Po 16 latach Zły ma kolejną premierę w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Tym razem za adaptację powieści Leopolda Tyrmanda odpowiada Krzysztof Garbaczewski. Zabiera nas w prawie pięciogodzinną podróż po przestępczych zakamarkach stolicy.
Miejski koloryt, język ulicy, lokalny folklor, PRL-owskie realia, to walory opowieści, dzięki której poznajemy warszawski półświatek, podziwiamy czujność Milicji Obywatelskiej, śledzimy interesująco zapowiadający się romans, aż wreszcie zostajemy wciągnięci w wielki kryminalny przekręt, dla którego okazją ma się stać pewien piłkarski mecz.
Zły jest historią o wielobarwnej Warszawie. Mieście pełnym tajemnic, przekrętów i przemocy. Społeczeństwie, które oszukuje, kradnie i zabija. Stolica wpływa na człowieka, a człowiek na stolicę. Przed złem, które otacza z każdej strony, nie da się uciec. Dlatego spektakl wychodzi z ram sceny i odbywa się w różnych miejscach. Przez większość czasu sytuacje z innych przestrzeni są pokazywane widzom na ekranie lub wyświetlane na dekoracjach. Teatr Powszechny, oprócz samego spektaklu, oferuje również “kolację ze Złym”. Odbywa się ona w niedostępnym dla pozostałych widzów foyer przerobionym na PRL-owski bar mleczny. Akcja dziejąca się poza sceną jest pokazywana okiem kamery, która śledzi różne postaci.
Pierwszy akt jest na pozór chaotyczny. Widz nieznający treści powieści Tyrmanda z łatwością może pogubić się w natłoku informacji i nazwisk. Dopiero drugi akt, rozgrywający się chronologicznie przed wydarzeniami pierwszego, tłumaczy oglądane wcześniej sceny. Wprowadza to pewien zamęt, gdyż początkowe półtora godziny zdaje się składać z losowo wybranych sytuacji. Sprawia to jednak, iż ułożenie fabularnych puzzli podczas trwania drugiego aktu jest bardziej satysfakcjonujące. Trzecia część również pokazuje poznaną już wcześniej sytuację, jednak robi to z innej perspektywy. W ten sposób historia, którą poznajemy już od czterech godzin, uzupełnia się i łączy w całość. Brakuje jednak spójnego zakończenia. O ile drugi akt porządkuje informacje, o tyle trzeci ponownie wprowadza zamęt. Pomimo prawie pięciu godzin sztuki, Złemu Garbaczewskiego brakuje pewnej ciągłości. Kultowa historia zaczyna się gubić w nowatorskich pomysłach reżysera. Ponadto ta część spektaklu wychodzi poza strony książki, co nie pomaga w odnalezieniu się w fabule. Dzieje się to za sprawą przydługiego monologu Andrzeja Kłaka o życiu artysty i walce ze światem.
Materiały promocyjneZobacz także: Toń – recenzja spektaklu. Jak wojna zmienia człowieka
Monologiem zachwycał za to Mateusz Łaskowski. Opowiadał o sensie istnienia, poszukiwaniu siebie i walce z rzeczywistością. Na scenie towarzyszył mu nietypowy partner. Konkuruję bowiem o uwagę widzów z robotycznym psem. Nie odebrało to jednak mocy jego wypowiedzi. Niesamowita wrażliwość ukryta za niskim głosem Łaskowskiego potęguje emocjonalny wydźwięk monologu. Choć oczy, najważniejszy atrybut aktora, były schowane za soczewkami, budowały nastrój i wywoływały wzruszenie.
Interesującym posunięciem castingowym jest obsadzenie kobiet w męskich rolach. Musiała się z tym zmierzyć między innymi Anna Ilczuk. Perfekcyjnie odnalazła się w skórze prezesa spółdzielni Woreczek. Choć jej postać odbiega od pierwowzoru książkowego, tworzy ona przekonującego bohatera. Swoją charyzmą wypełnia scenę i sprawia, iż chce się na nią patrzeć. Zawładnęła drugim aktem, stąpając w męskich butach po brutalnej warszawskiej rzeczywistości.
Materiały promocyjneZobacz także: Osiecka. Dzikość serca – recenzja spektaklu. Musicalowe życie
Wśród tak licznej obsady ciężko wymienić wszystkie zdumiewające kreacje aktorskie. W Złym nikt nie odstaje; każdy zachwyca na swój sposób. Swoją unikalnością wyróżniają się jednak Julia Latosińska, Tomasz Kocuj oraz Michał Czachor. Warto podkreślić, iż pierwsza dwójka należy do zespołu Teatru Powszechnego dopiero od tego sezonu (podobnie zresztą jak Paweł Charyton, który również zachwycał). Cała trójka stworzyła wyjątkowe postacie, które wciągają widza w głąb historii. Mimo ograniczonego czasu scenicznego byli w stanie zbudować bohaterów, którzy swoją energią i sposobem bycia zapadają w pamięć.
