23 czerwca, moje siedemdziesiąte urodziny
Dziś rano znów wstałem przed świtem, aby sprawdzić, czy świnie nie wymknęły się z zagrody. Wioska nad Wisłą, nasz dom z rozległym polem i stawem przy rzece to jedyne miejsce, które naprawdę znam. Po trzydzieści latach od śmierci Marii, mojej ukochanej żony, wciąż czuję jej zapach w ziołach, które uprawiam, i w dźwięku wody, gdy rybuję.
Miałem trzech dzieci. Dwóch synów Piotr i Łukasz od młodości byli zamieszani w bójki i kłótnie. Przenosiłem ich z jednej szkoły do drugiej, aż w końcu trafili pod opiekę wyjątkowego nauczyciela fizyki, który dostrzegł w nich ukryty talent. Nagle przestało się bić, przestały się kłótnie. Ich wyniki w konkursach przyrodniczych i matematycznych poszybowały w górę, a ja poczułem ulgę, iż w końcu znalazłem dla nich adekwatny kierunek.
Nasza córka, Jagoda, zawsze była nieco zamknięta w sobie. W szkole niełatwo jej było nawiązywać kontakty, a psycholog szkolny już nam proponował wizytę u psychiatry. Wtedy w klasie pojawił się nowy nauczyciel literatury, który założył koło młodych pisarzy. Jagoda od tego dnia pisała od świtu do zmierzchu. Jej opowiadania najpierw pojawiały się w szkolnym gazetniku, a później w lokalnych klubach literackich. Dziś jej talent przyniósł jej stypendium na Wydział Literacki Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Synowie po szkole dostali stypendia na prestiżowy Uniwersytet Wrocławski, wydział Matematyki i Fizyki, a Jagoda ruszyła studiować literaturę. Zostałem sam. W ciszy, którą napełniał jedynie wycie wilka w oddali, zająłem się wędkarstwem, ogrodem i hodowlą świń. Nasz dom i ogromny kawałek ziemi przy rzece dawały mi możliwość zarobku, choć odkryłem, iż inżynier w fabryce zarabia mniej niż ja, który sprzedaje własne plony i ryby.
Zrozumiałem, iż wciąż mogę pomóc dzieciom kupić im tanie, ale sprawne samochody, dorzucić na kieszonkowe i zapewnić porządny ubiór. Jednakże czas stał się jeszcze cenniejszy cały dzień wypełniał się pracą na gospodarstwie i handlem na lokalnym targu. Lubiłem to, więc kolejne dziesięć lat mijało w monotonnym rytmie, aż zbliżył się mój siedemdziesiąty jubileusz.
Mój plan był prosty: świętować w samotności, w domu, przy butelce wódki, wspominając Martę i mówiąc, jak dorosły się stało nasze potomstwo. Mężczyźni już dawno wchodzili w tajne projekty dla Ministerstwa Obrony i nie mogli wyjść na weekend. Jagoda jeździła między sympozjami literackimi, a ja nie chciałem ich niepokoić zaproszeniami.
Sam chyba sobie poradzę pomyślałem. Nie ma tu nic do uczczenia, tylko ja i cisza.
Jednak już o świcie, kiedy wychodziłem z domu na podświetloną jeszcze gwiazdami łąkę, natknąłem się na coś niezwykłego wydłużony przedmiot owinięty w białą plandę.
Co to jest? wykrzyknąłem, gdy nagle rozbłysły reflektory. Na polanie pojawiły się ludzie z bocznych zagrod. Byli to moi synowie z żonami i wnukami, kilku kuzynów, a przy nich Jagoda w towarzystwie wysokiego mężczyzny w okularach z grubymi szkłami. Wszyscy trzymali balony, dmuchali w słomki i puszczali przyciski nadmuchujących się pojemników, krzycząc i machając rękami.
Wszystkiego najlepszego, tato! wykrzyknęli jednocześnie.
Zapomniano o tajemniczym przedmiocie. Nie dałem się już wrócić do domu, bo żony i zięciów rzucili się na stół, by przygotować posiłek. Jagoda podeszła, uśmiechając się, i powiedziała:
Poczekaj, tato, pozwolisz, iż zawiążę ci oczy?
