Życie z pasją: codzienna przygoda w prostocie

polregion.pl 1 dzień temu

Pamiętam, jak stałem przy ogromnym panoramicznym oknie mojego nowego mieszkania na dwudziestym drugim piętrze w Warszawie. Na dole, niczym rozgrzana lawa, płynęły światła wieczornych ulic. Każdy samochód mienił się jak koralik, a każdy sygnalizator błyszczał jak rubin lub szmaragd. Spoglądając z tej wysokości, czułem się niczym drapieżny ptak, wreszcie znalazłszy swój punkt podparcia.

Udało mi się wszystko. W oddali, ponad dachami, dymiła komin fabryki, którą kiedyś uratowałem przed upadkiem. Moje nazwisko szanowano w kręgach biznesowych. Lękali się mnie, a jednocześnie podziwiali. Mieszkanie, auto, zegarek wart tyle, co używany samochód wszystko było na swoim miejscu. Wszystko, o czym marzyłem, ważąc baryłki zboża na targu w burzliwe lata dziewięćdziesiąte.

Życie jawiło się jako perfekcyjny plan, każdy krok prowadzący do zysku. ale wieczorami coraz częściej podchodziłem do okna i nie odczuwałem triumfu, ale głęboką ciszę ciszę rozbrzmiewającą niczym w pustym kościele.

Mój służbowy telefon, drugi roboczy, wibrował na szklanej konsoli. Spojrzałem na ekran. Nieznany numer. Chciałem odrzucić natarczywi reklamodawcy już mnie męczyli ale palec zadrżał. Może nowy klient? Zawsze byłem pod ręką.

Halo? odezwałem się zmęczonym, typowo biznesowym głosem.

W słuchawce rozbrzmiał cichy, niepewny westchnienie, a potem kobiecy głos, którego nie słyszałem od ponad dwudziestu lat.

Jurek? To ja, Halina. Twoja koleżanka ze studiów.

Przycisnąłem czoło do zimnego szkła. Halina chuda dziewczyna z warkoczykami, z którą siedzieliśmy razem na wykładach z analizy matematycznej. Śmiała się z moich ambitnych planów i mawiała, iż najważniejsze są nie wysokości, ale mocne korzenie. Wtedy jedynie wymądrzałem się: jakie korzenie, kiedy trzeba wznosić się w górę?

Halino wymamrotałem czym mogę ci pomóc?

Czekałem na prośbę o pieniądze, o pracę, o pomoc tak zwykle wzywały mnie dawni znajomi. ale Halina powiedziała coś innego.

Dzwonię, bo przeglądałam rzeczy w domu mojej mamy na wsi. Znalazłam twoje stare notatki i jedną książkę. Strugackich, Poniedziałek zaczyna się w sobotę». Pamiętasz, iż zgubiłeś ją na pierwszych sesjach? Znalazłam ją u siebie i nie oddałam. Przepraszam, nie miałam czasu.

Milczałem. Nie przypominałem sobie żadnego Poniedziałku. Miałem przed oczami wykresy, notowania, liczby kontraktów. ale z głębiny pamięci wynurzyło się uczucie zachwytu i szaleństwa, które towarzyszyło tej książce o zwykłych czarodziejach. Marzyłem wtedy, by zostać takim naukowcem, wynalazcą, twórcą.

Myślałam drżał głos Haliny iż może chcesz ją zabrać? Działka mojej mamy jest na sprzedaż, więc wszystko rozpakowuję. Czy wspomnienia są dla ciebie ważne?

Mógłbym odrzucić, powiedzieć, iż to bezużyteczne, iż nie mam czasu w stare graty. Zamiast tego zapytałem:

Gdzie jest ta działka?

W Starym Sączu, wciąż tam jest. Byłeś u nas kiedyś.

Przypomniałem sobie strumyk, zapach ogniska, Halinę w prostym lnianym sukienku. Ja, młody, biedny, szczęśliwy, dyskutujący o przyszłości ludzkości i marzący o zmianie świata. Kilku kolegów z uczelni przyjeżdżało tam na wypoczynek.

Dobrze powiedziałem nieoczekiwanie. Podaj adres, przyjadę.

Jadąc swoim terenowym autem po wyboistych wiejskich drogach, miałem wrażenie, iż nie przemieszczam się w przestrzeni, ale w czasie. Przypominałem sobie siebie w tanim perfumie i młodzieńczym zapachu wolności.

Działka była taka, jak w pamięci, choć płot był połamany, a połowa pola porosła trawa. Halina wystąpiła na próg. kilka się zmieniła brak makijażu, prosty strój, przenikliwe spojrzenie, pełne mądrości i współczucia. Uśmiech taki sam, jaki miałam wtedy.

