rozwoju kilka ustępował rówieśnikom. Urodziwy nie był, to pewne. Duża, lekko spłaszczona głowa, cienkie rączki-nóżki i chudość, z którą Kasia walczyła, ograniczając sobie wszystko, by jemu dać to co najlepsze. To odbiło się na jej zdrowiu, ale Szymkowi niemal przeszły wszystkie kłopoty — lekarze przestali się nim niepokoić. — Takich matek na palcach policzyć! Dziecku groziła niepełnosprawność, a teraz patrzcie na niego! Bohater! — mówili. — To nie o Szymka, Kasiu, tylko o tobie! Ty jesteś wzorem! Ona wzruszała ramionami — czy matka nie powinna po prostu kochać dziecka? To nic bohaterskiego, tylko naturalne. Kiedy Szymek szedł do pierwszej klasy, już czytał, pisał i liczył, choć z lekkim jąkaniem, co zamazywało nieco jego zdolności. Nauczycielka często przerywała mu i przekazywała innym dzieciom czytanie na głos, narzekając potem w pokoju nauczycielskim, iż z Szymkiem trudno wytrzymać przy tablicy. Szczęśliwie, długo nie uczyła — gwałtownie wyszła za mąż i odeszła, a w klasie pojawiła się pani Maria Ilkówna. Pani Maria, nauczycielka z powołania, gwałtownie rozpoznała w Koniku nieprzeciętną wrażliwość. Porozmawiała z Kasią, skierowała Szymka do logopedy, a zadania poleciła oddawać na piśmie. Chwaliła: „Jak pięknie piszesz, Szymku!”. Szymek rozpromieniał się przy tych słowach, a Maria Ilkówna zawsze czytała jego prace na głos, podkreślając, jaki jest zdolny. Kasia płakała z wdzięczności i bez końca chciała dziękować nauczycielce, ale ta stanowczo odmawiała: — To moja praca! Masz wspaniałego syna! Konik biegł na lekcje z taką radością, iż aż sąsiedzi się śmiali: — O, nasz Konik pogalopował! To i my już chyba do roboty! Ech, natura, jak mogła tak skrzywdzić dziecko… Po co ona go w ogóle zostawiła? Co myślą o niej i Szymku sąsiedzi, Kasia wiedziała. Ale nie kłóciła się — przecież jak Bóg nie dał komuś serca, żaden człowiek go nie nauczy być ludzkim. Po co się zadręczać, skoro można zrobić coś pożytecznego — zasadzić nową różę albo upiększyć dom. Podwórze, na którym pod każdym oknem kwitły rabatki i mały sad na tyłach ogródka, nikt nie ogradzał. Powszechne było niepisane prawo — kawałek ziemi przy ganku to „teren” tej właśnie rodziny, która miała tam wejście. Kąt Kasi był najpiękniejszy. Kwitły tu róże i ogromny bez, a schody wyłożone były mozaiką z potłuczonych kafelków — zdobytych od dyrektora miejscowego domu kultury. Z tej „bezwartościowej sterty” kawalątek po kawałeczku Kasia układała swój wzór tak długo, aż schody stały się cudem, na który zaglądała cała okolica. — No popatrz no tylko! Toż to istny majstersztyk! Dla Kasi jednak największą nagrodą były słowa syna: — Mamo, jak tu pięknie… Szymek wodząc palcami po pachnących świeżością kawałkach kafelków, był szczęśliwy, a Kasia znów płakała — on ma tak kilka powodów do radości… Czasem pochwała w szkole, czasem matczyny uścisk i smakołyk — ot, całe szczęście. Konik był samotny — chłopakom nie dorównywał w bieganiu, a wolał czytać niż grać w piłkę. Dziewczyny nie pozwalały mu się zbliżać, zwłaszcza sąsiadka Klaudia, która miała trzy wnuczki — pięć, siedem i dwanaście lat. — Ani się waż do nich zbliżać! — straszyła go pięścią. — To nie dla ciebie dziewczynki! Co siedziało w kręconej od trwałej głowie Klaudii, nie wiedział nikt. Kasia Szymkowi nakazywała nie mieszać się w jej sprawy i trzymać się z daleka od babci i jej wnuczek. — Po co ją denerwować? Jeszcze się rozchoruje… Konik przyznał rację i trzymał się z dala od sąsiadki. choćby tego dnia, gdy Klaudia szykowała się do święta, po prostu przechodził obok — nie szukał towarzystwa. — O mój Boże, grzechy moje ciężkie… — westchnęła Klaudia, przykrywając półmisek wyszywanym ręcznikiem.