Mam sześćdziesiąt pięć lat i dawno nie zrobiłam czegoś wyłącznie dla siebie. Nie do syna, nie na pomoc, nie na zastępstwo w pracy. Po prostu, żeby odpocząć. Całe życie odkładałam swoje „chcę” na później. Najpierw syn się przeprowadzał, potem wnuczka miała przedstawienie w szkole, potem szefowa prosiła o zastępstwo, sąsiadka bała się iść sama do przychodni. Zawsze ktoś. A moje „później” nigdy nie nadchodziło.
Moja przyjaciółka Krystyna ma sześćdziesiąt dwa lata. Znamy się dwadzieścia parę lat. Pracowałyśmy razem w Urzędzie Miasta w Toruniu, potem każda poszła w swoją stronę, ale kontakt został. Dzwoniłyśmy, spotykałyśmy się, narzekałyśmy na ciśnienie i na byłe szefowe. Krystyna to kobieta, przy której inne robią się mocniejsze i bardziej ogarnięte. Nie dlatego, iż jest zła. Po prostu tak jej wychodzi. Zawsze się czymś martwi: iż sama nie pojedzie, iż boli, iż zapomni, iż zgubi. I zawsze obok musi być ktoś spokojniejszy, mądrzejszy, taki „ogarniacz”. Tym kimś przez lata byłam ja.
W lutym zadzwoniła.
— Bożena, lekarz mi truje o stawach i krążeniu. Chcę jechać do Ciechocinka. Pojedź ze mną. Będzie nam raźniej.
Ucieszyłam się. Mówiła ładnie: „Będziemy chodzić, czytać, wieczorem pić kawę. Wreszcie nie będziemy niczyje, tylko po prostu my”. Zapłaciłam za swój turnus dwa tysiące czterysta złotych i zaczęłam się pakować.
Przed wyjazdem Krystyna wydzwaniała po dziesięć razy dziennie.
— Sprawdź, jakie szlafroki tam trzeba.
— Wydrukuj mi rezerwację, bo u mnie drukarka padła.
— Zobacz, jakie badania trzeba wziąć, bo ja zapomnę.
Robiłam to automatycznie. W końcu denerwuje się, myślałam. Ale przy okazji, niepostrzeżenie, ta podróż przestała być „nasza”, a stała się „moja do ogarnięcia”. W dzień wyjazdu przyszła z dwiema torbami, kocem i poduszką, z miną, jakby już umarła ze zmęczenia.
Sanatorium pachniało chlorem, jedzeniem ze stołówki i solą z tężni. W Ciechocinku powietrze jest słone, nie do pomylenia. W holu siedzieli ludzie z teczkami, jedni w dresach, inni o lasce. I tu się zaczęło.
— Wypełnij za mnie, bo mi się ręce trzęsą.
— Zapytaj, gdzie są zabiegi, bo źle słyszę.
— Dowiedz się, czy mogę wejść bez kolejki, bo po podróży nie żyję.
U lekarza myślałam, iż nas rozdzielą. Ale Krystyna popatrzyła na mnie tak, jakbym miała pełnić wartę.
— Zostań ze mną, bo wszystko zapomnę.
Zostałam. Poszłam z nią do gabinetu, przyniosłam wodę, bo jej słabo. W stołówce taca była za ciężka, zupa za gorąca, chleba zapomnieli, kawa za daleko. Każde z osobna to drobiazg. Ale pod koniec pierwszego dnia zrozumiałam, iż nie miałam ani minuty, żeby pójść nad tężnie. Ani jednej.
Drugiego dnia obudziłam się wcześnie. Za oknem sosna, słońce, otwarte okno. Myślę: wstanę, pójdę do parku, potem gimnastyka, potem masaż. Ledwo się podniosłam — dzwoni telefon. Krystyna.
— Gdzie jesteś? Wstałaś i nie poczekałaś na śniadanie?
I od razu ten ton lekkiej urazy:
— Aha, no tak. Ty już sobie. A ja tu sama jak jakaś idiotka.
Wróciłam. Poczekałam. Potem schody okazały się za trudne, bała się sama pod prysznic, nie mogła znaleźć gabinetu fizjoterapii. Po południu położyła się „na chwilę” i powiedziała:
— Nie odchodź daleko, bo po kąpielach serce mi wali.
Siedziałam w swoim pokoju i czułam złość, do której wstyd było się przyznać. No bo co się adekwatnie stało? Człowiek się denerwuje, prosi o towarzystwo. Ale w środku rosło coś nieprzyjemnego: iż ja znowu, cichutko, wpycham się w cudzą potrzebę.
Trzeciego dnia powiedziałam przy śniadaniu:
— Krystyna, po południu chcę iść sama do parku. Posiedzieć, pokązać się, bez planu.
