Mateusz Kiszka: Jak zaczęła się twoja przygoda z fotografią?
Adam Jastrzębowski: Fotografia towarzyszyła mi od zawsze: starszy brat, również fotograf, robił zdjęcia analogową Minoltą. Do zawodu poprowadził mnie jednak sport. Byliśmy rodziną sportową, graliśmy w piłkę i w koszykówkę, w telewizorze zawsze włączony był Eurosport.
Gdy z bratem zainteresowaliśmy się dziennikarstwem sportowym i fotografią, oczywiste było, iż pojedziemy obsługiwać zawody. Był rok 2003, pierwsze fotografowane przez nas wydarzenia to Puchary Świata w biathlonie i biegach narciarskich; jeszcze zanim Justyna Kowalczyk zaczęła odnosić największe sukcesy.

Adam Jastrzębowski, fot. Mateusz Kiszka
Potem była szkoła fotograficzna: ciemnia, wielki format, fotografia artystyczna. Mnie jednak od początku ciągnęło ku dokumentowi i reportażowi.
Pojawiły się pierwsze zlecenia i agencja fotograficzna, którą dziś prowadzi już tylko brat, potem kooperacja z „Przeglądem Sportowym”, praca w „Fakcie” i wreszcie „Głos Wielkopolski”. Początek zawodowej drogi liczę od 2006 roku, gdy pierwszy raz wszedłem na stadion Lecha. To dwadzieścia lat. Czy świętujemy? Był plan, ale jak to u fotoreporterów bywa – byliśmy w pracy.
MK: Jak wchodzi się do tego zawodu? Czy ktoś weryfikuje, kto jest dziennikarzem?
AJ: To słabość polskiego systemu: nie istnieje ewidencja dziennikarzy. Obowiązek rejestracji mediów wprawdzie istnieje, ale nie idą za tym ani żadne obowiązki, ani wymagania wobec osób posługujących się legitymacją prasową.
Mamy XXI wiek i rozumiem, iż część dziennikarzy, fotoreporterów czy operatorów pracuje nie dla tych tradycyjnie pojmowanych mediów, a na potrzeby profili w mediach społecznościowych. Widzę jednak również grono osób, którzy dziennikarzy jedynie udają, bo ten zawód wciąż niesie w sobie jakąś nobilitację.
MK: Fotografujesz, ale i piszesz. Jak te dwie drogi się połączyły?
AJ: Brat najpierw pisał, potem fotografował, u mnie było odwrotnie. Z pewnością duży wpływ na moją ścieżkę życiową miał fakt, iż w domu zawsze się czytało, zarówno książki jak i gazety. W fotoreportażu i w dziennikarstwie pociąga mnie to samo: ciekawość świata.

Adam Jastrzębowski, fot. Mateusz Kiszka
Fotoreporter, który zobaczy otwartą bramę, wejdzie w nią, choć nie wie po co. Wejdzie, bo jest otwarta, bo może.
Poczułem, iż są sprawy, którym samo fotografowanie nie wystarcza, wywiad czy tekst bywa pretekstem, by o coś zapytać. Mam ten luksus, iż nikt nie zleca mi do napisania tematów, których nie chcę podejmować. Na szczęście nie muszę z pisania żyć, bo pewnie by mi się to nie udało. Świat nie został tak urządzony, przynajmniej nie w Wielkopolsce.
MK: Jak wygląda twój dzień?
AJ: W pracy fotoreportera lokalnego żaden nie przypomina drugiego, więc nie sposób go zebrać w ramy i opisać. Mamy co prawda poranne kolegium, ale pracujemy inaczej niż dziennikarze piszący, dla których to zebranie jest rzeczą świętą. Robimy zlecone tematy fotograficzne, czasami sami je wymyślamy. Niejednokrotnie, jak na przykład podczas meczów piłkarskich –wysyłamy przygotowane fotografie nie po zakończeniu wydarzenia, ale jeszcze w jego trakcie.

