Dla czytelników „Gazety Trybunalskiej” mam opowieść opartą na wydarzeniach absolutnie prawdziwych, które poznałem m. in. dzięki lekturze ksiąg parafialnych kościoła w Sulejowie – Podklasztorzu oraz aktów stanu cywilnego sądu w Opocznie.
Spław drzewa na Pilicy – rycina z roku 1871 r. Zbiory Jana i Tomasza Millerów. Kliknij, aby powiększyć.Działo się to w czasach, kiedy cesarz Napoleon walczył prawie z całą Europą. Wojny wojnami, a ludzie z czegoś żyć musieli. I dlatego Jakub Marcinkowski, gospodarz ze wsi Kolonia Kafar, w roku 1807 wsiadł na barkę w Sulejowie i miał popłynąć z transportem drewna do samego Gdańska. Jego kolegami, a w zasadzie towarzyszami niedoli, byli: Józef Kwiatkowski, włościan ze wsi Barkowice, lat 24 mający oraz Jakub Olsztyn, profesji bednarskiej, mieszkaniec wsi Stobnica, lat 50 sobie liczący. Praca na barce była bardzo ciężka i słabo płatna, a podejmowali się jej najczęściej ludzie bardzo biedni.
Tuż przed końcem podróży, będąc bardzo słabym, Jakub Marcinkowski musiał zejść z barki. Wielkie opuchlizny ogarnęły bowiem całe jego ciało i trzeba było szukać ratunku. Miejscem przymusowego postoju był zajazd pod Kwidzynem, mniej więcej osiem mil przed Gdańskiem. Jakub pozostał na miejscu, a jego koledzy popłynęli dalej.
Odcinek Pilicy wykorzystywany do spławu – koniec XIX i początek XX w. Zbiory Jana i Tomasza Millerów. Kliknij, aby powiększyć.Po skończeniu pracy Józef Kwiatkowski i Jakub Olsztyn raz jeszcze odwiedzili karczmę pod Kwidzynem, ale karczmarz oznajmił im, iż piątego dnia po ich odejściu Jakub Marcinkowski zmarł i został pogrzebany pod figurą znajdującą się nieopodal karczmy. Kiedy tylko powrócili do Sulejowa, wiadomość o chorobie i śmierci oraz o miejscu pochówku Jakuba Marcinkowskiego, zaraz przekazali jego żonie, Teresie Marcinkowskiej.
Życie toczyło się dalej. Mijały miesiące i lata, i wydawało się, iż sprawa śmierci Jakuba dawno została zamknięta. Za sprawą „koguta” stało się jednak inaczej. Po upływie czterech lat wdowa znowu poczuła „wolę bożą” i postanowiła powtórnie wyjść za mąż. Jej nowym wybrankiem był młodszy niemal o osiemnaście lat Maciej Cieślik. Oczywiście, małżeństwo nie mogło dojść do skutku, ponieważ nie istniało żadne urzędowe poświadczenie śmierci jej dotychczasowego męża, Wdowie jednak to nie przeszkadzało i rozpoczęła wspólne życie ze swoim nowym oblubieńcem. I wtedy rozpoczęła się szeroko zakrojona akcja, która miała zapobiec publicznemu zgorszeniu, które wywoływała niepowściągliwość Teresy i jej zażyłość z młodym kochankiem.
Dokument z roku 1811 zawierający opis samego zdarzenia – pierwsza strona. Zbiory Jana i Tomasza Millerów. Kliknij, aby powiększyć.Z tego powodu w dniu 9 sierpnia 1811 roku przed „urzędnikiem stanu cywilnego”, którym był ksiądz z sulejowskiego klasztoru cystersów, przeprowadzono specjalne postępowanie. Przesłuchano świadków, to jest wspomnianych już wcześniej Józefa Kwiatkowskiego oraz Jakuba Olsztyna. Swoje zeznania złożyła także wdowa, która oświadczyła, iż kupiec organizujący spław uznał śmierć męża i wypłacił jej całe należne mu wynagrodzenie.
Duchowny prowadzący przesłuchanie poparł wniosek wdowy, tak samo jak jego przełożony przeor Nachórski. Następnie dokumenty przekazano do Sądu Pokoju w Opocznie, a ten w dniu 14 sierpnia 1811 roku „wdowie Teresie Marcinkowskiej stanu gminnego lat 42 liczącej sobie w kolonii Kafar pod nr 4 zamieszkałej, wydał zgodę na powtórne wnijście w związki małżeńskie z Maciejem Cieślikiem rodem ze wsi Rapocie.”
Tak skończyła się ta interesująca historia z życia flisaków, a adekwatnie oryli, którzy dawno dawno temu zamieszkiwali nasze ziemie. My zaś dzięki „kogutowi”, który zawładnął jurną wdową oraz dzięki dokumentom, które zostały po całej sprawie, dowiedzieliśmy się, iż opowieści snute przez mieszkańców Sulejowa i okolic o działającym u nas porcie rzecznym, który pozwalał przewozić towary choćby do samego Gdańska, nie były żadną bajką.
→ Tomasz Miller
1.07.2026
• zdjęcie tytułowe: drewno spławione do Sulejowa w okolice mostu kolejowego, rok 1914, zbiory Jana i Tomasza Millerów
• więcej tekstów autora: > tutaj




