Po Prostu Żyć: Odkryj Magię Codzienności

polregion.pl 8 godzin temu

14kwietnia 2025

Stoję przy ogromnym panoramicznym oknie mojego nowego mieszkania na dwudziestym drugim piętrze w Warszawie. Na dole, niczym rozgrzana lawa, płyną światła wieczornych arterii. Każdy samochód błyszczy jak drobny paciorkowiec, każdy sygnalizator to maleńki rubin albo szmaragd. Patrząc z tej wysokości, czuję się jak ptak drapieżny, który wreszcie odnalazł swoją ostoję.

Udało mi się wszystko. W oddali widać komin starej fabryki, którą kiedyś uratowałem przed bankructwem. Moje nazwisko jest rozpoznawalne w kręgach biznesowych szanują mnie i boją się. Apartament, samochód, zegarek wart tyle, co nowy importowany samochód wszystkie te rzeczy są na swoim miejscu, dokładnie tak, jak kiedyś marzyłem, sprzedając siano na targu w latach dziewięćdziesiątych.

Życie wydaje się idealnie zaplanowanym schematem, biznesplanem, w którym każdy ruch przynosi zysk. Jednak wieczorami coraz częściej podchodzę do tego okna i nie czuję triumfu, a ciszę ogromną, dzwoniącą jak w pustym kościele.

Mój służbowy telefon, drugi biznesowy, na który dzwonią wyłącznie w sprawach zawodowych, wibruje na szklanej konsoli. Patrzę na ekran nieznany numer. Chciałem odrzucić, bo mam już dość nachalnych reklam, ale palec drgnął. Może to nowy klient? Zawsze byłem podłączony.

Halo? odezwałem się swoim zwykłym, lekko zmęczonym biznesowym głosem.

Z drugiej strony usłyszałem cichy, niepewny westchnień, a potem kobiecy głos, którego nie słyszałem od ponad dwudziestu lat.

Jurek? To to ja, Jadwiga. Twoja koleżanka z uczelni.

Przycisnąłem czoło do chłodnego szkła. Jadwiga chuda dziewczyna z warkoczami, którą znałem z wykładów z analizy matematycznej. Śmiała się z moich ambitnych planów i mawiała, iż najważniejsze są nie wysokości, a mocne korzenie. Wtedy jedynie uśmiechałem się pobłażliwie. Które korzenie, gdy trzeba wzbić się w górę?

Jadwiga wymamrotałem. Co cię sprowadza?

Spodziewałem się prośby o pieniądze, pomoc, zatrudnienie to zawsze tak wyglądało, gdy dawne znajomości nagle zadzwoniły. Ale Jadwiga powiedziała coś innego.

Dzwonię, bo przeglądałam rzeczy w domu mojej mamy na wsi. Znalazłam twoje stare notatki i jedną książkę. Strugaczki, Poniedziałek zaczyna się w sobotę». Zgubiłeś ją podczas pierwszego semestru. Znalazłam ją u siebie i nie oddałam. Przepraszam, nie miałam czasu.

Zamilkłem. Nie pamiętałem żadnego Poniedziałku. Wspominałem wykresy, notowania, liczby kontraktów. ale z głębi pamięci wypłynęło uczucie zachwytu i lekkiego szaleństwa, które budziła ta książka o zwykłych czarodziejach. Marzyłem wtedy, by być takim naukowcem, wynalazcą, twórcą.

Pomyślałam, iż może zechcesz ją odebrać? Sprzedaję wioskę mojej mamy, więc wszystko przeglądam. Czy wspomnienia są ci drogie?

Miałem odrzucić, nazwać to gratką i nie brać. Zamiast tego zapytałem:

Gdzie jest ta wioska?

W Starym Sączu, niedaleko. Byłeś u nas kiedyś.

Przypomniałem sobie rzekę, zapach ogniska, Jadwigę w prostym lnianym stroju. Byłem wtedy młody, biedny, szczęśliwy, dyskutując o przyszłości ludzkości i marząc o zmianie świata. Razem z kilkoma kolegami z uczelni przyjeżdżaliśmy tam na wypoczynek.

Dobrze, podaj adres. Przyjadę.

Wyruszyłem swoim terenowym Jeepem po wyboistych wiejskich drogach, czując, iż nie przemieszczam się w przestrzeni, ale w czasie, wspominając siebie pachnącego tanim perfumem i młodością.

Dom był taki, jak w pamięci, chociaż brama była krzywa, a połowa pola porosła trawa. Jadwiga wyszła na podwórko. Nie zmieniła się praktycznie brak makijażu, prosta sukienka, wpatrzone, mądre oczy. Uśmiech taki sam.

Wejdź rzekła. Herbata już gotowa.