Adam Jastrzębowski, fot. Mateusz Kiszka
Naszym błogosławieństwem i przekleństwem jest to, iż nie pracujemy od godziny do godziny. Gdyby ktoś zamknął mnie w biurze na osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, już w drugim tygodniu nie zniósłbym tego. Zdarza się, iż pracuję dwanaście, trzynaście godzin, innego dnia cztery.
To tryb zadaniowy: gdy jest temat, robię, gdy go nie ma, nie robię. Kiedy fotografowałem wyłącznie sport, przez kilka dni kolarskiej imprezy na torze byłem całkowicie skupiony na jednej dyscyplinie. Licząc czas spędzony na obróbce zdjęć wychodziły z tego pewnie dwa tygodnie zwykłej pracy, ale dla głowy i dla efektu fotograficznego było to dobre. Pracując „po ludzku”, od-do, nigdy tego nie osiągniesz.
MK: Co od 2006 roku zmieniło się w fotoreportażu?
AJ: Trzeba oddzielić zarabianie od samego fotoreportażu. Rzadko drukuje się dziś reportaż na trzech stronach, z siedmioma czy ośmioma zdjęciami ułożonymi w opowieść. Widzę jednak tę zdawałoby się zapomnianą prasową narrację fotograficzną na Instagramach fotoreporterów i profilach w mediach społecznościowych poszczególnych redakcji. Nie muszę zatem już szukać „New York Timesa”.

Adam Jastrzębowski, fot. Mateusz Kiszka
Samo fotograficzne oko zmieniło się mniej, niżby się zdawało. Telefon w dziewięciu na dziesięć przypadków zrobi zdjęcie niemal tak dobre jak mój aparat. Nie wierzę w zmianę pokoleniową: odsetek osób fotografujących z zamysłem jest prawdopodobnie ten sam co dawniej. Dziś po prostu łatwiej opublikować, więc więcej możemy zobaczyć i te najlepsze fotografie i historie mogą nam łatwiej umknąć.
Z punktu widzenia odbiorcy lokalnych mediów: gdy wybucha pożar, ktoś go prawdopodobnie sfotografuje, zanim ja dojadę. Być może podkopuję tym podstawy własnego zawodu, ale uważam , iż to dobrze, iż zawsze znajdzie się ktoś, kto może ważne wydarzenie udokumentować, bo już tam jest.
MK: Drony, telefon, sztuczna inteligencja. Po co sięgasz?
AJ: Latam dronem. Pierwsza myśl po zakupie brzmiała: jakże byłem głupi, iż zrobiłem to tak późno. Dla lokalnego fotoreportera możliwość spojrzenia z innej perspektywy to prawdziwa rewolucja. Kiedyś, fotografując otwarcia mostów czy wiaduktów, tak naprawdę kadrze nie było niczego. Dziś wznosisz się w górę, zupełnie legalnie, i widzisz wiadukt, pociąg i ludzi na dole. Inny punkt widzenia.

Adam Jastrzębowski, fot. Mateusz Kiszka
Sztucznej inteligencji unikam z premedytacją. jeżeli ktoś oczekuje ode mnie, iż jako dziennikarz wykonałem swoją pracę, oczekuje mojego spojrzenia. Nie prawdy, bo w dziennikarstwie jest ona zawsze subiektywna, ale właśnie spojrzenia. Nie wyobrażam sobie podmiany nieba na zdjęciu prasowym, choć w Photoshopie wymaga to trzech kliknięć, a odbiorca nie dostrzegłby różnicy. Okłamałbym go.
Czytałem kiedyś rozmowę z fotografem, który twierdzi, iż gdy portretowana osoba ma na zdjęciu zamknięte oczy, on je otwiera, bo w rzeczywistości miała je otwarte. Nie potrafię sobie tego osobiście wyobrazić, choć nie wiem, czy on nie ma racji. Ten człowiek z otwartymi oczami przecież istnieje.
MK: Czego młodsi fotoreporterzy mogą nauczyć się od weteranów zawodu?
AJ: My robimy to samo, tylko mamy trudniej: przybyło stewardów i tabliczek z zakazem wstępu. Nie ganiamy się z ZOMO jak starsi koledzy, bo ZOMO już nie ma, ale przy niedawnych eksmisjach na osiedlu maltańskim każdy z nas mniej lub bardziej przepychał się z policjantami. Z prostej przyczyny: dla dobrego kadru potrzebujemy stanąć w najlepszym dla nas miejscu.