Zamilkła, potem odpowiedziała:
— Dobra, idź. Ja cię nie trzymam.
To „ja cię nie trzymam” zawsze brzmi tak, iż już czujesz się winna.
Po obiedzie wyszłam. Wreszcie. Kupiłam kawę za dwanaście złotych w budce przy alejce, usiadłam nad stawem. I nie umiałam się rozluźnić. Telefon leżał obok, a ja już czekałam na dzwonek. Oczywiście przyszedł.
— Daleko jesteś?
— Nie, w parku.
— Możesz wrócić? Zmierzyłam ciśnienie i coś mi nie pasuje. I nie lubię siedzieć sama w pokoju.
Wróciłam. Nie dlatego, iż się przestraszyłam, tylko z tego starego babskiego odruchu: a nuż naprawdę coś się dzieje, a ja tu siedzę z kawą. Ciśnienie okazało się prawie normalne. Leżała i powiedziała, iż nie wie, co jej jest, iż ma zostać chwilę. Zostałam. Potem kolacja, potem herbata rumiankowa, której nie było w kawiarni, więc szukałam jej piętro wyżej. Potem tabletki. Potem rozmowa o tym, jak ciężko, samotnie, strasznie się starzeć i jak dobrze, iż jestem obok.
Słuchałam i bardzo wyraźnie przypomniałam sobie, iż przyjechałam tu nie po to, żeby być „obok”. Miałam odpocząć.
Szóstego dnia szłam poszukać Krystyny w czytelni na parterze. Podeszłam do uchylonych drzwi i usłyszałam, jak rozmawia przez telefon, chyba z córką. Głos wcale nie był zmęczony. Całkiem żywy, choćby wesoły.
— Tak, wszystko gra. Przecież nie jestem sama. Jest ze mną Bożena. Chodzi ze mną do stołówki, mierzy mi ciśnienie, jak trzeba to leci do lekarza. Jest mi z nią tak dobrze. Sama nigdy bym nie przyjechała.
Te słowa „jest mi z nią tak dobrze” wbiły mi się w pamięć. Nie „jesteśmy razem”. Nie „jak dobrze mieć przyjaciółkę”. Tylko „dobrze”. Jakbym nie była człowiekiem, tylko wygodną opiekunką, która też zapłaciła za turnus i też przyjechała odpocząć.
Nie weszłam od razu. Stałam za drzwiami i czułam, jak coś we mnie stygnie.
Wieczorem poprosiła:
— Jutro pójdziesz ze mną na kąpiele borowinowe? Nudno mi tam samej leżeć.
I wtedy, sama nie wiem skąd, powiedziałam:
— Nie, Krystyna. Jutro idę według swojego planu.
Najpierw nie zrozumiała.
— Jak to?
— Tak. Nie zapłaciłam za ten wyjazd, żeby cały czas za tobą biegać. Też chcę odpocząć.
Zapadło milczenie. Gęste jak ta woda w tężniach. Krystyna usiadła na łóżku i tym swoim miękkim tonem, pełnym urazy, powiedziała:
— Bożena, nie rozumiem. Czy tobie tak trudno mi pomóc? Przecież cię nie obciążam.
I wtedy coś we mnie pękło. Bo dokładnie tak mówią ludzie, którzy latami ładują na ciebie swoje sprawy, ale robią to tak naturalnie, iż sami nie widzą.
— Chcesz szczerze? Tak, obciążasz mnie. Od pierwszego dnia. Wypełniałam twoje papiery, nosiłam torby, latałam od gabinetu do gabinetu, siedziałam przy tobie, kiedy ci było „strach”. Nie przyjechałam tu jako pielęgniarka. Przyjechałam odpocząć.
Zapaliła się:
— Aha! Czyli ci przeszkadzam. Świetnie. Trzeba było od razu mówić.
— A ty powinnaś od razu powiedzieć, iż nie potrzebujesz przyjaciółki, tylko kogoś, kto jest na każde skinienie.
W tym momencie w drzwi zapukała salowa z ręcznikami. Obie zamilkłyśmy jak przyłapane. Po jej wyjściu nie wróciłyśmy do rozmowy.
Następnego dnia Krystyna poszła na zabiegi sama. Nie zgubiła się, nic się nie stało, wszystko znalazła. Ale szła z miną głęboko obrażonej. Przy stole kilka razy powtórzyła:
— Nie martw się, poradzę sobie sama. Nie chcę być nikomu ciężarem.
To szczególny gatunek. Najpierw cię wykorzystuje, potem robi z ciebie winnego, iż to zauważyłaś.
Zostały mi cztery dni. Wreszcie chodziłam sama, siedziałam z książką na ławce obok tężni, piłam kawę, nie czując, iż muszę gdzieś lecieć. I poczułam coś okropnego: ulgę. Taką, iż prawie się jej przestraszyłam.
