Lola. Świat wewnętrzny.

newsempire24.com 8 godzin temu

Lelka. Świat w środku.

Urodziłam się w zwyczajnej, ciepłej i niezwykle cichej rodzinie. Było nas czworo dzieci: dwaj starsi bracia, siostra i ja najmłodsza. Nazywały mnie różnie: Łucja, Łucenka, Lusia, a tata miał dla mnie własne, szczególne imię Lelka. wymawiał je jak kołysankę, miękką falą, pełną letniego ciepła i domowego spokoju. To brzmiało mi w uszach tak przyjemnie, iż zawsze prosiłam, by tak mnie wołano, jak tata.

Rodzice byli zwykłymi ludźmi a to właśnie zwykli ludzie tworzą piękny świat. Mama, Halina, sprzedawała w sklepie spożywczym, tata, Stanisław, pracował jako kierownik w zakładzie przemysłowym. Żyli skromnie, ale spokojnie, w takim cichym zjednoczeniu, gdzie nie było głośnych słów, ale mnóstwo trwałego, cichego ciepła.

Stanisław wracał do domu pachnąc smarem, wiatrem i zapachem drogi. Zawsze miał przy sobie torby: słoiki z ogórkami od sąsiadów, którzy nie mieli gotówki, worki z ziemniakami, arbuzy, które potrafił przynieść w najbardziej nieodpowiednim momencie Nie potrafił przejść obok prośby drugiego człowieka. Wydatki jednak kontrolowała Halina. To był jej mały świat: porządek, liczenie, dokładność. Nie wydawała niczego niepotrzebnie, ale gdy chodziło o książki, zajęcia, warsztaty nie zastanawiała się ani chwili. Na sobie i na tacie oszczędzała, na nas nie.

Każdego piątku, jak rytuał, siadała przed telewizorem, wyciągała pudełko z nitkami i zaczynała przyszyć. Mama leczyła nasze ubrania tak cierpliwie, jak leczyła nas swoim spokojem i uwagą. Była łagodna, nieco zaokrąglona, z pięknymi gęstymi włosami zawsze związanymi w ciasny kok. Nigdy nie słyszałam, by kłóciła się z tatą. Rozmawiali godzinami, cicho, spokojnie, jakby w ich dwójce panował własny, wyjątkowy świat, zrozumiały tylko dla nich.

Stanisław mówił do nas krótko i prosto:
No co, dzieciaki, wszystko w porządku?
I zawsze lekko poklepywał po głowie, po kolei. A mnie podnosił na ręce i podrzucał w górę, tak iż na chwilę widziałam wszystko z góry, jakby leciała. To były moje ulubione chwile. Miałam wrażenie, iż nasza rodzina jest idealna, jak z książki, w której wszystko gra.

W szkole byłam inna: hałaśliwa, żywa, emocjonalna. Wiersze szły mi lekko, teksty jeszcze łatwiej. Już w piątej klasie wiedziałam, iż chcę stać na scenie, marzyłam o teatrze. Gdy powiedziałam to mamie, prawie rozlała herbatę po obrusie. Tata roześmiał się:
Co, Lelko? Spróbujesz, czemu nie.
Poszłam swoją drogą uczyłam się, występowałam, pracowałam na imprezach, pisałam teksty, życzenia, małe scenki Pewnego dnia postanowiłam napisać książkę małą, zupełnie prostą opowieść o dziewczynce, która szukała siebie. Do ostatniej chwili wahałam się, czy w ogóle pozwolić komuś czytać ten rękopis. Pisałam ją w nocnych chwilach, fragmentami między obowiązkami. Było to za bardzo osobiste, za bardzo nie książka.

