Książka

Kielce. Lektura z dostawą do domu
W wieku 62 lat poznałam mężczyznę i byliśmy szczęśliwi, dopóki nie usłyszałam jego rozmowy z siostrą
Fabularny zwiastun Styx: Blades of Greed odsłania fascynującą historię. Premiera za pasem!
— Wynoś się stąd! Mówię ci, idź już! Po co się tu pałętasz?! — Klaudia Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią duży półmisek gorących pierogów i popchnęła syna sąsiadki. — A won mi stąd! Kiedy twoja matka w końcu zacznie na ciebie patrzeć?! Leniusz! Chudy jak patyk Saszko, którego nikt nie wołał po imieniu, tylko „Konik”, rzucił spojrzenie na surową sąsiadkę i powlókł się na własny ganek. Ogromny dom, podzielony na kilka mieszkań, był zamieszkany tylko częściowo. Na dobrą sprawę mieszkały tu dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Sienkiewiczowie i Karpenkowie — czyli Kasia z Saszkiem. Karpenkowie byli właśnie tą „połówką”, na którą nikt nie zwracał większej uwagi, chyba iż pojawiła się jakaś pilna potrzeba. Kasia nie była nikim istotnym, więc szkoda było na nią czasu. Poza synem, Katarzyna nie miała nikogo — ani męża, ani rodziców. Radziła sobie, jak umiała. Patrzono na nią krzywo, ale raczej nie zaczepiano, chyba iż czasem pogoniono Saszka nazywanego Konikiem — przez jego chude, długie ręce i nogi oraz dużą głowę, nie wiadomo jak utrzymującą się na cienkiej szyjce. Konik był potwornie niepozorny, lękliwy, ale bardzo dobry. Nie przechodził obojętnie obok płaczącego dziecka — od razu spieszył pocieszyć, za co nieraz obrywał od matek, które nie chciały w pobliżu swoich pociech takiego „Straszydła”. Kim jest Straszydło, Saszko długo nie wiedział, aż mama podarowała mu książkę o dziewczynce Eli; wtedy zrozumiał, dlaczego go tak wołają. Ale nie był zły — pomyślał, iż tak nazwali go ci, którzy czytali tę książkę, a więc wiedzą, iż Straszydło było mądre i dobre, wszystkim pomagało, a w końcu zostało choćby władcą pięknego miasta. Kasia, której syn opowiedział o swoich wnioskach, nie wyprowadzała go z błędu, uznając, iż nie ma w tym nic złego, jeżeli dziecko będzie widzieć w ludziach więcej dobra, niż mają w rzeczywistości. Świat i tak pełen jest zła — jej syn jeszcze się tego nałyka… Niech się choć dzieciństwem nacieszy! Bezgranicznie kochała swojego Saszka. Przebaczyła jego ojcu zdradę i niefrasobliwość, pogodziła się ze swoim losem jeszcze w szpitalu i szorstko uciszyła położną, która mówiła jej, iż chłopczyk „nie taki”. — Wymyślacie! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie! — Kto się kłóci? Rozumnym to on tylko nie będzie… — To się jeszcze zobaczy! — Kasia głaskała twarzyczkę malca i płakała. Dwa pierwsze lata biegała z Saszkiem po lekarzach i dopięła swego — zajęli się chłopcem na poważnie. Jeździła do miasta, trzęsąc się w starym autobusie i tuliła szczelnie opatulonego synka. Współczujące spojrzenia ignorowała, a na dobre rady reagowała jak lwica: — Swoje oddaj do domu dziecka! Nie chcesz? No to mnie nie pouczaj! Sama wiem, co robić! Po dwóch latach Saszko wyrównał się, przybrał na wadze i praktycznie nie różnił się rozwojem od innych dzieci. Urodziwy jednak nie był: duża, nieco spłaszczona głowa, chudziutkie rączki i nóżki, a Kasia walczyła z jego mizernością, jak mogła. Oszczędzając na sobie, oddawała synowi wszystko co najlepsze, co odbiło się na jej zdrowiu. Ale Saszko przestał już niepokoić lekarzy — tylko kiwali głowami, widząc jak delikatna, niczym leśny elf, Kasia przytula swojego Konika. — Takich mam to ze świecą szukać! Dziecko miało grozić niepełnosprawnością, a teraz? Spójrzcie — prawdziwy bohater! Mądrala po prostu! — Właśnie taki jest mój chłopczyk! — Mówimy nie o nim, Katko, tylko o tobie! Ty jesteś prawdziwą bohaterką! Kasia wzruszała ramionami, nie pojmując, za co ją chwalą. Przecież matka powinna kochać i dbać o swoje dziecko! Nic w tym nadzwyczajnego — po prostu robi, co trzeba. Gdy Saszko szedł do pierwszej klasy, czytał już płynnie, umiał pisać i liczyć, ale trochę się jąkał — co często niweczyło jego talent. — Saszku, wystarczy, dziękuję — ucinała nauczycielka, przekazując komuś innemu czytanie kolejnego fragmentu. Potem skarżyła się w pokoju nauczycielskim, iż chłopiec jest bardzo zdolny, ale słuchanie jego czytania przy tablicy to koszmar. Na szczęście po dwóch latach wyszła za mąż, a klasa Saszka przeszła pod skrzydła innej