„Otworzyć małżeństwo na próbę, czyli jak „wolne związki” miały uratować naszą rodzinę: historia Elen…

twojacena.pl 1 godzina temu

Podgrzanie małżeństwa

Wiesz co, Jola… Może spróbujemy otwartego związku? ostrożnie zaproponował Artur.

Słucham? Jolanta nie od razu zrozumiała. Chyba żartujesz?

A co w tym dziwnego? westchnął mąż, próbując zachować pozory spokoju. W Europie to przecież dość popularne. Uważają, iż to choćby rozbudza małżeństwo. Sama mówiłaś, iż trochę słodkiego na diecie nie zaszkodzi pomaga nie rzucić wszystkiego w diabły. Chodzi o to, iż w życiu potrzeba trochę urozmaicenia.

Jolanta mrugnęła powoli. Porównanie kochanki do czekoladki było żenująco idiotyczne. Lub bezczelne.

Artur… zaczęła spokojnie. jeżeli chcesz odejść, to zrób to jak mężczyzna. Dam ci wolność, ale nie wciągaj mnie w tę nieczystość.

Jolu, po co zaraz te szpilki? Przecież cię kocham. Tylko… no iskrzy już coraz mniej. Przydałoby się trochę ognia, bo śpimy jak obcy ludzie, a rozmawiamy tylko o zakupach i rachunkach za prąd. Nudno nam, przydałby się jakiś impuls. Ja cię przecież do niczego nie zmuszam. Poznasz kogoś, może odpoczniesz. Źle ci?

Jolanta zmrużyła oczy i nagle zrozumiała: mąż ją okłamuje. Te uciekające oczy, nerwowe stukanie palcami w blat… Tak, potrzebna mu wolność. Ale nie jutro i nie dziś. Widocznie chciał jej już wczoraj.

Artur, powiedz szczerze. Masz już kogoś? Teraz mi to proponujesz, żeby zagłuszyć sumienie?

Oj zaczynasz! machnął ręką mąż. Gdybym miał, nie rozmawiałbym z tobą o takich rzeczach. Żałuję, iż w ogóle zacząłem ten temat. Jesteś taka staroświecka… Dobra, zapomnij.

Po tych słowach Artur wstał z miną urażonego świętego i wyszedł do drugiego pokoju. Jolanta została sama ze swoimi myślami.

Dwadzieścia pięć lat. Oddała mu najlepsze lata życia, znosiła wzloty i upadki, brak pieniędzy, wieczne nadgodziny, które teraz jawiły się jej w zupełnie innym świetle… A on teraz, najedzony i zadowolony, proponuje jej współudział w zdradzie małżeńskiej. Odpocząć… No cóż. Wygodne słowo.

Tej nocy spali w osobnych pokojach. Chociaż, czy spali… Jolanta tylko leżała, patrząc w sufit lub za okno, i próbowała zrozumieć, jak do tego doszło. Przecież kiedyś Artur przynosił jej ogromne bukiety bzu, starał się o ładny ślub, cieszył się z narodzin córki. A dziś… Lepiej gdyby po prostu odszedł.

Kiedy przekroczyli punkt bez powrotu? Może, gdy ona przestała się malować w domu, by być dla niego piękną? Albo gdy on pierwszy raz zapomniał o rocznicy, tłumacząc się pracą? Ale to już bez znaczenia.

Z jednej strony chciała po prostu złożyć pozew o rozwód i zapomnieć. Z drugiej czy można tak łatwo wyrzucić z pamięci połowę życia?

Może nie było już między nimi namiętności, ale była przyzwyczajenie, wspólny majątek i poukładany dom. Do tego Artur był solidnym oparciem. Córka już dawno się wyprowadziła, starość przed nimi, ale przez te lata nie raz sobie pomagali. Kiedyś choćby na siebie wziął kredyt, żeby pomóc jej matce. Niewielu tak by zrobiło.

W Jolancie gotowało się wszystko na raz: żal, strach i złość. Może uważa, iż już nikogo nie znajdę? przemknęło jej przez myśl. Że jestem starą babą, której nikt nie chce? Że będę dla niego gotować zupy, dziergać skarpetki wnukom, wiernie czekać, aż wróci po swoich wyskokach?