Pięciokrotnie akcja zwalniała, by Andrzej Kłak oraz Mamadou Góu Bâ mogli przenieść widzów w świat muzyki. W duecie wykonywali bowiem Avec le temps. Utwór o przemijaniu, wykonywany całkowicie na żywo, wzmacniał poczucie bezsensu względem wydarzeń na warszawskich ulicach. Gdy mieszkańcy stolicy gonią za pieniędzmi i władzą, powracający motyw muzyczny przypomina, iż trzeba odpuścić. Jak mają jednak odpuścić, gdy w mieście grasuje Zły? I kim adekwatnie jest Zły? Z częściową odpowiedzią przychodzi bitwa gangów w rytm polskiej wersji Bad Michaela Jacksona. Spektakl na chwilę zmienia się w musical, który rozluźnia atmosferę. To uczucie nie trwa jednak długo. Chwilę potem akcja powraca na niebezpieczne ulice Warszawy.
Plakat spektakluZobacz także: Sen nocy letniej – recenzja spektaklu plenerowego
Podczas oglądania wydarzeń z innych przestrzeni, na wspomnianym wcześniej ekranie, można doznać uczucia odrealnienia. Dzieje się tak za sprawą modyfikacji, które sztuczna inteligencja wprowadza na wyświetlany obraz. Im bardziej miasto pogrąża się w alkoholu i nienawiści, tym mniej rzeczywisty świat oglądamy. Nasuwa się jednak pytanie, czy używanie AI w tak dużej ilości przez instytucje artystyczne jest podążaniem za zmieniającym się światem czy sprzecznością z ich założeniami. Teatr tworzą ludzie. Wszystko dzieje się na żywo; jest niepowtarzalne i nieprzewidywalne. Powstaje więc konflikt moralny: czy AI wpisuje się w te ramy? W przypadku Złego sztuczna inteligencja została wykorzystana nie tylko do modyfikowania obrazu z kamery, ale również do promocji spektaklu. Przedstawienie tej historii jest na tyle nowatorskie, iż nie potrzebuje AI, by dodać “nowoczesności”.
W artystycznym świecie wykorzystanie takiej ilości sztucznej inteligencji uważam za absolutnie niepotrzebne. Podobny efekt odrealnienia z pewnością dałoby się uzyskać pracą człowieka. Byłoby to trudniejsze, jednak sztuka zyskałaby zupełnie nowy wymiar. Szczególnie biorąc pod uwagę, iż momentami rozmiar zmian obrazu uniemożliwiał zrozumienie, co się dzieje. Jak połączy się to ze zbyt głośną muzyką nachodzącą na dialogi lub mamrotaniem aktorów, są momenty, które są całkowicie niezrozumiałe. Widać (a raczej – nie widać) to doskonale w jednej ze scen trzeciego aktu. Po dramatycznej interakcji między postaciami jedna z bohaterek chowa się w głębi dekoracji. Podąża za nią kamera, jednak przez zniekształcenia nie da się nic dojrzeć, co osłabia dramatyzm sceny.
Materiały promocyjneZobacz także: Na rauszu – recenzja spektaklu. Z nami się nie napijesz?
Zastanawiająca jest również sama scenografia. Styropianowe ściany, które aktorzy przesuwają, by te mogły kręcić się na ruchomej scenie, są powycinane w taki sposób, by przypominały wnętrze starej kamienicy. Pojawiają się też wycięta rzeźba i zwyczajne dziury. Ściany sprawdzają się jako rekwizyt, ale zawodzą, gdy trzeba z nimi zrobić cos więcej, niż tylko przesunąć. Z racji lekkości materiału ruszają się, gdy aktorzy się o nie opierają. Niejednokrotnie wyglądało, jakby miały runąć. W porównaniu z zadziwiającymi kostiumami, dekoracja wydaje się płaska.
Krzysztof Garbaczewski zdecydował się na odważną interpretacje kultowej powieści Tyrmanda. Te kilka godzin mija przyjemnie, jednak są okraszone drobnymi rozczarowaniami. Zły ponownie przejmuje Warszawę i robi to w zaskakujący sposób. Za sprawą humoru, połączonego ze wzruszeniem i przeżyciami muzycznymi, Garbaczewski wiernie przenosi nas do PRL-owskiej rzeczywistości stolicy.
Fot. główna: materiały promocyjne Teatru Powszechnego