nauczycielki. Maria Iliniczna była już w wieku, ale zapału nie straciła i dzieci kochała tak samo jak kiedyś. gwałtownie zrozumiała, czym wyróżnia się Konik, porozmawiała z Kasią i skierowała ją do dobrego logopedy, a Saszka poprosiła o oddawanie prac na piśmie. — Tak pięknie piszesz! Uwielbiam to czytać! Saszko rozkwitał od pochwały, a Maria Iliniczna czytała na głos jego odpowiedzi, zawsze podkreślając talent swojego ucznia. Kasia płakała ze wzruszenia i miała ochotę całować ręce nauczycielki, ale Maria Iliniczna od razu to ucięła: — Zwariowała pani? To moja praca! A ma pani cudownego chłopca — wszystko będzie u niego dobrze! Do szkoły Saszko biegł podskakując, czym rozbawiał sąsiadów. — O, poskakał nasz Konik! To i nam już trzeba się ruszać! Boże, jak natura mogła tak pokrzywdzić dziecko… Po co ona go zostawiła? Kasia doskonale wiedziała, co sądzą o niej i jej synu sąsiedzi. Ale iż kłótni nie lubiła, uznała, iż jak człowiek nie ma serca ani duszy, nic nie zmusi go do ludzkiego zachowania. Dlatego szkoda czasu — lepiej zrobić coś pożytecznego: uprzątnąć w domu albo zasadzić kolejną różę koło swojego ganku. Podwórko, podzielone na niepisanych zasadach na „pięterka” przed gankami poszczególnych mieszkań, także rosło z kwiatami i krzakami. „Pięterko” Kasi było najpiękniejsze — rosły tu róże i wielki krzak bzu, a schodki wykładała kawałkami płytek, które wyprosiła w Domu Kultury. — Oddajcie mi to! — wpadła do gabinetu dyrektora. — Co oddać? — zdziwił się. — Czego chcesz? — Kafle! Oddajcie je! Dyrektor wyśmiał jej prośbę, ale pozwolił zabrać resztki. Kasia, pożyczając taczki od sąsiadów, do późnego wieczora wybierała kawałki nadające się do jej mozaiki. Potem dumnie maszerowała przez całe osiedle, pchając taczki, w których siedział Konik jak król. — Po co jej ten rupieć? — dziwiły się sąsiadki. Ale kilka tygodni później wszyscy byli zaskoczeni widząc, co Kasia stworzyła… Nigdy nie była w muzeach ani za granicą, nie znała greckich fresków ani bizantyjskich świątyń, ale instynktownie wiedziała, jak ułożyć wzory z płytek. Ganek wyłożony mozaiką został prawdziwym dziełem sztuki, na które chodziło podziwiać całe osiedle. — Popatrz, cudo… Ale liczył się tylko jeden komplement — od syna: — Mamo, jak pięknie… Saszko głaskał paluszkiem wzory na schodkach i był szczęśliwy. A Kasia znów płakała. Jej syn był szczęśliwy… A powodów do szczęścia nie miał wiele. W szkole dostawał pochwały, mama piekła coś smacznego, tuliła i szeptała, jaki jest mądry. To były całe jego radości. Konik prawie nie miał przyjaciół — za chłopcami nie nadążał, kochał czytać bardziej niż grać w piłkę, a dziewczynki nie były wpuszczane choćby w jego pobliże, zwłaszcza przez sąsiadkę — Klaudię, która miała trzy wnuczki: pięcioletnią, siedmioletnią i dwunastoletnią. — choćby nie podchodź! — groziła pięścią Konikowi. — To nie twoje dziewuchy! Co siedziało w jej głowie po trwałej, trudno było zgadnąć, ale Kasia rozkazała Saszku nie zawadzał Kliudii i trzymał się z daleka od niej i wnuczek. — Po co ją denerwować? Jeszcze zachoruje… Konik z mamą się zgodził i trzymał się od Klaudii z daleka nawet, gdy ta szykowała imprezę. — O, grzechy ciężkie! — mówiła Klaudia, nakrywając półmisek haftowanym ręcznikiem. — Jeszcze powiedzą, iż jestem skąpa! Zaczekaj, to dostaniesz! Wybrała parę pierogów i dogoniła chłopca. — Masz! I żebyś mi się tu nie kręcił! Mamy święto! Siedź sobie w domu, póki mama nie wróci z pracy! Rozumiesz? Saszko tylko pokiwał głową, podziękował za pierogi, ale Klaudii nie było już do niego. gwałtownie zaczęli zjeżdżać się goście na urodziny najmłodszej i ukochanej wnuczki: Świetusi. Klaudia chciała świętować z rozmachem — więc syn sąsiadki, chorowity Saszka-Konik, był jej zupełnie niepotrzebny! Niech nie straszy dzieci tymi swoimi gałami! Będą potem źle spać! Klaudia westchnęła, przypominając sobie, jak odradzała sąsiadce dziecko: — Po co ci, Kaśka, dziecko?! Będziesz go mogła wychować? Zopija się i gdzieś przepadnie! — Widzisz mnie z kieliszkiem? — Kasia nie pozostawała dłużna. — To nic nie znaczy! Z takich nędz, jak twoja, to tylko jeden kierunek! Rodzice ci nic nie dali, dziecku też nie dasz! Nie wiesz, jak być matką! Po co twoje dziecko ma się męczyć? Pozbądź się go, póki czas! — A jeszcze co?! I jak się pani nie wstydzi! Sama matka! — Nie żałuj mnie, ja sama dałam