Happy endy są dla naiwnych. Niedługo po swoim szczęśliwym zakończeniu Sally (Sandra Bullock) chowa więc drugiego męża, magicznie usuwa pamięć swoich córek i udaje się na dobrowolne wygnanie do świata normalności. Następne trzydzieści lat minie jej na prowadzeniu względnie przyziemnego życia. W tym samym czasie "Totalna magia" przedrze się do okołohalloweenowych ramówek, gdzie obrośnie kultem jako dumna przedstawicielka najntisowego szaleństwa. To masowe uwielbienie w prawdziwie okultystycznym stylu zmieni się w egregora, podszeptującego zwodnicze pomysły włodarzom Hollywood. Skutek? Czas ponownie wciągnąć Gillian (Nicole Kidman) i Sally wraz z jej córkami w świat magii i rodzinnych sporów.
Ostatnio coraz częściej słyszę, iż współczesne kino sprowadza się do odcinania kuponów od dawnych sukcesów. Wielkie koncerny przekształcają swoje najpopularniejsze tytuły w rozdęte uniwersa pełne spin-offów, alternatywnych światów i sequeli. Żerujące na nostalgii sequele powodują zresztą największe chyba oburzenie. Z "Totalną magią 2" miało być jednak trochę inaczej, bo znajdowała się w dobrych rękach. Pomysł na film wzięto prosto z książkowego cyklu, który zainspirował oryginał, producentkami zostały Kidman i Bullock, a nad całością czuwali zdolni scenarzyści. Wreszcie pierwsza "Totalna magia" swój czar oparła na mdlącej mieszance gatunków i konwencji, która zrodziła film jednocześnie kultowy i skrajnie niemarketingowy. Czyli, żeby podjąć się kontynuacji, potrzebny był jakiś naprawdę dobry pomysł, prawda?
"Totalna magia 2" trafia jednak na zupełnie inny kulturowy moment. Dawno przeminęły czasy najntisowej magii spowitej szarawą mgłą tajemnicy. Wywrotowa niegdyś ezoteryka wkroczyła na salony jako kolejny produkt: horoskop to już nie siara, a tarota można czytać choćby w świetle jarzeniówek podczas firmowej imprezy integracyjnej. Ten przewrót dobrze widać na ekranie. Rozedrgane i ciemne ujęcia zastępują jasne i ostre, niemal sterylne zdjęcia. Perypetie sióstr kręci się na wymuskanym planie stworzonym wewnątrz brytyjskiej siedziby Warner Brothers. Formalnie następuje więc niemal całkowity drenaż magii ze świata, i to bynajmniej nie tylko za sprawą decyzji Sally o odejściu do "realu". choćby (powracająca z pierwowzoru) wilcza jagoda czy palenie szałwii sprowadzone zostają tu do pustego kulturowego rekwizytu. O ostatki wiedźmowatości walczy jedynie muzyka, gdzie do Stevie Nicks dołączają Fleetwood Mac i Florence & The Machine.
Stojąca za kamerą Susanne Bier niejako na przekór antymagicznemu światu, wciąż potrafi zaczarować widza. Swoje zaklęcie splata podług dobrze znanych zasad magii sympatycznej: łącząc to, co dobrze znane i zwyczajne. Zwłaszcza w przydługim pierwszym akcie puszcza oko do widza. Wracają "midnight margaritas", bita śmietana, ekscentryczne ciotki i wszystkie inne składowe kultowego potencjału pierwowzoru. Chociaż urok "Totalnej magii 2" jest niemal całkowicie odtwórczy, wcale nie traci na sile. Duża tu zasługa chemii między Kidman i Bullock, które rozgrywają swoje postacie na dwa bieguny: zawieszone między głupawymi siostrzanymi przekomarzankami a dojrzałym "docieraniem się" pomimo różnic i rodzinnych konfliktów. "Nie ma magii większej niż siostrzeństwo" grzmi w pewnym momencie ekran głosem Dianne Wiest. I chyba ma rację.
Wraz ze światem zmienia się sama wizja siostrzeństwa. Tamto z lat 90. traktowano dość szeroko i emancypacyjnie, często rozszerzając je poza ramy biologii. Jak w jednej z kulminacyjnych scen, kiedy bohaterki zawiązują z sąsiadkami improwizowany sabat jako – metaforyczne – antidotum na patriarchalną dominację i przypomnienie o sile kobiet. Siostrzeństwo A.D. 2026 wraca jednak do intymniejszych ram rodzinnych, a Bier używa go głównie, żeby wyegzorcyzmować ducha teraźniejszości.
