W poszukiwaniu polskiego cyberfeminizmu lat 90. Rozmowa z moRgan Barbarą Konopką

magazynszum.pl 3 dni temu

Barbara Konopka: Od 2006 roku używam imienia moRgan. Imię Barbara towarzyszyło mi wcześniej, na innym gruncie. Teraz bardziej pasuje moRgan.

Nadia Wierzbicka: Myślałam, iż imienia moRgan używała pani podczas pracy w telewizji, w charakterze talizmanu. Używa go pani na co dzień?

Tego imienia zaczęłam używać jeszcze przed rozpoczęciem pracy w telewizji. To moja syntetyczna tożsamość, którą przez lata zasilałam kosztem prawdziwego nazwiska. Objawiła mi się w akcie iluminacji, w 2006 roku. Przyglądałam się wtedy swojej transpłciowej przyjaciółce, Amelii. Również ona zmieniła wtedy imię, przybrała też nowe nazwisko: Kami. To słowo sięga shintoistycznych wierzeń. Opisuje bóstwo, które może wcielać się w różne obiekty, na przykład w kamień. Amelia złapała to imię z przepływu danych w polu energoinformacyjnym, które się między nami rozpościera. Nawiązuję tu do teorii pola morficznego biologa Ruperta Sheldrake’a. Pole morficzne działa jak Internet. Dzięki niemu możemy zaczerpnąć sobie dane cyrkulujące w naszym otoczeniu.

Amelia to bohaterka cyklu <malavida: moRgan & veriKami>. Jak się zaczęła wasza relacja?

Poznałyśmy się około 2003 roku, na Inżynierskiej 3. Było tam mnóstwo pracowni, w których tworzyli na przykład Kasia Kozyra czy Artur Żmijewski. Amelia (Weronika Kami) była wtedy Grzegorzem. Miała tam swoją pracownię komputerową. Poznałyśmy się przez Kaśkę Górną.

To z Amelią zaczęła pani pracować nad programem dla telewizji?

Nie, ja to robiłam z Józefem Robakowskim w latach 90., będąc jeszcze w Łodzi. Uczestniczyłam w tworzeniu filmów o sztuce z cyklu Stacja Ł przedstawia. Potem wróciłam do Warszawy, gdzie razem z Łukaszem Rondudą pracowaliśmy nad awangardowym projektem dla telewizji. Niestety, był zbyt kontrowersyjny jak na telewizję edukacyjną – złote czasy nocnych programów o sztuce bezpowrotnie minęły. Gdy poznałam Grzegorza, powstała stacja Kino Polska. Przedstawiciele stacji byli otwarci na współpracę… teoretycznie. Gdy złożyliśmy scenariusze bloków artystycznych, kanał oczekiwał zrzeczenia się wszelkich praw, nie gwarantując niczego poza emisją.

moRgan&veriKami aka Pentarosa °// Cymatics & Cinematics Ensemble, „Wydawało się nam, iż wiele w życiu wspólnie zbudowałyśmy, ale nie udało nam się osiągnąć ani jednej rzeczy. Byłyśmy zbyt szczęśliwe” (2007), z cyklu „‹malavida: moRgan & veriKami›”, dzięki uprzejmości artystki
moRgan&veriKami aka Pentarosa °// Cymatics & Cinematics Ensemble, „Amelko, umyć Ci ptaszka?” (2007), z cyklu „‹malavida: moRgan & veriKami›” (2004–2007), dzięki uprzejmości artystki

Wtedy się zaprzyjaźniłyście?

Na początku spotykałyśmy się wyłącznie w sprawie programu o niezależnej sztuce filmowej. Pamiętam, jak w kawiarni Baumgart w Zamku Ujazdowskim rozmawialiśmy o wirtualnych, trójwymiarowych strukturach i o internetowych projektach LSR, czyli Lewej Strony Rzeki. To były bardzo śmiałe plany kolonizacji cyberprzestrzeni. Postrzegałyśmy ją jako nowe terytorium ekspresji. Rozmawiałyśmy o zapełnieniu jej modułami heksagonalnymi i pentagonalnymi. Stąd wzięła się nazwa naszego późniejszego duetu: moRgan&veriKami aka Pentarosa °// Cymatics & Cinematics Ensemble. Podczas gdy heksagony przechowują energię, figury pentagonalne wyrzucają ją na zewnątrz. Amelia to rozumiała. Pomyślałam: „O, to jest mój człowiek!”. Zaprzyjaźniłyśmy się nieco później, w ogniu morderczej pracy nad komercyjnym projektem. Amelia, będąc genialną programistką, tworzyła interaktywny raport roczny dla banku. Ja jej pomagałam. To było prawdziwe braterstwo broni – praca na komputerach pod presją czasu. Dwa tygodnie bez snu! W tych warunkach, wymagających hartu ducha, wykuła się nasza przyjaźń.