dzieciom życie i wychowałam je. A co ty dasz swojemu? Nic! Przemyśl to! Kasia przestała jej odpowiadać. Chodziła wzdłuż domu z dumą niosąc swój wielki, nieforemny brzuch i nie patrzyła na sąsiadkę. — Po co się obrażasz, głupia? Przecież chcę dobrze! — kiwała głową Klaudia. — Twoje 'dobro’ źle pachnie! A mnie mdli! — odpyskowała Kasia, głaszcząc brzuch. — Nie bój się, maleńki. Nikt cię nie skrzywdzi… Co przeżył Konik przez osiem lat życia, mamie nigdy nie opowiadał. Żal jej było… Gdy go krzywdzili — płakał po cichu, ale trzymał język za zębami. Wiedział, iż mama by się tym bardziej przejęła. Obraza spływała po nim jak woda po kaczce — nie zostawiała żalu ani złości. Łzy wypłukiwały żal z duszy i już po chwili Saszko zapominał o przykrościach, żałując tylko dziwnych dorosłych, którzy nie pojmowali oczywistych rzeczy. Bez żalu i złości żyje się dużo łatwiej… Klaudii Matwiejewny Saszko już się nie bał, ale też nie lubił. Za każdym razem, gdy pogroziła palcem lub powiedziała coś przykrego, uciekał, by nie słyszeć jej złośliwości. Gdyby zapytała go, co o tym myśli, Klaudia bardzo by się zdziwiła: Konik jej współczuł. Całym sercem, jak tylko on umiał. Było mu żal tej kobiety, która marnuje chwile na złość. Chwile, które Saszko cenił jak nic innego na świecie. Dawno już zrozumiał, iż nic nie jest cenniejsze — wszystko można przywrócić poza czasem. — Tik-tak — mówi zegar. I już… Nie ma chwili! Złap — nie złapiesz! Znikła… I nie wróci! Nie kupisz jej za żadne pieniądze ani nie wymienisz na najpiękniejszy papierek po cukierku. Ale dorośli jakoś nie potrafili tego pojąć… Siedząc na oknie w swoim pokoju, Saszko żuł pieróg i patrzył, jak na trawie za domem bawią się Klaudii wnuczki i inne dzieci świętujące urodziny Świetusi. Solenizantka fruwała niczym motylek w ślicznej różowej sukience, a Saszko patrzył oczarowany, wyobrażając sobie, iż to księżniczka lub wróżka z bajki. Dorośli biesiadowali przy stole, dzieci po zabawie pognały grać dalej na tyłach domu przy studni, gdzie jest więcej miejsca. Saszko natychmiast zorientował się, dokąd pobiegli i podbiegł do maminego pokoju, z którego było widać łąkę jak na dłoni. Długo obserwował grę, ciesząc się i klaszcząc, aż zaczęło się ściemniać. Jedna z dziewczynek kręciła się przy starej studni, co Saszko zauważył. Wiedział, iż tam jest niebezpiecznie — mama nie raz mu powtarzała, żeby nie zbliżał się do studni. — Zrąb jest zgniły, dawno nikt z niej nie korzystał, ale woda wciąż tam jest. Wpadniesz i już po tobie! Usłyszy cię ktoś? Nie! Masz nie podchodzić! — Nie będę! Nie zauważył chwili, gdy Świeta poślizgnęła się przy krawędzi studni i znikła mu z oczu. Wzrok zatrzymał na grupie chłopców, którzy robili coś razem, potem szukał różowej plamki i… zamarł. Świetusi nie było… Saszko wybiegł na ganek, w sekundę zrozumiał — nie ma jej też wśród dorosłych. Czemu nie zawołał o pomoc — nigdy nie umiał sobie odpowiedzieć. Po prostu zbiegł po schodach i popędził na tyły domu, choćby nie słysząc krzyku Klaudii: — Komu powiedziałam, żeby w domu siedział?! Dzieci, które biegały wokół, nie zwracały uwagi, nie zauważyły też zniknięcia Konika. Tylko on, dobiegłszy do studni, dostrzegł w dole blade światełko i zawołał: — Przyciśnij się do ściany! Bał się, by nie uderzyć dziewczynki — położył się na krawędzi, opuścił nogi, przecisnął się między zgniłymi deskami i zanurzył w ciemności. Wskoczył do studni, wiedząc, iż liczą się minuty: Świeta nie potrafiła pływać, Saszko wiedział to na pewno. Nabrawszy powietrza, krzyknął z całych sił: — Pomocy! Nie wiedział, iż dzieci od razu uciekły po jego skoku do wody. Nie wiedział, czy starczy mu sił do przybycia dorosłych. Nie wiedział, czy ktoś go usłyszy. Wiedział tylko to jedno — mała dziewczynka w różowej sukience musi żyć! Bo w tym świecie piękna, jak i chwil, nie ma aż tak dużo. Jego wołanie nie od razu zostało usłyszane. Klaudia, niosąc upieczoną gęś, rozejrzała się za wnuczką i aż zawyła: — Gdzie jest Świetusia?! Goście, nie do końca trzeźwi, nie zrozumieli od razu, czego chce rozdrażniona gospodyni, która walnęła daniem o stół i wrzasnęła tak przeraźliwie, iż nastraszyła wszystkich w okolicy. A Konik jeszcze zdołał raz-dwa krzyknąć, słabnąc: — Mamo… Kasia, wracająca z pracy, przyspieszyła kroku, przeczuwając, iż musi się spieszyć. Na podwórko wpadła akurat, gdy Klaudia