Zgodziłem się, a ona zawiązała mi mocno tkaninę na karku i poprowadziła mnie w nieznane.
Co wymyśliliście? pytałem, czując, iż serce mi przyspiesza.
Prezent odpowiedział Piotr, podając mi koszyk.
Tani? spytałem, choć nie potrzebowałem niczego.
Nie martw się, tato dodał Łukasz. To drobny upominek, znak wdzięczności.
Jagoda zdjęła mi opaskę, a z głośników popłynęła muzyka, a bębny zatrzęsły się w rytm. Trójka dzieci zbliżyła się do owiniętego przedmiotu i razem zerwała plandę.
Pod jasnym światłem reflektorów ujrzałem Oldsmobile F88 nie istniejący w Polsce, ale zamiast niego stał przed nami lśniący, nowy Polski Fiat 125p z lśniącą karoserią. Zemdleiłem ze zdumienia i ledwo nie upadłem, ale synowie podtrzymali mnie i usiedli mnie na krześle.
O Boże, Boże, Boże! powtarzałem.
Spokojnie, tato spryszczała mnie Jagoda wodą z butelki. Przecież całe życie marzyłeś o takim aucie.
Ale to przecież drogie jęknąłem.
Nie droższe niż złoto odparł Piotr.
Zachęceni, poprosili, żebym usiadł w fotelu i pozował do zdjęć. Otworzyłem drzwi, a w środku stała kartonowa pudełko.
Co to? zapytałem.
Otwórz rzekła Jagoda.
Wewnątrz znajdowały się dwa małe oczy. Wyciągnąłem małe, puszyste ciałko i przytuliłem je do siebie:
Prawdziwy kotek! krzyknął Łukasz. Taki sam jak nasz domowy Burek, którego miałeś z Martą. Pamiętacie go?
Oczywiście, tato odpowiedzieli wszyscy, a ja poczułem łzy spływające po policzkach. Pokazałem im zdjęcie Marii, a w myślach szeptałem:
Widzisz, Marto? Wykonałem to. Nic nie zostało zapomniane Czy widzisz?
Dzieci nie pozwoliły mi długo zostać samemu. Stół w dolnej części domu był już nakryty, a w powietrzu unosiły się toastowe kieliszki. Jagoda szepnęła mi do ucha, iż jest w czwartej ciąży i przyjechała ze swoim narzeczonym, który przyjedzie po rodzicach do Nowej Anglii, a za dwa tygodnie planują ślub w kościele w mieście.
Nie masz nic przeciwko? zapytała.
To chyba sen, odpowiedziałem, całując ją w czoło.
Wieczór upłynął przy rozmowach, jedzeniu i wspomnieniach. Po kolacji udałem się na grób Marii, usiadłem przy niej i rozmawiałem, jakby wciąż była przy mnie. Życie nabierało nowego sensu, zwłaszcza iż w garażu stał ten Fiat. Musiałem kupić ubrania na tę okazję, wsiąść i pojechać do pobliskiego miasta.
Na łóżku spoczywał mały, tajski kociak, którego nazwałem Tomkiem.
Tomku mruknąłem, powtarzając jego imię. Kotek mruczał i rozciągał się, kiedy ja lekko go pogłaskałem i zasnąłem.
Rano wstałem wcześnie, by nakarmić świnie i zająć się ogrodem, a w tle wciąż słychać było szum rzeki. W dolnym pokoju spali Jagoda z narzeczonym. Rano chłopcy z rodzinami wyjechali, a cisza wypełniła dom. Tomek podążał za mną, wpadł do poidła dla świń i zaplątał się w sieci na łodzi, po czym próbował zjeść przynętę dla ryb. Śmiałem się, głaszcząc go po plecach.
Jakby młodość wróciła mówiłem do kota, a on ugryzł mnie delikatnie pazurkiem.
Ten zapis to tylko przypomnienie dla tych, którzy jeszcze mogą odwiedzić swoich rodziców:
Nie czekajcie na jutro. Jedźcie już dziś.






