Dwanaście lat. Tyle czasu minęło od ostatniego studyjnego albumu norweskiego Triosphere. W świecie muzyki metalowej to niemal wieczność. Przez ten czas zdążyły zmienić się mody, zespoły, składy i całe pokolenia słuchaczy. Można więc było zastanawiać się, czy Triosphere w ogóle jeszcze wróci, a jeżeli tak, to czy będzie miał coś interesującego do powiedzenia. Na szczęście „Oceans Above, Stars Below” bardzo gwałtownie rozwiewa wszelkie wątpliwości. Płyta ukazała się 28 sierpnia nakładem Frontiers Records i jest to pozycja skierowana do fanów power metalu, choć nie brakuje tutaj również elementów progresywnego metalu, hard rocka i klasycznego heavy metalu. jeżeli ktoś nie ma wygórowanych oczekiwań, śmiało może sięgnąć po nowe dzieło Norwegów.
Co ważne, „Oceans Above, Stars Below” nie próbuje na siłę udowadniać, iż Triosphere po dwunastu latach musi nagrać coś przełomowego. Zespół postawił przede wszystkim na swoją tożsamość. Można choćby powiedzieć, iż niektóre utwory są bardziej zwarte i bezpośrednie niż na poprzednich płytach. Jest mniej ciągłego epatowania progresywnymi rozwiązaniami, a więcej melodii, chwytliwych refrenów i kompozycji, które stosunkowo gwałtownie trafiają do słuchacza.
Triosphere to przede wszystkim utalentowana Ida Haukland, która dysponuje wyrazistą barwą głosu i potrafi nadać kompozycjom odpowiednią przebojowość. Nieco gorzej wypada natomiast duet gitarowy Byberg/Bergessen. Panowie grają momentami całkiem solidnie, ale nie potrafią specjalnie zaskoczyć ani stworzyć gitarowego killera, który na dłużej pozostałby w pamięci. Wydaje się, iż są dość oszczędni w swoich partiach gitarowych. Płyty słucha się przyjemnie, ale brakuje tutaj efektu „wow”. Na pewno zespół zadbał o mocne, wyraziste brzmienie oraz klimatyczną okładkę. Jednak w sferze kompozycji pozostaje pewien niedosyt.
Album otwiera klimatyczne intro w postaci „Premonition”, w którym nie brakuje podniosłości i epickiego charakteru. Pozytywnie zaskakuje pełen energii i agresji „Of Tyrants”, który dobitnie ukazuje power metalowe oblicze zespołu. To jeden z najciekawszych utworów na płycie, pokazujący drzemiący w tej kapeli potencjał. Dobrze wypada również melodyjny i przebojowy „Oceans Above, Stars Below”, który nieco przypomina twórczość White Skull. Mocny riff i pewność siebie sprawiają, iż utwór potrafi skutecznie poruszyć słuchacza. Podobne emocje wzbudza łatwo wpadający w ucho „Monsters Ball”, gdzie ponownie postawiono na szybkość, dynamikę i przebojowość. W takim wydaniu band wypada naprawdę przekonująco. Pewne echa progresywnego metalu pojawiają się w „Through the Phantom Wall”. To dobry utwór, ale czegoś tutaj zabrakło, aby powstał rasowy killer. Lekki i melodyjny „Shorelines” również ma w sobie sporo uroku i mimo bardziej komercyjnego charakteru potrafi gwałtownie zapaść w pamięć. „Lightning in a Bottle” to z kolei przyjazny dla ucha, melodyjny heavy metal. Dobrze się tego słucha, choć utwór nie wzbudza większych emocji. Zadziorny „Embers” podtrzymuje ten charakter płyty, natomiast „Cadence of Chaos” również nie rozrywa na strzępy — to po prostu solidny kawałek, który spełnia swoje zadanie, ale nie wykracza znacząco poza ten poziom.
„Oceans Above, Stars Below” to bardzo udany powrót zespołu, który nigdy nie należał do najbardziej oczywistych przedstawicieli europejskiego power/prog metalu. Norwegowie stworzyli płytę pełną solidnych melodii, zadziornych riffów i dobrze zaaranżowanych kompozycji. Nie jest to album, który wywraca gatunek do góry nogami, ale z pewnością został dobrze zagrany i wyprodukowany. Zabrakło jednak kilku naprawdę mocnych momentów, większej dawki świeżości oraz odrobiny pewności siebie, aby stworzyć materiał z absolutnie górnej półki.
Ocena: 6/10
