łapała się za serce i osunęła na schodki. Nie rozumiejąc jeszcze, co się stało, Kasia pobiegła na tyły domu, gdzie bawił się zwykle Konik, i usłyszała głos syna, wołającego ją. — Tu jestem, synku! Nie musiała się domyślać — jej od dawna przerażała ta stara studnia, wiele razy prosiła w administracji o jej zasypanie lub choćby zabezpieczenie. Ale nikt nie dbał o to miejsce. Nie było czasu w myślenie. Kasia pobiegła po sznur od prania, wybiegła na ganek i krzyknęła: — Za mną! Trzymać mocno! Na szczęście jeden z zięciów Klaudii był dość trzeźwy, by wiedzieć, o co chodzi. Obwiązał malutką Kasię liną i zawołał: — Dawaj! Trzymam! Świetę Kasia wyłowiła od razu. Dziewczynka objęła ją szyją i zwiotczała ze strachu. Kasię trzęsło z przerażenia. Nie mogła znaleźć Saszka… Modliła się, jak kiedyś w szpitalu: — Boże! Nie zabieraj! Wreszcie wyczuła coś chudego w ciemnej wodzie, chwyciła, zawołała: — Ciągnij! W górze usłyszała ciche: — Mamo… Saszko, po dwóch tygodniach w szpitalu, wrócił na wieś bohaterem. Świetę wypisano szybciej — wystraszyła się, nałykała wody, ale nic jej się nie stało, poza podrapaniem i podartą sukienką. Saszko miał gorzej: złamana ręka, duszności, ale mama była blisko, a strach minął. Świeta odwiedzała go z rodzicami, a on cieszył się, iż niedługo wróci do domu, do książek i kota. — Chłopcze mój kochany! Boże, jakby nie ty… — płakała Klaudia, tuląc opalonego Saszka. — Wszystko ci oddam, co zechcesz! — Po co? — wzruszył ramieniem Konik. — Zrobiłem, co trzeba. Przecież jestem mężczyzną! Klaudia tylko przytuliła go mocniej, nie wiedząc, iż ten chudzielec za parę lat poprowadzi transporter z rannymi z pola bitwy, pomagać będzie wszystkim, kto go zawoła, choć jemu samemu świat nie był nigdy łaskawy. Gdy ktoś go spytał: po co to robi, jeżeli z nim obchodzono się kiedyś inaczej? Odpowiedział krótko: — Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze! *** Bo miłość matki nie zna granic — niezłomna wiara Kasi i jej oddanie pozwoliły Saszce stać się dobrym, wrażliwym człowiekiem. Prawdziwy bohater kryje się w duszy: Saszko, choć nieprzystojny, okazał się bohaterem — nie zawahał się skoczyć do studni, by ratować życie. To nie wygląd, ale czyny decydują o człowieku. Bowiem prawdziwa wielkość to dobroć, odwaga i współczucie. Sąsiedzi, którzy zlekceważyli Kasię i jej syna, musieli uznać ich wartość po bohaterskim czynie Saszka. Ta historia pokazuje, iż uprzedzenia ustępują wobec prawdziwej cnoty i najważniejsza jest zdolność przebaczania, niechowania urazy i adekwatnego postępowania, choćby jeżeli wcześniej spotkała nas krzywda. Jak powiedział Saszko: „Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze!” Ta opowieść inspiruje do refleksji: dobroć zawsze znajdzie drogę i zmieni świat na lepsze. Wygląd jest mylący, a prawdziwe bogactwo tkwi w duszy. A Wy? Wierzycie, iż dobro zawsze zwycięży? Macie własne historie potwierdzające, iż prawdziwe piękno jest w środku człowieka? — Tytuł: „Konik spod polskiej jabłoni — opowieść o chłopcu wyśmiewanym przez sąsiadów, matczynej miłości, przełamywaniu uprzedzeń i prawdziwym bohaterstwie, które rodzi się w sercu, a nie w wyglądzie”
Burza po "Akacjowej 38". Widzowie kłócą się o decyzje bohaterów
Co czytać po „Wichrowych Wzgórzach”? 6 powieści gotyckich, które wciągają i urzekają klimatem
Eksperci ostrzegają przed "Pokoleniem Zombie". Ta pora snu ma ogromne znaczenie
Milionerzy mają jeden wspólny nawyk. Nie chodzi o pracę po nocach ani wczesne wstawanie
Te polskie książki wypada znać! Quiz sprawdzi, czy znasz ich autorów
Był w seminarium i wspomina "obrzydlistwa". "Czuję się jak były esesman”
"Wiele pana spraw wymaga uporządkowania, i wcale nie chodzi mi o płatny seks..." [FRAGMENT KSIĄŻKI]
"Ta zbrodnia byłaby nieprawdopodobna… gdyby nie to, iż wydarzyła się naprawdę." [FRAGMENT KSIĄŻKI
"Na progu stało trzech Niemców. Przyszli po rodzinę." Skradzione Życie Colette Marceau [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Różne odmiany niepewności | Natalia Czarcińska
Wyszłam za mąż w wieku 50 lat, byłam pewna, iż w końcu znalazłam szczęście, ale nie miałam pojęcia, co mnie czeka…
[Recenzja] „Algorytm” Krzysztof Koziołek
Stranger Things. Mroczne umysły – recenzja książki. Nie tylko Demogorgon jest potworem
„O szczególnej i ogólnej teorii względności” – Albert Einstein dla wszystkich?
