Uniwersum DC w tym roku nie ma najłatwiej. Chociaż zeszłoroczny sukces Supermana napawał wszystkich optymizmem, to już najnowsza Supergirl ostudziła w wielu ten entuzjazm. Jak na tym tle prezentuje się Clayface – pierwszy pełnoprawny body horror DCU?
Matt Hagins ma przed sobą świetlaną karierę aktorską. Fani go uwielbiają, pieniądze napływają, a akademia coraz bardziej docenia talent gwiazdy. Czy jego życie mogłoby być lepsze? Mattowi niestety nie będzie dane poznać odpowiedzi na to pytanie, bo zamiast tego losy aktora skręcają gwałtownie w stronę tragedii. Podczas wizyty w rodzinnym Gotham twarz Matta zostaje drastycznie okaleczona. Kolejne operacje nie przynoszą oczekiwanych efektów, pieniądze powoli topnieją, a jego oprawca pozostaje bezkarny. Co gorsza, krzywdy doznaje również reputacja Matta. Nie mając już nic do stracenia, bohater postanawia namówić doktor Caitlin Bates (Naomi Ackie) na przeprowadzenie na nim eksperymentalnej kuracji. Efekty leczenia, chociaż na pierwszy rzut oka są niesamowite, to niosą za sobą skutki uboczne, których nikt nie mógł się spodziewać.
Film James Watkinsa miał być body horrorem i z tej obietnicy wywiązał się bez dwóch zdań. Clayface udowadnia widzowi, iż makabryczne sceny można pokazać bardzo odważnie i to na wiele różnych sposobów. Mamy tu wiele zakrawających o gore zbliżeń na okaleczenia, czy też brutalne deformacje. Są one naprawdę mocne, a czasem choćby odrażające, co sprawia, iż widz może chcieć czasem oderwać wzrok od ekranu. Jednocześnie są one na tyle ciekawe, iż nie można nie chwalić ich kreatywnego aspektu. Co więcej, według twórców podczas produkcji filmu położono duży nacisk na efekty praktyczne, nad którymi czuwał zespół protetyków. Osiągnięty w ten sposób realizm widocznie podnosi jakość brutalnych scen.
Kolejnym jasnym punktem filmu jest tutaj wcielający się w główną rolę Tom Rhys Harries. Aktor świetnie odnajduje się jako Matt Hagen, pokazując nam gamę różnych emocji, które towarzyszą bohaterowi przez cały film. Równie dobrze radzi sobie Naomi Ackie, chociaż niestety produkcja nie pozwala sobie na poświęcenie jej postaci odpowiedniej ilości czasu i materiały do grania. Pomimo tych ograniczeń, aktorka naprawdę próbuje wycisnąć ze scenariusza co tylko się da.
Fot. materiały promocyjneI niestety tutaj pojawia się główny problem filmu, bo chociaż sceny gore mogą zachwycać, to scenariusz już niestety niekoniecznie. Na całe szczęście nie jest on tak makabryczny jak poraniona twarz Matta. Nie jest też drastycznie pocięty i pozszywany, pomimo zmian scenariuszowych (Mike Flanagan musiał odejść z projektu, a jego tekst został przepisany przez Hosseina Aminia), ale naprawdę wiele mu brakuje, by mówić o w pełni satysfakcjonującej historii. Chociaż nie jest to tak odczuwalne w pierwszej połowie produkcji, to w drugiej niestety jego problemy dają się we znaki. Solidnie snuta opowieść nagle zaczyna gubić się we własnych pomysłach i zmienia swój ton. Powoduje to, iż ostateczna przemiana głównego bohatera nie wybrzmiewa tak, jak powinna.
Nie wszystkie postaci są też odpowiednio rozwinięte, co widać w szczególności na przykładzie doktor Bates. Cierpi na tym też jej relacja z Mattem, bo chociaż aktorzy mają niezaprzeczalną chemię, to film nie wykorzystuje tego w pełni. Kolejnym problemem jest też ton produkcji. Mianowicie są tutaj sceny, które miały być zabawne – i tak wyszły – ale i takie, które raczej nie miały śmieszyć, a i tak to robiły. To wszystko sprawia, iż film pod koniec przypomina horror klasy B, kiedy miał ambicje by być czymś nieco lepszym.
Fot. materiały promocyjneJeśli idziecie na Clayface tylko dla elementów gore i body horroru, to produkcja spełni wasze oczekiwania. Niestety jeżeli chcecie czegoś więcej to niestety możecie się rozczarować, bo problemy ze scenariuszem nie pozwalają osiągnąć filmowi swojego pełnego potencjału.
Fot. główna: materiały promocyjne


















