Na skraju tego lata
Pracując w warszawskiej bibliotece, Weronika Zawadzka uważała swoje życie za do bólu prozaiczne. Czytelników coraz mniej, młodzi siedzą w internecie. Zamiast gwaru śmiechów i rozmów cichy szelest przesuwanych książek, których grzbiety raz po raz musnęła ścierką, jakby głaskała czyjeś czoło we śnie. Jedynym plusem była dla niej nieskończona ilość książkowych światów: od powieści miłosnych po filozoficzne traktaty. Jednak trzydzieste urodziny przyszły jak dzwonek w przerwie nagle i bez zapowiedzi. Weronika uświadomiła sobie, iż cała romantyka z tomów i stron przeleciała obok niej jak złote liście na wietrze.
Wiek odpowiedni, wzrost przeciętny, twarz ukryta za okularami, pensja raptem kilka tysięcy złotych. Zmiana pracy nie przychodziła jej do głowy. Biblioteka jest jak przystań, po co odpływać? powtarzała. Czytelnikami byli głównie studenci Uniwersytetu Warszawskiego, czasem zjawiał się któryś z licealistów albo starsza pani szukająca wspomnień młodości.
Gdy wojewódzka biblioteka ogłosiła konkurs, Weronika, niespecjalnie się starając, wygrała główną nagrodę dwutygodniowy pobyt w Międzyzdrojach. Na moją pensję nie pojechałabym dalej niż do Otwocka, a tu proszę spadło mi z nieba! cieszyła się przez telefon do Halinki i mamy.
To ostatnie dni lata. Weronika spacerowała brzegiem pustej plaży, gdzie tłum plażowiczów uciekł do kawiarni przed wzburzonym Bałtykiem. To był jej trzeci dzień nad morzem i zapragnęła samotnie zagubić się w myślach na piasku.
Nagle jej senna wędrówka przerwał obraz: z falochronu spadł w wirującą wodę jakiś chłopiec. Weronika, nie myśląc, rzuciła się za nim, chociaż nigdy nie była syreną ale w dzieciństwie uczyła się utrzymać na powierzchni w jeziorze wujka w Mazurach.
Fale zdawały się pomagać, ciągnąc chłopca bliżej, tylko po to, żeby zaraz cofnąć się z nich z powrotem. Weronika, w mokrej sukience przyklejonej jak pajęczyna, łapała grunt pod nogami i skupiła się na jednej myśli wytrzymaj. W końcu się udało.
Spojrzała na mokrego chłopca. Wygląda na czternastolatka, wysoki, ale to przecież jeszcze dzieciak, pomyślała, jednocześnie zadając pytanie:
Ty chyba rozum postradałeś, w taką pogodę się kąpać?!
Chłopak tylko skinął głową, wymamrotał dziękuję i chwiejnym krokiem oddalił się w stronę parku. Weronika wzruszyła ramionami.
Następnego ranka, w pokoju pensjonatu, przesłoniętym firanką jak mleczną zasłoną, uśmiechnęła się do siebie. Morze z okna lśniło, już nie takie groźne, czyste i hipnotyzujące jak lodowiec w słońcu. Bałtyk dziś przeprasza za wczoraj, przemknęło jej we śnie powieki.
Po śniadaniu, rozłożyła się na piasku, a potem niemal magicznie wyprostowana, ruszyła do miejskiego parku. Stare drzewa wyglądały jak postaci z dziecięcych legend. Zaciągnęły ją do strzelnicy. Kiedyś na studiach była niezła w strzelaniu pierwszy strzał był ślepy, drugi celny.
O, synku, patrz jak się strzela! zaśmiał się za jej plecami męski głos. Odwróciwszy się, Weronika poznała chłopca z wczoraj.
Strach przemknął przez jego oczy jak cień, rozpoznali się. Weronika uśmiechnęła się, domyślając się, iż ojciec nie wiedział o wczorajszej przygodzie.
Może pokaże pani mistrzowski strzał? zagadnął ojciec, wysoki, z rozczochranymi włosami, przedstawiając się jako Stanisław.
Po strzelnicy włóczyli się razem, potem siedzieli w kawiarni przy włoskich lodach, wreszcie sunęli wysoko nad dachami na Diabelskim Kole. Weronika czekała, aż dołączy do nich mama chłopca, ale nikt się nie pojawił.
Stanisław był rozmowny, pełen anegdot, i coraz bardziej ją fascynował. Bał się tylko, iż jego syn Wojtek zacznie się czegoś obawiać. Ale chłopak swobodnie żartował z nimi, zrozumiawszy, iż Weronika nie zdradzi sekretu ojcu.
Pożegnać się przyszło późno, prowadząc Weronikę do pensjonatu. Umówili się spotkać następnego ranka na plaży.
Weronika była pierwsza, nowi znajomi spóźnili się niemal godzinę.
Dzień dobry! Wybacz, Weroniko, tłumaczył się Stanisław. Zapomnieliśmy ustawić budzik!
Tato, idę pływać! rzucił Wojtek i pogalopował do morza.