O nie.

Dobrze powiedziała mężowi rano. Skoro tak chcesz.

W sensie?

Zgadzam się na twoje otwarte małżeństwo.

Arturowi z wrażenia utknął łyk herbaty. Spodziewał się awantury, a ona spokojnie to przyjęła.

No… To dobrze. Może choćby ci się spodoba odparł. A tak w ogóle, dzisiaj wrócę później.

Serce Jolanty znów przeszył ból. Tak prędko?..

Wieczór był szary i cichy. Jolanta czuła się przegrana i odrzucona. Jakby oceniono ją i uznano za przestarzały model telefonu.

Stanęła przed lustrem. Zmęczone oczy, zmarszczki w kącikach ust, już nie ta skóra, co kiedyś. Ale sylwetka wciąż zgrabna. Włosy bujne. Może jednak była jeszcze ładna? Może to z Arturem coś nie tak?
Innym przecież się podobała. Choćby Adam, kierownik sąsiedniego działu. Odkąd przeszedł do ich firmy miesiąc temu, ciągle jej komplementował, otwierał drzwi, przynosił kawę. Parę razy zapraszał na obiad, a tydzień temu choćby na kolację w restauracji.

Panie Adamie, jestem na diecie. Nazywa się zamężna zażartowała wtedy Jola.
Jolanto, ślub to tylko pieczątka w dowodzie, nie piętno uśmiechnął się Adam. Ale namawiać nie będę.

Artur chciał otwartego małżeństwa? Chciał, by sobie odpoczęła? No to dobrze.

Dobry wieczór, Adamie. Czy zaproszenie na kolację jest wciąż aktualne? Wygląda na to, iż mam teraz czas i ochotę złamać dietę napisała w komunikatorze.

To nie była zemsta. Jolanta po prostu chciała znowu poczuć się kobietą. Odzyskać własne ja, które mąż przez dwa dni depcze.

Reszta wieczoru upłynęła w osobliwym nastroju. Adam zachowywał się jak idealny dżentelmen. Przesuwał krzesło, dolewał wina, słuchał ze skupieniem, patrzył, jakby była jedyną kobietą w restauracji.

Jolancie było trochę wstyd, ale poczuła te dawno zapomniane emocje: dreszczyk i euforia bycia w centrum uwagi. Wreszcie miała coś poza garami i brudnymi skarpetkami Artura.

Może pojedziemy do mnie? Po drodze kupimy dobre wino, obejrzymy jakiś film… zaproponował Adam, gdy skończyła deser.

Jola skinęła głową, choć coś w środku kazało się zastanowić. Przypomniała sobie minę Artura, gdy pozwalał jej się odprężyć.

Kiedy byli już u Adama, jej telefon zaczął dzwonić. Mąż. Odrzuciła raz, drugi. Nic to nie dało.

Tak? powiedziała do słuchawki, starając się być spokojna.
Gdzie się szlajasz?! wrzasnął Artur. Jest dziesiąta, w lodówce pustki, a ciebie nie ma! Oszalałaś?

Jolanta zaniemówiła. Adam, usłyszawszy krzyki, dyskretnie wyszedł do innego pokoju. Resztki magii wieczoru prysły.

adekwatnie… jestem na randce, Arturze.
Gdzie?! Na jakiej, do cholery, randce?!
Muszę tłumaczyć jak dziecku? Sam wczoraj zaproponowałeś otwarty związek. Mówiłeś, żeby się rozerwać. No to się rozerwałam. Co, boli, gdy kijek się obraca?

Zapadła ciężka cisza, słychać było tylko jego sapanie. W końcu nie wytrzymał.

Naprawdę pobiegłaś do kogoś? Żartowałem! Chciałem cię sprawdzić! Rozumiesz? Sprawdzić! Ty tylko czekałaś na okazję, co? Udawałaś przez dzień, a potem od razu poleciałaś?!

Jola zgłupiała.

A ty gdzie byłeś dzisiaj?
U nikogo! Byłem w pracy! odburknął mąż. Wiesz co… Nie potrzebuję od ciebie żadnych syfów. Albo się pakujesz, albo ja się wynoszę. Rozwodzimy się.