Książka "Pomrok" Daniel Rosołek - recenzja
Moja ukochana synowa – Opowieść matki o młodej miłości, nieplanowanym dziecku, trudnej synowej Emilii, wojsku, narodzinach Basi, rodzinnych konfliktach, zdradach, rozwodzie i tęsknocie za dawnym szczęściem
Sprzedany przyjaciel. Opowieść dziadka I on mnie zrozumiał! Wcale nie było wesoło, uświadomiłem sobie, iż to był głupi pomysł. Sprzedałem go. Myślał, iż to zabawa, a potem zrozumiał, iż naprawdę go sprzedałem. Czasy zawsze dla wszystkich są inne. Dla kogoś all inclusive to żaden luksus, a ktoś inny marzy tylko o pajdzie czarnego chleba z kiełbasą. I my też różnie żyliśmy, raz lepiej, raz gorzej. Byłem wtedy mały. Wujek podarował mi szczeniaka owczarka, byłem szczęśliwy. Szczeniak przywiązał się do mnie, rozumiał mnie bez słów, patrzył mi w oczy i czekał na moją komendę. – Leżeć – mówiłem po chwili, a on kładł się, wiernie patrząc mi w oczy, gotów, wydawało się, zrobić dla mnie wszystko. – Baczność – rozkazywałem, a szczeniak wstawał na grube łapki i czekał, przełykając ślinkę. Czekał na nagrodę, na coś pysznego. A ja nie miałem czym go poczęstować. Sami wtedy głodowaliśmy. Takie były czasy. Mój wujek, wujek Staszek, brat mamy, który podarował mi szczeniaka, powiedział mi kiedyś: – Nie martw się, chłopaku, zobacz jaki on wierny i oddany. Sprzedaj go, a potem zawołasz, to ucieknie i wróci do ciebie. Nikt nie zauważy. A będziesz miał grosz – sobie i mamie coś kupisz, choćby jemu smakołyk. Słuchaj wujka, dobrze radzę. Spodobał mi się ten pomysł. Nie myślałem wtedy, iż tak nie wolno. Dorosły poradził, niby żart, ale za to mogę kupić smakołyki. Wyszeptałem Wiernemu do ciepłego, kudłatego ucha, iż go oddam, a potem zawołam i żeby wracał do mnie, uciekał od obcych. I on mnie zrozumiał! Szczeknął, jakby tak właśnie zamierzał zrobić. Następnego dnia założyłem mu smycz i zabrałem na dworzec. Tam wszyscy sprzedawali – i kwiaty, i ogórki, i jabłka. Ludzie wysiadali z pociągu, zaczęli kupować, targować się. Wyszedłem trochę do przodu, przyciągnąłem psa. Ale nikt nie podchodził. Prawie wszyscy już przeszli, gdy nagle jakiś mężczyzna o surowej twarzy zatrzymał się przy mnie: – Co tu robisz, chłopaku? Czekasz na kogoś, czy może psa chcesz sprzedać? Ładny szczeniak, wezmę go. – I wcisnął mi pieniądze do ręki. Oddałem mu smycz, Wierny zakręcił głową i wesoło kichnął. – No idź, Wierny, idź, przyjacielu, idź – wyszeptałem mu – zawołam cię, wróć. I poszedł z facetem, a ja, chowając się, śledziłem, dokąd prowadzi mojego przyjaciela. Wieczorem przyniosłem do domu chleb, kiełbasę i cukierki. Mama spytała surowo: – Ukradłeś komuś, czy co? – Nie, mamo, co ty. Rzeczy poniosłem ludziom na dworcu, dali mi. – No, synku, idź spać, zmęczona jestem, zjedz i chodź spać. choćby nie spytała o Wiernego, nie była do niego przywiązana. Wujek Staszek zajrzał rano. Szykowałem się do szkoły, chociaż naprawdę chciałem biec do Wiernego, wołać go. – No i co – zaśmiał się – sprzedałeś przyjaciela? I pogłaskał mnie po głowie. Wyrwałem się i nie odpowiedziałem. Już i tak nie spałem całą noc, nie jadłem chleba z kiełbasą – nie mogłem przełknąć. Nie było wesoło, zrozumiałem, iż