Weronika aż krzyknęła:
Stój! Przecież nie umiesz pływać!
Ojciec zdziwił się:
Świetnie pływa, w szkole startuje w zawodach!
Weronika zamilkła. Może to jej się tylko przyśniło? Może woda śni się za każdym razem inaczej
Okazało się, iż Stanisław i Wojtek mieszkali w sąsiednim pensjonacie. Poranki, popołudnia, wieczory upływały we wspólnych spacerach, wycieczkach i rozmowach, wśród których Weronice coraz bardziej zależało na szczerej rozmowie z Wojtkiem. Wydawało jej się, iż coś go gnębi.
Okazja pojawiła się, gdy pewnego dnia na plaży pojawił się sam Wojtek.
Dzień dobry. Tato chory, ma gorączkę, a ja się wyprosiłem Powiedziałem, iż pani mnie popilnuje. Przepraszam, iż tak zdecydowałem, ale nie chciałem siedzieć sam zawołał i podał jej numer telefonu ojca.
Zadzwoniła.
Dzień dobry Proszę się nie martwić, zaopiekuję się Wojtkiem. zapewniła Stanisława, który zamamrotał coś o przeziębieniu.
Po kąpieli w morzu Wojtek rozłożył się na leżaku.
Wie pani, pani jest prawdziwym przyjacielem wypalił z nagła.
Skąd taki pomysł?
Dzięki, iż nie powiedziała pani tacie o tamtym wczoraj. Zgubiłem się na tym falochronie, fala mnie porwała i zrobiłem się mały jak rybka
Na krótką ciszę Weronika spytała:
A gdzie twoja mama, Wojtku? Dlaczego podróżujecie we dwójkę?
Chłopak nie mówił od razu. W końcu jednak spojrzał Weronice w oczy i opowiedział.
Stanisław z racji pracy często wyjeżdżał na szkolenia do Poznania czy Krakowa. Wojtek zostawał w domu z mamą Adrianą. Ich rodzina wyglądała na ciepłą i zgraną, ale to była tylko mglista iluzja, przez którą nikt nie chciał przebić się do środka.
Pewnego dnia Stanisław oznajmił:
Chyba pojadę do Katowic na trzy tygodnie, po kursach mam mieć awans Wreszcie zarobimy więcej!
Adriana tylko się uśmiechnęła, jakby czekała na tę wiadomość. Kilka dni później rzekła synowi:
Wojtku, dziś przyjdą do nas goście. Mój kolega Artur i jego córka Dagmara. Musisz się nią zająć.
Dagmara miała może szesnaście lat, była wygadana i energiczna. gwałtownie wyciągnęła Wojtka do parku, gdzie czuł się zagubiony, a jednocześnie fascynował się starszą koleżanką. Mama wręczyła mu stuzłotowy banknot Mały dżentelmen musi poczęstować damę lodami.
Minęły trzy tygodnie. Tuż przed powrotem ojca, Dagmara stwierdziła:
Całe szczęście, iż już wraca twój tata. Mama poprosiła mnie, żebym cię zajmowała, gdy ona z moim tatą bawi się w miłość dodała z pogardą.
Wojtkowi zrobiło się przykro, poczuł się przezroczysty. Kiedy ojciec wrócił, rodzinny dom bywał cichy i chłodny. Atmosfera coraz bardziej napięta, aż Wojtek przypadkiem stał się świadkiem awantury rodziców.
Tak, zdradzam cię, i co, zrobisz mi coś? słyszał głos matki.
Nic, po prostu rozwód. Wojtek zostaje ze mną, tobie nie zależy odparł ojciec.
Wojtek chciał się schować pod kołdrę, przestać istnieć wśród tych słów. Następnego dnia jego matka się wyprowadziła. Ojcowi nie musiał już nic mówić. Rzucił jedynie:
Tato, kocham cię. Będzie nam we dwóch lepiej.
Ojciec odetchnął, głaszcząc syna po głowie:
Jesteś dorosły ponad wiek. Z mamą rozmawiaj, gdy będziesz gotów. Ja niczego ci nie będę narzucał.
Po powrocie do rzeczywistości Weronika i Wojtek poszli do Stanisława z torbą pełną owoców. Już zdrowy, śmiał się i obiecał następnego dnia powrócić na plażę.
Po trzech dniach Stanisław i Wojtek opuszczali już Międzyzdroje, Weronice zostały jeszcze dwa dni. Lato dobiegało końca, a na jego skraju żegnali się leniwie. Stanisław przyrzekł, iż odbierze Weronikę z dworca Warszawa Centralna. Wojtek się uśmiechał. Weronika nie snuła planów tylko zatopiona w błogości czytała słowa Stanisława w wiadomościach: Tęsknię. Czekam.
I niedługo potem Weronika przeprowadziła się do mieszkania Stanisława i Wojtka, a ich świat popłynął dalej, jakby śnił się komuś przez okno z widokiem na Wisłę nieskończony i pełen światła. Najbardziej w tym śnie cieszył się Wojtek za siebie, za ojca, za Weronikę.









