Nowe czy nie?
Nike dla Twardocha – zarówno w głosowaniu jury, jak i plebiscycie czytelników – nie powinna specjalnie dziwić. To jego pierwsza powieść, w której żaden z bohaterów nie pochodzi ze Śląska, a tematyka tego regionu jest w zasadzie nieobecna. Wspólny jednak pozostaje temat walki o własną tożsamość, historię i język. Tym razem wojna nie należy do przeszłości – jest namacalna, brutalnie rzeczywista, wciąż pochłania ludzkie istnienia i wciąga w siebie głównego bohatera, a zarazem narratora w jednym – Konia. To czterdziestopięcioletni Polak, w którego krwi płynie kilka narodowości: jego dziadek pochodził z Ukrainy (był członkiem UPA), babcia z Niemiec, a on sam był wychowywany raczej na „Europejczyka”. Mężczyzna decyduje się porzucić swoje dotychczasowe życie jako historyk i wyjechać na Chersońszczyznę, aby wstąpić do Legionu Cudzoziemskiego. Czemu? Racjonalnego powodu nie ma: Koń zostawia luksusy (swoją drogą – skąd u historyka takie zbytki?), rodzinę, bezpieczną posadę i wyjeżdża w sam środek konfliktu zbrojnego. Tam czeka go jednak szereg zaskoczeń, a wojna w niewielkim stopniu przypomina to, czego uczył się z książek historycznych ani to, co dociera do nas w przekazie medialnym.
Narrator, choć siedzi w okopie razem z rozgoryczonymi „mobikami” i innymi „szalonymi ochotnikami”, zdaje się w swoich rozważaniach i wspomnieniach unosić dziesięć metrów ponad poziom lotu rosyjskich dronów. Nie ma się mu zresztą co dziwić – wojna to w perspektywie Twardocha głównie czekanie, które „jest jedynym aktem oporu wobec świata, na jaki żduna stać […], bo to nie wyczekiwanie jest sensem czekania, tylko samo czekanie”. Tym bardziej iż szeregi Sił Zbrojnych Ukrainy zasilają w głównej mierze nie ideowcy, ale siedzący w okopach – nierzadko od 2014 roku – samotni mężczyźni, dla których wojna stanowi jedyną znaną rzeczywistość. Null nieustannie obala powszechne przekonania o „szlachetności” wojny i ostatecznie mierzy się z próbami jej romantyzowania. „Po wojnie nie […] nic nie będzie. Nas nie będzie” – mówi zrezygnowany barman z okupowanego miasta, zmęczony wojną, nieustannymi stratami i niepewnością. To zdanie podziela większość żdunów, choćby sam Koń, który przecież wyjechał na wojnę jako „gardzący mobilizowanymi” ochotnik. Należy więc zadać sobie pytanie – po co walczyć? Czy istnieje jakakolwiek wartość, która usprawiedliwi poniesione koszty i zadośćuczyni za ludzkie życia? Ale tylko naiwni oczekiwaliby od Twardocha górnolotnych, patriotycznych odpowiedzi. Bez ogródek pisze, iż obecność wielu żołnierzy na linii frontu i ryzykowanie przez nich życia sprowadza się do tego, żeby „Zełeński z jego zatroskaną miną i w jebanej zielonej koszuli mógł coś bredzić na konferencjach o tym, iż trzymacie przyczółek po tej stronie ojca waszego Dniepru”.
Fikcja (nie)zmyślona
Null przyjęto zdecydowanie lepiej niż poprzednią pozycję Twardocha „Powiedzmy, iż Piontek”: książka wygrała w plebiscycie czytelników na najlepszą polską powieść „Gazety Wyborczej” i „Polityki”; została także dostrzeżona za zachodnią granicą, zdobywając drugie miejsce w prestiżowym rankingu „Der Spiegel”, zdobyła także wcześniej wspomnianą Nike 2026. Zastrzeżenia budzi jednak sama forma Nulla. Pierwotnie miał to być zbiór esejów lub reportaż, ale autor zrezygnował z formy non-fiction na rzecz mocno osadzonej w rzeczywistości opowieści z eksperymentalną narracją. Jak bowiem twierdzi sam autor, przedstawione w książce historie oraz postaci są w większości prawdziwe, ale z oczywistych względów zanonimizowane. Ta deklaracja wzbudza jednak pewne zasadnicze wątpliwości: owszem, autor brał udział w wojnie, głównie prowadząc zbiórki na rzecz ukraińskiej armii oraz dostarczając zebrany i zakupiony sprzęt na Ukrainę, ale – głównie ze względów bezpieczeństwa – nie brał udziału w samych działaniach wojennych. Sam Twardoch nie przebywał przez dłuższy czas w tytułowym nullu, a więc wszystkie szczegółowe opisy panujących tam warunków i nastrojów są swego rodzaju fantazją oraz rekonstrukcją z drugiej ręki, a nie naocznym opisem. Takiego nadużycia dopuszczają się głównie publicyści zachwyceni „uderzającym realizmem”. Świadczy to jednak o tym, iż Twardoch idealnie uwiarygodnił swoją historię, nadając jej wręcz miano „osobistego świadectwa”, choć – jak sam podkreśla – wciąż jest to przede wszystkim proza fikcjonalna.
