Sjø
Zabrałam wszystkie polecane książki, wśród nich zabrakło, jak zwykle, moich słów. Czy one są tak straszne, by je wypowiedzieć czy za ładne, by rosnąć na syfie?
Napinam grzbiet, zakopuję raniące tytuły w piasku, reszta wpada do wody.
Lekko trzepoczą żagle, przed chwilą były łabędziami.
Poparzyłam sobie serce, piecze, kłuje, ranę zalepiam spisem treści.
Strony opadają, grzbiety kurczą się, napięte mięśnie kręgowe stapiają się z wodą, wszystko kiedyś do niej wróci.
Kiepska książka, wyjęta spoza kontekstu, stanie się arcydziełem. Znajdą bursztyny słów, będących moimi intencjami powrotu. To, co polecane, stanie się papierkiem od cukierka.
Woda nie zna litości ale jest w stanie wybaczyć i zmienić los rzeczy.
Stoję nad klifem, męczy mnie ziąb. Gniew zniknął wraz z tomami i innymi fekaliami.
Morze się wzburza, mruczy, wszystko jest teraz w porządku. Wyciągam kanapkę, zjadam, nie czując smaku.
Morze ma to do siebie, iż przybywa i odbywa, cyrkuluje i mieli, wypluwa skarby albo śmieci,
Szacunek.
KONIEC




