Dwie twarze samotności

twojacena.pl 11 godzin temu

Dwie twarze samotności

Agnieszka stała przed lustrem, zaciskając dolną wargę. Palce nerwowo układały kosmyk włosów, tworząc idealny kok jakby od tego zależało coś kluczowego.

Trzydzieści pięć lat. W reklamach to rozkwit, w prywatnych notatkach kryzys. Kariera w pełnym rozkwicie, przytulne mieszkanie w centrum Warszawy, przyjaciółki gotowe w każdej chwili przedyskutować z nią zarówno politykę, jak i nowy odcień kremu nawilżającego.

Gdy wieczorem drzwi się zamykają, a telefon milknie, cisza wdziera się niczym szum morza, głośniejsza od miejskiego gwaru.

Znowu randka westchnęła, spoglądając na swój odbicie.

Sukienka była elegancka, dopasowana, ale nie prowokująca. Makijaż lekki podkreślał oczy, nie wyglądał na wymuszony. Szpilki wysokie, ale nie tak, by wyglądała na desperacką. Wszystko dopracowane do szczegółu, jakby szykowała się nie na spotkanie z żywą osobą, a na egzamin, w którym będzie oceniana według sztywnych kryteriów.

Wiedziała, czego pragnie: nie tylko związku, ale prawdziwej miłości, takiej, co wnika w najskrytsze zakamarki duszy, nie potrzebuje słów, a wystarczy jeden spojrzenie, jedno dotknięcie, by się zrozumieć. Każda kolejna wizyta w kawiarni lub restauracji, gdy przed nią zasiadał nowy mężczyzna, wywoływała w głowie ostrego, drwiącego głos:

A może będzie taki sam jak poprzedni?

Ostatni był tym, z którym prawie uwierzyła, iż to on. Ich relacja runęła pod codziennym obowiązkiem, jego niechęcią do rozmów o uczuciach, jej próbami naprawić, zrozumieć, dostosować się. Przeczytała dziesiątki książek psychologicznych, zapisała notatki z warsztatów, rozkładała każde własne potknięcie na czynniki pierwsze niczym skomplikowane równanie matematyczne. Im więcej rozumiała, tym straszniejsze było otworzyć się ponownie.

Czy nie chcę za wiele? szepnęła, patrząc na ekran telefonu.

Nowa wiadomość. Ten sam interesujący facet z portalu randkowego inteligentny, z dobrym poczuciem humoru, bez czerwonych flag w profilu. Uśmiechnęła się, czytając jego słowa, ale usta od razu zaciśnęły się w cienką linię.

A jeżeli mnie rozczaruje?

Znowu pustka. Znowu noc, cisza, lustro i pytanie, na które jeszcze nie ma odpowiedzi.

Marta zajęła miejsce w rogu ulubionej kawiarni przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie miękkie fotele dopasowują się do ciała, a zapach świeżo zmielonej kawy miesza się z nutą wanilii. Trzymała w rękach nową książkę; palce co chwilę zatrzymywały się przy szczególnie trafnych fragmentach, zostawiając ledwie zauważalne zagłębienia w rogach stron.

Czterdzieści dwa lata. Liczba w dowodzie, nie więcej. W środku jednak buzował ocean energii to właśnie to uczucie, kiedy zdajesz sobie sprawę, iż największe przygody jeszcze przed tobą.

Marto, znowu sama? zawołał znajomy głos, wyrywając ją z lektury. Przyjaciółka Zofia, po długim dniu w biurze, już machała kelnerce, zamawiając swój stały latte z syropem waniliowym.

Marta odłożyła książkę, odsłaniając okładkę z jaskrawą abstrakcją.

No tak odpowiedziała spokojnym uśmiechem, niczym tafla jeziora w bezwietrzną pogodę ale nie czuję się samotna.

Zauważyła zdziwione spojrzenia przyjaciółek, znajomych, przypadkowych przechodniów. Jak to możliwe, iż atrakcyjna kobieta, inteligentna, interesująca, i sama? Marta już nie tłumaczyła tego innym. Miłość odnalazła w porannym espresso na balkonie, w spontanicznych wycieczkach nad Bałtyk, w projektach zawodowych, które rozświetlały jej oczy. W przyjaciołach, którzy znali ją bez masek i udawania.

Ten przystojny z zeszłego tygodnia? podpalnąła Zofia, machając łyżeczką do deseru. Ten, co zaprosił cię na koncert jazzu? Kochasz jazz!

Ładny, zaśmiała się Marta, a w jej śmiechu nie było ani grama napięcia. Ale nie chcę dostosowywać się do cudzych oczekiwań.

Zrobiła krótką przerwę, obserwując, jak kelnerka ostrożnie podaje Zofii filiżankę z mleczną pianką.

jeżeli on zechce być przy mnie, niech sam do mnie dojdzie. Ja już… jej palce znów odnalazły adekwatną stronę w książce jest tam, dokąd zmierzam.