to był głupi pomysł. Nie bez powodu mama nie lubiła wujka Staszka. – Głupawy on, nie słuchaj go – mówiła mi. Chwyciłem tornister i wybiegłem z domu. Tamten dom był trzy ulice dalej, dobiegłem do niego na jednym oddechu. Wierny siedział za wysokim płotem, przywiązany grubym sznurem. Wołałem go, ale patrzył na mnie smutno, położył głowę na łapach, merdał ogonem, próbował szczekać, ale głos mu zanikł. Sprzedałem go. Myślał, iż to zabawa, a potem zrozumiał, iż naprawdę go sprzedałem. Na podwórko wyszedł właściciel i surowo syknął na Wiernego. Ten podwinął ogon i zrozumiałem, iż już po wszystkim. Wieczorem na dworcu pomagałem nosić bagaże. Płacili niewiele, ale zebrałem potrzebną sumę. Bałem się, ale podszedłem do furtki i zapukałem. Znajomy mężczyzna otworzył: – A, chłopaku, czego tu szukasz? – Proszę pana, ja się rozmyśliłem, tu są pieniądze z powrotem za Wiernego. – I oddałem mu pieniądze, które mi dał. Mężczyzna spojrzał na mnie spod byka, bez słowa zabrał pieniądze i odpiął psa. – Bierz, chłopak, bo tęskni. Nie będzie z niego stróża. Ale uważaj, może ci nie wybaczyć. Wierny patrzył na mnie smutno. Zabawa zamieniła się dla nas w ciężką próbę. Potem podszedł, polizał mnie po ręce i przytulił się nosem do brzucha. Od tamtej pory minęło wiele lat, ale wiem, iż prawdziwych przyjaciół nie sprzedaje się nigdy, choćby dla żartu. Mama wtedy się ucieszyła: – Wczoraj byłam zmęczona, a potem myślę: a gdzie nasz pies? Przyzwyczaiłam się, to nasz Wierny! A wujek Staszek zaczął rzadziej nas odwiedzać – jego żarty już nam się nie podobały.
Quo vadis, iustitia Polonica?
Od dziś na Netflix: Historia, która rozpaliła wyobraźnię milionów widzów na całym świecie
Biblioteka Kraków szuka siedmiu wspaniałych jurorów!
Po Prostu Żyć: Odkryj Urok Codzienności w Polskim Stylu
Serial z Jennifer Garner powraca. Znamy już datę premiery
Tyle zarabia Remigiusz Mróz. Kwota robi wrażenie!
Quiz dla oczytanych. W PRL-u wszystkie dzieci czytały te książki! A Ty?
Nie odchodź, mamo. Rodzinna opowieść z polskim sercem
Ona nie była samotna. Zwyczajna opowieść z zimowego poranka na warszawskim blokowisku: Babcia Walentyna, kot Felek – dawny finansista, pies Gawron – czujny stróż, i siła prostych gestów, które nadają sens codzienności
Efekt "Bridgertonów” i zabójcze sekrety. Które seriale zdominowały ranking?
Co dalej z Sophie i Benedictem? Znamy datę premiery drugiej części 4. sezonu „Bridgertonów”
Polskie wątki w "Domu z papieru"? Sprawdzamy
Edyta M. Matejko – Krew Pogromców
"Barwy szczęścia": Wyda się, kim naprawdę jest. Nie chcą go w swoim życiu
Rok temu odeszła Emma Popik
Po emisji "Akacjowej 38" Polacy są zgodni. Tego się nie spodziewali
Najbliżsi pod Sercem: Opowieść o rodzinie, gdzie dzieci zawsze pomagają, wnuki odwiedzają dziadków, a wspólne chwile przy herbacie z domowymi ciasteczkami, matematyczne lekcje z dziadkiem i zabawy na podwórku łączą pokolenia Anny Janowny i Pawła Iljicza z ich wnukami Milą, Wojtkiem i Swietą – rodzinne rozmowy o marzeniach, radościach, smutkach i sile, która sprawia, iż mimo przeciwności losu ta wielka, polska rodzina potrafi cieszyć się każdym wspólnym dniem.