Pokazałam ją tylko jednej osobie, przyjaciółce Zofii. A ona, po przeczytaniu, nagle rzekła:
Chcę podarować egzemplarz twojej książki każdej kobiecie, która przyjdzie na moje urodziny
Na początku myślałam, iż nie słyszałam.
Jaką książkę? O czym ty mówisz? To tylko szkice
Zofia lekko przechyliła głowę i uśmiechnęła się:
Lelko, od lat dajesz mi swoją przyjaźń, wkładasz w nią duszę. W tym roku chcę podarować wszystkim twoją książkę. To będzie mój sposób podziękowania ci. Mogę to zrobić.
Te słowa wstrząsnęły mną. Przez dwa dni błądziłam, tłumacząc sobie, iż to niemożliwe, iż to niepoważne. Zofia już wszystko załatwiła: znalazła skład, podała kontakt drukarni, nalegała:
Niech wyjdzie na świat. Wszyscy ją pokochają, zobaczysz.
I tak się stało. Książka wzbiła się natychmiast, bo była szczera, żywa, bez sztucznych ozdobników. Czytelnicy odnajdywali w niej siebie, swoje lęki i nadzieje, prawdę, której wielu się bało wypowiedzieć głośno. Książka rozeszła się jak ciepłe bułki. Zamawiano ją jako prezent.

Potem poszłam dalej chciałam napisać coś prawdziwego, głębokiego. O rodzinie. O korzeniach. O tych, dzięki którym istnieję. To postanowienie otworzyło drzwi do czegoś, na co nie byłam gotowa.

Musiałam porozmawiać z rodzicami, dowiedzieć się czegoś z ich przeszłości, wyciągnąć daty, historie. Zadzwoniłam do mamy. Odpowiadała dziwnie, z przerwami.
Taty nie ma powiedziała. Wyjechał no po sprawach.
Zdziwiłam się, bo zwykle mama wiedziała, gdzie jest tata. Zadzwoniłam do taty odebrał od razu, jakby nic się nie stało:
Cześć, Lelko! Jestem u babci, naprawiam płot.
Dlaczego mama nie powiedziała tego od razu? Już w drodze zrozumiałam, iż w jej głosie była nie tylko przerwa. Było w nim coś więcej.

Gdy weszłam do domu, mama stała w kuchni. Spojrzała na mnie i cicho rzekła:
Rozstaliśmy się z tatą tak bywa
Tata i mama. Ci, których trzymałam w sercu jak ideał.

Nie mogłam oddychać, nie mogłam myśleć. Bracia i siostra wiedzieli od dawna, ale nie mówili mi, bo dopiero co urodziłam dziecko. Chcieliśmy cię chronić
Chronić? Przed własną rodziną?
Pojechałam do taty domagałam się wyjaśnień. Milczał. Patrzył bardziej w podłogę niż w mnie. Mama też nie mówiła. Tylko raz, po raz pierwszy w życiu, wybuchła:
Skąd wzięłaś, iż żyliśmy szczęśliwie, Lelko? Byłaś mała kilka widziałaś, nie rozumiałaś. Przez tygodnie nie rozmawialiśmy. On nie potrafi kochać. Nigdy nie umiał.
Mamo, po co tak mówisz?
Powiedział mi to sam.
Coś we mnie pękło. Przestałam odbierać tatowy telefon. Przestałam myśleć o książce. Przestałam być sobą.

Gdy przyjaciółka Zofia zaproponowała wyjazd do Indii, najpierw nie uwierzyłam:
Naprawdę? Teraz? Nie mogę wymieniłam setkę wymówek.
Wieczorem jednak, opowiadając mężowi o rozmowie, uśmiechnął się i spokojnie rzekł:
Jedź. Potrzebujesz tej podróży.
Otworzyłam usta, by sprzeciwić się, ale on przerwał mnie łagodnie i stanowczo:
Lelko, jedź. Damy radę.
I pojechałam.

Retreat prowadziła niezwykła kobieta Jaya Szanti. Prosiła, by tak ją nazywać. Jej nauczyciel duchowy nadał jej to imię po długiej praktyce w aszramie. Jaya zwycięstwo, Szanti pokój. Zwyciężająca pokój, by odnaleźć pokój. Czuło się w niej, iż naprawdę poznała własną naturę.

Była jasna nie naiwna, a prawdziwie przejrzysta. Nigdy nie mówiła nie. To nie było poddanie się, ale przyjęcie. Pojechaliśmy do świątyni Karni Mata, zwanej świątynią szczurów, bo mieszkały tam setki świętych szczurów dusz przodków. Karmiły je, chroniły, czciły. My, dziewczyny, drżałyśmy. Jaya klęczała i podawała im ziarno z dłoni, szepcząc:
Życie nie zawsze przychodzi w takiej postaci, jaka nam wygodna. Ale życie jest wszędzie życiem.
Potrafiła cieszyć się słońcem, każdym listkiem, każdą trawą, cieniem palm, nierówną linią chmur Żyła tu i teraz nie jako slogan, ale jako oddech.