W 2006 roku powstaje cykl cyfrowych fotogramów <malavida: moRgan & veriKami>.

Tak się zaprzyjaźniłyśmy z Amelią, iż zamieszkałyśmy razem. Zakończyłam wtedy burzliwy związek. Amelia zaoferowała mi gościnę. Potem twierdziła, iż uratowała mi tym życie. Przez rok dzieliłyśmy jej maleńkie mieszkanko. Niebawem, w 2006 roku, koło fortuny się odwróciło. Miałam szczęście sprzedać pakiet prac do kolekcji Zachęty Sztuki Współczesnej w Szczecinie. To umożliwiło mi realizację nowych projektów. Wynajęłam studio Melon na Pradze na dużą sesję zdjęciową, wykonaną aparatem Mamiya z przystawką elektroniczną 34 miliony pikseli. Wtedy to było naprawdę high-tech…

Moje postaci były wzorowane na tych z Pionieera, ale pozbawione płci. Jedna z nich miała na dłoni zero. Akurat to się tak idealnie złożyło, iż Plant pisała o tej cyfrze w swojej książce Zeros and Ones.

Oglądając fotografie z cyklu Malavida byłam bardzo poruszona. Miałam poczucie, iż patrzę na dwie osoby, które nie do końca odnajdują się w rzeczywistości. Różnią się od innych i w tej różnicy są razem. Wypisują się ze świata, który je otacza, i tworzą własny.

Bo tak było! Malavida jest właśnie o znalezieniu dla siebie takiej enklawy. Przez pierwszy rok tranzycji Amelii jej przyjaciele nie unieśli tych zmian. Byłam dla niej całym społeczeństwem. W tekście towarzyszącym Malavidzie pisałam, iż wychowałam córeczkę: dziewczynkę, która sama siebie urodziła. To… było dla mnie przejmujące. Właśnie wtedy zdecydowałam, iż w takim razie ja też jestem kobietą. Przyjęłam tę rolę! A nasza przyjaźń… to była przyjaźń jak na skalnej przełęczy. My obie jesteśmy takimi mutantami z kosmosu. Niestety, teraz Amelii świat nie sprzyja. Mimo tych wszystkich deklaracji, iż tutaj jest tęczowo i tak dalej, nikt nie ma zamiaru zatrudnić osoby transpłciowej, która troszkę nietypowo wygląda. Jest dramat.

Wasza przyjaźń jest głównym motywem historii opowiedzianej w Malavidzie.

Malavida to jest siedem kompozytowych obrazów, ale trzeba je jeszcze połączyć z Neureniką i NeurXXtasis. Wszystkie te fotografie zostały wykonane podczas jednej sesji. Malavidę otwiera fotografia, na której wspólnie gramy – ja na skrzypcach, Amelia na tenisowej rakiecie. W całej serii pojawia się wiele aluzji do cech płciowych. Malavidę pokazałam pierwszy raz jako członkini stowarzyszenia Warszawskiego Aktywu Artystów. Mieliśmy małą galeryjkę koło Telimeny. W marcu 2007 roku odwiedzili ją ludzie z CSW Zamek Ujazdowski i uznali, iż nadaje się do pokazania u nich. Trzy miesiące później pokazałam cały cykl w Zamku, razem z Neureniką i NeurXXtasis. Wykonanie jednej takiej grafiki zajmowało setki godzin. Neurenika i Neuraxxxtasis mają konkretne tytuły, bo są dużo większe. Mają po dwa i pół metra. Ich kompozycja była ukłonem w stronę praktyki postmodernistycznej. Neurenika stanowi nawiązanie do Narodzin Wenus, zaś NeurXXstasis to odwołanie do Grupy Laokoona. W Malavidzie nie nawiązuję do żadnych znanych mi obrazów. Niektórzy czasem coś tam znajdują, na przykład Śniadanie na trawie, ale ja o tym wtedy zupełnie nie myślałam.