Magnolie zakwitną nocą – recenzja książki. Fenomenalny debiut
Żabka Jush "zawsze dowozi". Największa w historii kampania
Kochanka mojego męża Mila siedziała w samochodzie, patrząc na ekran nawigacji. Wszystko się zgadzało, dojechała pod adekwatny adres. Pozostało tylko zebrać się na odwagę i zrobić to, co zaplanowała. Głęboko odetchnęła i zdecydowanym ruchem wysiadła zza kierownicy. Przeszła jakieś pięćdziesiąt metrów i zatrzymała się przy wejściu do niewielkiej kawiarni. Na szyldzie widniał napis: „Kawiarniany Raj”. „No tak, raj…” – przemknęło jej przez myśl. Musiała tam wejść, choć nagle cały zapał z niej uleciał. A może lepiej sobie odpuścić i wyjechać najdalej, jak się da? Nie, nie po to tu przyjechała. Nacisnęła klamkę i pociągnęła drzwi do siebie. Zaraz miała zobaczyć JĄ – kochankę swojego męża i niszczycielkę domowego ogniska. Co wiedziała o tej dziewczynie? Niewiele. Podobno ksywka „Kociak” – tak pieszczotliwie mówi o niej jej mąż, a ona pracuje tu jako kelnerka. Mila wybrała stolik przy oknie i czekała, aż ktoś podejdzie, żeby przyjąć zamówienie. Oto i ona! Mila od razu poznała dziewczynę, którą widziała na zdjęciu w telefonie męża. I właśnie zmierzała do jej stolika. Kilka sekund ciągnęło się w nieskończoność. W głowie Mili kłębiły się myśli warte grubą książkę. – Dzień dobry! – przywitała się kelnerka, a Mila zerknęła na jej identyfikator. „Kasia”. No tak, fantazji to jej mąż nie ma za grosz – nazywać Kasię „Kociakiem”. Tymczasem dziewczyna, nieświadoma burzy myśli Mili, zapytała uprzejmie: – Mogę podać menu? Gdy będzie pani gotowa, proszę zawołać. Mila uśmiechnęła się najpiękniej, równocześnie dokładnie przyglądając się rywalce, jakby przez szkło powiększające. Jak to się stało, iż znalazła się twarzą w twarz z kochanką swojego męża? To długa historia. Ale wszystko po kolei… Od dziesięciu lat była żoną Aleksandra. A przynajmniej, jak jej się wydawało, była szczęśliwa. Mieli córkę, Ewę, która miała osiem lat. Aleksander rozpieszczał Evę ponad miarę, często wywołując uśmiech pobłażania u Mili. Córka też była zapatrzona w tatę, czasem Mila myślała, iż choćby bardziej niż w nią. Ale nie była na to zła. Z zawodu psycholog, wiedziała doskonale, jak ważna jest dla dziewczynki miłość ojca. Mila zawsze starała się rozmawiać z mężem o problemach i unikała poważnych kłótni. Normalna, przeciętna polska rodzina: mieszkanie na kredyt, samochód, domek letniskowy 50 km od Łodzi. A tu jak grom z jasnego nieba – kochanka! Mila dowiedziała się przypadkiem. Kilka dni temu Aleksander brał prysznic, gdy zadzwonił jego telefon. Zawołał ją: – To pewnie tata, miał dzwonić wieczorem! Odbierz, ja nie mogę. Nigdy dotąd nie odbierała za niego telefonów, ale skoro sam poprosił… Sięgnęła po komórkę, ale zobaczyła, iż to nie teść, tylko „Kociak”, a na zdjęciu profilowym młoda dziewczyna w objęciach jej męża. Mila zamarła. Odebrać? Pogadać z tą dziewczyną? Zanim zdecydowała, połączenie się rozłączyło. Już chciała odejść, gdy przyszła wiadomość: „Olek, mam w przyszłym tygodniu zmiany 2/2 od poniedziałku. Wpadnij do Kawiarnianego Raju na końcówkę mojej zmiany, chcę cię poczęstować specjalną kawą. Tęsknię…”. Reszta – emotki. Mila cofnęła rękę jak poparzona. Wątpliwości znikły – zdjęcie, połączenie, wiadomość. Tak, jej mąż ma kochankę. Od kiedy to trwa, co to za relacja? Romans czy coś poważniejszego? Nie miało to adekwatnie znaczenia. Jej świat runął. Kiedy Aleksander wyszedł, wybiegła do „apteki”, a naprawdę usiadła w parku i długo rozważała, co dalej. Tylko jak powiedzieć o tym mężowi bez wywoływania awantury? A może… skoro zna imię kelnerki i miejsce pracy, po prostu pojechać i ją zobaczyć? Kolejne dni były dla Mili koszmarem. Bezsenność, brak apetytu, sztuczny uśmiech wobec córki i męża. W końcu postanowiła: musi to zobaczyć na własne oczy – i zrozumieć. *** – Poproszę latte i jakiś deser – zamówiła Mila. – Co pani poleca? – Mamy dobre ciasto miodowe – zaproponowała Kasia. – W takim razie proszę miodowe. Kiedy „kochanka jej męża” przyniosła zamówienie, Mila ledwo tknęła kawę. W kawiarni było prawie pusto. Właśnie czekała na okazję, by zamienić z kelnerką kilka słów. Po dziesięciu minutach Kasia wróciła: – Prawie nie ruszyła pani deseru. Nie smakuje? Może podać coś innego? – Nie, to nie przez ciasto. Po prostu brak mi apetytu. Za dużo myśli w głowie. – Przepraszam, nie będę przeszkadzać. – Proszę