Jej proste zdania przesuwały coś w środku, jakby każde słowo poruszało kamień.

Tego wieczoru wracaliśmy z medytacji. Zachód był wilgotny, gęsty, jakby słońce rozpuściło się na horyzoncie. Jaya zaproponowała ciszę na dachu naszego ośrodka. Wszyscy poszli do swoich pokoi, a ja zgodziłam się. Patrząc na zachód, w środku miałam nie smutek, nie samotność, a coś nieokreślonego.

Jaya siedziała obok i milcząco wpatrywała się w dal. Nie zadawała pytań. Po prostu była, bym poczuła jej obecność. Gdy wydałam ciężki wydech, ona odwróciła się do mnie.
W twojej ciszy jest napięcie, Lelko powiedziała. Siedzisz cicho, ale w środku wiatr.
Uśmiechnęłam się:
Zawsze tak jestem. Dużo myślę.
Nie odparła łagodnie. Dziś nie myślisz. Dziś się chowasz.
Spojrzała na mnie spokojnie, bez presji, i dodała:
Czasem człowiek milczy nie dlatego, iż nie chce mówić ale bo boi się usłyszeć własną prawdę.
Przeszyło mnie to. Odwróciłam się, nie chcąc, by widziała drżące usta. Ale ona kontynuowała, tak subtelnie, jakby czytała moje myśli:

Gdy kobieta ukrywa prawdę, najpierw chowa ją przed sobą. Serce serce zawsze wie. Teraz w tobie jest niepokój, jak pisklę szukające schronienia.
I dopiero wtedy nie wcześniej zadała najważniejsze pytanie:
Skąd to pisklę, Lelko? Skąd ten niepokój?
Pauza. Patrzyła mi prosto w serce, nie w oczy.
W tym momencie ujawniła się prawdziwa Jaya. Nie pytała otwarcie. Widziała. Prowadziła do prawdy nie pytaniami, a swoją obecnością.
Opowiedziałam jej wszystko. Całe, bez cenzury.
Słuchała długo, potem rzekła:
Bardzo kochasz swoich rodziców. Chciałaś ich uratować przed rozstaniem. Zapominasz jednak, iż dzieci nie ratują rodziców. Dzieci kochają i odpuszczają. Nie możesz nosić ich ciężaru. To nie jest twój los, Lelko. Nie możesz trzymać ich razem. Nie musisz.
Płakałam. Jaya pogładziła moją dłoń i powiedziała:
Jesteś córką. Nie sędzią. Nie mediátorem. Nie terapeutą. Córką. To najważniejsze. Odbierz sobie to miejsce a życie stanie się lżejsze.
Po raz pierwszy od dawna naprawdę odetchnęłam.

Kiedy wróciłam do domu, pierwsze, co zrobiłam, zadzwoniłam do taty.
Tato powiedziałam wybacz mi, proszę. Kocham cię. Słyszysz? Kocham.
Cisza. Potem jego szloch.
Czekałem, Lelko tak czekałem na twój telefon
Wieczorem pojechałam do mamy. Siedzieliśmy w kuchni, a ona nagle stała się taka, jak dawniej: jasna, lekko zawstydzona, trochę zabawna. Rozmawialiśmy do późna. Po raz pierwszy zobaczyłam, iż nie jest tylko mamą. Jest kobietą ze swoim losem, bólem, decyzjami, wolnością.

Po kilku dniach otworzyłam laptop i zaczęłam pisać nową książkę. Nie o idealnej rodzinie, ale o żywej. O miłości, która przybiera różne formy. O drodze, która po prostu jest drogą. O pamięci. O akceptacji. O tym, iż światło nie jest tam, gdzie wszystko jest idealne ale tam, gdzie wszystko jest szczere.

Wiedziałam: tym razem napiszę ją nie jako dziewczynka, ale jako kobieta. Jako Lelka, która odnalazła swój własny świat w środku.

Idź do oryginalnego materiału