Siedziałam przy oknie kawiarni na Rynku we Wrocławiu i patrzyłam, jak para turystów robi sobie zdjęcie z krasnalem przed Fontanną Szermierza. Był początek września, lipa pachniała tak, iż od tego można było dostać zawrotu głowy. Zamówiłam pierogi z jagodami, ale nie jadłam ich od razu — oddzielałam widełcem jeden od drugiego, robiąc na talerzu wzorek.
Wtedy zobaczyłam Michała. Szedł od strony ulicy Oławskiej z żoną i dziećmi. Nie widziałam go dobrych dwadzieścia osiem miesięcy. Julka trzymała go za rękę, Antek wjechał rowerkiem biegowym prosto w gołębie, a Kasia niosła pudełko z jagodami, które pewnie kupili na straganie przy solnym placu. Wszyscy się śmiali. Miał na sobie tę samą lnianą koszulę, którą nosił do biura, gdy chciał po spotkaniu z klientem iść na spacer nad Odrę.
Poczułam dokładnie nic. Ani bólu, ani żalu, ani ulgi. Po prostu stwierdziłam fakt: minęły dwa lata, a ja przez cały czas oddycham.
No i wtedy wróciło do mnie wspomnienie jak film z nożem w brzuchu.
Pracowałam w pracowni architektonicznej „Wyspa” na Nadodrzu. Miałam dwadzieścia osiem lat, wynajmowałam kawalerkę w kamienicy z klatką pachnącą pastą do podłóg i cebulą z czyjegoś obiadu. Michał był starszym projektantem. Vedęs, dwoje dzieci, siedemnaście lat z Kasią. To wiedziałam od pierwszego dnia — na biurku stała ich rodzinna fotografia, trochę wypłowiała od słońca. Nie szukałam niczego. Naprawdę nie.
Przyszło powoli. Najpierw wspólny projekt przebudowy starej synagogi na dom kultury. Potem kawa z automatu na korytarzu, bo oboje nie znosiliśmy tej samej palonej fusy, i nasze żarty, iż lepsza już herbata w szklance z sokiem. Pamiętam, jak odkryłam, iż czekam na jego krok na schodach. Że rano, zanim włączyłam komputer, sprawdzałam, czy w kalendarzu mamy wspólne spotkanie. Że zaczęłam powtarzać jego powiedzonko: „Każdy projekt da się uratować, tylko trzeba wiedzieć, gdzie ciąć”. To było głupie i bezbronne.
Pewnego wieczoru zostaliśmy sami w pracowni. Za oknem skrzypiał tramwaj numer dziesięć, a na parapecie kurzył się mini kaktus, którego nikt nigdy nie podlewał. Rysowałam na kalce technicznej przekrój ściany, a on mi coś tłumaczył, pochylając się zbyt blisko. Czułam jego mydło. Zwykłe, z gliceryną.
— Nie mów tego — wyrwało mi się.
A on i tak powiedział:
— Podobasz mi się. Za bardzo. I to jest złe.
Otwartaś usta, żeby mu przypomnieć o rodzinie, ale ci głos utknął. Wiedział. Powiedział to zanim zdążyłam cokolwiek wymyślić:
— Wiem, iż mam Kasię i dzieci. Dlatego nic z tego nie będzie.
Wstał tak gwałtownie, iż krzesło zaszurało o panele. Wyszedł, nie biorąc choćby swojej teczki. Została na stole, a obok niej leżała książka, którą mi pożyczył dwa tygodnie wcześniej — „Śląsk. Architektura i pamięć”, z jego notatkami na marginesach wykonanymi ołówkiem. Siedziałam tam do dwudziestej drugiej trzydzieści. Potem zeszłam do monopolowego przy ulicy Rydygiera i kupiłam paczkę papierosów, bo chciałam zająć ręce czymkolwiek. Trzeciego papierosa zgasiłam o podeszwę buta.
Przez kolejne miesiące udawaliśmy, iż tamtej rozmowy nie było. Mijaliśmy się w korytarzu jak dwoje ludzi, którzy kiedyś znali się bardzo dobrze, a teraz muszą udawać obcych. Ale on zostawiał mi na biurku ciepłe rogaliki z kruszonką, a ja udawałam, iż ich nie zauważam, po czym zjadałam je w toalecie, żeby nikt nie widział. To było żałosne i piękne zarazem.
Pewnego czwartku usłyszałam w palarni, jak ktoś mówi o nim: „Taki przykładny facet, z Kasią od matury, nigdy się nie kłócą”. I wtedy zdałam sobie sprawę, iż w tym całym układzie nie ma żadnego „my”. Jest on, jego świat i ja zawieszona gdzieś z boku jak niedokończony rysunek.
Napisałam wypowiedzenie. Złożyłam je w kadrach w poniedziałek rano, a po południu Michał wpadł do mojego pokoju z takim impetem, iż drzwi trzasnęły o ścianę.
— Agata, co to ma być?
— Trzy miesiące wypowiedzenia. Tyle, ile trzeba.
— To przeze mnie.
Nie zaprzeczyłam. Patrzyliśmy na siebie nad rozłożoną makietą osiedla, którą budowałam z tektury i pianki. Pamiętam, iż wzięłam do ręki kawałek balsy i złamałam go na pół, żeby mieć zajęte palce.
