Emerald Fennell broniła swoich decyzji dotyczących artystycznych zmian w stosunku do oryginału i trudno nie przyznać jej racji: „Wichrowe Wzgórza” były przenoszone na ekran wielokrotnie, rzadko kiedy blisko literackiego pierwowzoru. Co widzowie, którzy domagają się wierności książce, powiedzieliby dziś na „Otchłanie namiętności”, w których Luis Buñuel nie tylko zmienił imiona bohaterów, ale przeniósł akcję do XIX-wiecznego Meksyku? Albo dokonanego przez Monty Pythonów skeczowego przekładu powieści na alfabet sygnałowy?
Czytaj też: „Wichrowe Wzgórza” i Charli XCX. Jej udział to gwarancja sukcesu. Żadnej pracy się nie boi
Pożądanie i namiętność
Żarty na bok, bo najważniejsze pozostaje pytanie nie o to, czy „Wichrowe Wzgórza” w wizji Emerald Fennell są wierne książce Brontë (nie są i było to jasne na długo przed premierą), ale czy są udanym filmem. A tu odpowiedź wydaje się znacznie bardziej złożona. Z pewnością jest to wizja atrakcyjna, bywa zabawna i prowokacyjna. Zresztą swoistą prowokacją wydaje się sama data premiery, bo powieściowe „Wichrowe Wzgórza” nie do końca są walentynkowym ideałem, wszak to historia miłości przeklętej, szaleństwa, zemsty, rozkładu.








