Czy na takie odrodzenie czekaliśmy?

gazetafenestra.pl 4 dni temu
Autorka grafiki: Ade Seite-Jastrzębska (Fenestra)

Już po raz siódmy dinozaury, które z kart historii zostały przywrócone światu, ruszyły na podbój wielkich ekranów. Po dwóch trylogiach, „Jurassic World: Odrodzenie” to dla franczyzy krok w nowym kierunku. Czy jest w nim świeżość? Czy film ma szansę na statuetkę w swojej kategorii? Sprawdzamy, przyglądając się też temu, jak produkcja studia Universal wypada na innych polach.

Reżyser Gareth Edwards zaprasza do świata, w którym dinozaury są już praktycznie zapomniane. Era globalnej fascynacji minęła, a prehistoryczne gady stały się niczym innym jak przeszkodą w codziennym życiu ludzi. Trzeba przyznać, iż ta koncepcja na moment czyni „Odrodzenie” intrygującym. Ciekawi jeszcze rewelacja o słabej odporności dinozaurów na współczesne warunki, co ma przekładać się na ich ponowne wymieranie. Główne siedlisko ocalałej populacji znajduje się na wyspach objętych ścisłym zakazem wstępu dla człowieka, w pobliżu równika, gdzie warunki atmosferyczne pozostają najbardziej zbliżone do tych z czasów dinozaurów. Jedna z bogatszych firm farmaceutycznych odkrywa jednak, iż DNA prehistorycznych gadów może posłużyć do wynalezienia leków na nieuleczalne dotąd choroby. Jej przedstawiciel, Martin Krebs, wynajmuje specjalną ekipę poszukiwawczo-badawczą z doświadczoną Zorą na czele, by zdobyć niezbędne próbki i zdominować rynek. Oczywiście, misja nie przebiega tak gładko, jak bohaterowie by sobie życzyli.

„Jurassic World: Odrodzenie” nominowano do Oscara w kategorii „Najlepsze efekty specjalne”. Myślę, iż ma spore szanse, by w walce o statuetkę pokonać choćby „Avatara”, bo wizualnie jest po prostu oszałamiający. Już od pierwszych ujęć natura na ekranie emanuje dzikim majestatem, zmuszając widza do szerszego otwarcia oczu. W jego spojrzeniu pojawi się choćby błysk, gdy do akcji wkroczą pierwsze dinozaury. Wynurzające się z głębin, morskie giganty zapierają dech w piersi, podobnie jak ścigające bohaterów po dżungli drapieżniki. Efekty specjalne dopracowane są do tego stopnia, iż choćby świeże szczątki wydają się widzowi prawdziwe. Od całości odstaje tylko ogromny mutant, z którym mierzą się bohaterowie. Przypomina on zlepek stworów znanych z innych dzieł popkultury. W dodatku dość niedopracowany, wzbudzający bardziej śmiech niż strach. Sprawę ratuje technika, zgrabny montaż, piękne i pełne koloru kadry oraz bogactwo wykorzystanych w produkcji perspektyw. Szkoda, iż na innych polach „Odrodzenie” nie wypada już tak barwnie.

Zdawałoby się, iż zupełnie nowi bohaterowie, nowa koncepcja i pięcioletni skok w czasie od ostatniego epizodu stanowić będą swoisty powiew świeżości. Tymczasem filmowi wytwórni Universal dość daleko do angażującego. Aktorsko stoi całkiem nieźle, zwłaszcza Scarlett Johansson jako zorganizowana i skupiona na celu Zora zwraca na siebie uwagę. Jednak choćby potencjał tej postaci nie został w pełni wykorzystany. Choć z początku filmu bohaterka ma obiekcje przed podjęciem się zadania i zdawkowo mówi o traumatycznym finale poprzedniej misji, to w późniejszym etapie historii widz nie dostrzega u niej żadnych wewnętrznych trudności wynikających z przeszłości.

Twórcy dorzucają za to na arenę zdarzeń rejsującą rodzinkę, której statek zostaje zatopiony przez jedną z prehistorycznych kreatur. I choć przyznać trzeba, iż Manuel Garcia-Rulfo kreuje autentyczne emocje Reubena, ojca przerażonego o życie najbliższych, to cały ten wątek i skrzyżowanie go z losem ekipy Zory zdaje się być wepchnięty do fabuły na siłę, jak dodatkowa, choć niezbyt udana próba kupienia serca widza. Co więcej, łatwo przewidzieć dalsze losy wszystkich bohaterów, trudno za to się z nimi bardziej związać, choćby mimo tego, iż aktorzy dobrze się spisali. Choćby Jonathan Bailey cały emanuje pasją doktora Loomisa. Na wyróżnienie zasługuje jeszcze Mahershala Ali. Jego Duncan budzi sympatię, przekonuje empatią i stylem bycia. Odwrotne reakcje wywołuje z kolei Rupert Friend w roli Martina Krebsa. To bardzo zgrabnie zagrany antagonista. choćby oni nie są jednak w stanie rozkochać widza w „Odrodzeniu”. W pewnym momencie seansu pojawia się też ogólna refleksja, iż wbrew pozorom film ten wcale nie wnosi do franczyzy tak wiele nowego.

Spora część widzów uwielbia, gdy twórcy puszczają do nich oczko, subtelnie nawiązując do wcześniejszego dorobku serii. Ja również. Miło je znajdować w dialogach, czy w narracji, choćby w samym dźwięku i obrazie. Problem „Odrodzenia” jest jednak taki, iż tych nawiązań jest po prostu za dużo. Jeden z głównych bohaterów robił doktorat u kultowego Alana Granta, inny nieświadomie odtwarza akcję z czerwoną flarą z „Parku Jurajskiego”. I prawda, fragmenty oryginalnej ścieżki dźwiękowej cieszą, jednak kolejne sceny wprost bijące do kultowych ujęć ze starszych filmów budzą już pytania: czy twórcom skończyły się pomysły? A może sukces chcieli odtrąbić tylko na nostalgii?

„Jurassic World: Odrodzenie” to dość nierówny, budzący sprzeczne odczucia film. Efektami specjalnymi zachwyca i za to naprawdę życzę mu wygranej. Potrafi też rozbawić, momentami choćby bardzo, ale to nie wystarczy, by stał się zapamiętywalny. Po skończonym seansie widz nie odczuwa większych emocji, nie ma żadnych chęci, by w przyszłości do tej produkcji wrócić. Przeciwnie, pojawia się tęsknota za pełną klimatu, oryginalną trylogią. Problem całej serii „Jurassic World” jest taki, iż w końcowym rozrachunku jakościowo absolutnie nie umywa się ona do „Parku Jurajskiego”. Niezależnie od wielkości ogrodów, dzikości wysp, jakości CGI i ilości zębów w szczękach dinozaurów. „Odrodzenie” tylko to potwierdza i może lepiej, by siódme kinowe podejście do świata dinozaurów zostało tym ostatnim.

Marcin KLONOWSKI

Idź do oryginalnego materiału