— Zaraz powiedzą, iż jestem skąpa! Poczekaj-no! Z łaski wybrała kilka pierogów i podbiegła do chłopaka. — Masz! I żeby cię tu we dworze nie było! Święto mamy! Siedź spokojnie u siebie, aż matka z pracy wróci, rozumiesz? Szymek skinął głową i podziękował za pierogi. Ale Klaudia już nie patrzyła — na urodziny najmłodszej i ukochanej wnuczki, Swietłanki, miał się zjawić tłum gości! Syn sąsiadki, cherlawy Szymek–Konik był zupełnie zbyteczny! Po co dzieci straszyć tym wyłupiastym? Jeszcze spać nie będą! Kiedyś już odmawiała sąsiadce opieki nad nim: — Kasiu, po co ci dziecko?! Drogi mu nie ukażesz. Zmarnieje albo zginie pod płotem! — Widziała mnie pani choć raz z kieliszkiem? — Kasia się nie dawała. — To nic nie znaczy! Przy takim losie — nie zaznasz niczego! Ty, i dziecko, nie masz nikogo! Nie wiesz, co to być matką! Nie nauczono cię! Po co mu się męczyć? Oddaj póki czas! Od tego czasu Kasia się z Klaudią nie witała. Przechodziła obok dumnie niosąc swój wielki, niezgrabny brzuch, choćby nie zerkała. — I po co się gniewasz? Ja ci dobrze chcę! — kręciła głową Klaudia. — A to dobre! Mi pani współczucia nie potrzeba! Mam swoją radość! — odpierała Kasia, głaszcząc brzuch i szepcząc do nieznanego jeszcze Konika: — Nie bój się, maluszku! Nikt cię nie skrzywdzi! Co mu się przydarzy, Szymek mamie nie opowiadał. Chronił ją. Sam płakał w kącie, gdy mocno go skrzywdzono — nie chciał, by mama się martwiła. Obraza gwałtownie przechodziła, bo łatwiej żyć bez żalu do ludzi… Kochał czas, bo wiedział, iż nic nie jest cenniejsze. Był już duży i Klaudii się nie bał, ale choćby jej nie lubił — uciekał od jej złości i jadowitych słów. Gdyby zapytała, co o niej myśli, bardzo by się zdziwiła. Szymek jej współczuł. Tak szczerze, po swojemu. Żal mu było tej kobiety, która traciła swoje chwile na złość. Bo dla niego cenniejsze były sekundy. Wiedział, iż czasu nigdy nie da się cofnąć… …Siedząc na parapecie i żując pieroga, Szymek patrzył na bawiące się na łące wnuczki Klaudii i inne dzieci, które przyszły świętować urodziny Swietłanki. Jubilatka w różowej sukience wirująca jak motyl była dla Szymka niemal bajkową wróżką — tak ją sobie wyobrażał. Po chwili ochota gry przeniosła się do starej studni — tam łąka była większa. Szymek pobiegł do sypialni matki, bo z jej okna najlepiej było widać okolicę. Z zachwytem śledził harce, aż się nie ściemniło. W pewnym momencie z oczu zniknęła różowa plamka — Swietłanki nie było! Zrozumiał od razu — coś się wydarzyło przy studni… Pobiegł na ganek i po chwili już pędził na podwórze, nie słysząc choćby wrzasków Klaudii, iż zabroniła mu wychodzić. Dzieci nie zauważyły nieobecności Swietłanki. Szymek dopadł do krawędzi studni i spostrzegł w głębi odbłysk jasnej sukienki. Krzyknął: — Przytul się do ściany! Położył się na brzegu, zsunął do środka, raniąc brzuch o gnijące belki, i zanurkował w ciemność. Wiedział, iż Swietłanka nie umie pływać — nie raz próbował na miejskim kąpielisku nauczyć się razem z nią, ale tylko on pływać się nauczył. Teraz nie było czasu myśleć — w studni liczyła