moRgan&veriKami aka Pentarosa °// Cymatics & Cinematics Ensemble, “XX =/= XY =/= XO =/= XXY =/= XYY” (2007), z cyklu „‹malavida: moRgan & veriKami›”, dzięki uprzejmości artystki
moRgan&veriKami aka Pentarosa °// Cymatics & Cinematics Ensemble, „Twój fallus – mój przyjaciel” (2007), z cyklu „‹malavida: moRgan & veriKami›” (2004–2007), dzięki uprzejmości artystki

Malavida nie odnosi się bezpośrednio do innych obrazów, za to obecna jest w niej bogata tradycja filozoficzna. Przeglądałam prasowe wycinki w archiwach Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. W kilku z nich uznano panią za pionierkę polskiego cyberfeminizmu. Czym dla pani jest ten nurt?

To bardzo dobre pytanie, tylko widzi pani – tak to nazywano i na tym koniec. W Polsce nikt się tym nie interesuje! Byłam wzruszona, gdy znalazłam artykuł profesor Anny Nacher opowiadający o cyberfeministkach. Przez te lata wiele się zmieniło. Sadie Plant odwiedziła Zamek Ujazdowski w październiku 2001 roku. Ja ją poznałam, rozmawiałam z nią i jakoś tak się przyjemnie złożyło…

1
Rozmowy 18.12.2014

Działać jako piksel. Rozmowa z Hito Steyerl

Łukasz Zaremba

Sadie Plant była w Zamku Ujazdowskim?

Tak, w październiku 2001 roku. Plant była piękną kobietą. Jeździła z promocją książki Writing on Drugs, w której eksplorowała ludzki umysł w różnych stanach świadomości. Pokazywałam wtedy w Zamku Iluminacje z 1997 roku. To praca przedstawiająca bezpłciowe postaci. Nawiązywałam w niej do płytki Pioneera, czyli metalowej tabliczki umieszczonej na sondach kosmicznych. Wygrawerowano na niej nagą kobietę i mężczyznę w geście pozdrowienia. To informacja skierowana do ewentualnych znalazców z obcych cywilizacji. Moje postaci były wzorowane na tych z Pionieera, ale pozbawione płci. Jedna z nich miała na dłoni zero. Akurat to się tak idealnie złożyło, iż Plant pisała o tej cyfrze w swojej książce Zeros and Ones. Miałam ze sobą jej kserokopię. Wtedy to było nie do zdobycia. „Zero” było tam przedstawione jako odpowiednik kobiecości. Podczas gdy mężczyzna jest kojarzony z jedynką rozumianą jako podmiotowość, kreatywność i sprawczość, płeć żeńska jest utożsamiana z ich zaprzeczeniem, czyli właśnie z zerem. Plant odwróciła te znaczenia, ukazując zero jako obszar wielkiej potencjalności. Twierdziła, iż sieć jest natury żeńskiej i działa jak kłącze u Deleuze’a. Mówiła też o Adeli Lovelace, córce Lorda Byrona, o której można powiedzieć, iż była pierwszą programistką. Wiemy, iż zajmowała się algorytmami, bo tworzyła programowane karty perforowane do maszyn Jacquarda. W Zeros and Ones pojawia się więcej historii, w których technologia splata się z kobiecością. Później powstała grupa VNS Matrix. Fajne dziewczyny! Były punkowe, ich twórczość zawierała w sobie sporo agresji. Nawiązywały też do kultury gier.

Czyli cyberfeminizm problematyzuje relację kobiet z technologią?

Cyberfeminizm to eksplorowanie natury sieci. Bez technologii na pewno nie byłybyśmy w miejscu, w którym jesteśmy teraz. Nie byłoby szans na własny rozwój, edukację. Sieć daje też możliwość doświadczania płynności tożsamości. Dzięki niej możemy się zdystansować od biologicznych uwarunkowań, zdać sobie sprawę z iluzoryczności genderowego podziału i grać naszą tożsamością.

moRgan&veriKami aka Pentarosa °// Cymatics & Cinematics Ensemble, “Platon. Mężczyzna – to się teraz leczy” (2007), z cyklu „” (2004–2007), dzięki uprzejmości artystki
moRgan&veriKami aka Pentarosa °// Cymatics & Cinematics Ensemble, „Dziękujemy za dary i za wszystko” (2007), z cyklu „‹malavida: moRgan & veriKami›”, dzięki uprzejmości artystki
Internet w latach 90. wydawał się wręcz stworzony do tego, żeby doświadczać siebie. Trudno było nie testować, nie eksperymentować. Otworzyła się możliwość przywdziewania różnych masek. Kobiety mogły być, kim chciały.