Wchodź rzekła. Herbata już gotowa.

Usiedliśmy w kuchni przy starym, widzącym wiele lat samowarze, a ona opowiadała o swoim życiu. Pracuje jako księgowa w lokalnym zakładzie, mieszka niedaleko działki, ma córkę i już wnuka. Mąż zmarł w wypadku kilka lat temu. Żyje spokojnie, skromnie. Wieżowce i notowania giełdowe dla niej są jak z innej planety.

Wyciągnęła do mnie podniszczoną książkę w kartonowej okładce. Strony były pożółkłe, na marginesach moje dawne, zapomniane odręczne notatki. Poczułem ukłucie w sercu, jakby ktoś dotknął struny, która milczała latami.

Dziękuję, iż zachowałaś ją szepnąłem.

Co zrobić? wzruszyła ramionami. Wszystko wydaje się niepotrzebne, ale nie mogę jej wyrzucić. To chyba cała sens.

Czy nie wydaje ci się, iż to wszystko na nic? zapytałem, nieco surowo. Przepraszam. Ale twoje życie ciche, niewidoczne. Nie ma wielkich wydarzeń. Czy nie żałujesz?

Halina spojrzała na mnie z lekkim smutkiem, nie oskarżając.

Skala się różni, Jurek. Zobacz podeszła do okna. Na podwórzu rosła stara rozłożysta jabłoń. Ten sad zasadził mój dziadek. Tam ten szopyk zbudował ojciec. Moja córka bawiła się pod jabłonią, a teraz tu biega wnuk. To dla mnie cały świat. Czy żałuję? Nie. Po prostu żyłam i żyję.

Patrzyłem na jabłoń, połamany szopyk, prosty drewniany dom i nagle uderzyła mnie ostry, nie do zniesienia myśl. Zbudowałem drapacze chmur, ale nie miałem własnego drzewa, nie było czegoś, co przechowywałoby ciepło moich dłoni, wspomnienie dla tych, którzy przyjdą po mnie.

Osiągnąłem wszystkie szczyty, ale nie miałem korzeni.

Pożegnałem się. Miałem istotną kolację z inwestorami, ale nie pojechałem. Odwołałem spotkanie to nie było w moim stylu. Dojechałem do swojego wieżowca, wjechałem na dwudziesty drugi piętro, podszedłem do okna. Na dole tętniło życie, obce i nieznane.

Wziąłem w dłonie przywiezioną książkę, przesunąłem palcami po szorstkiej okładce. Otworzyłem przypadkową stronę i przeczytałem: Szczęście dla wszystkich, darmowe, i niech nikt nie odchodzi z gniewem!. Stałem tak aż do nocy, patrząc, jak gasną światła w ogromnym, obojętnym mieście, i po raz pierwszy po latach zapragnąłem nie wznieść się wyżej, ale znaleźć jedyne miejsce na ziemi, gdzie mógłbym posadzić drzewo. I niech to będzie moje drzewo.

Rankiem obudziłem się, czując, iż coś w środku pękło na dobre. Ostatecznie, nieodwracalnie.

Odwróciłem się powoli i spojrzałem na swoją sterylną, białą, zaprojektowaną przez architekta kawalerkę. Minimum mebli, kilka drogich obrazów na ścianach, idealny porządek. Nie mieszkałem tam, tylko nocowałem między lotami. To była piękna, ale bezduszna scenografia.

Podniosłem telefon, chwilę wstrzymałem palec nad przyciskiem sekretarki, potem zrezygnowałem. Zamiast tego wybrałem inny numer.

Halo, Halino? To znowu Jurek. Zrobiłem pauzę, szukając słów. Czy nie masz nic przeciwko, żebym jeszcze raz wpadł? Chcę coś zapytać.

W jej głosie zabrzmiało lekkie zdziwienie, ale zgodziła się.

Dwie godziny później mój terenowy powrócił na zakurzoną wiejską drogę. Tym razem nie wciskałem gazu, jeździłem powoli, wpatrując się w znajome i zapomniane krajobrazy.

Halina czekała na tym samym ganku i ponownie uśmiechnęła się swoją cichą, nieskalaną uśmiechniętą twarzą.

Myślałam, iż już jesteś w mieście rzekła. Masz przecież sprawy.

Sprawy poczekają przerwał mnie Jurek i, nie dając jej się zaskoczyć, wykrzyknął: Sprzedajesz działkę? Za ile?

Podano mi kwotę. Dla mnie to były drobne pieniądze, drobne grosze.

Kupuję od razu odpowiedziałem. Ale z jednym warunkiem.

Halina spojrzała na mnie z rosnącym zdziwieniem.

