W jednej ze scen serialu Studio główny bohater wygłasza poruszającą przemowę, w której wyraża swoją miłość do taśmy filmowej i tego, jak wyglądają kręcone w ten sposób produkcje. Echa tego monologu kołatały mi w głowie podczas seansu pełnometrażowego debiutu Heleny Ganjalyan i Bartosza Szpaka – Glorious Summer. Trudno bowiem nie docenić tego, jak ten film wygląda, a to nie jego jedyna wartość.
Glorious Summer opowiada o trzech kobietach, które żyją w murach imponującego renesansowego pałacu. Tam enigmatyczny system spełnia wszystkie ich życiowe potrzeby – zapewnia jedzenie, rozrywkę i narzędzia do samodoskonalenia. Wszystko to pod jednym warunkiem – kobietom nie wolno przekraczać muru otaczającego posiadłość. Przedłużające się ograniczenia zaczynają przypominać zniewolenie, a bohaterki potajemnie opracowują plan ucieczki. Piękna strona wizualna kontrastuje więc z niepokojącą treścią i mechanizmem kontroli życia bohaterek.

Glorious Summer trudno zaszufladkować – akcja teoretycznie dzieje się w Polsce, choć równie dobrze mógłby to być inny kraj. Nowoczesny system kontrolujący kobiety w murach renesansowego pałacu może się kojarzyć z gatunkiem science fiction i dystopijną przyszłością, ale film Ganjalyan i Szpaka prędzej przywodzi na myśl sen osadzony poza czasem i przestrzenią. Na ekrany trafia w 2025 roku, ale jest nakręcony tak, iż można by było uwierzyć, iż został zrealizowany 50 lat temu.
Wszystko to składa się na projekt fascynujący, ale i dość wymagający – tempo jest niespieszne, nie uświadczymy też wielu dialogów. Tym większym wyzwaniem były role Magdaleny Fejdasz-Hanczewskiej, Danieli Komędery i samej Heleny Ganjalyan, która w Glorious Summer pojawiła się po obu stronach kamery. Poza nimi na ekranie widzimy dłużej tylko jedną inną postać (graną przez Weronikę Humaj), jednak szczegóły na jej temat pozostawmy teraz w tajemnicy.

Wiele wyraża się w spojrzeniach i drobnych gestach aktorek. choćby przy oszczędnych środkach wyrazu jesteśmy w stanie określić, jaka jest każda z nich z charakteru, i to w sytuacji, gdzie system rozmywa ich tożsamość. Obserwujemy je, gdy biorą udział w zajęciach organizowanych przez kontrolujący je byt, gdy spędzają czas wolny, taplając się w dmuchanym basenie i strzelając z pistoletów wodnych i gdy ćwiczą… odgrywanie nieżyjących, co ma pomóc im w planowanej ucieczce.
Czy im się uda? Jak wygląda świat za murami? Te pytania krążą z tyłu głowy przez cały seans i choć Ganjalyan i Szpak nie odpowiadają na wszystkie z nich, nie ma poczucia niedosytu; Glorious Summer zostawia nas raczej z pobudzoną wyobraźnią. Jako widzowie sami możemy wysnuć sobie wizję tego, jak może wyglądać świat, w którym pod płaszczykiem spełniania potrzeb i wiecznego lata kryje się opresyjny system dążący do tego, by obywatele utracili poczucie własnego „ja”. Jak piękny sen, który po czasie okazuje się koszmarem.

Techniczna strona Glorious Summer udanie tworzy zresztą iluzję, iż świat bohaterek istotnie jest tak cudowny i spełniający potrzeby, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Z kadrów aż bije ciepło i zapach lata (jest to szczególnie zdradliwe, gdy film ogląda się po tygodniach trwających mrozów), kadry we wnętrzach pałacu skomponowane są tak, iż przypominają obrazy, a same aktorki znakomicie wpasowują się swoją grą w ten dominujący oniryczny klimat. Atmosferę uzupełnia ambientowa muzyka Bartosza Szpaka (cóż za twórczy duet!).
Nie oszukujmy się jednak, iż jest to film dla wszystkich – przypuszczam, iż osoby, które cenią sobie szybsze prowadzenie akcji i dynamikę w relacjach między bohaterami, mogą się od Glorious Summer odbić (i prawdopodobnie zdają sobie też z tego sprawę sami twórcy). Mimo to warto docenić, iż w Polsce powstał film, którego reżyserzy pozwolili sobie na ukazanie od początku do końca swojej wizji, wyraźnie wiedząc, co chcą dać widzom (Glorious Summer powstało zresztą na bazie sztuki teatralnej, którą lata temu stworzył ten sam duet).
Jesteście gotowi odkryć, co pozostawi w was ich świat?















