Wstyd z dzieciństwa, pierwsze zauroczenie, lęki młodego ojca i miłość godząca się z przemijaniem… Artur Rojek po kilku latach wraca z albumem Chciałbym urodzić się żeby latałem i zabiera nas w podróż pełną nostalgii.
Artur Rojek zapowiadał album Chciałbym urodzić się żeby latałem jako najbardziej osobisty album w swojej karierze. Jak wyznał w wywiadzie, zastanawiał się, czy nie uzewnętrznił się aż za bardzo. W tym przypadku jednak „za dużo” nie istnieje, a liryczna szczerość – choćby przesadna – zawsze się obroni.
Centralną oś płyty stanowi nostalgia. Rojek nadał jej formę podróży po wspomnieniach, które go ukształtowały lub wciąż na niego oddziałują. Chciałbym urodzić się żeby latałem staje się więc jednocześnie metodą konfrontacji z trudną przeszłością i dojrzałą próbą samoakceptacji. Snutą historię rozpoczyna od uczucia nastoletniej niepewności towarzyszącej mu na basenie (Sophia Loren Słupnej Park) i dziecięcego wstydu, którego w utworze Gruby, mały nie udało mu się jeszcze całkowicie oswoić:
Wolałem innym być
Niż sobą samym
Ciągle jeszcze uczę się
Jak pokonać w sobie strach
Utwory płyną spójnie i chronologicznie, budząc skojarzenie z przesuwaniem kolejnych zdjęć w albumie fotograficznym i przeglądaniem przełomowych epizodów z perspektywy dorosłego człowieka. Dziecięcy wstyd i pierwsze zauroczenie gwałtownie ustępują zagubieniu dotykającemu młodego ojca (Mówiłem Ci to już) i budowaniu dojrzałej relacji (Judo). Finalny obraz dorastania wyłania się dopiero w dwóch ostatnich piosenkach. W Nauce tęsknoty nadchodzi czas, gdy osobiste szczęście przestaje się liczyć, bo ważniejsze okazuje się szczęście własnego dziecka. Z kolei w Splątanych włosach miłość w końcu godzi się z przemijaniem, wprowadzając nutę melancholii:
I tęsknię znów mocniej, gdy czuję, iż coraz mniej
Przed nami już lat
Choć to tylko czas
Nostalgię i melancholię ujawniającą się na poziomie warstwy lirycznej dopełniają niebanalne kompozycje Olka Swierkota. Twórca, który odpowiada za większość utworów, zdecydowanie nie zamyka się w aurze trudnych doświadczeń i czarno-białych kadrów przepełnionych smutkiem. Często wręcz wychodzi im naprzeciw. Napięcie w Grubym, małym cały czas rośnie. Wraz z nim na subtelną fortepianową sekwencję dźwięków stopniowo zaczynają nakładać się skrzypce i głośny oddech, z którego wypływa poczucie ulgi. Odczucie to potęguje melodia utworu Sophia Loren Słupnej Park. Tym razem oniryczny, sensualny klimat doskonale wkomponowuje się w lirykę, nadając narracji filmowej głębi.
W środkowej części albumu znajdują się natomiast utwory z pogranicza muzyki alternatywnej i popularnej. Warstwa instrumentalna nabiera znacznie wyraźniejszej, tanecznej dynamiki, a refren łatwiej zapada w pamięć. W efekcie materiał staje się dostępny dla przeciętnego słuchacza, dla którego bardziej niż liryka liczy się chwytliwość i samo brzmienie utworu. Nie oznacza to jednak, iż mniej alternatywne piosenki Rojka są gorsze. Są po prostu inne. Poruszają w odmienny sposób, ale przez cały czas współgrają z tekstem. Mirafiori wskrzesza wiarę w prawdziwą miłość, jednocześnie będąc kandydatem na radiowy przebój, a nieco spokojniejsze Yeti zyskuje dzięki gościnnemu występowi Dawida Podsiadły i stara się motywować do walki z lękami.
Największą uwagę przykuwa jednak Nauka tęsknoty, na której gościnnie udzielił się Kortez, i czuć, iż to właśnie on odpowiada za atmosferę utworu. Subtelne dźwięki pianina wzmacniają melancholijny nastrój. Z kolei opanowane, niczym niezachwiane, głosy obu artystów dodają wyjątkowej głębi liryce skupionej wokół tematu rodzicielstwa. Tym razem Rojkowi nie towarzyszy strach i zagubienie, ale szczera miłość, pragnienie bliskości i gotowość do poświęcenia.
Choć album Chciałbym urodzić się żeby latałem momentami może sprawiać wrażenie monotematycznego i trochę zbyt jednolitego, to właśnie nostalgiczność i szczerość okazują się jego największą siłą. Przecież trzeba mieć w sobie ogromną odwagę, by opowiedzieć historię swojego życia, a co dopiero uczynić z niego materiał na długogrającą płytę. Artur Rojek w ciągu niecałych czterdziestu minut wzbudza szereg emocji. Wielokrotnie zatrzymuje i skłania do refleksji, wzrusza i koi, a choćby namawia do tańca w rytm Mirafiori. Może nie jest to płyta idealna, ale dopracowane kompozycje, fragmenty osobistych tekstów i uczucia towarzyszące podczas słuchania zostaną z odbiorcą na długo. Tak jak najtrudniejsze wspomnienia zostały z samym Rojkiem.















