Przyszedłem do swojego siedemdziesiątego roku życia, mając troje dzieci. Jeden z synów, drugi i córka. Żona, Maria, odeszła trzydzieści lat temu i od tamtej pory nie poślubiłem ponownie. Nie udało mi się, nie znalazłem, po prostu nie miałem szczęścia można by wymienić setki wymówek, ale ma to sens? Miałem wtedy więcej spraw na głowie.
Moi dwaj chłopcy byli małymi buntownikami kłócili się, wpadali w bójki. Przekładałem ich z jednej szkoły do drugiej, aż w końcu trafili pod opiekę znakomitego nauczyciela fizyki, który odkrył w nich jasny talent. I to wszystko kłótnie, bójki i problemy zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Córka, Bogna, również miała trudności w kontaktach z rówieśnikami. Szkolny psycholog już sugerował wizytę u psychiatry. Wtedy w naszej szkole pojawił się nowy nauczyciel języka polskiego, który założył koło młodych pisarzy. I nagle Bogna pisała od rana do nocy. Jej opowiadania najpierw ukazywały się w szkolnej gazetce, a później w lokalnych klubach literackich.
Po szkole chłopcy dostali stypendia na jeden z prestiżowych uniwersytetów Wydział Fizyki i Matematyki, a Bogna wstąpiła na wydział literaturoznawstwa. Ja zostałem sam. Zauważyłem to i poczułem… wokół cisza, choćby wilk wył. Zająłem się wędkarstwem, ogrodnictwem i hodowlą świń. Miałem dom i rozległy ogród nad Wisłą. Zarabiałem przyzwoicie, choć inżynier w fabryce zarabiał nieco mniej niż ja, więc mogłem pomóc dzieciom kupić im tanie auta, dorzucić kieszonkowe i zapewnić porządną odzież. Ale czas miał teraz dziurę w kieszeni wszystko szło na prowadzenie gospodarstwa i handel. I choć tak, podobało mi się to życie.
Dziesięć kolejnych lat minęło, a jubileusz siedemdziesiątka zbliżał się nieubłaganie. Miałem zamiar świętować w samotności. Chłopcy od lat założyli własne rodziny i pracowali nad tajnym projektem dla Ministerstwa Obrony. Nie mogli wyjechać na weekend. Bogna nieustannie jeździła na sympozja literackie i dziennikarskie. Nie chciałem ich męczyć zaproszeniami.
Sam, sam myślałem. Nie ma co tu świętować. Jeden, sam
Wstałem bardzo wcześnie, żeby sprawdzić świnie. Trzeba było je dobrze dokarmić. Wychodząc z domu na rozświetloną jeszcze gwiazdami łąkę, natknąłem się na coś dziwnego wydłużony przedmiot owinięty w brezent.
Co to jest? zapytałem, i nagle rozbłysły reflektory! Oświetliły łąkę i ludzi, którzy wyłonili się zza domu. To byli moi synowie z żonami i wnukami, kilku krewnych, a przy nich stała Bogna z wysokim panem w okularach o grubych szkłach. Wszyscy trzymali balony, dmuchali w piszczałki, przyciskali przyciski hajlaty. Krzyczeli, machali rękami i rzucali się w moje objęcia:
Sto lat, tato!
Zapomniałem o breżencie. Chłopcy nie pozwolili mi wrócić do domu, gdzie żony już zastawiały stół.
Stań, tato, stań rzekła Bogna. Pozwól, iż zawiążę ci oczy.
Dobrze, niech tak będzie zgodziłem się.
Zawiązała mi gęstą tkaninę na karku, obróciła mnie kilka razy wokół własnej osi i poprowadziła w nieznane.
Co jeszcze wymyśliliście? pytałem.
Prezent dla ciebie odparł jeden z synów.
Mam nadzieję, iż tani? zadrżałem. Nic nie potrzebuję.
Nie martw się, tato odparł drugi. To mała, skromna rzeczka, ale od serca.