pani, nie przeszkadzacie. Zastanawiam się właśnie, czy lepiej skończyć ten miodownik, czy od razu złożyć papiery rozwodowe. Co byście wybrali? – spojrzała na Kasię badawczo. Dziewczyna wyraźnie się spłoszyła. – Nigdy nie musiałam podejmować takiego wyboru… – A gdyby? Co by pani zrobiła, gdyby dowiedziała się, iż mąż panią zdradza? Kasia milczała. Mila zmieniła temat: – Długo tu pani pracuje? – Około roku. – Studentka? – Tak. – A na jakim kierunku? – Uniwersytet Kultury, coś artystycznego. – Ciekawe. To pewnie wyobraźnię ma pani rozwiniętą… Zagrałaby pani rolę zdradzonej żony? Lub… kochanki? Kasia denerwowała się widocznie, więc Mila gwałtownie przerwała. Teraz zrozumiała, iż nie powinna tu przyjeżdżać. Czy miała ochotę ciągnąć rywalkę za włosy albo oblać kawą? Nie. Poprosiła o rachunek. Kasia przyniosła paragon, a po chwili, na stole przy oknie pozostały już tylko pieniądze – z całkiem niezłym napiwkiem. *** W kawiarni Mila podjęła decyzję. Dziesięciolecie ślubu z Aleksandrem odbędą zgodnie z planem. Nie odbierze dziecku tego dnia! Ewa od tygodni malowała laurki dla rodziców i czekała na wspólne wyjście. I tak, wieczorem Mila, Aleksander i Ewa świętowali w ulubionej, rodzinnej restauracji. Dziesięć lat razem. Jaka to rocznica? Cynowa? Drewniana? „Raczej szklana, bo wszystko zaraz się rozsypie” – myślała Mila. Gdy już myślała, iż zaraz wysiądzie, Aleksander mrugnął do Ewy: – Jak to urodziny bez tortu? – Córka krzyknęła radośnie. W drzwiach pojawiła się Kasia – „Kociak”, kochanka, kelnerka, wszystko naraz. Przyniosła tort i została obok. Aleksander pogłaskał ją po ramieniu i zwrócił się do żony: – Z okazji rocznicy, kochanie! Ten tort jest dla ciebie. Podeszła animatorka, prosząc Ewę do zabawy. Mila zamarła. Aleksander odezwał się: – Widzę, iż już poznałaś Kasię… Ta skinęła grzecznie głową. – Naszej miłości nie złamie nic. Dziękuję, iż jesteś… – chciał ją pocałować, ale Mila odsunęła się. – Jak to rozumieć? – zapytała. – Mili, to był żart! Przez pewne agencje można zamówić niezwykły scenariusz na jubileusz. Dla nas napisano historię o… „zdradzie”. Ale to tylko żart! Jesteś wspaniała, masz tyle siły. Jesteś wyjątkowa! – Chcesz powiedzieć, iż nie masz kochanki?! –Nie mam – odpowiedział z ulgą. – A pani Kasia to aktorka? – Jeszcze się uczę, ale pracuję i w kawiarni, i w agencji. Rozmawiała pani ze mną naprawdę kulturalnie. Często inne żony… no cóż… bywało gorzej. – Nie wierzę – Mila była w szoku. – Olek, to twoim zdaniem śmieszne?! Stosowne? I tuż przed naszą rocznicą?! – jej głos podskoczył o oktawę. – Za co?! Kasia chciała odejść, ale Mila ją zatrzymała. Aleksander po raz pierwszy widział żonę tak roztrzęsioną. – Przecież wiesz, jaka jesteś opanowana, nigdy nic cię nie rusza… Chciałem dodać odrobinę „pieprzu” do naszego życia. Mila z trudem się powstrzymywała. Kasia gwałtownie znikła ze sceny. – O, pieprzu ci brak? Proszę bardzo! – i rozsmarowała tort po twarzy męża. – Masz i pieprz, i nadzienie, wszystko! Aleksander próbował się ogarnąć. – Zwariowałaś?! – Nie, kochanie – powiedziała słodkim głosem. – Trochę ożywienia w nasze małżeństwo! – po czym podniosła torebkę i ruszyła w stronę wyjścia. – Co ci jest?! Przecież ci nie zdradziłem! Mila zatrzymała się i powiedziała z uczuciem: – Lepiej już byś zdradził! Podeszła do córki, wzięła ją za rękę i wyszły z restauracji. Na zewnątrz wdychała wieczorne powietrze i nagle wybuchnęła śmiechem. – Mamusiu, co cię tak bawi? – Nic, córcia. Przypomniał mi się kawał. – Opowiesz? – Pewnie. Ale najpierw musimy poważnie porozmawiać. Wygląda na to, iż przez jakiś czas będziemy mieszkać bez taty… – Bez taty? Na zawsze? – w oczach Ewy zabłysły łzy. – Nie wiem, zobaczymy. Pójdziesz ze mną? Ewa przytaknęła, a one ruszyły w wieczorne polskie miasto.
Dygat Stanisław : Podróż
Verne Juliusz : Wąż morski
O sile, która rodzi się w bólu
Ja się nie ożenię / Yaro
Bezczelność Bez Granic, czyli kiedy rodzina chce wynająć dom nad morzem i nie zapłacić: Spór Natalii i Koli o to, czy można ufać krewnym bardziej niż obcym – opowieść o pieniądzach, zobowiązaniach i rodzinnych niesnaskach w polskich realiach
Quiz dla oczytanych. Dopasujesz książki do autorów? Przebij średnią 8/12
"Polska stałaby się buforem odgradzającym sowiecką Rosję od Niemiec" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Kreatywna zima w Bibliotece Kłosowa!
Alicja Okońska : Stanisław Wyspiański