Justyna Kulikowska przyzwyczaiła nas do tego, iż jej wiersz nie bierze jeńców. Jest duszny, gęsty, osadzony w konkretnej geografii (Podlasie, Wissa, Biebrza) i w konkretnej klasie społecznej. We „Wnykach dla światła” ta strategia ulega ciekawej ewolucji. To już nie tylko przyszpilanie języka, ale precyzyjnie skonstruowana pułapka na język, na pamięć i na to, co zwykliśmy nazywać sacrum. Autorka rozstawia tytułowe wnyki nie po to, by zabić, ale by zatrzymać, choćby na ułamek sekundy, ten „rozwarty” świat, który wymyka się prostym definicjom.
Wiejska dyskoteka traum
Książkę otwiera fraza, która ustawia ton całej lektury: „I do mnie należy wiejska dyskoteka traum” (Mała rewolta). Kulikowska nie odcina się od peryferyjności, od błota i „kurewsko zielonego żyta”. Przeciwnie – ona rości sobie do nich prawo własności. W gestach zawłaszczania („złodziejstwo nazywania”) jest coś z aktu desperackiej samoobrony. Podmiotka Kulikowskiej to wciąż jedna z dziewczyn w słowiańskim przykucu, czekająca na pociąg Podlasiak na Dworcu Centralnym (Wypis z czekania). Ale tym razem jej perspektywa jest szersza, bardziej świadoma literackich i kulturowych kontekstów, z którymi wchodzi w zwarcie. Mamy tu przywołania Raine’a, Eliota, Audena, Carpentiera, a choćby nawiązania do encyklik Jana Pawła II (Laborem exercens, Dives in misericordia). Te wysokie rejestry są jednak natychmiast ściągane na ziemię, do poziomu „polerowanych kibli w Prince William Hotel”.

Justyna Kulikowska „Wnyki dla światła”, Wydawnictwo WBPiCAK
Rozwieszam hamak
między porządkiem rzeczy a porządkiem języka,
rozstawiam wnyki pomiędzy Carpentierem a brudem mowy
[według nich?] skażonej fabryką [według kogo?].
Zawierzam się semantyce jak wspólnocie spraw niewidzialnych;
od oddechów, przez góry, po stąpania,
żeby zapytać: czy jeżeli zawiedzie mnie precyzja
[precyzja jest kwestią najistotniejszą –
podobno kiedyś tak napisałam],
to sięgnę po wytrwałość?
Teraz patrz, jak leżę na hamaku rozwieszonym między frazami,
stając się złodziejem każdego z języków,
którego przechwyt się napatoczy,
choć nie mam złudzeń, iż i język ostatecznie mnie zdradzi.
Skoro wtedy – w prokuraturze na zadupiu,
gdzie mówi się: dla – zdradziło mnie prawo.
To zderzenie nie służy taniemu szokowaniu. Kulikowska pokazuje, jak wielka kultura i wielka religia (rzeczone „tłuste encykliki”) nie przystają do doświadczenia ciała, które pracuje, marznie i boi się, choć wciąż pragnie zderzyć się z metafizyką, która jakkolwiek wytłumaczy sens życia. „Nasza łacina była pokraczna i skrzywiona, wątła ta nasza łacina była, jak ramiona albo barki” – pisze w Pierwszym wierszu dla światła. Język wzniosłości pęka w zderzeniu z rzeczywistością pracy i wykluczenia.
Polowanie na precyzję
Tytułowe wnyki to metafora wielopoziomowa. Z jednej strony mamy tu dosłowność polowania, obecną w Wypisie z polowania. Kulikowska pisze o „ohydzie myśliwskiego postrzegania”, o patrzeniu na świat przez pryzmat celownika. Ale jednocześnie sama przyznaje się do bycia łowczynią, choć jej materią jest język. „Chodzi ci o to, aby nazwać rzecz; udźwignąć nienawiść, nazwę i frazę” – czytamy w Czterech rzutach bumerangiem.
Czy poezja jest tu aktem przemocy, czy odkrywania? I czy to drugie może istnieć bez pierwszego? Bohaterka wierszy mówi o „złodziejstwie nazywania”: próba opisania świata to próba jego schwytania, unieruchomienia, co zawsze wiąże się z ryzykiem okaleczenia. W wierszu Ostatni wiersz dla światła dziewczyna przyznaje wprost: „przyszło wysłuchiwać tych wszystkich głupotek (…), ale jak moglibyśmy wybaczyć rzeczy, / których nie udźwignie żadna konstrukcja języka”. Istnieją doświadczenia – straty, upokorzenia, zimna – które są zbyt ciężkie dla frazy. A jednak Kulikowska próbuje. Rozstawia wnyki „pomiędzy tym, jak jest, a być powinno” (Rozwieś hamak).
Czym jest ta zdobycz, na którą czeka? Chyba precyzją. „Najboleśniejszą z precyzji, jak cięcie ostrzem przez kości” (Co, jeżeli moje wnyki pozostaną puste). To nie jest poezja natchnienia, to poezja chirurgiczna, w której słowo ma oddzielać tkankę od kości, kłamstwo od prawdy. choćby jeżeli tą prawdą są tylko „gniazda jaszczurek ukryte w korzeniach robinii akacjowej”.
