Zapach starego papieru w księgarni na Piotrkowskiej

twojacena.pl 2 godzin temu

Prowadzę antykwariat przy Piotrkowskiej od jedenastu lat i widziałem już niejedną historię, która rozgrywała się między regałami, kiedy ludzie myśleli, iż nikt nie patrzy. Klientka, o której chcę opowiedzieć, przychodziła do mnie co sobotę, zawsze około jedenastej, zawsze pytała o dział z poezją. Miała na imię Marta, tak przynajmniej podpisywała się na rachunkach, kiedy prosiła o fakturę na firmę.

Poznałem ją, bo szukała tomiku Szymborskiej w prezencie. Powiedziała, iż to dla niej samej, tylko żeby mieć wymówkę, gdyby ktoś zapytał, po co jej wiersze o samotności. Zawsze kupowała jedną książkę, płaciła kartą, zostawiała drobne na tacce z cukierkami przy kasie. Mój pies, Rudy, kundelek, którego przygarnąłem spod sklepu z warzywami trzy lata temu, zawsze wychodził jej na spotkanie i kładł łeb na jej kolanach, kiedy siadała w fotelu przy oknie, żeby przekartkować książkę przed zakupem.

Tamtej soboty, w połowie kwietnia, przyszła inaczej. Nie usiadła w fotelu. Stanęła przy ladzie i patrzyła na regał z reprintami starych map Łodzi, nie widząc ich wcale.

— Mam do pana prośbę — powiedziała. — Może pan przechować u siebie karton? Na zapleczu, gdzieś z tyłu. Nie na długo.

Zgodziłem się, bo nie miałem powodu odmówić, a poza tym w tym mieście ludzie czasem potrzebują miejsca, o którym nie wie ich mąż. Przywiozła karton dwa dni później, w środę, kiedy sklep był pusty, bo akurat lało jak z cebra i choćby stali bywalcy zostali w domu. W kartonie, jak się później dowiedziałem, były dokumenty, kilka zdjęć i biżuteria po babci.

Zacząłem się domyślać, co się dzieje, kiedy pewnego dnia zadzwonił do niej telefon, gdy stała przy kasie. Nie odebrała od razu, spojrzała na ekran, zbladła i wyszła przed sklep, żeby porozmawiać na chodniku. Przez szybę widziałem, jak trzyma telefon daleko od ucha, jakby głos po drugiej stronie parzył.

Wróciła po pięciu minutach, kupiła zakładkę do książki za dziewięć złotych i wyszła bez słowa.

Później, kiedy zaczęła przychodzić częściej, czasem w środku tygodnia, opowiedziała mi trochę więcej — nie dlatego, iż pytałem, tylko dlatego, iż w antykwariacie ludzie mówią, kiedy nie muszą patrzeć rozmówcy w oczy, tylko przeglądają grzbiety książek. Był mąż, Bartek, prowadził warsztat samochodowy przy Rzgowskiej. Trzynaście lat małżeństwa. Ona pracowała jako księgowa w firmie transportowej, on naprawiał auta i, jak się okazało, coraz częściej zapominał, iż w domu ktoś na niego czeka.

— Nie bije mnie — powiedziała kiedyś, kiedy odkładała na ladę zbiór opowiadań Mrożka. — To by było prostsze. Wtedy bym wiedziała, iż mogę pójść na policję i to się skończy.

Zamiast tego, jak zrozumiałem z urywków, była gorsza rzecz: obietnice, które nigdy nie zamieniały się w czyny. Remont łazienki, który miał się zacząć trzy lata temu. Wyjazd nad Zalew Zegrzyński, na który spakowała walizki dwukrotnie i dwukrotnie je rozpakowała, bo Bartek "musiał zostać w warsztacie". Urodziny, na które przyniósł kwiaty kupione na stacji Orlen, zwiędłe, bo leżały tam od rana.

Zauważyłem, iż przestała nosić obrączkę gdzieś w maju. Nie powiedziała nic, po prostu pewnego dnia jej dłoń, kiedy podawała mi banknot studwudziestozłotowy za zbiór wierszy w twardej oprawie, była pusta.

