"The Death of Bunny Munro" to mroczny serial z Mattem Smithem. Sprawdzamy, czy warto – recenzja

serialowa.pl 1 godzina temu

„The Death of Bunny Munro” przenosi na ekran książkę Nicka Cave’a w sposób, który może do siebie przekonać choćby osoby sfrustrowane powieściową tytułową postacią. Zwłaszcza iż w serialu Bunny ma twarz Matta Smitha.

Nie oczekiwałam wiele po miniserialu „The Death of Bunny Munro„, trafiającym właśnie na polskie SkyShowtime z dwumiesięcznym opóźnieniem. Postanowiłam bowiem najpierw przeczytać powieść Nicka Cave’a z 2009 roku, a ta pozostawiła mnie z poczuciem, iż po pierwsze trudno to będzie zekranizować, a po drugie: czy naprawdę musimy przez cały czas poświęcać tyle uwagi umysłowi żałosnego erotomana, jakim jest Bunny? Owszem, wymowa książki okazuje się zdecydowanie mniej nastawiona na celebrowanie antybohatera niż choćby debiutujące niemal dwie dekady temu „Californication„, ale przez cały czas większość lektury to przedzieranie się przez chore fantazje domokrążcy zafiksowanego na kobiecym ciele, monotonne i zbyt wolno prowadzące do końca, przyznaję, w miarę satysfakcjonującego na tle podobnych historii.

The Death of Bunny Munro – o czym jest serial?

Tymczasem sześcioodcinkowa produkcja Sky, chociaż nie trafia u mnie do szufladki z arcydziełami, robi z tej książki coś mniej irytującego, a bardziej klimatycznego. Spora w tym zasługa reżyserki, Isabelli Eklöf („Branża”), i scenarzysty, Pete’a Jacksona („Chłopiec nie wiadomo skąd”). Owszem, Bunny Munro (Matt Smith, „Ród smoka”) wciąż jest tu obrzydliwy, a jego podróż po południowej Anglii z synem, Bunnym Munro juniorem (rewelacyjny debiutant, Rafael Mathé), dla widzów o łagodnych serduszkach może się okazać zbyt mroczna, ale opowieść zyskuje na tym, iż nie siedzimy w głowie narcystycznego seksoholika, tylko oglądamy jego postępujący upadek z dystansu. Przykładowo: gdy Bunny na pogrzebie żony patrzy na sutek na maryjnym obrazie, to nie mamy pewności, co dokładnie i jak brzydko myśli – i nie musimy się przejmować jego ewentualną erekcją (tak, to powieść w dużej mierze o tym, czy Bunny akurat ma erekcję). Chociaż fakt, iż musimy przetrwać późniejsze sceny łazienkowej masturbacji.

„The Death of Bunny Munro” (Fot. Sky)

Punkt wyjścia okazuje się mroczny – a to dopiero początek. Pogrążona w depresji, wbrew przekonaniom Bunny’ego podsycanej zachowaniem męża, Libby (Sarah Greene, „Siostry na zabój”) popełnia samobójstwo. Odtąd widmo żony towarzyszyć będzie wypierającemu swoją winę mężczyźnie, a synowi matka nieraz ukaże się wprost, by przeprowadzić z nim ważne rozmowy. Stawka jest bowiem wysoka, skoro dziecko teraz ma tylko „tatusia”, co naraża wrażliwego, recytującego encyklopedię i wycofanego chłopca na dołączenie do sztafety pokoleń, w której mężczyźni uznają argumenty siły i nie znoszą odmowy, także seksualnej. A ta walka o młodą duszę toczy się w wyrazistej formie, bliskiej mrokom innej, piosenkowej twórczości Cave’a, który zresztą odpowiada tu z Warrenem Ellisem za muzykę (utwór z czołówki jest fenomenalny także w oderwaniu od fabuły, mimo iż się z nią łączy). A choćby pojawia się w epizodycznej roli.

The Death of Bunny Munro to aktorski popis Matta Smitha

Pierwsze odcinki nie wydały mi się szczególnie zajmujące, ale okazują się niezbędne dla zbudowania obrazu tego, z czym mamy do czynienia. Ucieczka przed opieką społeczną skutkuje szeregiem wizyt u potencjalnych klientek, dla których Bunny jest we własnym mniemaniu uosobieniem prawdziwego mężczyzny i marzenia o lepszym życiu. Poznamy też przyjaciół sprzedawcy, w tym Poodle’a (Johann Myers, „Koło czasu”), ale im dalej w miniserial i tę specyficzną podróż, tym bardziej widzimy, jak po śmierci Libby wszelkie iluzje na temat własnej wspaniałości zaczynają się głównemu bohaterowi sypać, a i ludzie wokół nagle dostrzegają, iż mają do czynienia z kimś co najmniej problematycznym.