Usiedliśmy w kuchni przy starym, przetartym czajniku. Opowiadała o życiu: pracuje jako księgowa w lokalnym zakładzie, mieszka niedaleko wsi, ma córkę i już wnuka. Mąż zmarł w wypadku dawno temu. Żyje spokojnie, skromnie. Wieżowce i notowania giełdowe są dla niej jak z innej planety.

Podniosła dla mnie podniszczoną książkę w kartonowej okładce. Strony były żółte, a na marginesach moje dawne, zapomniane notatki. Poczułem lekki dźwięk w sercu, jakby ktoś dotknął struny, która milczała latami.

Dziękuję, iż ją zachowałaś powiedziałem przyciszonym głosem.

Co mam zrobić? wzruszyła ramionami. To wszystko niepotrzebne, a wyrzucić nie mogę. Wydaje mi się, iż w tym tkwi sens.

Czy nie wydaje ci się, iż wszystko to bez sensu? zapytał nagle, z jakąś niecodzienną surowością. Przepraszam, iż tak mówię. Ale twoje życie spokojne, niewidoczne. Żadnych wielkich wydarzeń, żadnej skali. Czy nie żałujesz?

Jadwiga spojrzała na mnie z lekką smutkiem, nie z wyrzutą.

Skala ma różne oblicza, Jurek. Popatrz skierowała mnie ku oknu. Na podwórzu stał stary rozłożysty jabłoń, którą posadził mój dziadek. Obok mały szop, który zbudował mój ojciec. Moja córka bawiła się pod jabłonią w lalkach, a teraz pod nią biega wnuk. To dla mnie cały świat. Czy żałuję? Nie. Po prostu żyłam i żyję.

Patrzyłem na jabłoń, na potargany szop, na prosty drewniany dom i przeszła mnie ostra, nie do zniesienia myśl. Zbudowałem drapacze chmur, ale nie miałem własnego drzewa, żadnego miejsca, które przechowywałoby ciepło moich dłoni, pamięć o mnie dla przyszłych pokoleń.

Osiągnąłem wszystkie szczyty, ale nie miałem korzeni.

Pożegnałem się. Wieczorem miałem istotną kolację z inwestorami, ale zamiast jechać, odwołałem spotkanie coś w tym nie było dla mnie naturalne. Wróciłem do nowego apartamentu, podszedłem do okna na dwudziestym drugim piętrze i patrzyłem na migoczące światła miasta, obce i nieznane.

Wziąłem pod rękę podniszczoną książkę, przesunąłem palcami po chropowatej okładce i otworzyłem losową stronę. Tam przeczytałem: Szczęście dla wszystkich, za darmo, i niech nikt nie odchodzi zraniony!. Stałem tak prawie do nocy, obserwując gasnące latarnie, i po raz pierwszy po latach poczułem chęć nie wznosić się wyżej, ale znaleźć jedyne miejsce na ziemi, gdzie mógłbym posadzić własne drzewo.

Rankiem obudziłem się z wrażeniem, iż coś się w środku złamało, nieodwracalnie. Spojrzałem na sterylnie biały, designerski apartament minimalny mebel, kilka drogich obrazów na ścianach, idealny porządek. To nie był dom, to jedynie przystanek między lotami. Wziąłem telefon, chwilę wahałem się nad przyciskiem sekretarki, potem zrezygnowałem i wybrałem inny numer.

Halo, Jadwiga? To znowu Jurek. Zrobiłem przerwę, szukając słów. Czy mogę jeszcze na chwilę wpaść? Chcę coś zapytać.

Usłyszałem w jej głosie lekkie zaskoczenie, ale zgodziła się.

Dwie godziny później znów jechałem swoim Jeepem po pylistych wiejskich drogach, tym razem zwalniając, wpatrując się w znane i zapomniane pejzaże.

Jadwiga czekała na tym samym ganku i ponownie przywitała mnie cichym, niewymuszonym uśmiechem.

Myślałam, iż już jesteś w mieście powiedziała. Masz przecież sprawy.

Sprawy poczekają przerwałem ją i, nie dając się zaskoczyć, zapytałem: Sprzedajesz wioskę? Za ile?

Podajeła kwotę, którą uznałem za drobne pieniądze grosik w stosunku do moich milionów.

Kupuję odrzekłem natychmiast. Ale z jednym warunkiem.

Jadwiga spojrzała na mnie z rosnącym zdumieniem.

Zostaniesz tu mieszkać. Będziesz gospodarzem. Nie wiem, jak to nazwać, ale nie mogę być tu cały czas. Chcę, by to miejsce żyło, by miało duszę, bym mógł przyjeżdżać, kiedy tylko zechcę, by posadzić drzewo.

Mówiłem niepewnie, bez biznesowego tonu, splątany słowami. Jadwiga milczała, a w jej oczach dostrzegałem mieszankę nieufności, zagubienia i nadziei.