Popkultura przełomu mileniów zachłysnęła się opowieściami o młodych wiedźmach. Przypomnijmy sobie "Hokus-Pokus", "Szkołę Czarownic" czy pierwsze serialowe adaptacje "Sabriny, nastoletniej czarownicy" (swoją drogą, czy to nie ciekawe, iż wszystkie doczekały się opóźnionych o kilkadziesiąt lat sequeli?). W tej fascynacji odbija się klimat epoki, kiedy ezoteryka wciąż nosiła ślady kontrkulturowości, a figura wiedźmy stała na szczycie emancypacyjnych fantazji. Dzisiaj w mainstreamie pozycję podobną zajmuje poppsychologia i kult self-helpu – nadużywany psychologiczny żargon, rozmowy o przepisywaniu poznawczych schematów czy manifestacja jako ujarzmienie własnej biologii i psychiki składają się w obraz niemal okultystyczny. To samo przesunięcie łapie "Totalna Magia 2", ze swoimi lekko ironicznymi komentarzami o dziedziczeniu traumy przez RNA, epigenetyce oraz wygłaszanych przez równie czarującego co nieprzekonanego Iana (Lee Pace) teoriach o stykaniu się cząsteczek jako istocie miłości.
Zamiast egzorcyzmu złego typa dostajemy więc egzorcyzm pokoleniowej traumy. Ta obserwowana jest w ramach najmniejszej społecznej jednostki, czyli rodziny, którą Bier ogląda właśnie przez pryzmat siostrzeństwa. Głównym pytaniem jest to, jak daleko posunąć można się w ramach żałoby. Czy to rzucona przez zranioną Marię Owens wielopokoleniowa klątwa, czy decyzja Sally, żeby magicznie usunąć wspomnienia swoich córek, albo nieczyste plany zaginionego członka rodziny, wszędzie widać wpływ pokoleniowej traumy. Tylko iż to skupienie na eksploracji (i leczeniu) traumy brzmi dobrze tylko na poziomie zamiarów. W praktyce wielkie emocje są dużo częściej wygłaszanie niż pokazywane, motywacje głównego złoczyńcy wywołują nie współczucie, ale śmiech, a konflikty rozwiązują się samoistnie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Za taki stan rzeczy odpowiadają głównie nierównomiernie rozłożone scenariuszowe akcenty. Przez dwie ekranowe godziny Sally i Gillian mają sporo okazji na przepracowanie własnych przywar. Jedna więc uczy się ufać i kochać na nowo, druga pozbywa się żalu do siostry. Jednocześnie brakuje czasu, żeby w tej pokoleniowej sztafecie przekazać pałeczkę. Młodsze Owensówny spycha się na drugi plan. Wątek Kylie (Joey King) niedbale wraca tylko wtedy, kiedy jest absolutnie niezbędny do dalszego popchnięcia fabuły, a wygnana do szpitalnego pokoju Antonia (Maisie Williams) odgrywa rolę głównie dekoracyjną. Dowiadujemy się o nich tak naprawdę tyle, ile powie nam z offu głos Sandry Bullock w pierwszych pięciu minutach seansu – Kylie jest impulsywna i kocha sztukę, a Antonia jest mądra i niedługo zostanie neurochirurżką. Ta namalowana na początku dychotomia i zapowiedź analogicznego ustawienia dwóch pokoleń nigdy nie zostaje rozwinięta. W imię nostalgii "Totalna magia 2" to plac zabaw znanych i lubianych bohaterek.
Alchemia mówi, iż żeby otrzymać coś nowego, trzeba najpierw coś oddać. Susanne Bier pozbywa się więc tego, co uznaje za największy mankament pierwowzoru: dziwacznej formy złożonej z posklejanych naprędce gatunków. W zamian otrzymuje nową, czystą i prawdziwie hollywoodzką produkcję. Magia, jak to magia, bywa złośliwa, więc zabiera z oryginału coś jeszcze: jego cudownie emancypacyjny charakter. Jedyne, co w tej wymianie zostało nienaruszone, to urok. Bo Gillian i Sally po latach wciąż potrafią zjednać sobie widza, a humor urzeka dobrze dozowaną bezpretensjonalną żenadą.
Przed swoją antyklimatyczną śmiercią Jimmy zapewniał, iż klątwy działają tylko, jeżeli się w nie wierzy. Sądząc po jego nagrobku, racji nie miał, ale twórczynie "Totalnej magii 2" stawiają przed widzem jednak siostrzaną tezę: "żeby sequel działał, wystarczy tylko wierzyć". Jest w tym myśleniu magicznym ziarnko prawdy, bo ich dzieło jako sequel sprawdza się świetnie. Zgrabnie ciągnie za struny nostalgii, a w swoich nawiązaniach do poprzedniczki zwinnie unika pułapek chciwego recyklingu. Niestety ten świetny sequel okazuje się najwyżej przeciętnym filmem. Może włodarze Fabryki Snów rzucili na widownię okropną klątwę, która skazuje każdy ukochany przez nią film na otrzymanie miałkiej kontynuacji kilkadziesiąt lat później?