się każda minuta. — Nie bój się, jestem tu! — objął ją, jak nauczyła mama, i starał się krzyczeć o pomoc. Po chwili zorientowała się babcia, a zaraz przyleciała Kasia wracająca z pracy. Zaalarmowani goście pomogli, zawiązali linę, a Kasia spuściła się na dół i wyciągnęła Swietłankę. Szymka nie mogła dojrzeć — szukała go w ciemnościach, w końcu wyciągnęła z wody, zanosząc modlitwę, by syn żył… Szymek przeżył, choć musiał spędzić dwa tygodnie w miejskim szpitalu. Swietłankę wypisali wcześniej. Po kilkunastu dniach Szymek wrócił do domu — już jako bohater. Wszyscy byli pod wrażeniem. choćby Klaudia Matyjówna przyszła i wtuliła się w chłopca, wołając: — Dziecko kochane! Gdyby nie ty… Oddam ci wszystko, czego zechcesz! — Po co? — wzruszył ramionami Szymek. — Tylko zrobiłem, co trzeba. Jestem przecież chłopakiem, nie? Klaudia, nie wiedząc, co powiedzieć, przytuliła chłopca jeszcze mocniej. Nie wiedziała, iż „Konik”, ten wychudzony Szymek, za kilka lat wyciągnie spod ostrzału wojennego samochód pełen rannych, a potem już jako lekarz — będzie, nie rozróżniając, kto swój, pomagał wszystkim, którzy po ludzku błagali o ratunek. — Dlaczego to robisz, skoro sam doświadczyłeś tyle nieżyczliwości? — pytano go potem. — Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. To jest adekwatne! — odpowiadał. *** Drodzy Czytelnicy, Matczyna miłość rzeczywiście nie zna granic. Katarzyna, mimo wszelkich trudności i uprzedzeń otoczenia, bezwarunkowo kochała swojego syna. Jej poświęcenie i wiara pozwoliły mu rozwinąć się i stać wrażliwym, wartościowym człowiekiem. To prawdziwa lekcja niepokonanej siły rodzicielskiej miłości. Prawdziwy bohater — to ten w sercu: Szymek, „nieatrakcyjny” z pozoru, okazał się bohaterem, kiedy bez namysłu rzucił się ratować dziewczynkę ze studni. To jego czyn, nie wygląd, zadecyduje, jaki będzie człowiek. Dobrać, odwaga, miłosierdzie — to prawdziwe cechy wielkości. Sąsiedzi, którzy wcześniej gardzili Kasią i jej synem, zostali zmuszeni uznać ich wartość wobec heroizmu Szymka. Ta historia pokazuje, iż uprzedzenia znikają w obliczu prawdziwych zalet — a najważniejszą lekcją jest umiejętność wybaczenia, niechowania urazy i postępowania adekwatnie, choćby gdy wobec nas nie byli sprawiedliwi. Jak powiedział Szymek: „Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. To jest adekwatne!” Ta opowieść przypomina, iż człowieczeństwo i współczucie zawsze zwyciężają nad złością i obojętnością, a prawdziwe piękno bije z wnętrza człowieka. Zachęcamy do refleksji: Czy zgadzasz się, iż dobroć, mimo wszelkich przeciwności, zawsze odnajduje swoją drogę i zmienia świat na lepsze? Jakie własne doświadczenia udowadniają, iż pozory mylą, a prawdziwe bogactwo człowieka tkwi w jego duszy?
5 lat temu zmarł Christopher Plummer
Najlepsze kampanie digital 2025 w jednym miejscu. Premiera Casebooka IAB MIXX Awards
Embodied Realms – festiwal VR
Skandynawski kryminał przyprawia o ciarki. Za mało się o nim mówi
Miłość, mrok i obsesja. Oto najlepsze gotyckie filmy romantyczne – nie tylko na walentynki
„Zabliźnianie” w Centrum Dokumentacji Deportacji Górnoślązaków do ZSRR w 1945 roku w Radzionkowie
Przeglądanie albumu
Dwie strony samotności
Droga wojowniczego dzieciaka – dostaliśmy zapowiedź filmu
Jane Austen: Klasyka, która wciąż inspiruje
Ewa Przydryga zaprasza na niezapomniane Kameralne Spotkania Kryminalne!