Podeszliśmy do owiniętego przedmiotu, a Bogna zerwała mi opaskę. Rozległa się muzyka z głośników, dudnił bęben…
Stojąc przed tym, co było pod brezentem, dzieci podeszły z trzech stron i zerwały materiał. W jasnym świetle reflektorów ujrzałem… **Polski Fiat 125p**! Prawie straciłem przytomność z szoku i ledwo nie upadłem. Złapali mnie i usiedli na krześle. Powtarzałem jedno:
O Boże, Boże, Boże
Tato, uspokój się spryskiwała mnie wodą Bogna. Całe życie marzyłeś o tym aucie.
Ale to przecież strasznie drogie jęknąłem.
Nie droższe niż złoto odparł syn.
Chodźmy dodała Bogna. Usiądź w środku, chcemy zrobić zdjęcia.
Otworzyłem drzwi, ale w środku stała kartonowa skrzynka.
Co to? zapytałem.
Otwórz rzuciła Bogna.
Wyciągnąłem pudełko, otworzyłem je. Na dnie patrzyły dwa małe oczy. Wyciągnąłem maleńkie, puszyste ciałko i przycisnąłem je do siebie:
Prawdziwy tajski kociak! Taki jak ten, co był u nas z twoją mamą. Pamiętacie? Bąbka. Kiedy byliście mali, kochaliście go
Oczywiście, tato odpowiedziały dzieci.
Nie usiadłem więc w samochodzie. Poszedłem na górę, na drugi piętro, do mojego pokoju, gdzie pokazałem kotkowi zdjęcie Marii. Łzy spływały mi po policzkach:
Widzisz, Mario, widzisz? pytałem fotografię. Udało się. Nic nie zapomnieli Widzisz?
Ale dzieci nie pozwoliły mi długo być samemu. Stół w dole już czekał, a zaczęły się toastowe okrążenia. Bogna szepnęła mi do ucha, iż jest w czwartej miesiącu ciąży i przyjedzie do mnie z narzeczonym, by zamieszkać razem. Narzeczony wyjedzie za rodzicami do Ameryki, a po kilku tygodniach odbędzie się ślub w miejskim kościele.
Nie masz nic przeciwnego, tato? zapytała.
To chyba sen, odrzekłem i pocałowałem ją w czoło.
Dzień upłynął przy rozmowach, przekąskach, kieliszkach i wspomnieniach. Wszyscy czuli się znakomicie. Wieczorem poszedłem na grób Marii i długo przy niej rozmawiałem
Życie nabrało nowego sensu, zwłaszcza po tym samochodzie. Trzeba było kupić odzież z tamtych lat, wsiąść i pojechać do wielkiego miasta Krakowa. Na łóżku spał mały tajski kociak.
Kotek rzekłem, powtarzając: Kotek.
Kotek mruczał i rozciągał się na cały swój mały wzrost. Położyłem się, głaszcząc jego ciepłe, puszyste brzuchy, i zasnąłem.
Rano trzeba było wstać wcześnie karmić świnie, dbać o ogród, nie zapominając o wędkarstwie. W pokoju na dole spali moja córka i narzeczony
Rankiem chłopcy z rodzinami wyjechali, zapada cisza. Kotek podążał za mną, wpadł do poidła dla świń i zaplątał się w sieci na łodzi. Potem próbował zjeść przynętę dla ryb. Śmiałem się i rozmawiałem z tym małym łobuzem:
Jakby młodość wróciła mówiłem, głaszcząc jego grzbiet.
Kotek zamiauczał i, łapiąc się pazurkami za moją rękę, wgryzł się małymi zębami.
A ty, bandycie! zaśmiałem się głośno
Ta opowieść nie ma wielkiego przesłania. To jedynie przypomnienie dla tych, którzy jeszcze mogą przyjechać do rodziców:
Nie czekajcie na jutro.
Jedźcie już teraz!






