Marta Wilk parzyła kawę o szóstej rano, kiedy telefon zadrżał na blacie kuchennym. Powiadomienie z aplikacji banku. Kwota: 3800 złotych. Odbiorca: Kuba Wilk, jej syn, siedemnastolatek, który jeszcze spał w pokoju obok.
Odstawiła kubek. Przewinęła historię przelewów. Trzeci taki w tym miesiącu. Za każdym razem inny odbiorca, zawsze noc, zawsze z konta, do którego dała mu dostęp „tylko na drobne wydatki, na bilety, na książki".
Poszła do jego pokoju. Kuba spał z telefonem przyciśniętym do policzka, ekranem w dół, jakby choćby we śnie chciał go ukryć. Na biurku leżał otwarty zeszyt do fizyki, a obok niego kartka z odręcznie zapisanym numerem konta i imieniem: Ola.
Nie obudziła go. Usiadła na brzegu łóżka i czekała, aż otworzy oczy sam, jak wtedy, gdy miał pięć lat i bała się, iż coś mu jest, więc siadała blisko i słuchała oddechu.
Obudził się o ósmej, zobaczył ją i od razu spiął ramiona, jakby przygotował się na cios, którego nie było.
— Kim jest Ola? — zapytała cicho, kładąc telefon na kołdrze między nimi.
Milczał długo. W końcu powiedział, iż poznał ją trzy miesiące temu w grze, potem na czacie, potem telefonicznie. Że nigdy się nie widzieli, bo mieszka daleko, w Szwecji, u cioci, i nie ma jak przyjechać. Że jej mama choruje na nowotwór i pieniądze są na leczenie, tylko tymczasowo, bo tata zwróci wszystko, gdy sprzeda mieszkanie.
Marta poczuła, jak żołądek zaciska się w twardą pięść. Nie krzyczała. Wzięła jego telefon, otworzyła galerię i pokazała mu to, co on sam mógł zobaczyć w dwie minuty, gdyby chciał: te same zdjęcia „Oli" wystawione na trzech innych profilach, pod trzema innymi imionami, w trzech różnych krajach szukania.
— To nie jest miłość, Kuba. To jest robota. Ktoś siedzi przy komputerze i robi to zawodowo, na wielu chłopakach naraz.
Kuba wyrwał jej telefon z ręki.
— Ty nic nie rozumiesz. Ona mnie potrzebuje. Jak jej teraz nie pomogę, to kto?
Trzasnęły drzwi. Zamknął się w łazience na czterdzieści minut. Marta stała pod drzwiami, słuchała, jak cicho z nim rozmawia przez telefon, i po raz pierwszy w życiu bała się nie o jego zdrowie, tylko o to, iż traci go na rzecz kogoś, kogo nigdy nie było.
Wieczorem zadzwoniła do banku i zablokowała możliwość przelewów z jego subkonta powyżej stu złotych bez jej autoryzacji. Zgłosiła sprawę na policję — nie przeciwko synowi, tylko przeciwko numerowi konta z kartki. Zajęło to trzy dni, zanim dostała odpowiedź: konto należało do słupa, mężczyzny z Wrocławia, który sam padł ofiarą tej samej siatki i teraz miał wobec niego zarzuty prania pieniędzy, o czym nie miał pojęcia.
Kuba nie odzywał się do niej tydzień, jadł w swoim pokoju, wychodził do szkoły bez słowa. Aż w piątek wieczorem usiadł przy stole kuchennym, gdzie akurat obierała ziemniaki, i położył przed nią telefon.
— Napisała do mnie. Że zniknęłam jej mama. Że potrzebuje jeszcze tysiąc, bo pogrzeb.
Marta odłożyła nóż.
— I co jej odpisałeś?
— Nic. Bo nie mam już nic do wysłania, zablokowałaś konto. — Głos mu się łamał. — Ale chciałem. Chciałem jej wysłać, mamo. choćby teraz, jak wiem, iż to nieprawda, chciałem.
Wtedy zrozumiała, iż to nie była walka o pieniądze. To była walka o coś, czego nikt jej nie nauczył nazywać — o chłopca, który przez trzy miesiące codziennie dostawał od nieznajomego głosu więcej uwagi niż od kogokolwiek w realnym świecie, i który wiedział, iż to fałsz, a mimo to nie potrafił przestać tego chcieć.
Usiadła obok niego, blisko, tak jak przy tamtym łóżku, gdy miał pięć lat.
— To nie twoja wina, iż chciałeś, żeby ktoś tak bardzo cię potrzebował. Ale ja jestem tutaj, naprawdę, i nie zniknę, choćby jak nie wyślesz żadnych pieniędzy.
Kuba pierwszy raz od tygodnia oparł głowę o jej ramię. Siedzieli tak, aż ziemniaki wystygły w misce, a za oknem zapaliły się latarnie na osiedlu, i żadne z nich nie potrzebowało już nic więcej mówić.