fot. Szczepan Twardoch/Instagram
Trudności w lekturze z pewnością powoduje nasycenie terminologią wojskową i techniczną (chociażby „pokemony”, „blindaż” czy „efpewiszek”), którą Twardoch ewidentnie się fascynuje. Specyficzny jest także mieszany polsko-ukraiński język, miejscami zapisany cyrylicą, czasem nieskładnie przetłumaczony fonetycznie – ale przecież na wojnie rzadko kiedy wszystko jest uporządkowane. Sam null to zresztą strefa wyjęta spoza prawa, gdzie jedyną obowiązującą zasadą jest przetrwanie. Nic poza tym się nie liczy – choćby życie po wojnie, którego wizja z każdą kolejną godziną w okopie staje się coraz bardziej odległa, wręcz surrealistyczna, a choćby bardziej przerażająca niż dobrze znany stan wojny. To bodaj najsmutniejsza konstatacja pozostająca po lekturze – w zakończenie konfliktu najbardziej wierzą ci, którzy nie widzą go z bliska.
Perspektywa Konia
Fascynuje tryb narracji – Koń jest zarówno narratorem, jak i bohaterem, ale Koniem jest także każdy czytelnik. Eksperymentalna narracja drugoosobowa i próba osadzenia odbiorcy w roli aktywnego uczestnika wydarzeń sprawiają, iż ładunek emocjonalny powieści zostaje znacząco podbity. To nie „ktoś celuje do pidarów”, „komuś ropieją stopy” – Twardoch wrzuca nas do fabuły i oskarża: „ty to robisz, ty zabijasz”. Odbiorca Nulla nie będzie więc jedynie zatroskanym o los ukraińskich żołnierzy polskim filantropem, który z wygodnej i bezpiecznej pozycji czyta o brutalnej wojnie. Zniży się do poziomu ukrytych w bunkrach żdunów, poczuje ich beznadzieję, strach i ból, a potem stanie się operatorem drona, którego oko oznacza tylko śmierć.
Przedstawiony przez Twardocha przekrój typów osobowości w ukraińskim wojsku jest szeroki: poznajemy zarówno najemników z odległych państw (chociażby dalekiej Kolumbii), dla których konflikt to okazja do wzbogacenia się, jak i mężczyzn w średnim wieku, którzy tęsknią za czasami Związku Radzieckiego, a flagę z sierpem i młotem uznają za „jedyną prawdziwą”; zdarzają się także ukryci neonaziści czy aktywiści ekologiczni. Podczas zanurzania się w historię, coraz lepiej rozumiemy realia rządzące ZSU. Szczególnie interesująca jest kwestia nadawanych w nim pseudonimów czy nadawania stopni. „Na froncie nikt nie nosi oznaczeń stopnia […], nikt nikomu nie salutuje […]. Plotki i podtrzymywane dzięki nim relacje międzyludzkie mogą zdecydować o tym, kto pierwszy dostanie wsparcie artyleryjskie” – opisuje narrator, zaznaczając jednocześnie, iż „dumne” pseudonimy najczęściej otrzymują żołnierze zwyczajnie słabi i tchórzliwi, podczas gdy ci, którzy realnie przysłużyli się w walce, nazywają się niepozornie – jak „Rudyj, Chomjak, Noga”.
fot. Unsplash
Obietnica szczerości
Nie obyło się też bez dość trywialnego wątku romantycznego. Koń poznaje młodą, zaangażowaną w walkę o wolną Ukrainę kobietę, Zuję, która okazuje się postacią wręcz kryształową, a przynajmniej o niebo lepszą od wszystkich przedstawionych bohaterów razem wziętych. Choć Rosjanie ją zgwałcili i cieszy się, iż Koń – najpierw jako operator drona, potem zdegradowany do roli szeregowego – ich zabija. Prosi go jednak szlachetnie, aby nigdy żadnego nie torturował. To budzi w Koniu najważniejszy dylemat moralny – czy bycie panem życia i śmierci nie przynosi mu cienia satysfakcji? Czy wojna, na którą wyjechał, aby się sprawdzić swoje granice, nie sprawia, iż w szalonym tempie zmierza ku autodestrukcji?
Null z każdym rozdziałem obdziera wojnę z pięknych słów, medialnych uogólnień i przybliża losy konkretnych żołnierzy. To z pewnością element sukcesu tej powieści – obiecuje nam prawdziwy, do bólu szczery obraz konfliktu zbrojnego, a także nowe oblicze Twardocha. Generalnie obca mu dotychczas tematyka i przeniesienie akcji ze Śląska do Ukrainy miały potencjał, aby otworzyć kolejny etap jego pisarskiej kariery, ale – jak stwierdził na łamach „Gazety Wyborczej” Dariusz Nowacki – „Zmian nie dostrzegam, ale być może czegoś nie widzę”. Zdecydowanie widać jednak w Nullu znakomite połączenie językowego kunsztu i wojennego chaosu, nudy przerywanej przez nagłe ucieczki i zwroty akcji oraz wzniosłych rozmyślań o przeszłości stanowiących przeciwwagę do wilgoci i przeszywającego chłodu. choćby jeżeli twórczości Twardocha nie będziemy dzielić na okres przed Nullem i po nim, wciąż pozostanie on próbą istotną i udaną.
Fot. nagłówka: Unsplash








