W drodze na siłownię spadł deszcz. Wydłużam sobie drogę, bo łażenie jest zbyt przyjemne, żeby było krótkie.
Znów wracam do domu w środku nocy, obok ruchliwej arterii i jest mi dobrze. W słuchawkach ulubione melodie, a w głowie sielanka wymieszana ze spokojem. Spokojem, którego było mi naprawdę potrzeba, albowiem i dziś i wczoraj miałem myślowe wysiłki nie zawsze lżejsze od tych ze sztangami. Jak dobrze, iż mogłem je spisać. Kiedy jestem zadowolony ze swoich postępów w tworzeniu, moja głowa czuje ulgę i satysfakcję. Książka ma 417 stron, a ciągle zdarza mi się edytować rozdziały, które napisałem w marcu zeszłego roku. Jako nastolatek, usłyszałem od jednej z bibliotekarek w mojej szkole, iż teksty literackie są żywe do momentu wydruku. Żywe, czyli poprawiane, raz w jednym, raz w drugim miejscu. Miała rację.