Medium filmowe jest – obok kulinariów – jednym z obszarów, w których japońskie soft power święci dziś największe triumfy. Kino z Kraju Kwitnącej Wiśni, jeszcze do niedawna obecne głównie na dedykowanych festiwalach, na stałe zagościło w regularnej dystrybucji – zarówno w postaci najświeższych premier Koreedy i Hamaguchi’ego, przeglądów studia Ghibli, jaki i retrospektyw klasyków – czego przykładem jest choćby jesienny powrót na ekrany dzieł Akiry Kurosawy. Naturalnym pokłosiem tej fascynacji jest również wprowadzenie na polskie ekrany Kokuho w reżyserii Lee Sang-ila.
Nie jest to zresztą wybór przypadkowy – japońska produkcja absolutnie zdominowała lokalny box-office, osiągając historyczny wynik w wysokości 17,5 miliardów jenów (w przeliczeniu: ok. 400 milionów złotych). Finansowy tryumf Kokuho zwieńczyła nominacja do Oscara w kategorii Najlepsza charakteryzacja. Na dzień dzisiejszy wiemy, iż film statuetki niestety nie zdobył – nie wspominając o tym, iż twórcy najprawdopodobniej życzyliby sobie raczej wyróżnienia za Najlepszy Film Międzynarodowy. Niemniej, pod kątem wizualnym zdecydowanie jest tu co podziwiać.
Japoński zwrot ningen kokuhō – od którego film Lee Sang-ila czerpie swój tytuł oznacza tyle co „żywy skarb narodowy”. Choć w pierwszej chwili podsuwa nam to obrazy zabytkowych świątyń i jadeitowych waz, pojęcie w istocie odnosi się do człowieka – artysty, mistrza swojego rzemiosła o wyjątkowych zasługach dla rodzimej kultury. W Kokuho powraca ono w kilku kontekstach; zaszczytnym tytułem może pochwalić się chociażby sędziwy aktor kabuki – onnagata Mangiku. Ningen kokuho to zarazem obiekt aspiracji i niedoścignionych marzeń głównego bohatera i jego przyjaciela, którzy po spotkaniu ze swoim autorytetem prędko zapragną stać się najlepszymi aktorami w całej Japonii.
fot. „Kokuho”/ mat. prasowe KinotekaAle zacznijmy od początku. Nagasaki, rok 1964. Boss yakuzy podczas noworocznego przyjęcia gości znanego aktora kabuki – Hanai Hanjiro (znany z Ostatniego Samuraja Ken Watanabe). Czas biesiadnikom umila spektakl w którym główną rolę odgrywa syn gospodarza – Kikuo. Występ chłopaka robi spektakularne wrażenie na gościu, którym natychmiast dostrzega w nim naturalne predyspozycje do charakterystycznych dla kabuki ról onnagata – partii żeńskich, tradyjnie granych wyłącznie przez mężczyzn. Nie dane jest mu jednak długo nacieszyć się przedstawieniem, ponieważ zaledwie kilka chwil później pensjonat staje się areną krwawego starcia dwóch gangów, zakończonego śmiercią gospodarza.
Osierocony Kikuo podejmuje nieudolną próbę pomszczenia ojca i ostatecznie trafia pod skrzydła Hanjiro. Tam zaczyna szkolić się w sztuce teatralnej u boku rodzonego syna opiekuna – Shunsuke. Dzieciństwo chłopców upływa pod znakiem opadających płatków wiśni i wyczerpujących treningów, które z czasem czynią z nich jeden z najbardziej obiecujących aktorskich duetów w Japonii. Wraz z dorastaniem w ich relacji pojawią się pęknięcia – przyjaźń zderza się z ambicją, a ciężko wypracowany talent – z przywilejem urodzenia. „Chciałbym mieć w sobie twoją krew” – wyznaje Kikuo Shunsuke, dziedzicowi aktorskiej tradycji, tuż przed występem, który może odmienić całe jego życie. Wie, iż z chwilą, gdy wejdzie na scenę, nie ochroni go nic poza własnym talentem.
fot. „Kokuho” / mat. prasowe KinotekaNależy przyznać, iż to wszystko – ponad 3-godzinny metraż, rozmach realizacyjny, zapowiada iście monumentalną opowieść – narodową epopeję; list miłosny do kabuki, podszyty zazdrością, pożądaniem i konfliktem klasowym. Szkoda więc, że Kokuho niejako ugina się pod ciężarem własnych aspiracji do wielkości.