Literacki wieczór z Jane Austen: odkryj na nowo jej świat!
Lucky – mamy pierwszy teaser!
Ewa Przydryga zainauguruje Kameralne Spotkania Kryminalne!
Kielce. Lektura z dostawą do domu
W wieku 62 lat poznałam mężczyznę i byliśmy szczęśliwi, dopóki nie usłyszałam jego rozmowy z siostrą
Lunatyczna kraina - recenzja książki
Tyran - recenzja książki
— Wynoś się stąd! Mówię ci, idź już! Po co się tu pałętasz?! — Klaudia Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią duży półmisek gorących pierogów i popchnęła syna sąsiadki. — A won mi stąd! Kiedy twoja matka w końcu zacznie na ciebie patrzeć?! Leniusz! Chudy jak patyk Saszko, którego nikt nie wołał po imieniu, tylko „Konik”, rzucił spojrzenie na surową sąsiadkę i powlókł się na własny ganek. Ogromny dom, podzielony na kilka mieszkań, był zamieszkany tylko częściowo. Na dobrą sprawę mieszkały tu dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Sienkiewiczowie i Karpenkowie — czyli Kasia z Saszkiem. Karpenkowie byli właśnie tą „połówką”, na którą nikt nie zwracał większej uwagi, chyba iż pojawiła się jakaś pilna potrzeba. Kasia nie była nikim istotnym, więc szkoda było na nią czasu. Poza synem, Katarzyna nie miała nikogo — ani męża, ani rodziców. Radziła sobie, jak umiała. Patrzono na nią krzywo, ale raczej nie zaczepiano, chyba iż czasem pogoniono Saszka nazywanego Konikiem — przez jego chude, długie ręce i nogi oraz dużą głowę, nie wiadomo jak utrzymującą się na cienkiej szyjce. Konik był potwornie niepozorny, lękliwy, ale bardzo dobry. Nie przechodził obojętnie obok płaczącego dziecka — od razu spieszył pocieszyć, za co nieraz obrywał od matek, które nie chciały w pobliżu swoich pociech takiego „Straszydła”. Kim jest Straszydło, Saszko długo nie wiedział, aż mama podarowała mu książkę o dziewczynce Eli; wtedy zrozumiał, dlaczego go tak wołają. Ale nie był zły — pomyślał, iż tak nazwali go ci, którzy czytali tę książkę, a więc wiedzą, iż Straszydło było mądre i dobre, wszystkim pomagało, a w końcu zostało choćby władcą pięknego miasta. Kasia, której syn opowiedział o swoich wnioskach, nie wyprowadzała go z błędu, uznając, iż nie ma w tym nic złego, jeżeli dziecko będzie widzieć w ludziach więcej dobra, niż mają w rzeczywistości. Świat i tak pełen jest zła — jej syn jeszcze się tego nałyka… Niech się choć dzieciństwem nacieszy! Bezgranicznie kochała swojego Saszka. Przebaczyła jego ojcu zdradę i niefrasobliwość, pogodziła się ze swoim losem jeszcze w szpitalu i szorstko uciszyła położną, która mówiła jej, iż chłopczyk „nie taki”. — Wymyślacie! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie! — Kto się kłóci? Rozumnym to on tylko nie będzie… — To się jeszcze zobaczy! — Kasia głaskała twarzyczkę malca i płakała. Dwa pierwsze lata biegała z Saszkiem po lekarzach i dopięła swego — zajęli się chłopcem na poważnie. Jeździła do miasta, trzęsąc się w starym autobusie i tuliła szczelnie opatulonego synka. Współczujące spojrzenia ignorowała, a na dobre rady reagowała jak lwica: — Swoje oddaj do domu dziecka! Nie chcesz? No to mnie nie pouczaj! Sama wiem, co robić! Po dwóch latach Saszko wyrównał się, przybrał na wadze i praktycznie nie różnił się rozwojem od innych dzieci. Urodziwy jednak nie był: duża, nieco spłaszczona