„Na potęgę Posępnego Czerepu! Mam władzę!”, krzyczał umięśniony heros na tle przecinających niebo błyskawic (dopiero później druga część inkantacji została w polskiej wersji językowej zmieniona na bardziej chwytliwe „Mocy, przybywaj!”), co oznaczało wstęp do widowiskowej bijatyki. Fantasy mieszało się z elementami science fiction, walki można było toczyć równie dobrze dzięki czarów co pistoletów laserowych, a w finale odcinka jeden z bohaterów wygłaszał stosowny morał: czy to zachęcający do aktywności fizycznej lub dzielenia się swoimi problemami z rodziną, czy przestrzegający przed zażywaniem narkotyków. Ejtisowa telewizja w szczytowej formie: pstrokaty konglomerat wszystkiego, co akurat popularne, niemiłosiernie kiczowaty, a zarazem zapadający w pamięć.
Do Polski serial „He-Man i Władcy wszechświata” trafił krótko przed transformacją, TVP zaczęła emisję niewcześniej niż w 1987 r. i – jak wszystko, co amerykańskie i kolorowe – opowieści te gromadziły młodocianą publiczność przed odbiornikami. Mimo iż większość polskich widzów nie znała kontekstu, w jakim herosi z Eternii pojawili się w kulturze popularnej.
















