Paweł Pawlikowski po raz kolejny uraczył nas kinem, do którego zdążył przyzwyczaić. Subtelność, kameralność i hipnotyzujący klimat to tylko kilka cech, które definiują film Ojczyzna. Warto przypomnieć, iż historia o relacji Thomasa Manna i jego córki w powojennej Europie otrzymała na festiwalu w Cannes 6-minutowe, entuzjastyczne owacje na stojąco. I produkcja zdecydowanie na nie zasłużyła, choć twórca jedynie kontynuuje swoje autorskie podejście do kina.
Poprzednie filmy Pawlikowskiego jak Ida czy Zimna wojna to produkcje oscarowe. Oczekiwania wobec najnowszego projektu reżysera były więc wysokie, a informacje napływające z francuskiego festiwalu tylko potęgowały głód publiczności. Ojczyzna nareszcie trafiła do polskich kin i jest filmem dokładnie takim, jakiego można było się spodziewać. To delikatna opowieść, zderzająca wielkie idee z jednostką oraz podkreślająca hipokryzję elit w ponazistowskich Niemczech. To przede wszystkim kino, które otacza swoją atmosferą i pozwala ją dokładnie poczuć.
fot. materiały prasoweScenariusz Ojczyzny jest na pierwszy rzut oka bardzo prosty. Ot, śledzimy wyprawę Thomasa Manna i córki Eriki z Frankfurtu (strefa amerykańska) do Weimaru (strefa radziecka). To jednak zabieg, który pozwala nam precyzyjnie śledzić zmieniającą się dynamikę relacji między bohaterami oraz rosnące między nimi napięcie. Pawlikowski, podobnie jak Tarkowski w Stalkerze, ogranicza akcję do minimum na rzecz psychologicznej analizy postaci.
Co ciekawe, reżyser odwraca standardowy paradygmat konfliktu młodego i starego pokolenia. Pokazuje tym samym Erikę jako pragmatyczną aktywistkę, dla której to jednak rodzina i jej bliskość ma największe znaczenie. W rzeczywistości to postać radykalna i bardzo zaangażowana politycznie, ale reżyser ją ugrzecznia. Dzięki temu idealną przeciwwagą staje się pisarz, Thomas Mann, który do zmęczenia wierzy, iż ma siłę zjednoczyć Niemcy. Choć największy czas ekranowy ma Erika, tak głównym bohaterem tej historii jest właśnie sam artysta.
Sandra Hüller niedawno błyszczała jako Eva Stratt w Projekt Hail Mary. Bez problemu poradziła sobie także w roli Eriki, która wymagała znacznie łagodniejszej gry. Hüller sprawiła, iż jej postać jest pełna miłości, wrażliwości, ale też i ogromnego cierpienia. To bohaterka, która kilka mówi, a jednocześnie krzyczy całą resztą. Jej pragmatyzm i sceptycyzm wobec postaw ojca uzasadnia marzenie spokojnego życia, pozbawionego wyidealizowanych nadziei i rewolucyjnych postaw.
fot. materiały prasoweWłaśnie rola Hannsa Zischlera prezentuje ten znienawidzony przez Erikę obraz rzeczywistości. Jednak Thomas Mann to nie tylko człowiek o optymistycznych zapędach zmieniania świata. To bohater, który mierzy się z wewnętrznym konfliktem decyzji o emigracji w czasie panowania nazizmu, co wiązało się z cichym przyzwoleniem na taki stan rzeczy. Zischler z rozwagą balansuje między byciem despotycznym Thomasem Mannem a uroczym ojcem Eriki. Przy czym jest to człowiek zagubiony i pełen niepewności, które w obliczu rodzinnej straty wychodzą na światło dzienne.
Pawlikowski z pieczołowitością dobiera wszelkie sceny i ujęcia w Ojczyźnie. Nie zawsze jednak udaje się nadać historii odpowiednie tempo. To zwalnia po przekroczeniu “żelaznej kurtyny”, gdzie scena w kawiarni trwa zdecydowanie zbyt długo. Dłużyzny pojawiają się również na początku filmu. Oczywiście całość rozwija się bardzo powoli, co pozwala na ciągłą analizę dzieła. Niestety momentami – jak przy wspomnianej kawiarni – kilka bodźców daje pole do kontemplacji, przez co można poczuć znużenie. Przy minimalnych dialogach i akcji to kluczowe, aby takie tempo historii zadziałało.
fot. materiały prasoweWażniejsze staje się jednak to, co w scenach widzimy. Łukasz Żal, który z Pawlikowskim współpracuje od lat, tym razem pozostał w swojej artystycznej strefie komfortu. Film wygląda olśniewająco i wraz z dokładnie dobranym montażem tworzy niesamowity klimat powojennej Europy. Ujęcia uzależnione są od miejsca – we Frankfurcie panuje porządek, w Weimarze mrok, a w aucie ciasnota i klaustrofobia sprzyjająca wzmożonemu napięciu. To nie tylko dodatek wizualny, ale zdecydowanie część charakteru tego filmu. Niemniej myślę, iż Żalowi zabrakło przy Ojczyźnie chęci na ewolucję własnego warsztatu. Obraz w filmie jest raczej dość powtarzalny i odtwórczy oraz brakuje w nim nowatorskich rozwiązań jak w Idzie.
Ten kontemplacyjny i melancholijny charakter nadaje Ojczyźnie również warstwa muzyczna i dźwiękowa. Marcin Masecki tworzy kompozycje nienachalne, które idealnie współgrają ze zgliszczami powojennych Niemiec. Muzyce bliżej do utworów Wojciecha Kilara, co jeszcze bardziej osadza film w klimacie Polskiej Szkoły Filmowej niż nowoczesnych trendów. Ojczyzna to w końcu też produkcja, która kończy nieoficjalną trylogię z Idą i Zimną wojną o powojennych traumach, rozliczeniach i zgliszczach Europy.
Ostatecznie Ojczyzna to bardzo precyzyjne i subtelne kino drogi. Pawlikowski ponownie pozwala widzom utożsamić się z bohaterami i poczuć rzeczywistość swojej historii jak prawdziwą. To wciąż wizualna i fabularna uczta, tyle iż to smak, który znamy już od lat. Największym atutem tej historii są rozłożeni na czynniki pierwsze bohaterowie – Erika i Thomas Mann. Zderzenie ich światopoglądów oraz cała podróż (również psychologiczna) przez Niemcy to fundament wielu wzruszeń i przemyśleń. Na sam koniec Ojczyzna to również komentarz do naszej współczesności – przepełniona wielkimi problemami i wielkimi propozycjami ich rozwiązań, gdzie mikroświat przestaje mieć duże znaczenie.
fot. główna: materiały prasowe
