W szczególności razi nadmierne nagromadzenie wątków i fabularna niekonsekwencja. Wprowadzenie wątku gangsterskich korzeni głównego bohatera otwiera drogę do nieoczywistych, gatunkowych splotów, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, iż potencjał ten nie został w Kokuho należycie wyzyskany. Po śmierci ojca Kikuo odcina się od swojej przeszłości grubą kreską – nie opłakuje ani nie wspomina bliskich, a jedną z nielicznych pozostałości jego związków z yakuzą pozostaje tatuaż na plecach, który co pewien czas powraca jako okazjonalna pożywka dla mediów, nie wnosząc jednak nic istotnego do rozwoju historii.
Stąd krok już do kolejnego zarzutu, jakim jest emocjonalna niedostępność głównego bohatera. Z perspektywy widza świat wewnętrzny Kikuo – poza naczelną ambicją zostania ningen kokuho – pozostaje adekwatnie nieprzenikniony. Jawi się on wręcz momentami jako pusta skorupa, po której kolejne rodzinne dramaty i zawodowe porażki spływają, nie naruszając powierzchni. Moralna niejednoznaczność, idąca w parze z determinacją i jasno wyznaczonym celem mogłaby być oczywiście wartością dodaną, gdyby nie fakt, iż przez brak jakiejkolwiek charyzmy z bohaterem zwyczajnie trudno empatyzować. Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, na ile wynika to z powściągliwej gry aktorskiej Ryō Yoshizawy, a na ile z niedostatków scenariuszowych. Skłaniałbym się raczej ku temu drugiemu, co nie zmienia faktu, iż w efekcie postać znacząco traci na wiarygodności.
fot. „Kokuho” / mat. prasowe KinotekaZ kolei niepodważalną siłą filmu Lee Sang-ila pozostaje natomiast mistrzowskie wykorzystanie teatralnego mise-en-scène w imponujących sekwencjach spektakli kabuki. To właśnie one w pierwszej kolejności stają mi przed oczami, gdy wracam myślami do seansu. Połączenie zróżnicowanych punktów widzenia kamery – od telewizyjnych ujęć z dystansu po zbliżenia na akcję sceniczną – wraz z misternie wykonanymi kostiumami i scenografią daje efekt wręcz oszałamiający. Paradoksalnie najsłabiej wypada tutaj doceniona przez Amerykańską Akademię charakteryzacja, zwłaszcza w ostatnich scenach „postarzonego” Kikuo.
Pod kątem tematycznym, film Lee Sang-ila mimowolnie przywodzi na myśl kultowe Żegnaj, moją konkubino Chena Keige. Na tle tego porównania Kokuho wypada jednak dość blado – a przede wszystkim konserwatywnie i zachowawczo. Wbrew zapowiedziom i opisom promocyjnym próżno szukać tu namysłu nad wielką historią czy wpływem scenicznej tożsamości – również tej płciowej – na życie poza teatrem. Odgrywanie ról onnagata służy bohaterom raczej do umacniania tradycyjnych wzorców męskości aniżeli ich potencjalnej dekonstrukcji.
W towarzyszących premierze wypowiedziach twórców powracało pragnienie wskrzeszenia dziedzictwa teatru kabuki, który w ostatnich latach cieszy się coraz mniejszym zainteresowaniem. Przeniesienie na ekran tej części japońskiej kultury, która nie została jeszcze doszczętnie skomercjalizowana na użytek turystów można odczytać jako ukłon w stronę rodzimej widowni. Jednocześnie tak przyjęta perspektywa każe zastanowić się, czy Kokuho czy nie zawiera w sobie przypadkiem pierwiastka auto-orientalizmu; czy nie jest produktem eksportowym, pewnym wydestylowanym obrazem „pierwotnej” japońskości, wykalkulowanym na zachwyty zachodnich festiwali. To jednak temat na zupełnie odrębną dyskusję.
Korekta: Michalina Nowak

