Przed wyjazdem Krystyna powiedziała:
— Myślę, iż z przyjaciółkami już nigdzie nie pojadę. Wypoczynek powinien być bez tłumaczenia.
Omal się nie roześmiałam. Bo tłumaczyło się tylko jedno: iż ktoś pierwszy raz nie chciał po cichu stać się wygodnym dla drugiej osoby.
Minęły dwa miesiące. Nie zerwałyśmy kontaktu, ale wszystko się zmieniło. Rzadziej dzwonimy, mniej ciepła. W jej głosie ciągle ten cichy wyrzut, jakbym ją zawiodła.
Jeszcze przed wyjazdem zdążyłyśmy ustalić, iż na jesień powtórzymy turnus. Miałyśmy jechać w październiku, tym razem na czternaście dni. Wpłaciłam zadatek — sześćset złotych za nas obie. Krystyna obiecała oddać mi swoją połowę, ale jakoś nie spieszyła się z tym.
W zeszły wtorek zadzwoniła:
— Bożena, musimy potwierdzić turnus, bo ja już nie mogę się doczekać. Sprawdź pociągi, bo ponoć są tańsze o szóstej piętnaście. I zobacz, czy dostanę parter, bo po tej przygodzie boję się schodów. No i zrób rezerwację na tężnie, bo w zeszłym roku były tłumy.
Słuchałam i wiedziałam, iż to znowu będzie moja robota. Już nie z przyjemnością, tylko z mechaniczną uprzejmością, której się ode mnie oczekuje.
Wtedy, nie planując, otworzyłam aplikację banku w telefonie. Znalazłam przelew do Krystyny na trzysta złotych — połowę zadatku. W tytule wpisałam: „Twoja połowa. Nie jadę.” Wysłałam.
Potem zadzwoniłam do biura podróży, iż rezygnuję ze swojego miejsca, i poprosiłam o przepisanie pokoju na inną osobę. Biuro miało formularz online. Wypełniłam go, podałam dane Anny — emerytowanej bibliotekarki z mojego klubu seniora, która zawsze siedziała sama i raz wspomniała, iż nigdy nie była w Ciechocinku. Zadzwoniłam do Anny:
— Mam dla ciebie turnus w październiku, już opłacony w połowie. Jedź. Nie oddawaj mi nic. To prezent.
Anna zaczęła płakać, iż nie może, iż to za dużo. Powiedziałam jej tylko, żeby wzięła wygodne buty, bo do tężni jest kawałek.
Godzinę później wiedziała już Krystyna. Najpierw telefon, pełen pretensji:
— Jak to oddałaś mój turnus? Przecież miałyśmy jechać razem!
Powiedziałam bez podnoszenia głosu:
— Ja nie jadę. Ty możesz jechać. Twój pokój został. Ja po prostu nie będę twoją opiekunką. Ani w październiku, ani nigdy.
Rozłączyła się. Potem wysłała SMS: „Nie spodziewałam się tego po tobie. Zawiedziona.” Nie odpisałam.
Wieczorem przyszła do mnie. Mój kot Mruczek, jakby wiedział, iż coś wisi w powietrzu, schował się pod wersalką. Otworzyłam drzwi. Krystyna stała w progu z wydrukowanym formularzem rezygnacji, który wysłałam jej mailem. Była wzburzona.
— Bożena, ja nie rozumiem. Dlaczego mnie tak potraktowałaś? Przecież przyjaźnimy się tyle lat.
Pokazałam jej ekran telefonu z potwierdzeniem przelewu: trzysta złotych.
— To twoja połowa zadatku. Koszty biurowe, pięćdziesiąt złotych, pokryłam. Jedź, wypocznij. Tylko weź sobie kogoś innego do noszenia toreb.
Popatrzyła na ekran, potem na mnie. Zamknęłam drzwi. Jeszcze przez chwilę słyszałam, jak stoi po drugiej stronie. Potem zeszła po schodach.
Na drugi dzień poszłam do klubu seniora i usiadłam przy stoliku nie z Krystyną, a z Anną. Za oknem padał pierwszy październikowy deszcz. Anna zamówiła dwie herbaty. W torbie miałam tylko własną książkę i parasolkę, którą kupiłam za dziewiętnaście złotych. I nikt nie prosił, żebym sprawdziła rozkład jazdy.





![Horror w prawdziwym życiu, czyli jak być final girl i ocalić własną siostrę? [recenzja książki “Jak przetrwać swoją śmierć”]](https://kulturalnemedia.pl/wp-content/uploads/2026/08/jak-przetrwac-swoja-smierc.jpeg)