„The Death of Bunny Munro” (Fot. Sky)

Przy czym podobało mi się, iż Bunny Munro w wersji ekranowej jest bardziej złożony niż ten z powieści. przez cały czas seksualnie zafiksowany, ale twórcy, nie rezygnując choćby z bardzo mocnej sceny z narkomanką, ale pisząc ją nieco inaczej, podkreślają też jego brak zahamowań w innych sprawach (kradzieże, zupełnie oderwane od realiów fantazjowanie). Matt Smith ma w tym wszystkim charyzmę, która nie niweluje żałosności Bunny’ego, ale pozwala dostrzec w nim momentami kogoś, kogo widziała w nim Libby, zanim wszystko się rozpadło.

The Death of Bunny Munro odtwarza wizje Nicka Cave’a

Jak wspomniałam, pierwsza połowa sezonu to trochę odhaczanie kolejnych miejsc i elementów pokazywania synowi życia, które w ojcowskiej narracji wydaje się kuszące. Wszak ufny dziewięciolatek nie od razu przejrzy kłamstwa, zafascynowany swoim przebojowym tatą. Wprawdzie choćby ktoś, kto czytał powieść, znajdzie tu nowe wątki, bo scenariusz daje więcej pola chłopcu, przeżywającemu własne przygody poza wiecznym czekaniem w samochodzie, aż Bunny Munro skończy sprzedawać kosmetyki/uprawiać seks, ale jednak bywa monotonnie mimo stylowej formy. Potem jednak robi się już tak mrocznie i upadlająco, iż trudno się nudzić.

„The Death of Bunny Munro” (Fot. Sky)

Dużą zaletą „The Death of Bunny Munro” jest niejednoznaczność, a więc cecha tak deficytowa na współczesnym serialowym rynku. Wprawdzie fabuła wydaje się dość prosta i zmierza w jasnym (czy raczej ciemnym…) kierunku (spoiler mamy już w tytule), to nie chodzi tu o same wydarzenia, a o ich atmosferę i sposób dojścia do kulminacyjnych momentów. Otwarty na interpretację jest wątek diabelskiego mordercy, który zbliża się do Brighton, potęgując wiszące nad Bunnym poczucie, iż zdarzy się coś strasznego. I otwarte na interpretację są kwestie dziedziczenia przemocy, winy i kary, przebaczenia bądź jego braku.

The Death of Bunny Munro – czy warto oglądać serial?

I chociaż twórcy absolutnie nie każą nam jakoś mocno żałować sprawcy, w finale akcentując punkt widzenia jego ofiar, to obraz koszmarnych czynów Bunny’ego jest zniuansowany tym, jak wpłynął na niego ojciec (David Threlfall, brytyjskie „Shameless”), nie dając mu narzędzi do bycia dla syna kimś innym niż wiecznie pijany i goniący za seksem narcyz, w jednym z odcinków wręcz zapominający o dziecku w panicznej ucieczce. „The Death of Bunny Munro” nie trzyma strony tytułowego sprzedawcy, bywa wręcz w przewrotny sposób feministyczne, ale sporo komplikuje – równocześnie unikając łatwego chwytu drogi do odkupienia. Bo czasem na odkupienie nie ma czasu – nadzieja w kolejnym pokoleniu.

„The Death of Bunny Munro” (Fot. Sky)

Przyznaję, iż ten miniserial bywa nierówny i chyba bardziej sprzyja rozmyślaniu o nim i różnym interpretacjom (polecam choćby tekst w „The Conversation„) niż wielkiemu wciągnięciu się w ekranowe wydarzenia, ale mnie ostatecznie przekonuje. Momentami biblijne czy szekspirowskie w wyrokach, „The Death of Bunny Munro” unika kiczu, chociaż przecież audenowski wniosek, cytowany wielokrotnie w książce i w serialu, nie należy do odkrywczych: „We must love one another or die”. jeżeli ktoś lubi teksty Cave’a i tragikomedie (z przewagą tragedii), nakręcone dość surowo i równocześnie wyraziście, powinien zaryzykować seans.

The Death of Bunny Munro dostępne jest w SkyShowtime

Idź do oryginalnego materiału