Marta stała przed drzwiami sali numer siedem w ośrodku terapeutycznym pod Krakowem i wiedziała, iż za progiem czeka ją coś, czego nie da się już cofnąć.
Miała szesnaście lat, kiedy jej ojciec, Andrzej Wolski, znany w całej Polsce prezenter telewizyjny, przestał być tym, kogo znała. Zaczęło się niewinnie — zapominał, gdzie zostawił kluczyki od passata, mylił imiona sąsiadów, którzy przychodzili na grilla od ośmiu lat. Potem przyszły tabletki. Najpierw Nasennik na sen, potem Xanax na nerwy, potem wszystko naraz, wymieszane w jednej kosmetyczce. Marta pamiętała noc — było wpół do trzeciej, zapamiętała, bo budzik akurat migał tę godzinę — gdy znalazła go w łazience, siedzącego na podłodze z otwartym opakowaniem leków, wpatrzonego w lustro.
— Tato, co ty robisz — powiedziała wtedy, klękając obok niego na zimnych kafelkach.
Nie odpowiedział. Palcami przesuwał po krawędzi umywalki, jakby szukał w niej czegoś, co dawno zgubił.
Matka odeszła dwa lata wcześniej, białym oplem astrą, w który zmieściła dwie walizki, rowerek brata i pudło z książkami kucharskimi. Zostawiła córkę samą z mężczyzną, który kiedyś czytał jej bajki na dobranoc, a teraz nie potrafił dokończyć zdania bez zapominania, od czego zaczął. Sąsiedzi szeptali na klatce. Koledzy z liceum wymyślali wymówki, gdy pytała, czy mogłaby przenocować u kogoś na weekend, byle dalej od domu, w którym powietrze pachniało syropem Sinecod i strachem.
To babcia, Halina, w końcu podjęła decyzję. Przyjechała z Wrocławia pociągiem, z jedną walizką i twardym postanowieniem, iż wnuczka nie zostanie sama z chorobą, której nikt w rodzinie nie chciał nazwać po imieniu. Rozmowa odbyła się przy kuchennym stole, nad wystygłą herbatą w kubkach po musztardzie.
— On potrzebuje pomocy, jakiej ty nie jesteś w stanie mu dać — powiedziała Halina, ściskając dłonią brzeg obrusa, aż pobielały jej kostki. — I ty też jej potrzebujesz.
Marta się nie zgadzała. Krzyczała, iż nie zostawi ojca, iż to zdrada, iż babcia nigdy go nie rozumiała. Ale decyzja już zapadła — zanim zdążyła się w pełni obudzić tamtego ranka, siedziała już w samochodzie, jadąc do ośrodka, o którym nikt jej wcześniej nie powiedział ani słowa. Miała zostać dwadzieścia jeden dni. Pokój numer siedem, dwa łóżka, jedno puste.
Teraz, po osiemnastu dniach, stała przed drzwiami sali terapii grupowej, gdzie miała po raz kolejny mówić o rzeczach, o których nigdy nie mówiła głośno.
W środku siedziało sześć osób w kręgu krzeseł. Terapeutka, kobieta o imieniu Ewa, wskazała wolne miejsce.
— Dzisiaj chciałabym, żebyś opowiedziała o dniu, w którym twoja mama wyjechała — powiedziała Ewa, otwierając notes.
Marta usiadła, splatając palce na kolanach.
— Nie pożegnała się — zaczęła cicho. — Spakowała rzeczy brata do dwóch toreb, jego rowerek zmieścił się na tylnym siedzeniu opla, a mnie zostawiła liścik na stole, przyciśnięty solniczką. Napisała, iż nie może już patrzeć, jak tato się rozpada, i iż beze mnie by nie wytrzymała, ale ze mną też nie może.
Zamilkła na chwilę, obracając w palcach guzik przy rękawie, aż nitka się naprężyła. Kobieta siedząca obok, starsza od niej o kilka lat dziewczyna imieniem Zosia, sięgnęła i przytrzymała jej dłoń.
— To nie była twoja wina — powiedziała Zosia.
— Wiem — odpowiedziała Marta. — Ale przez pół roku codziennie czytałam ten liścik, licząc litery, jakbym mogła znaleźć w nich coś, czego nie zauważyłam za pierwszym razem.
Ewa poprosiła, żeby opowiedziała więcej o ojcu, o tym, jak zmieniał się z tygodnia na tydzień. Marta mówiła o zapomnianych imieninach, o pustych butelkach po syropie na kaszel, które znajdowała schowane za encyklopediami, o dniu, gdy ojciec zadzwonił do niej z pracy o czternastej dwadzieścia, bo zapamiętała porę z zegarka na ścianie sali — mówił urwanymi zdaniami, bo nie mógł sobie przypomnieć hasła do komputera, którego używał od ośmiu lat.
— Bałam się, iż pewnego dnia wrócę ze szkoły i go nie będzie — powiedziała. — Nie dlatego, iż wyjedzie. Dlatego, iż po prostu zniknie, zapomni, jak żyć.
Po sesji Ewa zatrzymała ją na chwilę przy drzwiach.
— To, co robisz tutaj, wymaga odwagi — powiedziała. — Większość ludzi w twoim wieku uciekłaby od tego wszystkiego jak najdalej.
— Chciałam uciec — przyznała Marta. — Ale zawsze wracałam.
Wieczorem, o dwudziestej pierwszej, w swoim pokoju w ośrodku zadzwonił telefon. To był ojciec.
— Byłem u lekarza — powiedział, a głos miał chropowaty, jakby dawno nie mówił na głos. — Powiedzieli, co to jest. Depresja lekooporna, mówili coś jeszcze o zaburzeniach poznawczych, nie zapamiętałem wszystkiego. To nie tylko leki, córeczko. Będę się leczył. Nie wiem, jak długo to potrwa.
Marta usiadła na łóżku, przyciskając słuchawkę mocno do ucha.
— Ja też będę walczyć — powiedziała. — Razem.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszała, jak ojciec przełyka ślinę, jakby chciał coś dodać i nie wiedział, jak zacząć.
— Nie obiecuję, iż będzie łatwo — powiedział w końcu. — Sam się siebie trochę boję, wiesz.
— Wiem — odpowiedziała. — Ja się chyba też trochę boję.
— Wiesz co jest zabawne — powiedział po chwili, a w jego głosie coś drgnęło, coś, co mogło być śmiechem albo czymś zupełnie innym. — Pamiętam hasło do tego komputera. Nagle mi się przypomniało, jak tylko usłyszałem twój głos.
Marta wytarła policzek wierzchem dłoni i spojrzała na ścianę pokoju, na której ktoś przed nią zostawił niedokończony rysunek słonecznika — brakowało mu jednego płatka.
— Zadzwoń jutro o tej samej porze — powiedziała. — Będę czekać przy telefonie.








