Niall Horan – Dinner Party – recenzja albumu

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Niall Horan wydaje albumu studyjne precyzyjnie co trzy lata. W piątek zegar premierowy byłego członka One Direction wybił ponownie wraz z pojawieniem się albumu Dinner Party. Jak wypada najnowsza płyta?

Dinner Party to już czwarty studyjny artysty, pomijając rocznicowe wydania Heartbreak Weather oraz wersje live. 2026 rok sprzyja fanom chłopaków z One Direction, którzy po kolei wypuszczają na światło dzienne własne albumu. I chociaż dzisiaj nie patrzymy na nich jako całość, z pewnością nie ja jedna podświadowie porównuję solowe kariery muzyków. W przypadku Nialla Horana zawsze męczę nową muzykę intensywnie przez jakiś czas, aby później zapomnieć o niej na dłuższą chwilę.

Mam przeczucie, iż tak samo stanie się z nowym albumem. Włączając płytę po raz pierwszy, utknęłam w pętli Tastes So Good oraz tytułowym utworem, które otwierają płytę. Te dwie piosenki gonią uczucie, które nieodparcie kojarzy mi się z Slow Hands – letnie, niezwykle chwytliwe i posiadające lekki pazur utwory przyklejają się do słuchacza na dłużej. W tych pierwszych utworach albumu mamy od razu zabawę głosem i przyjemne spowolnione refreny.

Dynamiczne Monochromatic i She Gets It From Her Mother świetnie podtrzymują to tempo i ducha wakacyjnej miłości, który od początku towarzyszy artyście. Kolejnt utwór, Better Man, z kolei drastycznie zwalnia tempo i zatrzymuje nabudowana energię. Mam wrażenie, iż jak na 36-minutową płytę, ten utwór zajmuje za dużo miejsca, a chociaż jest przyjemny i kojący dla ucha, bardzo wybija z rytmu poprzednich utworów.

Następne w kolejne Little More Time oraz Flowers to kolejne wolniejsze utwory na płycie, ale znacznie lepiej wpasowane w całość. Nie gnamy do przodu, ale też nie porzucamy zupełnie romantycznego nastroju. Od tego momentu aż do końca płyty otrzymujemy przeplatankę spokojnych, refleksyjnych piosenek o trudnych chwilach w relacji z dynamicznymi utworami o zabawie i dobrych stronach związku. Muszę przyznać, iż koncepcyjnie dobrze oddaje to realia relacji romantycznych, ich dołków i uniesień.

Określiłabym Dinner Party jako letni album o zakochaniu, które powoli przekształca się w coś głębszego. Jak wiele innych popowych albumów, pojawia się w dobrym momencie roku i z powodzeniem sprawdzi się na słuchanie w słoneczny letni dzień. To ten klimat, lekkość i chwytliwe piosenki, które dobrze się przyjmują w radiu.

Jestem jednak przekonana, iż jest to album, o którym gwałtownie się zapomina. Poza początkowymi dwiema, może trzema piosenkami za bardzo nie ma tutaj utworów, które wbiją się w głowę i jednocześnie nie będą łudząco podobne do reszty. Dinner Party to płyta miła, lekka i przyjemna, ale nie porywająca. Mam wrażenie, iż w jej pierwszych utworach dostaliśmy najlepszą stronę Nialla i siłę jego głosu. Ale już druga część płyty to muzyka w tle – bez pazura i bez zachwytu.

Fot. główna: Oficjalna okładka albumu.

Idź do oryginalnego materiału