Jurek, czy ty naprawdę myślisz, iż to dobry pomysł? w końcu westchnęła. Po co ci ta ruina?

Mam drapacze chmur, ironicznie się uśmiechnąłem. Ale takiego miejsca nie mam. Nie kupuję wioski, Jadwiga. Kupuję punkt wyjścia. Co powiesz?

Spojrzała na jabłoń, na ścieżkę wiodącą do rzeki.

Dobrze powiedziała cicho. Ale pod jednym warunkiem: naprawdę będziesz przyjeżdżać, sadzić drzewo, pamiętać, po co to robisz.

Uścisnęliśmy dłonie, bez prawników i umów, prostym, ludzkim potrząsaniem. Po raz pierwszy od lat poczułem, iż zawieram najważniejsze porozumienie w życiu.

Wróciłem do miasta, do swojej szklanej wieży, prowadziłem negocjacje, podpisywałem kontrakty, zarabiałem miliony. Ale wieczorami podchodziłem do okna nie po to, by odczuwać władze, ale by w myślach przenieść się na wieś, gdzie pachnie jabłonią i świeżo skoszoną trawą.

Czasem sięgam po podniszczony Poniedziałek i czytam podkreślone fragmenty, które kiedyś podkreślił młody człowiek wierzący, iż można uszczęśliwić wszystkich za darmo. Teraz zaczynam rozumieć, od czego naprawdę warto zacząć.

Początkowo przyjeżdżałem na wioskę jak na inwestycję: notatki w drogim tablecie, listy rzeczy do naprawy, do wymiany, do budowy. Jadwiga nie przeszkadzała, gotowała konfitury, pielęgnowała ogród, a od czasu do czasu, opierając się o framugę drzwi, przyglądała się temu niespokojnemu człowiekowi w lśniących butach, które psuła wiejska błoto.

Pewnego deszczowego wieczoru, kiedy udało mi się wyrwać z pracy, siedzieliśmy w kuchni przy herbacie i jej malinowym dżemie. Rozmowa nie płynęła. Tematy biznesowe się wyczerpały, a ja stawiałem mur przed prywatnymi słowami.

Wtedy Jadwiga, nie patrząc na mnie, zapytała cicho:

Pamiętasz, jak dyskutowaliśmy przy wykładzie Starikowa o Szekspirze? Ty twierdziłeś, iż Hamlet to nie tchórz, a genialny prokrastynator, a ja mówiłam, iż po prostu jest nieszczęśliwym chłopcem.

Spojrzałem na nią, jakby po raz pierwszy zobaczył nie księgową, ale tę dziewczynę z płonącymi oczami.

Pamiętam zachrypnąłem. Wciąż uważam, iż miałem rację.

A ja? uśmiechnęła się, a w kącikach jej oczu pojawiły się drobne zmarszczkipromyki.

Uśmiechnąłem się szczerze, po raz pierwszy od lat nie w kontekście biznesowym, ale prawdziwie.

Zaczęłam przyjeżdżać częściej, a coraz rzadziej z tabletem. Zamiast tego przynosiłem książki z miasta i stawiałem je na własnoręcznie naprawionych półkach. Rozmawialiśmy o wszystkim: o przeczytanym, o przeżytym, o tym, co kiedyś wydawało się ważne, a teraz ma inne znaczenie.

Pewnego wieczoru złapałem ją przy czytaniu wnukowi. Chłopiec siedział przy łóżku, a Jadwiga, siedząc na skraju, czytała Małego Księcia. Jej głos był cichy, kołyszący, pełen takiej delikatności, iż poczułem w piersi ukłucie. Stałem w drzwiach, nie oddychając, by nie zakłócić ten kruchy moment. Zrozumiałem, iż chcę słuchać tego głosu do końca życia.

Zacząłem jej pomagać najpierw niezdarnie, śmiesząc się przy cięciu drewna, czyszczeniu zlewu, wiązaniu pomidorów. Jej spokojny, aprobatywny wzrok sprawiał, iż nie czułem się nieudacznikiem, ale odkrywcą tajemnicy bycia.

Nadeszła pierwsza zima. Przyjechałem w noc sylwestrową. Wioska tonęła w śniegu, z komina unosił się dym, w powietrzu czuć było igliwie i pieczone jabłka. Jadwiga nakryła stół dla nas dwojga. Patrząc na jej zgrabnie rozstawione talerze i spokojną twarz, nagle zrozumiałem bezapelacyjnie: jestem w domu. Po raz pierwszy po latach naprawdę, całkowicie, nieTeraz, trzymając jej dłoń, wiem, iż mój prawdziwy sukces to nie wysokość wież, ale korzenie, które wspólnie zasadziliśmy w tej małej, pachnącej wiosce.

Idź do oryginalnego materiału