głowa, chudziutkie rączki i nóżki, a Kasia walczyła z jego mizernością, jak mogła. Oszczędzając na sobie, oddawała synowi wszystko co najlepsze, co odbiło się na jej zdrowiu. Ale Saszko przestał już niepokoić lekarzy — tylko kiwali głowami, widząc jak delikatna, niczym leśny elf, Kasia przytula swojego Konika. — Takich mam to ze świecą szukać! Dziecko miało grozić niepełnosprawnością, a teraz? Spójrzcie — prawdziwy bohater! Mądrala po prostu! — Właśnie taki jest mój chłopczyk! — Mówimy nie o nim, Katko, tylko o tobie! Ty jesteś prawdziwą bohaterką! Kasia wzruszała ramionami, nie pojmując, za co ją chwalą. Przecież matka powinna kochać i dbać o swoje dziecko! Nic w tym nadzwyczajnego — po prostu robi, co trzeba. Gdy Saszko szedł do pierwszej klasy, czytał już płynnie, umiał pisać i liczyć, ale trochę się jąkał — co często niweczyło jego talent. — Saszku, wystarczy, dziękuję — ucinała nauczycielka, przekazując komuś innemu czytanie kolejnego fragmentu. Potem skarżyła się w pokoju nauczycielskim, iż chłopiec jest bardzo zdolny, ale słuchanie jego czytania przy tablicy to koszmar. Na szczęście po dwóch latach wyszła za mąż, a klasa Saszka przeszła pod skrzydła innej nauczycielki. Maria Iliniczna była już w wieku, ale zapału nie straciła i dzieci kochała tak samo jak kiedyś. gwałtownie zrozumiała, czym wyróżnia się Konik, porozmawiała z Kasią i skierowała ją do dobrego logopedy, a Saszka poprosiła o oddawanie prac na piśmie. — Tak pięknie piszesz! Uwielbiam to czytać! Saszko rozkwitał od pochwały, a Maria Iliniczna czytała na głos jego odpowiedzi, zawsze podkreślając talent swojego ucznia. Kasia płakała ze wzruszenia i miała ochotę całować ręce nauczycielki, ale Maria Iliniczna od razu to ucięła: — Zwariowała pani? To moja praca! A ma pani cudownego chłopca — wszystko będzie u niego dobrze! Do szkoły Saszko biegł podskakując, czym rozbawiał sąsiadów. — O, poskakał nasz Konik! To i nam już trzeba się ruszać! Boże, jak natura mogła tak pokrzywdzić dziecko… Po co ona go zostawiła? Kasia doskonale wiedziała, co sądzą o niej i jej synu sąsiedzi. Ale iż kłótni nie lubiła, uznała, iż jak człowiek nie ma serca ani duszy, nic nie zmusi go do ludzkiego zachowania. Dlatego szkoda czasu — lepiej zrobić coś pożytecznego: uprzątnąć w domu albo zasadzić kolejną różę koło swojego ganku. Podwórko, podzielone na niepisanych zasadach na „pięterka” przed gankami poszczególnych mieszkań, także rosło z kwiatami i krzakami. „Pięterko” Kasi było najpiękniejsze — rosły tu róże i wielki krzak bzu, a schodki wykładała kawałkami płytek, które wyprosiła w Domu Kultury. — Oddajcie mi to! — wpadła do gabinetu dyrektora. — Co oddać? — zdziwił się. — Czego chcesz? — Kafle! Oddajcie je! Dyrektor wyśmiał jej prośbę, ale pozwolił zabrać resztki. Kasia, pożyczając taczki od sąsiadów, do późnego wieczora wybierała kawałki nadające się do jej mozaiki. Potem dumnie maszerowała przez całe osiedle, pchając taczki, w których siedział Konik jak król. — Po co jej ten rupieć? — dziwiły się sąsiadki. Ale kilka tygodni później wszyscy byli zaskoczeni widząc, co Kasia stworzyła… Nigdy nie była w muzeach ani za granicą, nie znała greckich fresków ani bizantyjskich świątyń, ale instynktownie wiedziała, jak ułożyć wzory z płytek. Ganek