Mam poczucie, iż w optyce cyberfeministycznej tożsamość staje się figurą estetyczną. Zanika pojęcie prawdziwego „ja”, wszystko staje się zdekonstruowane.

Ja na szczęście jestem w takim momencie życia, w którym zdekonstruowałam i zrekonstruowałam ponownie samą siebie. Teraz bawią mnie zarówno niebinarność, jak i binarność, która też jest słodka, szczególnie w kontaktach damsko-męskich. Jak miałam 18 lat i byłam w związku z moją pierwszą sympatią, to on był taki miękki, wenusowy. Ja z kolei szorstka i rozczochrana. Tak sobie myśleliśmy, iż razem zmienimy płeć. To były zamierzchłe czasy, nie słyszałam jeszcze o czymś takim jak transpłciowość. Późniejsze perypetie i transformacje Amelii pokazały mi, iż jesteśmy wielowymiarowi. Ciało nie poddaje się tak łatwo modyfikacjom. To jest wielka iluzja dzisiejszego czasu. Po upływie tych wszystkich lat postanowiłam, iż pracuję na materiale powierzonym, czyli na takim fenotypie, jaki mi przypadł. Mam żeński interfejs i to jest mój wehikuł.

1
Rozmowy 01.05.2026

Dwie kostki RAM-u w plecaku. Rozmowa z duetem Eternal Engine

Ewa Borysiewicz

Czyli opowiada pani o sferze wirtualnej jako miejscu kreowania tożsamości?

Internet w latach 90. wydawał się wręcz stworzony do tego, żeby doświadczać siebie. Trudno było nie testować, nie eksperymentować. Proszę sobie wyobrazić członkinie kolektywu VNS Matrix 35 lat temu. Ustalają sobie jakieś działania: jedna robi grafikę, druga coś programuje… Wtedy nie było jeszcze mediów społecznościowych, ludzie porozumiewali się przez czaty IRC. Na takim czacie można przedstawić się jako inna osoba. Otworzyła się możliwość przywdziewania różnych masek. Kobiety mogły być, kim chciały. Wcześniej pojawiły się też analogowe role-playing games, gdzie uczyliśmy się jak wchodzić w skórę innych istot. Niektórzy zdali sobie sprawę, iż adekwatnie to dobrze czują się w postaci, którą sobie stworzyli. Później Judith Butler napisała Uwikłanych w płeć. Tekst kuratorski Anki Leśniak do wystawy Chcemy całego życia. Współdzielenie w Galerii Studio, poświęcony Malavidzie, wygląda tak, jakby był bezpośrednio zainspirowany tą książką. Butler napisała ją już 40 lat temu. Teraz już choćby nie wypada jej cytować! Jesteśmy w innym miejscu. Świadomość płci jako konstruktu stała się powszechną wiedzą. Żyjemy w czasie kolejnych przewartościowań. Obserwacja Amelii w trakcie kuracji hormonalnej doprowadziła mnie do wniosków, które dzisiaj byłyby uznane za niepoprawne politycznie, iż tak powiem. Uważam, iż potrzebujemy rozwinięcia tez Butler, a cała sytuacja jest bardziej złożona.

Po dwóch dekadach Malavida, określana przez panią jako cyberfeministyczna wspólnota, została pokazana w Galerii Studio. Jak pani patrzy na ten cykl dzisiaj?

Po dwudziestu latach przyszedł czas na adekwatne zrozumienie tej pracy. Wtedy szukano sensacji: kobieta z penisem, a potem bez penisa. Cała recepcja pracy była skupiona wokół seksu. Nie było miejsca na inne wymiary człowieczeństwa. Ten cykl dotyczy człowieka jako istoty emergentnej, w całej jego złożoności. Może być niebinarny i to nie umniejsza jego wartości i zdolnościom. Wtedy poruszałam w tym cyklu pewne zagadnienia trochę przedwcześnie. Może nie miałam odpowiedniej opieki teoretycznej, nie było kuratora, który by to ogarnął we adekwatny sposób. Mimo wszystko, ta praca się jakoś odłożyła. Zaznaczam, iż tu wbrew pozorom nie chodzi o pokazanie tranzycji. Musiałam skorygować tezy Anki Leśniak: nie chodziło o stawanie się kimś innym, ale o inne tryby obecności.

Idź do oryginalnego materiału