Zostaniesz tu mieszkać. Będziesz gospodarzem, zarządcą nie wiem, jak to nazwać. Nie mogę być tu na stałe, ale chcę, by to miejsce żyło, by miało duszę, i żebym mogła przyjeżdżać, by posadzić to drzewo.

Mówiłem niepewnie, nie po fachu, plącąc słowa. Halina milczała, a w jej oczach odczytałem całą gamę uczuć: nieufność, zagubienie, nadzieję.

Jurek, czy ty wiesz, co robisz? w końcu westchnęła. Po co ci ten ruinowany dom?

Mam drapacze, ironicznie się uśmiechnąłem. Ale takiego miejsca nie mam. Nie kupuję działki, Halino. Kupuję punkt wyjścia. Co powiesz?

Odebrała wzrok, spojrzała na jabłoń, na ścieżkę wiodącą do rzeki.

Dobrze powiedziała cicho. Ale z jednym warunkiem. Naprawdę będziesz przyjeżdżał, sadzić drzewo, pamiętać, po co to robisz.

Uściskaliśmy się, bez prawników i umów, po prostu ręką. I po raz pierwszy od lat poczułem, iż zawieram najważniejsze porozumienie w życiu.

Wróciłem do miasta, do mojego szklanego i betonowego zamku. Prowadziłem negocjacje, podpisywałem kontrakty, zarabiałem miliony. ale coś się zmieniło. Wieczorami podchodziłem do okna nie po to, by poczuć wyższość, ale by w myślach przenieść się na wieś, gdzie pachniało jabłoniami i świeżo skoszoną trawą.

Czasem sięgałem po podniszczony Poniedziałek i czytałem podkreślone linie, kiedyś zaznaczone młodzieńczym piórem, które wierzyło, iż można uszczęśliwić wszystkich za darmo. Dopiero wtedy zaczynałem rozumieć, od czego adekwatnie trzeba zacząć.

Na początku przyjeżdżałem na działkę jak na inwestycję. Przemierzałem teren, robiłem notatki w drogim tablecie, spisywałem listy napraw, wymian, budowy od nowa. Halina nie przeszkadzała mi. Warzywa gotowała w słoikach, pielęgnowała ogród i od czasu do czasu, opierając się o framugę drzwi, przyglądała się temu niecodziennemu człowiekowi w nieskazitelnych butach, które gniótko zmywała wiejska brud.

Pewnego deszczowego wieczoru, gdy udało mi się wyrwać z pracy, siedzieliśmy przy kuchennym stole, piliśmy herbatę z jej malinowym konfiturem. Rozmowa nie szła dalej. Tematy biznesowe już się wyczerpały, a ja wznosiłem niewidzialną barierę przed osobistymi wątpliwościami.

Wtedy Halina, nie patrząc na mnie, zapytała cicho:

Pamiętasz, jak na wykładzie u Starka spieraliśmy się o Szekspira? Ty twierdziłeś, iż Hamlet to nie tchórz, a genialny prokrastynator. Ja mówiłam, iż to po prostu nieszczęśliwy chłopak.

Spojrzałem na nią, jakby po raz pierwszy widząc nie księgową, a dziewczynkę z płonącymi oczami.

Pamiętam powiedziałem chrapliwie. przez cały czas uważam, iż miałem rację.

A ja? odparła, a w kącikach jej oczu pojawiły się drobne zmarszczki jak promyki słońca.

Po raz niespodziewany uśmiechnąłem się szczerze. To nie był już uśmiech biznesowy, ale prawdziwy.

Zaczynałem przyjeżdżać częściej, a coraz rzadziej z tabletem. Zamiast tego przynosiłem książki z miasta i układałem je na półkach, które sam kiedyś odnowiłem. Rozmawialiśmy długo o przeczytanym, o przeżytym, o tym, co wtedy wydawało się ważne, a teraz ma prawdziwą wagę.

Pewnego wieczoru złapałem ją przy czytaniu wnukowi. Chłopiec co jakiś czas przyjeżdżał na wieś razem z Haliną. Siedziała na skraju łóżka, a miękkie światło lampki złociło jej twarz. Czytała Małego Księcia, a jej głos był cichy, kołyszący, pełen takiej delikatności, iż w mojej piersi zacięło się w gardle. Stałem w drzwiach, nie oddychając, by nie zakłócić tę kruchą, doskonałą chwilę. Zrozumiałem, iż chcę słuchać tego głosu przez resztę życia.

Zostałem jej pomocnikiem. Najpierw niezdarnym i zabawnym. Uczyłem się rąbać drewno, czyścić zatkaną zleTeraz, patrząc na rozłożystą jabłoń, czułem, iż wreszcie odnalazłem swój dom, gdzie korzenie i skrzydła współistnieją w jedności.

Idź do oryginalnego materiału