Samotność? To słowo nie pasowało. To była wolność lekka jak letni wietrzyk i mocna jak korzenie starego dębu. Wolność wyboru, gdzie skierować jutro. Wolność budzenia się i zasypiania w zgodzie ze sobą. Wolność po prostu być.

Agnieszka zamknęła drzwi swojego mieszkania w Śródmieściu, powoli zdjęła szpilki i usiadła na brzegu łóżka. Wieczorowa sukienka, wciąż pachnąca obcym perfumem i aromatami restauracji, nagle wydała się jej absurdalna. Randka minęła pomyślnie rozmówca bystry, tematy ciekawe, kuchnia wykwintna. Kiedy jednak próbował wziąć ją za rękę, w środku coś się skurczyło. To nie lęk, ale zrozumienie. Kolejny miły, inteligentny, idealny mężczyzna i znowu lodowate pustkowanie w piersi.

Podeszła do okna, przyłożyła dłoń do zimnego szkła. Miasto lśniło tysiącami świateł, życie tętniło gdzieś daleko, ludzie spotykali się i rozstawali. Ona stała w centrum swojego idealnego mieszkania, otoczona drogimi rzeczami, i czuła się zagubiona.

Dlaczego tak mi trudno? szepnęła do swojego odbicia w ciemnym szkle. Pytanie zawisło w powietrzu, jak zawsze, bez odpowiedzi.

W tym samym czasie, po drugiej stronie Warszawy, Marta rozciągnęła się w plecionym krześle na balkonie. W jednej ręce kieliszek czerwonego wina, w drugiej papieros, którego pozwalała sobie zapalić raz w miesiącu. Nocny wiatr muskał jej rozpuszczone włosy, a z głośników płynęła zmysłowa melodia jazzu.

Zamknęła oczy, pozwalając muzyce otulić się. Myśli o nieudanych randkach czy niespełnionych marzeniach nie pojawiały się w głowie. Tylko teraźniejszość kwaśny smak wina na ustach, chłód nocnego powietrza, odległe światła miasta, niczym rozsypane klejnoty.

Marta nie czekała na księcia. Zrozumiała dawno temu, iż żaden baśniowy bohater nie uczyni jej szczęśliwszą niż ona sama. Każda noc, każdy wschód, każda minuta należała wyłącznie do niej. Nie było w tym samotności, ale pełna, porywająca wolność bycia sobą.

Wzniosła kieliszek w cichym toaście za siebie, za tę noc, za całe swoje niezwykłe życie. Królowej nie potrzeba tronu jej królestwo rozciągało się tam, gdzie czuła się szczęśliwa. Dziś był to balkon jedenastego piętra, kieliszek dobrego wina i gwiazdy, które rozświetlały nocne niebo.

Dwie kobiety. Dwie światy.

Agnieszka i Marta. Mieszkały w tym samym mieście, oddychały tym samym powietrzem, ale żyły w zupełnie odmiennych rzeczywistościach.

Agnieszka szła przez życie wyciągniętą ręką w jej dłoniach pustka, którą desperacko próbowała wypełnić. Każda randka, każde nowe spotkanie było próbą znalezienia kogoś, kto da jej brakujące poczucie przydatności, ciepła, przynależności. Wierzyła, iż miłość to coś zewnętrznego, co przyjdzie i uczyni ją całą. Im bardziej szukała, tym większą pustkę odczuwała wewnątrz.

Marta podchodziła do życia z otwartymi ramionami nie po to, by ktoś je wypełnił, ale dlatego iż jej świat już był pełen. Pełen wrażeń, wolności, cichej euforii z prostych rzeczy. Nie szukała miłości, ona ją promieniowała. Dlatego ludzie przyciągali się do niej, bo w jej towarzystwie było łatwo. Nie czekała na księcia, nie budowała zamków w powietrzu po prostu żyła. W jej życiu miejsce było dla wszystkiego: samotności, spotkań, rozstań i nowych dróg.

Może ich ścieżki kiedyś się skrzyżują. Może Agnieszka pewnego dnia zrozumie, iż pustka nie wynikała z braku miłości, ale z tego, iż nie umiała kochać siebie. Może Marta spotka kogoś, kto nie będzie próbował jej zmienić, a po prostu pójdzie obok, nie zakłócając jej harmonii. A może tak nie będzie.

Jedno jest pewne ich historie to dwa różne odpowiedzi na to samo pytanie.

Miłość nie przychodzi do tych, którzy jej szukają. Przybywa do tych, którzy już żyją z otwartym sercem nie dlatego, iż czekają, ale dlatego iż potrafią dawać.

Najważniejsze nie jest znalezienie kogoś, kto wypełni naszą pustkę, ale nauczenie się być pełnym samemu. Dopiero wtedy miłość przestaje być ratunkiem i staje się po prostu szczęściem.

Idź do oryginalnego materiału