Ostatnio coraz częściej słyszę, iż współczesne kino sprowadza się do odcinania kuponów od dawnych sukcesów. Wielkie koncerny przekształcają swoje najpopularniejsze tytuły w rozdęte uniwersa pełne spin-offów, alternatywnych światów i sequeli. Żerujące na nostalgii sequele powodują zresztą największe chyba oburzenie. Z "Totalną magią 2" miało być jednak trochę inaczej, bo znajdowała się w dobrych rękach. Pomysł na film wzięto prosto z książkowego cyklu, który zainspirował oryginał, producentkami zostały Kidman i Bullock, a nad całością czuwali zdolni scenarzyści. Wreszcie pierwsza "Totalna magia" swój czar oparła na mdlącej mieszance gatunków i konwencji, która zrodziła film jednocześnie kultowy i skrajnie niemarketingowy. Czyli, żeby podjąć się kontynuacji, potrzebny był jakiś naprawdę dobry pomysł, prawda?
"Totalna magia 2" trafia jednak na zupełnie inny kulturowy moment. Dawno przeminęły czasy najntisowej magii spowitej szarawą mgłą tajemnicy. Wywrotowa niegdyś ezoteryka wkroczyła na salony jako kolejny produkt: horoskop to już nie siara, a tarota można czytać choćby w świetle jarzeniówek podczas firmowej imprezy integracyjnej. Ten przewrót dobrze widać na ekranie. Rozedrgane i ciemne ujęcia zastępują jasne i ostre, niemal sterylne zdjęcia. Perypetie sióstr kręci się na wymuskanym planie stworzonym wewnątrz brytyjskiej siedziby Warner Brothers. Formalnie następuje więc niemal całkowity drenaż magii ze świata, i to bynajmniej nie tylko za sprawą decyzji Sally o odejściu do "realu". choćby (powracająca z pierwowzoru) wilcza jagoda czy palenie szałwii sprowadzone zostają tu do pustego kulturowego rekwizytu. O ostatki wiedźmowatości walczy jedynie muzyka, gdzie do Stevie Nicks dołączają Fleetwood Mac i Florence & The Machine.
Stojąca za kamerą Susanne Bier niejako na przekór antymagicznemu światu, wciąż potrafi zaczarować widza. Swoje zaklęcie splata podług dobrze znanych zasad magii sympatycznej: łącząc to, co dobrze znane i zwyczajne. Zwłaszcza w przydługim pierwszym akcie puszcza oko do widza. Wracają "midnight margaritas", bita śmietana, ekscentryczne ciotki i wszystkie inne składowe kultowego potencjału pierwowzoru. Chociaż urok "Totalnej magii 2" jest niemal całkowicie odtwórczy, wcale nie traci na sile. Duża tu zasługa chemii między Kidman i Bullock, które rozgrywają swoje postacie na dwa bieguny: zawieszone między głupawymi siostrzanymi przekomarzankami a dojrzałym "docieraniem się" pomimo różnic i rodzinnych konfliktów. "Nie ma magii większej niż siostrzeństwo" grzmi w pewnym momencie ekran głosem Dianne Wiest. I chyba ma rację.
Wraz ze światem zmienia się sama wizja siostrzeństwa. Tamto z lat 90. traktowano dość szeroko i emancypacyjnie, często rozszerzając je poza ramy biologii. Jak w jednej z kulminacyjnych scen, kiedy bohaterki zawiązują z sąsiadkami improwizowany sabat jako – metaforyczne – antidotum na patriarchalną dominację i przypomnienie o sile kobiet. Siostrzeństwo A.D. 2026 wraca jednak do intymniejszych ram rodzinnych, a Bier używa go głównie, żeby wyegzorcyzmować ducha teraźniejszości.