wyłożony mozaiką został prawdziwym dziełem sztuki, na które chodziło podziwiać całe osiedle. — Popatrz, cudo… Ale liczył się tylko jeden komplement — od syna: — Mamo, jak pięknie… Saszko głaskał paluszkiem wzory na schodkach i był szczęśliwy. A Kasia znów płakała. Jej syn był szczęśliwy… A powodów do szczęścia nie miał wiele. W szkole dostawał pochwały, mama piekła coś smacznego, tuliła i szeptała, jaki jest mądry. To były całe jego radości. Konik prawie nie miał przyjaciół — za chłopcami nie nadążał, kochał czytać bardziej niż grać w piłkę, a dziewczynki nie były wpuszczane choćby w jego pobliże, zwłaszcza przez sąsiadkę — Klaudię, która miała trzy wnuczki: pięcioletnią, siedmioletnią i dwunastoletnią. — choćby nie podchodź! — groziła pięścią Konikowi. — To nie twoje dziewuchy! Co siedziało w jej głowie po trwałej, trudno było zgadnąć, ale Kasia rozkazała Saszku nie zawadzał Kliudii i trzymał się z daleka od niej i wnuczek. — Po co ją denerwować? Jeszcze zachoruje… Konik z mamą się zgodził i trzymał się od Klaudii z daleka nawet, gdy ta szykowała imprezę. — O, grzechy ciężkie! — mówiła Klaudia, nakrywając półmisek haftowanym ręcznikiem. — Jeszcze powiedzą, iż jestem skąpa! Zaczekaj, to dostaniesz! Wybrała parę pierogów i dogoniła chłopca. — Masz! I żebyś mi się tu nie kręcił! Mamy święto! Siedź sobie w domu, póki mama nie wróci z pracy! Rozumiesz? Saszko tylko pokiwał głową, podziękował za pierogi, ale Klaudii nie było już do niego. gwałtownie zaczęli zjeżdżać się goście na urodziny najmłodszej i ukochanej wnuczki: Świetusi. Klaudia chciała świętować z rozmachem — więc syn sąsiadki, chorowity Saszka-Konik, był jej zupełnie niepotrzebny! Niech nie straszy dzieci tymi swoimi gałami! Będą potem źle spać! Klaudia westchnęła, przypominając sobie, jak odradzała sąsiadce dziecko: — Po co ci, Kaśka, dziecko?! Będziesz go mogła wychować? Zopija się i gdzieś przepadnie! — Widzisz mnie z kieliszkiem? — Kasia nie pozostawała dłużna. — To nic nie znaczy! Z takich nędz, jak twoja, to tylko jeden kierunek! Rodzice ci nic nie dali, dziecku też nie dasz! Nie wiesz, jak być matką! Po co twoje dziecko ma się męczyć? Pozbądź się go, póki czas! — A jeszcze co?! I jak się pani nie wstydzi! Sama matka! — Nie żałuj mnie, ja sama dałam dzieciom życie i wychowałam je. A co ty dasz swojemu? Nic! Przemyśl to! Kasia przestała jej odpowiadać. Chodziła wzdłuż domu z dumą niosąc swój wielki, nieforemny brzuch i nie patrzyła na sąsiadkę. — Po co się obrażasz, głupia? Przecież chcę dobrze! — kiwała głową Klaudia. — Twoje 'dobro’ źle pachnie! A mnie mdli! — odpyskowała Kasia, głaszcząc brzuch. — Nie bój się, maleńki. Nikt cię nie skrzywdzi… Co przeżył Konik przez osiem lat życia, mamie nigdy nie opowiadał. Żal jej było… Gdy go krzywdzili — płakał po cichu, ale trzymał język za zębami. Wiedział, iż mama by się tym bardziej przejęła. Obraza spływała po nim jak woda po kaczce — nie zostawiała żalu ani złości. Łzy wypłukiwały żal z duszy i już po chwili Saszko zapominał o przykrościach, żałując tylko dziwnych dorosłych, którzy nie pojmowali oczywistych rzeczy. Bez żalu i złości żyje się dużo łatwiej… Klaudii Matwiejewny Saszko już się nie bał, ale też nie lubił. Za każdym razem, gdy pogroziła palcem lub