Kintsugi na kolanie
Niezwykle mocno wybrzmiewa w tym tomie estetyka pęknięcia. Kulikowska przywołuje japońską sztukę kintsugi – naprawiania rozbitej ceramiki dzięki laki z domieszką złota. Ale u niej to kintsugi jest „na kolanie, na chybcika, na wariata” (A jeżeli przyniosę dla was piękno). Nie ma tu medytacyjnego spokoju mistrza rzemiosła. Jest pośpiech, prowizorka, desperacja. „Piękno pęknięte”, o którym pisze poetka, to piękno „wywleczone z chaty za fraki”, piękno drzewa agarowego zainfekowanego grzybem. To estetyka błędu, skazy, blizny. W kontekście całej twórczości Kulikowskiej to istotny trop. Jej wiersze są jak te naczynia – posklejane z fragmentów wysokiej frazy i ulicznego bluzgu, z cytatów i podsłuchanych rozmów, z sierpniowej gorączki i ostatniego pogo na betonie.
Bohaterka wiersza nieustannie negocjuje swoją fizyczność z otoczeniem. Jest „małą wieśniaczką w ortalionowym dresie”, która woła De Profundis. Ten dres – symbol statusu, a raczej jego braku, stygmat i zbroja w jednym – staje się tu, paradoksalnie, szatą liturgiczną w tej nowej litanii do „błędnego ognika, zwodniczej łajzy”.
Światło, które parzy
Czym jest tytułowe światło? Na pewno nie tylko metafizyczną jasnością, która przynosi ukojenie. Światło u Kulikowskiej bywa nieprzewidywalne, agresywne. To „policyjne latarki”, „dyskotekowe kule”, „rozgałęzienia pioruna”. W Ostatnim wierszu dla światła poetka przytacza słownikowe definicje: „blask, przebłysk, odbicie, refleks (…) i, kurwa, żar. Żar”.
Światło nie oświetla drogi – po prostu oślepia. Albo wypala. W świecie, który opisuje Kulikowska – świecie „brunatniejącym z dnia na dzień” (Otwórzcie wnyki) – światło jest towarem deficytowym, albo wręcz zagrożeniem. „Nasza gotowość do ucieczki jest święta” – pisze. Ucieczki przed czym? Może właśnie przed tym światłem, które demaskuje, które wydobywa z mroku to, co chcielibyśmy ukryć: biedę, wstyd, prowizorkę naszego istnienia.
Liturgia peryferii
A jednak jest w tym tomie pragnienie „zachwytu”. Bumerang, który powraca w kolejnych wierszach, ma na imię „sumienie”, ale też „śmiałość patrzenia” i właśnie „zachwyt”. Kulikowska walczy o prawo do zachwytu w świecie, który oferuje jej tylko „piękno otrzepane z zaschniętego czarnoziemu”. I jest w tej walce niezwykle wiarygodna. Jej zachwyt nie jest naiwny. Jest „bezczelny” (Mała rewolta). Jest aktem oporu.
Nie sposób nie zauważyć, jak mocno najnowszą książkę przesiąknął styl biblijny, który ulega zarówno procesowi profanacji, jak i ponownego uświęcenia. Mamy litanie, błogosławieństwa, psalmy (De Profundis). Kulikowska „kradnie” ten język Kościołowi i oddaje go „wspólnocie spraw niewidzialnych”: rybom, korzeniom, bengalskim kotom.
Zwrot ku temu wszystkiemu, co poza oficjalnym porządkiem, ku duchowości, która nie potrzebuje katedr, ale dotyku, materii, konkretu. W Pokracznej litanii modlitwa zanoszona jest do „zwodniczej łajzy”. To bluźnierstwo? Niekoniecznie. To raczej rozpaczliwe poszukiwanie jakiegokolwiek adresata w pustym niebie. „Czy też przespałeś tysiąc lat, aby obudzić się po lat tysiącu? / Napełnić brzuch, w odwecie za cały głód” – punktuje w Mojej małej rewolcie.
Warto zwrócić uwagę na warstwę wizualną (jeśli mamy w rękach wersję z grafikami), która dopełnia ten obraz – kolażową, poszarpaną, nakładającą na siebie naturę i abstrakcję, święte i heretyckie, bo wyciągnięte z talii kart tarota. To wizualne kintsugi, korespondujące z „rozpruwaniem” tekstu nawiasami kwadratowymi, wtrąceniami, dopiskami „w domyśle”. Kulikowska nie pozwala nam płynąć przez wiersz. Zmusza nas do potykania się, do zatrzymywania, do wpadania w rozstawione przez nią wnyki składni.
Złodziejka, która oddaje łup
Justyna Kulikowska napisała książkę o kosztach: awansu klasowego (który zawsze jest trochę zdradą), o kosztach pisania (które jest kradzieżą cudzych historii), o kosztach przetrwania w systemie, który każe nam negocjować znaczenia zamiast po prostu żyć. „Skoro uciekam się do precyzji nazywania” – mówi w A jeżeli przyjdzie mi wypowiedzieć ostatnie słowo – to kończy się to „techniką kielicha”. Gwizdaniem na palcach. Gestem łobuzerskim, plebejskim, a jednocześnie jakoś ostatecznym.
Wnyki dla światła to tom znakomity, bo niewygodny. Nie głaszcze po głowie i – jak zwykle przy okazji książek poetki, nie daje prostych recept na czas marny. Przypomina, iż pewność bywa zwodnicza, a tożsamość jest czymś, co trzeba nieustannie zszywać – byle czym, jutowym sznurem, słowem, krzykiem. Jak pisze w jednym z wierszy, „Na szczęście w internetowym słowniku języka polskiego istnieje sto trzynaście synonimów dla wyrazu światło”. Kulikowska wybiera ten sto czternasty, nienazwany, ten, który więźnie w gardle. I każe nam go przełknąć.