Adam Jastrzębowski, fot. Mateusz Kiszka
Fotografując prezydentów, premierów i ministrów zdarza się, iż ich ochrona nie pozwala nam fotografować z jednej strony, wtedy próbujemy uchwycić to, co chcemy z drugiej. Takie jest reporterskie myślenie: jak nie z prawej, to z lewej.
Uczyć się fotoreporterskiego fachu można na drobiazgach. Na targach odbywała się kiedyś ważna konferencja polityczna. Jeden z weteranów gawędził z nami, tłum przesuwał się powoli, wszyscy byli uprzejmi i nagle to on stał pierwszy przed drzwiami. To naturalny spryt, który albo się ma, albo nie. Masz piętnaście sekund i metr, na którym mieści się pięć aparatów, a każdy kąt coś zmienia.
MK: Czy widzisz nowe pokolenie, które chce być częścią tego świata?
AJ: Zawsze będą młodzi ludzie chętni do tego, by fotografować. Duże wydarzenia, znane osoby, praca tu i teraz, to wszystko wiąże się z adrenaliną, od której łatwo się uzależnić. Tylko trzeba pamiętać, iż bycie fotoreporterem na pełen etat, to praca specyficzna.
Wydarzenia do sfotografowania niejednokrotnie dzieją się w weekendy lub wieczorami czy w nocy. Nie można tej pracy odłożyć na inny dzień, na później, wykonać zdalnie. No i reszta domowników też musi się do takiego trybu przyzwyczaić. Moje dzieci przywykły, iż w weekendy to ja w domu „bywam”.
MK: Czujesz się potrzebny? I czy ta praca daje ci satysfakcję?
AJ: Mam nadzieję, iż tak, iż jestem jeszcze potrzebny. Czasami obawiam się jednak, iż portale i gazety regionalne, tak rozumiane jak te, które znamy dzisiaj, będą powoli znikały. A przyczynią się do tego lokalne, oddolnie prowadzone profile w mediach społecznościowych.

Adam Jastrzębowski, fot. Mateusz Kiszka
To co mnie w nich martwi to to, iż nie obowiązują ich niepisane zasady rzetelności dziennikarskiej: dostajesz filmik, publikujesz, a gdy okaże się nieprawdziwy, zrzucasz winę na tego, kto go przysłał. Z punktu widzenia dziennikarstwa to błąd, informacja zerowa. Ale jeżeli my najpierw sprawdzimy, a opublikujemy dopiero później, jesteśmy drudzy, jesteśmy spóźnieni. Paradoksalnie to to nas zabija: dbanie o rzetelność.
To jest pytanie o to, czy odbiorcy mediów lokalnych szukają w nich jakości. I ja na to pytanie odpowiedzi nie znam. A my, fotoreporterzy, oferujemy właśnie tę jakość, oferujemy kontekst. Mam nadzieję, iż to są rzeczy ciągle potrzebne, ale gdy patrzę na lokalne profile, których treści znikają po dwudziestu czterech godzinach, nie jestem tego pewien. Wydawało mi się, iż sens informacji polega na tym, iż ona trwa, nie jest przelatującym meteorytem. Ale może to już, nomen omen, nieaktualne.
A satysfakcja z pracy? Uprawiam najpiękniejszy zawód na świecie i mówię to zupełnie otwarcie. Nie znam drugiego, w którym można po prostu wędrować z aparatem i patrzeć na ludzi przez obiektyw. I jeszcze mi za to płacą!