W czerwcu przyniosła drugi karton. Tym razem mniejszy, ale cięższy — jak mi się wydawało, kiedy pomagałem jej postawić go na zapleczu obok pierwszego. Powiedziała, iż to dokumenty z warsztatu, kopie, które wyciągnęła, zanim mąż zdążył się zorientować. Nie pytałem, po co jej kopie umowy o współwłasność warsztatu przy Rzgowskiej. Człowiek, który dwanaście lat sprzedaje książki, uczy się nie zadawać pytań, na które klient sam odpowie, kiedy będzie gotów.

Odpowiedziała mi na to pytanie któregoś wieczoru w lipcu, kiedy zostałem po godzinach, żeby poukładać nowe dostawy, a ona zapukała, choć na drzwiach wisiała tabliczka "zamknięte". Wpuściłem ją, bo przez witrynę zobaczyłem, iż płakała, i nie umiałem tego zignorować, tak jak nie umiem przejść obojętnie obok kota zamkniętego w aucie w upalny dzień.

Usiadła w tym samym fotelu, w którym zwykle przeglądała poezję, tyle iż tym razem nie trzymała żadnej książki. Rudy podszedł i oparł łeb na jej kolanach, tak jak zawsze.

— Dowiedziałam się dzisiaj, iż warsztat od trzech miesięcy jest zarejestrowany na jego siostrę — powiedziała. — Przepisał połowę udziałów, żeby, jak twierdzi, "zabezpieczyć firmę przed komornikiem", tylko iż żadnego komornika nie ma. Jest za to kobieta, z którą się spotyka od zeszłej jesieni, i to ona najwyraźniej doradziła mu ten "genialny" plan.

Nie skomentowałem, bo nie moja to sprawa była wtedy oceniać, tylko podałem jej szklankę wody, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Wypiła połowę, odstawiła szklankę na regał, koło egzemplarza "Lalki" Prusa, który akurat wystawiłem na sprzedaż za czterdzieści złotych.

— Trzynaście lat pracowałam w tej firmie transportowej, żeby spłacać kredyt na ten warsztat — dodała. — On go teraz oddaje na lewo i prawo, a mnie zostaje nazwisko na kredycie hipotecznym.

Przez następne dwa miesiące przychodziła rzadziej. Zamiast tego czasem widywałem ją, jak szła Piotrkowską w stronę sądu okręgowego, zawsze z teczką pod pachą, zawsze sama. Raz zatrzymała się przy witrynie, pomachała mi przez szybę i poszła dalej, nie wchodząc.

Karton na zapleczu odebrała dopiero we wrześniu, w piątek, kiedy przyszła po raz pierwszy od miesiąca z uśmiechem, który wyglądał, jakby naprawdę do niej należał, a nie był pożyczony na chwilę. Powiedziała, iż sprawa rozwodowa się skończyła, iż sąd przyznał jej połowę wartości warsztatu w formie spłaty, bo mąż nie zdołał udowodnić, iż przepisanie udziałów na siostrę było zgodne z prawem — dokumenty, które trzymała u mnie, okazały się dowodem, iż wiedział o kredycie i mimo to działał na jej szkodę.

— Sto osiemdziesiąt tysięcy złotych — powiedziała, kładąc dłoń na kartonie. — Tyle mi zasądzili. Już przelane.

Zabrała oba kartony do samochodu, małego czerwonego polo zaparkowanego przed sklepem, a potem wróciła jeszcze na chwilę, bez żadnego powodu poza tym, iż chciała, jak sądzę, zamknąć coś, co zaczęło się w tym miejscu. Kupiła tomik Szymborskiej, ten sam, którego szukała pierwszego dnia, kiedy ją poznałem. Zapłaciła gotówką, nie wzięła paragonu.

Rudy odprowadził ją do drzwi, jak zawsze, i położył się potem na progu, patrząc, jak wsiada do auta. Nie widziałem jej odtąd — ktoś mówił, iż przeprowadziła się na Bałuty, bliżej matki, i iż sprzedała mieszkanie, które miała wspólnie z byłym mężem, zanim ten w ogóle zdążył zaproponować, iż je odkupi.

Idź do oryginalnego materiału