Moja córka złamała mi serce. Myślałam, iż umie być wdzięczna, iż w wieku 25 lat potrafi widzieć prawdę i odróżniać dobro od obojętności. Jednak jej postępowanie udowodniło coś zupełnie odwrotnego – gorzką, bolesną prawdę. Nie zaprosiła na swoje wesele ojczyma, mojego męża Piotra, który wychowywał ją od dziewiątego roku życia, wkładając serce w każdy jej krok. Natomiast zaprosiła swojego biologicznego ojca, który przez te lata zupełnie ją ignorował. Po takim ciosie nie mam najmniejszej ochoty pojawić się na tej uroczystości zdrady.
Rozwód z moim pierwszym mężem, Januszem, był nieunikniony, jak burza po ciszy. Ostatnie cztery lata naszego małżeństwa trwałam tylko dzięki swojej wytrzymałości i namowom teściowej, która błagała, bym wytrwała przy jej nieudolnym synu. Ale wszystko ma swoje granice i moja cierpliwość się skończyła, kiedy nasza córka, Zosia, skończyła siedem lat. Jej ojciec zawsze traktował rodzinę po macoszemu. Interesował się nią tylko, gdy był lekko pijany – no może do momentu, kiedy nie stracił zupełnie kontaktu z rzeczywistością. Znikał na całe dni, a kiedy wracał, swoje racje udowadniał dzięki pięści, pozostawiając siniaki nie tylko na mnie, ale i na moim sercu.
Gdy dowiedziałam się o jego kochance, to przelało czarę goryczy. Myśl, iż jakaś inna kobieta dała się zwieść temu „skarbowi”, otrzeźwiła mnie do reszty. Złożyłam pozew o rozwód bez oglądania się za siebie. Janusz choćby nie próbował ratować rodziny – spakował swoje rzeczy, z hukiem rozbił lustro w przedpokoju i wyszedł z wysoko podniesioną głową, jak bohater jakiejś dramy. Teściowa, która wcześniej płakała nad losem swojego „biednego chłopca”, przeistoczyła się w prawdziwą wiedźmę. Obwiniała mnie o wszystko, próbując wmówić Zosi, iż to moja wina, iż jej „kochający tatuś” nas opuścił, chociaż on sam już dawno wykreślił nas ze swojego życia.
Zosia zawsze ciągnęła do ojca bardziej niż do mnie. Byłam surowa – wychowywałam ją, uczyłam, zmuszałam do nauki. A on pojawiał się rzadko, w dobrym humorze, z tanimi słodyczami i pustymi obietnicami. Kiedy zaś przychodził zły, stawałam na drodze jego złości, chroniąc córkę. Dlatego w jej pamięci pozostał jako jakiś bajkowy rycerz, a ja – jako wieczna strażniczka. Tłumaczenie jej prawdy było daremne: teściowa zatruła jej umysł, a Zosia tęskniła za „dobrym tatą”, który w rzeczywistości nie był wart złamanego grosza. Zagryzałam zęby i dalej walczyłam o nią. Po roku teściowa zmarła, nacisk na córkę zmalał, ale ona przez cały czas idealizowała ojca i obwiniała mnie za jego brak.
Gdy Zosia miała dziewięć lat, poznałam Piotra w naszym miasteczku pod Łodzią. Od razu przypadł mi do gustu — dobry, niezawodny, z ciepłym uśmiechem. Zakochałam się, a on odwzajemnił moje uczucia. Ale bałam się go stracić, więc uczciwie ostrzegłam: mam córkę i może go nie zaakceptować, czekają go trudności. Piotr się nie wycofał. Oświadczył się, wiedząc, iż przed nami wiele wyzwań. I zaczęły się od razu: Zosia urządzała awantury, naburmuszała się, prowokowała go na każdym kroku. Myślałam, iż się podda – któż z chęcią znosiłby obelgi i skandale? Ale on został. Przez szesnaście lat podniósł na nią głos tylko dwa razy – i to zasłużenie. Woził ją na zawody, odbierał z imprez, kupował ubrania, nigdy nie wypominając. choćby jej studia sfinansował on, a nie jej wyidealizowany biologiczny ojciec.
W szkole średniej Zosia zaczęła traktować go spokojniej. Nie atakowała, ale też nie była wdzięczna. Miałam nadzieję, iż z czasem zrozumie, jak wyjątkowym człowiekiem jest Piotr – nie każdy ojczym tak dba o cudze dziecko. Wiedziałam, iż czasem spotyka się z Januszem. Nie wtrącałam się w ich sprawy, ale każdy jej urodziny łamał mi serce: czekała na jego telefon do północy, a on i tak nie dzwonił. I mimo wszystko czekała – rok w rok, jakby była zaślepiona.
Po maturze wyjechała studiować do innego miasta. Po powrocie zamieszkała z chłopakiem, z którym była od trzeciego roku studiów. A potem ogłosiła zaręczyny. Byłam pewna, iż Piotr będzie tam, z nami. Ale ona wykluczyła go z listy gości. Próbował ukryć ból, ale widziałam, jak jego oczy zgasły. Zosia rzuciła mi prosto w twarz:
— Na weselu będzie mój ojciec. Jak sobie wyobrażasz jego i Piotra razem? Chcesz zrobić z tego cyrk?
Zatkało mnie z oburzenia:
— Zaprosiłaś ojca, który zrujnował twoje życie, a wykluczyłaś człowieka, który cię wychował? Jesteś niewdzięczna! Nie idę na twoje wesele. Teraz zwracaj się ze wszystkimi sprawami do swojego „tatusia”.
Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale ja już trzasnęłam drzwiami.
W domu Piotr próbował mnie przekonać do zmiany zdania: mówił, iż to jedyna córka, iż to jej dzień. Ale nie mogę. Ona jasno pokazała, co dla niej jest ważne. My z Piotrem tyle lat walczyliśmy o nią, a ona dalej ubóstwia tego, który ją porzucił. Niech tak będzie. Umywam ręce – wystarczy mi już bólu i rozczarowań.