Kinga Wyrzykowska, Porządni ludzie, przeł. Dorota Malina, Wydawnictwo Nowe 2025
Zabijasz czas. Masz dziurę w grafiku.
Ze spuszczoną głową, z palcem na ekranie telefonu i lekko zmrużonymi oczami sprawdzasz maile i pogodę, przeglądasz wysyp wiadomości w aktywnych czatach, rzucasz okiem na notowania giełdowe, choć nigdzie nie inwestowałaś, otwierasz „Le Monde”, Amazona, internetowego pokera i Instagram.
W otępieniu skrolujesz i serfujesz, zalewana morzem nieistotnych wiadomości. Nuda… I nagle przypływ ekscytacji, trafiasz w prasie regionalnej na artykuł Zabarykadowani w Normandii. „To historia dobrej burżuazyjnej rodziny, z Paryża i bliskich przedmieść (bez dodatkowych szczegółów), która od wielu miesięcy nie opuszcza swojej letniej rezydencji w Yervill. […] Wiejskie więzienie rodziny Simart-Duteil”. Dziesięć osób, od babci do wnuków, zakupy zamawiają przez internet i po zmroku odbierają je spod monitorowanej bramy, posiadłość jest ogrodzona i pilnie strzeżona. Przedtem znani byli z tego, iż prowadzili bogate życie towarzyskie, tu odbywały się rodzinne wesela i inne uroczystości.
To uruchamia pracę twojej pamięci. Ta rodzina kogoś ci przypomina. Googlujesz, zbierasz informacje, ale jest ich niewiele. I nagle przypominasz sobie – dzielnica mieszkaniowa, w której się wychowałaś, blok, w którym mieszkałaś z rodzicami, droga do szkoły i mijana po drodze willa z wieżyczką. W eleganckim samochodzie wyjeżdża do szkoły trójka dzieci w mundurkach, mniej więcej w twoim wieku, czasem odwozi je matka piękna jak gwiazda filmowa.
„Simart-Duteilowie, odległy horyzont, nieuchwytna zagadka”. To ty zbadasz, odkryjesz albo wymyślisz dla nas tę historię. Kim jesteś? Na pewno kimś, kto patrzy na tę rodzinę z podziwem, zazdrością i fascynacją – bo nie z takiej pochodzisz. W głowie dziecka urodzonego gdzie indziej mieści się ona w niejasnej kategorii „porządni ludzie”. To nie twój świat, chociaż bliski, bo przecież sąsiedzki. Patrzysz na niego z dystansem.
To tylko początek tej powieści (a przedtem dwa motta, które dotyczą imigrantów), która dla wielu czytelników dopiero potem tak naprawdę się zacznie. Ale warto pamiętać, iż to jest właśnie pozycja, z której tę historię poznajemy. I też chyba pozycja autorki. Kinga Wyrzykowska urodziła się w 1977 w Warszawie, na początku lat 80., w stanie wojennym, wyemigrowała z rodzicami do Francji. Studiowała nauki o literaturze w École Normale Supérieure, wykładała na uniwersytecie, zajmowała się teatrem i sztukami audiowizualnymi, napisała dwie książki dla dzieci i niedawno Porządnych ludzi, pierwszą dla dorosłych, za którą dostała w 2023 nagrodę Françoise Sagan.
Powieściowa historia zaczyna się na rok przed tym, gdy rodzina zamknęła się w swoim domu. Poznajemy jednak także jej wcześniejsze losy i – oczywiście! – skrywane tajemnice i konflikty. Oraz świetne, bardzo realistyczne portrety bohaterów. Oto oni.
Zmarły Ojciec. Patriarchalny, autorytarny, rzadko bywał w domu, bo budował autostrady za granicą. Zostawił w spadku spory majątek. Oraz nieślubnego syna w Syrii, o którym dotąd nikt nie wiedział.
Jego żona to ta niegdyś piękna jak gwiazda filmowa. przez cały czas walczy o utrzymanie urody, wymuszając na synu kolejne operacje plastyczne.
Pierwszy syn. Zagarnął największą część spadku i założył klinikę medycyny estetycznej. Pasjonat operacji nosa. Jego nowa żona, polska modelka, to teflonowa lala pochodząca z bogatego domu (wspaniały ślub w Sopocie, na molo).
Drugi syn, którego homoseksualizmu rodzina kiedyś nie chciała zaakceptować. Dziennikarz? Irytujący youtuber ze sporą oglądalnością, frustrat i krętacz.
Córka, perfekcyjna pani domu, licząca lajki na Instagramie. Albo obsesyjnie zajmuje się swoim zdrowiem, albo nagle postanawia zająć się pomocą dla uchodźców i chce wyjechać na Lesbos.
(Oraz ich dzieci i inne postacie).