Mąż odłożył słuchawkę. Jolanta wstała jak zamurowana, upokorzona.

Wszystko w porządku? zagadnął Adam.
Tak… Nic ważnego… próbowała się uśmiechnąć, ale nie wyszło.
Jolanto Adam spojrzał na zegarek. Mam wrażenie, iż powinnaś teraz wrócić i poukładać swoje sprawy.

Bajka się skończyła, dorożka zamieniła się w dynię, a rycerski adorator w kogoś, kto nie chciał mieszać się w nie swoje brudy. Można go było zrozumieć liczył na przyjemny wieczór, a dostał cudzą rodzinną dramę.

Pewnie lepiej byłoby od razu wnieść o rozwód. Ale mądrość przychodzi późno.

Tej nocy Jolanta nie wróciła do domu. Wynajęła pokój w hotelu. Wrócić do rozjuszonego męża nie chciała, musiała przemyśleć, iż już nigdy nie będzie jak kiedyś.

Minęły trzy lata…
Przez ten czas życie jak rzeźbiarz odrywało, co niepotrzebne, choć robiło to boleśnie.

Artur błyskawicznie znalazł sobie nową wybrankę, jeszcze przed oficjalnym rozwodem. Zresztą ta pani uciekła z jego częścią pieniędzy zaraz po sprzedaży mieszkania.

Z Adamem nic nie wyszło. Wciąż mijali się w firmie, ale już bez uśmiechów wymieniali jedynie grzecznościowe słowa. Jolanta zrozumiała: mężczyźni, którzy chętnie wchodzą w rolę kochanka, znikają, gdy pojawia się szansa na coś poważniejszego albo potrzeba wsparcia.

Tylko iż Jola nikogo już nie szukała. Gdy zamieszkała w nowym mieszkaniu sama, odkryła, iż ma mnóstwo czasu i energii. Dawniej wszystko pochłaniało sprzątanie i dbanie o humory Artura. Teraz zaczęła żyć dla siebie.

Poranne pływanie pomogło jej na kręgosłup, a kurs angielskiego pobudzał umysł. Obcięła włosy na krótko, wymieniła prawie całą garderobę.

I, co najważniejsze została babcią.

Córka, Małgosia, urodziła pół roku temu. Na początku, gdy rozkręcał się rozwodowy skandal, była przeciw matce. Artur umiał się ustawić na ofiarę, malując się oczami córki jako zdradzony i skrzywdzony.

Ale czas pokazał prawdę. Małgosia przyjechała, by porozmawiać z matką, spojrzeć jej w oczy, wyrzucić żale. I zobaczyła nie rozpustnicę, o której mówił ojciec, ale zmęczoną, ale szczerą kobietę.

Jolanta powiedziała wszystko: iż Artur sam to zaproponował, iż od lat zostawał dłużej w pracy, iż ona czuła się przy nim samotna już od dawna. Małgosia, sama mężatka, zrozumiała matkę. Szczególnie gdy Artur niemal natychmiast znalazł inną, całkowicie stanęła po stronie Jolanty.

Teraz Jola siedziała w kuchni u Małgosi, tuląc wnuczkę. Mała Sonia z zapałem próbowała złapać babcię za palec.

Tata znowu dzwonił… powiedziała córka z grymasem. Chciał wpaść, zobaczyć Sonię.
I co mu powiedziałaś? spokojnie spytała Jola.
Że nas nie będzie w mieście westchnęła Małgosia. Nie chcę go wpuszczać. Najpierw gada o tobie bzdury, potem prosi, żeby was znowu połączyć. Denerwuję się za każdym razem, jak go widzę. I nie chcę, by próbował Sonię nastawiać przeciw tobie. Niech dalej żyje swoją wolnością

Jola nic nie powiedziała, tylko mocniej przytuliła wnuczkę.

Artur dostał to, czego chciał: pełną wolność. Nikt nie zawracał mu głowy, nikt nie przeszkadzał przy telewizorze. Tylko wolność okazała się mieć gorzki posmak samotności. Ale było już za późno.

Czasem w życiu trzeba mieć odwagę postawić na siebie. Bo wolność i spokój nie zawsze przychodzą od innych często trzeba znaleźć je w sobie.

Idź do oryginalnego materiału