Nadszedł czas na dalsze przygody Petera Parkera w wydaniu komiksowym. W Amazing Spider-Man. Martwy język. Część 1. Pajączek ma wreszcie chwilę oddechu i może się skupić na własnym życiu.
Amazing Spider-Man. Martwy język. Część 1. przychodzi bezpośrednio po wydarzeniach z Mrocznej sieci, gdzie czarne charaktery występowały hurtowo. Dla odmiany w kolejnym komiksie z serii mamy odpoczynek – Peter Parker wraz z Felicią Hardy planują romantyczny wypad do SPA. Zdefiniowaniu relacji staje na drodze jednak spotkanie z Mary Jane i jej partnerem. Druga część komiksu to z kolei wycieczka w przeszłość, do pierwszego pojawienia się Człowieka Bazgroła.
Nie wiem, czy to ja przechodzę zmęczenie tą serią, czy po prostu jakość leci na łeb na szyję. To wydanie to dopiero pierwsza część Martwego języka, być może się rozwinie w jakimś ciekawym kierunku. Na razie mamy jednak mało romantyczny romans i tysięczny powrót do Mary Jane. Cała druga połowa zeszytu skupia się na czasach, kiedy to ona była dziewczyną Spider-Mana i zupełnie nie wklei się z dopiero co rozpoczętą relacją z Czarną kotką.
Romans romansem, bo wszyscy wiemy, iż MJ ma niepodważalną pozycję u Pajączka. Gorzej, iż cała reszta jest po prostu nudna. Wydawałoby się, iż tajemnicze symbole Człowieka Bazgroła będą intrygującym elementem – ale nie są. Wszystko jest położone przez absurdalne dialogi i niedziałające żarty językowe (Pająkołczing, patrzę na ciebie). Nie bawi, nie angażuje, trochę choćby budzi zażenowanie.
Zobacz również: Helen z Wyndhorn – recenzja komiksu. A miało być tak pięknie…
Jedyną postacią, która ma tutaj jakąkolwiek charyzmę, jest Czarna kotka. Pozostaje niezależna i zadziorna na tyle, na ile może. Do tego wyciąga Spider-Mana z depresyjnego dołka wydarzeń poprzednich tomów. Jedna postać to jednak za mało, aby wybronić komiks.
Amazing Spider-Man. Martwy język. Część 1. to kolejny niewypał w serii. Sam fakt, iż to świętowanie 60-lecia postaci sprawia, iż kwestionuję, czy to ja nie dostrzegam jakiegoś (głęboko ukrytego) fenomemu tych zeszytów. Nie zmienia to jednak faktu, iż momentalnie wyparowują z pamięci, a kolejne wydania przechodzą bez echa.
Powyższy tekst powstał w ramach współpracy z Wydawnictwem Egmont. Dziękujemy!
Fot. główna: Kolaż z użyciem oficjalnej okładki.