— Zostaw sobie tę pracę — powiedział cicho. — Jesteś dobra. Lepszą znajdziesz dopiero za kilka lat.
— Nie mogę cię widzieć codziennie.
— Wiem.
— Nie znoszę być tą, która czeka.
— Nie jesteś tą, która czeka. Jesteś tą, która podjęła decyzję.
Potem zrobił coś, czego nigdy nie zapomnę: sięgnął do teczki, wyciągnął plastikowy identyfikator pracowniczy z moim zdjęciem i położył go na stole, zdjęciem do dołu.
— Oddam go za ciebie, jeżeli chcesz — zaproponował. — Ale nie dlatego, żeby ułatwić ci odejście. Tylko żebyś nie musiała iść tam jeszcze raz.
Zabrałam identyfikator z jego ręki. Nie oddam. Poszłam do kadr sama, a Michał został w pokoju, gapiąc się na moją makietę osiedla jak na mapę miasta, z którego właśnie ktoś go wyprowadza.
Po dwóch tygodniach opuściłam pracownię. Zabrałam ze sobą kaktus z parapetu, bo jego widok kojarzył mi się z tym, iż nikt o niego nie dbał tak samo jak o moje uczucia. Po drodze wstąpiłam do antykwariatu na Starym Mieście i kupiłam stary plan Wrocławia w tekturowej oprawie. Trzymałam go potem na biurku w nowej pracy, żeby pamiętać, iż miasto jest duże i można w nim naprawdę zniknąć.
Czas nie tyle goił, co robił swoje. Najpierw przestałam codziennie sprawdzać jego profil. Potem przestałam odnajdywać w każdym mężczyźnie podobieństwa do niego. Potem związałam się z Tomkiem, który miał psa rasy bokser o imieniu Piksel i nie był niczym skomplikowany. Czasami na widok Piksela, który czekał pod drzwiami, myślałam o tym, iż takie proste życie też może być pełne.
I wtedy wróciłam do kawiarni na Rynku tego września. Michał mnie zauważył. Kiwnął głową tak, jak kiwa się dawnemu koledze z pracy, z którym kiedyś wypaliło się paczkę papierosów na schodach. Odpowiedziałam tym samym. Kasia pomachała mi choćby dłonią, bo chyba mnie nie kojarzyła, a była po prostu uprzejma. Antek wywrócił rowerek, a Michała pochłonęło stawianie go do pionu.
Wyszłam z kawiarni, nie dopijając jestem pewna, iż dopłaciłam. Poszłam w stronę mostu Piaskowego, a po drodze wstąpiłam do siebie na Nadodrze. Stałam chwilę w przedpokoju, wąchając zapach kawy rozpuszczalnej i wilgotnych ubrań, które suszyły się na kaloryferze. Otworzyłam szufladę w komodzie. Na samym dnie leżała ta książka — „Śląsk. Architektura i pamięć”. Zapomniałam mu ją oddać. A może nie zapomniałam.
Wzięłam dzieło do ręki. Okładka była trochę pognieciona, na grzbiecie widniał ślad po kawie. Otworzyłam na stronie czterdziestej drugiej, gdzie Michał narysował ołówkiem malutki szkic sklepienia. Przez chwilę dotykałam tego rysunku palcem wskazującym, jakby to był jedyny dowód, iż tamten czas naprawdę istniał.
Potem owinęłam książkę w szary papier, związałam sznurkiem. Wzięłam długopis i na kawałku kartki napisałam: „To było u mnie za długo. Oddaję. Agata”. Włożyłam kartkę do środka, między strony, które pachniały jego mydłem.
Zaniosłam paczkę do siedziby „Wyspy” na Nadodrzu w czwartek o siódmej rano, kiedy wiedziałam, iż recepcji już jest, a większości projektantów jeszcze nie ma. Podałam pakunek młodej dziewczynie, która chyba choćby nie pamiętała mnie z czasów, gdy sama tam pracowałam.
— Dla Michała — powiedziałam tylko.
— Nie ma go jeszcze. Mam przekazać?
— Proszę.
Wyszłam na zewnątrz. Mijał mnie tramwaj numer osiem, jego dzwonek zabrzmiał jak sygnał końca jednego rozdziału. Nie odwróciłam się ani razu. Po prostu poprawiłam pasek torby i ruszyłam w stronę mostu.
Tamtego dnia zaplanowałam wreszcie wyjazd do Karpacza na weekend — z Tomkiem i Pikselem. Okno nie było już tym samym oknem, a wiatr pachniał deszczem i mokrymi liśćmi. Wiedziałam, iż za kilka godzin dostanę wiadomość od Michała. Nie wiedziałam, co w niej będzie. I to było w tym wszystkim najdziwniejsze: już nie czułam, iż muszę to wiedzieć.





![Horror w prawdziwym życiu, czyli jak być final girl i ocalić własną siostrę? [recenzja książki “Jak przetrwać swoją śmierć”]](https://kulturalnemedia.pl/wp-content/uploads/2026/08/jak-przetrwac-swoja-smierc.jpeg)


