Z tyłu sklepu czyli zwierzenia księgarza z Mississaugi

bejsment.com 1 miesiąc temu

„Pani to ma dobrze” – słyszę często od ludzi wchodzących do księgarni.

„Posiedzi sobie Pani, poczyta, muzyki posłucha, zazdroszczę”. Kiedyś jeszcze dodawali – „filmy Pani sobie poogląda”, ale odkąd włamali się do księgarni po raz kolejny i następny i ukradli trzeci z rzędu telewizor, filmów już nie pokazujemy.

Zresztą nie o filmy w księgarni chodzi, a o książki. Moje całe życie jest nimi wypełnione. Czytam książki i czytam o książkach. Rozmawiam o książkach, polecam książki, a także zamawiam je i staram się je sprzedawać, choć z tym ostatnim punktem tej książkowej wyliczanki jest różnie.

Zawodowo z rynkiem czytelniczym jestem związana blisko 23 lat. Na tym polu przeżyłam różne trendy, kierunki i fazy. Kiedyś rozczytywaliśmy się w J. Chmielewskiej i S. Lemie. Dziś króluje R. Mróz i K. Michalak. Oczywiście to duże uproszczenie tematu, wszak nie sposób pisać tutaj o wszystkich bestsellerowych autorach, którzy zostali wyparci przez innych bestsellerowych autorów. Jak we wszystkim również w literaturze istnieją mody.

Od kilku lat, za sprawą J. Kuciel-Frydryszak i jej „Chłopek” („Chłopki. Opowieść o naszych babkach”) przeżywamy modę na ludową historię Polski. Wszystko co z chłopstwem związane sprzedaje się świetnie, a przecież jeszcze kilka lat temu sprowadzałam do księgarni herbarze, bo szukaliśmy w nich swoich szlacheckich korzeni.

Praca w księgarni to nie tylko czytanie książek i analizowanie literackich mód, choć i to jest ważne. To również rozmowy z klientami. Przyjmowanie ich uśmiechów i złych humorów.

Nie jestem w stanie policzyć, ile razy zbluzgano mnie za sprzedawanie książek Olgi Tokarczuk czy Wisławy Szymborskiej, ale nikt z tych osób nie zobaczył, iż na drugim końcu stołu leżą książki Stanisława Michalkiewicza czy Rafała Ziemkiewicza.

Księgarnia Pegaz to miejsce, które otwiera drzwi dla wszystkich czytelników, z różnym temperamentem i poglądami, choć czasami bywa naprawdę ciężko.

Ostatnio Pan się dziwił się, iż w ofercie mamy dania kuchni meksykańskiej, a przecież to polska księgarnia.

„A dlaczego w księgarni ma Pani tak dużo romansów polskich pisarek?“ Na to pytanie nie umiałam znaleźć błyskotliwej riposty.

W sprzedaży mamy kilka tysięcy okolicznościowych kartek, na różne okazje, ale i tak przyjdzie klientka i westchnie – tylko tyle? „Bo ja bym chciała z gerberą”.

Takich historyjek wystarczyłoby na całą książkę.

Rynek księgarski wypełniony jest po brzegi arcyciekawymi pozycjami. Oficyny wydawnicze wyrastają jak grzyby po deszczu i tylko mali księgarze walczą o przetrwanie.

Lokalni dilerzy książek nie są w stanie konkurować z gigantami, z rynkiem audiobooków, i e-booków. Księgarnia to często zmora sprzedawców książek i ich największa miłość. Miejsce wielu trosk i wielu radości. I choć biznes taki nie jest w stanie zagwarantować godnego życia, wolnego od finansowych tyłów, to jednak trzymamy się tych sklepików z książkami jak naiwni romantycy wzniosłych myśli.

Z niepokojem sprawdzamy tygodniowe saldo zastanawiając się jak te węzełki finansowe połączyć, żeby dotrwać do świąt Bożego Narodzenia. A wtedy, tak mniej więcej od listopada do 23 grudnia wszyscy kupują książki, niezależnie od ceny czy wydania. Byle był ten konkretny tytuł i ten konkretny autor, bo tak chciała babcia czy ciocia.

Tymczasem mamy końcówkę lutego, tłumów w księgarni nie widać. Siedzę w pustym sklepie i przeglądam stare gazety, których nikt nie kupił. Trzeba będzie oddać je na makulaturę, za chwilę będą całkiem nieaktualne. W czwartek przyjdą nowe. A za te niekupione, wyrzucone i te nowe trzeba tak samo zapłacić.

Może stąd ucieknę, zostawię te księgarniane troski, wezmę do ręki piękną powieść i choć przez chwile będę udawać, iż codzienność mnie nie dotyczy.

Agata Kusznirewicz
Księgarnia Pegaz

Idź do oryginalnego materiału