Jak widać, są to figury dobrze nadające się do stworzenia satyry na francuską burżuazję, jednak bez uciekania się do groteski. Historia o tym, jak rodzina Simart-Duteil zostaje doprowadzona do absurdalnego samouwięzienia i paranoi, choć ociera się o granicę prawdopodobieństwa, brzmi jednak wiarygodnie. I paranoją ostatecznie okazuje się lęk przed obcymi, niebezpieczeństwem z zewnątrz, podczas gdy źródeł kryzysu należy poszukiwać w samej rodzinie.
Jak wiadomo, rodzina często bywa pars pro toto społeczeństwa, w tym wypadku nieświadomego własnych problemów, ale poddającego się obezwładniającej sile uprzedzeń i nadmiernemu poczuciu zagrożenia. Poza tym to bogate mieszczaństwo i jego przywary – snobizm, hipokryzja – są znane. Ale jestem pewna, iż zakończenie będzie dla czytelników prawdziwym zaskoczeniem. To książka ciekawie skonstruowana, dobrze napisana, z wciągającą historią i kryminalnym dodatkiem, a jednocześnie daje pole do szerszych interpretacji. Takie lubimy. A ponieważ ostatnio wszyscy nagle okazali się znawcami rynku książki, to jeszcze drobna refleksja – gdyby wydało ją duże wydawnictwo z odpowiednimi funduszami na promocję, pewno już byście o tej powieści i jej autorce (Polka, o!) usłyszeli, a za tym poszłaby sprzedaż. Może warto pamiętać, iż mniejszym wydawnictwom, starannie wybierającym tytuły, też jest na tym rynku niełatwo.
I jeszcze jedno: w czasach, kiedy tak wielu polityków prześciga się w atakach na imigrantów, może warto zauważyć, iż nie są oni jedynie zagrożeniem i obciążeniem, iż poza innymi pożytkami wzbogacają i odmieniają kulturę krajów, w których się znaleźli.
Negar Djavadi, Wszystkie moje rewolucje, przeł. Katarzyna Marczewska, Wydawnictwo Czarne 2025
W Paryżu mój ojciec, Dariusz Sadr, nigdy nie jeździł ruchomymi schodami.
21 kwietnia 1981 roku, kiedy po raz pierwszy schodziliśmy razem do metra, zapytałam go o przyczynę. Odpowiedział: „Ruchome schody są dla nich”. Mówiąc „nich”, miał oczywiście na myśli was.
Negar Djavadi urodziła się w Iranie, z matką i dwiema siostrami przyjechała do Francji w 1980 roku, kiedy miała jedenaście lat. Zajmowała się filmem, była scenarzystką, montażystką i reżyserką. To jest jej pierwsza powieść, z 2018 roku, i otrzymała za nią liczne nagrody.
Narratorka i bohaterka powieści, Kimja Sadr, jest w tym samym wieku co autorka i częściowo ich losy są podobne, ale to nie jest powieść autobiograficzna. Chyba najbardziej w tej części, która dotyczy wcześniejszego życia jej rodziny w Iranie. I ta wydała mi się najciekawsza.
To saga rodzinna opowiadająca dzieje czterech rozgałęzionych pokoleń Sarów. Zaczyna się od pradziadka Montazemolmolka, który miał 52 żony… Wszyscy byli bogaci albo przynajmniej dobrze sytuowani, Kimja i jej siostry chodziły do francuskiej szkoły i wychowały się, podziwiając Francję. Ojciec był dziennikarzem krytykującym reżim szacha, a potem ten ajatollahów, dlatego musiał opuścić kraj. Potem dołączyła do niego żona i córki, przez zieloną granicę. Po trudnej i niebezpiecznej przeprawie przez góry docierają do Turcji i do ambasady francuskiej.

Tu następuje pierwsze rozczarowanie – mimo iż ojciec już ma tam azyl, nie zostają przyjęte z otwartymi ramionami. A potem już nie są bogaci, tracą swoje społeczne znaczenie, są politycznymi uchodźcami i choćby we Francji zagrażają im tajne irańskie służby tropiące dysydentów. Siostry Kimji nieźle sobie poradzą, jedna zostanie okulistką, druga wykładowczynią na uniwersytecie. Ona jest wciąż outsiderką, często bez pieniędzy, błąkającą się po Europie. Inne jej rewolucje to coming out jako lesbijki i staranie o dziecko z in vitro, którego ojcem zostanie gej zakażony HIV.
To inny świat niż ten irański, złożony z fragmentarycznych wspomnień, i los żyjących tam ludzi nie jest już jej losem. Chociaż od dzieciństwa była zanurzona w kulturze francuskiej, jednak nie oznacza to automatycznie łatwej integracji. „Po to, by się zintegrować z jakąś kulturą, trzeba się najpierw odłączyć od własnej. Oddzielić się, zdezintegrować, rozpaść. Ci, którzy nawołują imigrantów do »podejmowania wysiłków na rzecz integracji«, nie ośmielą się spojrzeć im w twarz i zażądać, by najpierw podjęli »wysiłki na rzecz dezintegracji«”.
I ostatecznie chyba o tym jest ta książka.