powiedziała coś przykrego, uciekał, by nie słyszeć jej złośliwości. Gdyby zapytała go, co o tym myśli, Klaudia bardzo by się zdziwiła: Konik jej współczuł. Całym sercem, jak tylko on umiał. Było mu żal tej kobiety, która marnuje chwile na złość. Chwile, które Saszko cenił jak nic innego na świecie. Dawno już zrozumiał, iż nic nie jest cenniejsze — wszystko można przywrócić poza czasem. — Tik-tak — mówi zegar. I już… Nie ma chwili! Złap — nie złapiesz! Znikła… I nie wróci! Nie kupisz jej za żadne pieniądze ani nie wymienisz na najpiękniejszy papierek po cukierku. Ale dorośli jakoś nie potrafili tego pojąć… Siedząc na oknie w swoim pokoju, Saszko żuł pieróg i patrzył, jak na trawie za domem bawią się Klaudii wnuczki i inne dzieci świętujące urodziny Świetusi. Solenizantka fruwała niczym motylek w ślicznej różowej sukience, a Saszko patrzył oczarowany, wyobrażając sobie, iż to księżniczka lub wróżka z bajki. Dorośli biesiadowali przy stole, dzieci po zabawie pognały grać dalej na tyłach domu przy studni, gdzie jest więcej miejsca. Saszko natychmiast zorientował się, dokąd pobiegli i podbiegł do maminego pokoju, z którego było widać łąkę jak na dłoni. Długo obserwował grę, ciesząc się i klaszcząc, aż zaczęło się ściemniać. Jedna z dziewczynek kręciła się przy starej studni, co Saszko zauważył. Wiedział, iż tam jest niebezpiecznie — mama nie raz mu powtarzała, żeby nie zbliżał się do studni. — Zrąb jest zgniły, dawno nikt z niej nie korzystał, ale woda wciąż tam jest. Wpadniesz i już po tobie! Usłyszy cię ktoś? Nie! Masz nie podchodzić! — Nie będę! Nie zauważył chwili, gdy Świeta poślizgnęła się przy krawędzi studni i znikła mu z oczu. Wzrok zatrzymał na grupie chłopców, którzy robili coś razem, potem szukał różowej plamki i… zamarł. Świetusi nie było… Saszko wybiegł na ganek, w sekundę zrozumiał — nie ma jej też wśród dorosłych. Czemu nie zawołał o pomoc — nigdy nie umiał sobie odpowiedzieć. Po prostu zbiegł po schodach i popędził na tyły domu, choćby nie słysząc krzyku Klaudii: — Komu powiedziałam, żeby w domu siedział?! Dzieci, które biegały wokół, nie zwracały uwagi, nie zauważyły też zniknięcia Konika. Tylko on, dobiegłszy do studni, dostrzegł w dole blade światełko i zawołał: — Przyciśnij się do ściany! Bał się, by nie uderzyć dziewczynki — położył się na krawędzi, opuścił nogi, przecisnął się między zgniłymi deskami i zanurzył w ciemności. Wskoczył do studni, wiedząc, iż liczą się minuty: Świeta nie potrafiła pływać, Saszko wiedział to na pewno. Nabrawszy powietrza, krzyknął z całych sił: — Pomocy! Nie wiedział, iż dzieci od razu uciekły po jego skoku do wody. Nie wiedział, czy starczy mu sił do przybycia dorosłych. Nie wiedział, czy ktoś go usłyszy. Wiedział tylko to jedno — mała dziewczynka w różowej sukience musi żyć! Bo w tym świecie piękna, jak i chwil, nie ma aż tak dużo. Jego wołanie nie od razu zostało usłyszane. Klaudia, niosąc upieczoną gęś, rozejrzała się za wnuczką i aż zawyła: — Gdzie jest Świetusia?! Goście, nie do końca trzeźwi, nie zrozumieli od razu, czego chce rozdrażniona gospodyni, która walnęła daniem o stół i wrzasnęła tak przeraźliwie, iż nastraszyła wszystkich w okolicy. A Konik jeszcze zdołał raz-dwa krzyknąć, słabnąc: — Mamo… Kasia, wracająca z