Popkultura przełomu mileniów zachłysnęła się opowieściami o młodych wiedźmach. Przypomnijmy sobie "Hokus-Pokus", "Szkołę Czarownic" czy pierwsze serialowe adaptacje "Sabriny, nastoletniej czarownicy" (swoją drogą, czy to nie ciekawe, iż wszystkie doczekały się opóźnionych o kilkadziesiąt lat sequeli?). W tej fascynacji odbija się klimat epoki, kiedy ezoteryka wciąż nosiła ślady kontrkulturowości, a figura wiedźmy stała na szczycie emancypacyjnych fantazji. Dzisiaj w mainstreamie pozycję podobną zajmuje poppsychologia i kult self-helpu – nadużywany psychologiczny żargon, rozmowy o przepisywaniu poznawczych schematów czy manifestacja jako ujarzmienie własnej biologii i psychiki składają się w obraz niemal okultystyczny. To samo przesunięcie łapie "Totalna Magia 2", ze swoimi lekko ironicznymi komentarzami o dziedziczeniu traumy przez RNA, epigenetyce oraz wygłaszanych przez równie czarującego co nieprzekonanego Iana (Lee Pace) teoriach o stykaniu się cząsteczek jako istocie miłości.
Zamiast egzorcyzmu złego typa dostajemy więc egzorcyzm pokoleniowej traumy. Ta obserwowana jest w ramach najmniejszej społecznej jednostki, czyli rodziny, którą Bier ogląda właśnie przez pryzmat siostrzeństwa. Głównym pytaniem jest to, jak daleko posunąć można się w ramach żałoby. Czy to rzucona przez zranioną Marię Owens wielopokoleniowa klątwa, czy decyzja Sally, żeby magicznie usunąć wspomnienia swoich córek, albo nieczyste plany zaginionego członka rodziny, wszędzie widać wpływ pokoleniowej traumy. Tylko iż to skupienie na eksploracji (i leczeniu) traumy brzmi dobrze tylko na poziomie zamiarów. W praktyce wielkie emocje są dużo częściej wygłaszanie niż pokazywane, motywacje głównego złoczyńcy wywołują nie współczucie, ale śmiech, a konflikty rozwiązują się samoistnie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Za taki stan rzeczy odpowiadają głównie nierównomiernie rozłożone scenariuszowe akcenty. Przez dwie ekranowe godziny Sally i Gillian mają sporo okazji na przepracowanie własnych przywar. Jedna więc uczy się ufać i kochać na nowo, druga pozbywa się żalu do siostry. Jednocześnie brakuje czasu, żeby w tej pokoleniowej sztafecie przekazać pałeczkę. Młodsze Owensówny spycha się na drugi plan. Wątek Kylie (Joey King) niedbale wraca tylko wtedy, kiedy jest absolutnie niezbędny do dalszego popchnięcia fabuły, a wygnana do szpitalnego pokoju Antonia (Maisie Williams) odgrywa rolę głównie dekoracyjną. Dowiadujemy się o nich tak naprawdę tyle, ile powie nam z offu głos Sandry Bullock w pierwszych pięciu minutach seansu – Kylie jest impulsywna i kocha sztukę, a Antonia jest mądra i niedługo zostanie neurochirurżką. Ta namalowana na początku dychotomia i zapowiedź analogicznego ustawienia dwóch pokoleń nigdy nie zostaje rozwinięta. W imię nostalgii "Totalna magia 2" to plac zabaw znanych i lubianych bohaterek.
Alchemia mówi, iż żeby otrzymać coś nowego, trzeba najpierw coś oddać. Susanne Bier pozbywa się więc tego, co uznaje za największy mankament pierwowzoru: dziwacznej formy złożonej z posklejanych naprędce gatunków. W zamian otrzymuje nową, czystą i prawdziwie hollywoodzką produkcję. Magia, jak to magia, bywa złośliwa, więc zabiera z oryginału coś jeszcze: jego cudownie emancypacyjny charakter. Jedyne, co w tej wymianie zostało nienaruszone, to urok. Bo Gillian i Sally po latach wciąż potrafią zjednać sobie widza, a humor urzeka dobrze dozowaną bezpretensjonalną żenadą.
Przed swoją antyklimatyczną śmiercią Jimmy zapewniał, iż klątwy działają tylko, jeżeli się w nie wierzy. Sądząc po jego nagrobku, racji nie miał, ale twórczynie "Totalnej magii 2" stawiają przed widzem jednak siostrzaną tezę: "żeby sequel działał, wystarczy tylko wierzyć". Jest w tym myśleniu magicznym ziarnko prawdy, bo ich dzieło jako sequel sprawdza się świetnie. Zgrabnie ciągnie za struny nostalgii, a w swoich nawiązaniach do poprzedniczki zwinnie unika pułapek chciwego recyklingu. Niestety ten świetny sequel okazuje się najwyżej przeciętnym filmem. Może włodarze Fabryki Snów rzucili na widownię okropną klątwę, która skazuje każdy ukochany przez nią film na otrzymanie miałkiej kontynuacji kilkadziesiąt lat później?
















