Wiesz co, miałam pięćdziesiąt lat, kiedy w końcu wyszłam za mąż. Byłam przekonana, iż wreszcie znalazłam szczęście, ale choćby nie wyobrażałam sobie, co mnie jeszcze czeka.
Zawsze byłam jedną z tych kobiet, które biorą ślub później niż inni. Niestety, moja późna miłość gwałtownie się zakończyła.
Ludzie często nazywali mnie mądralińską, bo naprawdę uwielbiałam się uczyć. Skończyłam magisterkę i pracowałam jako bibliotekarka. Przez wspólnego znajomego poznałam przyszłego męża miał wtedy 59 lat, ale wcale nie był zdesperowany, po prostu szukał żony. Ja byłam od niego młodsza o dziewięć lat. Andrzej od razu wpadł mi w oko. Był wykształcony, kulturalny i naprawdę interesował się poezją oraz książkami. Zaczęliśmy rozmawiać, zaiskrzyło, a po kilku miesiącach poprosił mnie o rękę.
Zgodziłam się z nadzieją na rodzinę, której od dawna mi brakowało. Po ślubie zamieszkaliśmy u mnie, bo córka Andrzeja z mężem i dziećmi już zajmowali jego mieszkanie. Szczerze, nie miałam pojęcia, do czego to wszystko prowadzi. Przez tyle lat mieszkałam sama, a nagle wszystko się zmieniło i zaczęło mnie to przerastać. Plama na obrusie, zmięta narzuta, porozrzucane skarpetki i masa dziwnych rzeczy, których nigdy nie było w moich planach… Wszystko doprowadzało mnie do szału. Miałam wrażenie, jakby on zatrzymał się w hotelu, a ja byłam od zarządzania domem i dbania o wszystko. Z finansami też był nie najlepiej. Szczerze mówiąc, straciłam cierpliwość, kiedy zamiast naprawić kran to go jeszcze bardziej popsuł, a dopiero potem przyznał się i wezwał hydraulika.
Wtedy dotarło do mnie, iż nie chcę poświęcać własnego spokoju i cierpieć w imię cudzych przyzwyczajeń przecież oboje jesteśmy dorośli i mamy zupełnie inne nawyki. Niedługo później przeprowadziliśmy poważną rozmowę; okazało się, iż on jest absolutnie zadowolony ze wszystkiego. Jestem raczej spokojna, nie lubię kłótni. Ale nie udało się nam dogadać po dobroci córka Andrzeja już zaplanowała całe życie w mieszkaniu taty, sądząc, iż on już na zawsze będzie mieszkać ze mną. Dopiero po trzech miesiącach zgodził się na rozwód. Zażądał zwrotu prezentów ode mnie. Oddanie kosza na śmieci i łańcuszka naprawdę nie kosztowało mnie nic.
Ta historia sprawiła, iż zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle da się zbudować szczęśliwą rodzinę po pięćdziesiątceKiedy drzwi zamknęły się za Andrzejem, poczułam ciszę tak głęboką, jakby cały dom odetchnął. Poszłam do kuchni, zaparzyłam herbatę, rozsiadłam się na fotelu i po raz pierwszy od dawna pozwoliłam sobie na spokój. Uświadomiłam sobie, jak bardzo potrzebowałam właśnie tego własnej przestrzeni, własnych myśli i własnych błędów, które już nie wydają się aż tak wielkie w porównaniu z cichym domem i kubkiem gorącego naparu.
Pewnego ranka po rozwodzie obudziłam się z uczuciem lekkości. W słoneczną sobotę włożyłam sukienkę w kwiaty i wyszłam na spacer po parku. W bibliotece czekały na mnie nowe pozycje do przeczytania, w kawiarni znajome twarze, a wieczorem długie rozmowy z przyjaciółkami. Moje życie nie było idealne, ale wreszcie stało się moje.
Zrozumiałam jedno: szczęście nie przychodzi na komendę i nie zawsze trzeba je tworzyć wspólnie z kimś innym. Czasami trzeba mieć odwagę powiedzieć sobie dość i wybrać siebie. Każdego dnia odkrywam kawałki siebie, które przez lata pokrył kurz kompromisów i oczekiwań. I chyba właśnie to jest prawdziwa wolność umieć żyć po swojemu, choćby jeżeli z boku wygląda to nieco niecodziennie.
A jeżeli jeszcze kiedyś spotkam miłość? Bardzo dobrze. jeżeli nie też dobrze. Bo już wiem, iż potrafię być szczęśliwa we własnym towarzystwie, z kubkiem herbaty i książką w ręku.