pracy, przyspieszyła kroku, przeczuwając, iż musi się spieszyć. Na podwórko wpadła akurat, gdy Klaudia łapała się za serce i osunęła na schodki. Nie rozumiejąc jeszcze, co się stało, Kasia pobiegła na tyły domu, gdzie bawił się zwykle Konik, i usłyszała głos syna, wołającego ją. — Tu jestem, synku! Nie musiała się domyślać — jej od dawna przerażała ta stara studnia, wiele razy prosiła w administracji o jej zasypanie lub choćby zabezpieczenie. Ale nikt nie dbał o to miejsce. Nie było czasu w myślenie. Kasia pobiegła po sznur od prania, wybiegła na ganek i krzyknęła: — Za mną! Trzymać mocno! Na szczęście jeden z zięciów Klaudii był dość trzeźwy, by wiedzieć, o co chodzi. Obwiązał malutką Kasię liną i zawołał: — Dawaj! Trzymam! Świetę Kasia wyłowiła od razu. Dziewczynka objęła ją szyją i zwiotczała ze strachu. Kasię trzęsło z przerażenia. Nie mogła znaleźć Saszka… Modliła się, jak kiedyś w szpitalu: — Boże! Nie zabieraj! Wreszcie wyczuła coś chudego w ciemnej wodzie, chwyciła, zawołała: — Ciągnij! W górze usłyszała ciche: — Mamo… Saszko, po dwóch tygodniach w szpitalu, wrócił na wieś bohaterem. Świetę wypisano szybciej — wystraszyła się, nałykała wody, ale nic jej się nie stało, poza podrapaniem i podartą sukienką. Saszko miał gorzej: złamana ręka, duszności, ale mama była blisko, a strach minął. Świeta odwiedzała go z rodzicami, a on cieszył się, iż niedługo wróci do domu, do książek i kota. — Chłopcze mój kochany! Boże, jakby nie ty… — płakała Klaudia, tuląc opalonego Saszka. — Wszystko ci oddam, co zechcesz! — Po co? — wzruszył ramieniem Konik. — Zrobiłem, co trzeba. Przecież jestem mężczyzną! Klaudia tylko przytuliła go mocniej, nie wiedząc, iż ten chudzielec za parę lat poprowadzi transporter z rannymi z pola bitwy, pomagać będzie wszystkim, kto go zawoła, choć jemu samemu świat nie był nigdy łaskawy. Gdy ktoś go spytał: po co to robi, jeżeli z nim obchodzono się kiedyś inaczej? Odpowiedział krótko: — Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze! *** Bo miłość matki nie zna granic — niezłomna wiara Kasi i jej oddanie pozwoliły Saszce stać się dobrym, wrażliwym człowiekiem. Prawdziwy bohater kryje się w duszy: Saszko, choć nieprzystojny, okazał się bohaterem — nie zawahał się skoczyć do studni, by ratować życie. To nie wygląd, ale czyny decydują o człowieku. Bowiem prawdziwa wielkość to dobroć, odwaga i współczucie. Sąsiedzi, którzy zlekceważyli Kasię i jej syna, musieli uznać ich wartość po bohaterskim czynie Saszka. Ta historia pokazuje, iż uprzedzenia ustępują wobec prawdziwej cnoty i najważniejsza jest zdolność przebaczania, niechowania urazy i adekwatnego postępowania, choćby jeżeli wcześniej spotkała nas krzywda. Jak powiedział Saszko: „Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze!” Ta opowieść inspiruje do refleksji: dobroć zawsze znajdzie drogę i zmieni świat na lepsze. Wygląd jest mylący, a prawdziwe bogactwo tkwi w duszy. A Wy? Wierzycie, iż dobro zawsze zwycięży? Macie własne historie potwierdzające, iż prawdziwe piękno jest w środku człowieka? — Tytuł: „Konik spod polskiej jabłoni — opowieść o chłopcu wyśmiewanym przez sąsiadów, matczynej miłości, przełamywaniu uprzedzeń i prawdziwym bohaterstwie, które rodzi się w sercu, a nie w wyglądzie”