
Jedno ze źródeł filmowego Dusiołka – “Nocna Mara” Füssliego / Źródło: wikimedia commons
Film „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” został obsypany nagrodami na największych polskich festiwalach. Krytycy już od miesięcy wyśpiewują peany na cześć pełnometrażowego debiutu Emi Buchwald, w którym widzą nadzieję polskiego kina. Wyczekiwany od lat powiew twórczej świeżości. Podobne opinie warto jednak zweryfikować na własną rękę, zwłaszcza gdy film nazywany jest portretem pokolenia. Na ile uniwersalna może okazać się opowieść o grupie majętnych Warszawiaków?
„Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” to kameralna opowieść o czwórce rodzeństwa. Bohaterowie są od siebie zupełnie różni, każdy z nich próbuje wydeptać swoją własną ścieżkę. W meandrach dorosłego życia łatwo się jednak pogubić, rodzina staje się wtedy niezawodną siatką bezpieczeństwa. Relacja bohaterów jest źródłem bezinteresownego wsparcia, potrafi jednak także przytłaczać. Przedkładanie potrzeb drugiej osoby ponad swoje własne musi w końcu doprowadzić do jakiegoś przełomu. Czas pokaże, czy przyniesie on pozytywne zmiany.
Ich czworo
Każda z postaci wykreowanych przez Emi Buchwald zdaje się reprezentować inny ze znanych nam „problemów młodego pokolenia”. Najstarsza Jana to wcielenie perfekcjonizmu. To ona przejmuje inicjatywę, gdy reszta rodzeństwa pozostaje bierna. To ona odnosi sukcesy w życiu zawodowym, które traktuje bardzo poważnie. Nastka jest studentką, nie ma jednak określonego planu na przyszłość. Tkwi w niedookreślonych relacjach, nie potrafiąc w pełni otworzyć się przed kimś spoza kręgu rodzinnego. Franek w próbach odnalezienia własnego „ja” popada w toksyczne relacje i używki. Benek w ogóle stroni od ludzi, poza rodziną nie ma adekwatnie nikogo. Brakuje mu celu, a odejście od utartych schematów codzienności wywołuje w nim panikę.
W każdej postaci łatwo odnaleźć cząstkę siebie, usłyszeć echo własnych doświadczeń. Rozterki bohaterów potraktowane są jednak wyłącznie fasadowo. Nie dowiadujemy się o nich niczego poza najogólniejszym rysem „problemu”, z którym się zmagają. choćby relacja całej czwórki rodzeństwa, mająca stanowić główny trzon filmu, nie zostaje pogłębiona ani zniuansowana. W jednej ze scen Jana narzeka na rolę „siostry-matki”, twierdząc, iż bycie pierworodną niesie za sobą szereg obowiązków. Czy to właśnie w nich można szukać źródła jej charakteru? Skrywania emocji pod maską spokoju i opanowania do momentu, aż nie wybuchną one ze zdwojoną siłą? Tego się z filmu nie dowiemy. Szereg potencjalnie ciekawych i wartych rozbudowania motywów zostaje dotknięty jedynie powierzchownie i bez większego wpływu na rozwój fabuły.
Analogicznie poprowadzona jest postać Franka, będąca w filmie źródłem głównego konfliktu. Bohater chce odnaleźć siebie w oderwaniu od rodzeństwa. Czuje, iż jest od nich zbyt zależny, iż potrzebuje przerwy od bycia jedynie częścią całości, a nie jednostką samą w sobie. Miota się między mieszkaniami sióstr, krzywdzi brata, rozstaje i schodzi się z dziewczyną. Kiedy wydaje się, iż bliski jest przełom, Franek znów wraca do punktu wyjścia. To o nim myśli Nastka, spotykając się z (nie do końca) chłopakiem, to o niego martwi się Jana, na niego obrażony jest Benek. Żaden z tych wątków nie rozwija się jednak w satysfakcjonujący czy pogłębiony sposób.
Podobny niedosyt pozostawia również wykorzystanie przestrzeni. Film otwiera piękne długie ujęcie tytułowego mieszkania na ulicy Dobrej. W warstwie dźwiękowej słyszymy charakterystyczne odgłosy domu pełnego dzieci. Tupanie biegających po drewnianej podłodze nóg, szepty rozmów toczących się w sekrecie, śmiech i gwar. Przestrzeń ta w znaczący sposób zostanie wykorzystana dopiero przy zwieńczeniu całej historii, tworząc dość oczywistą klamrę kompozycyjną. Nie widzimy, jak mieszkanie zmienia się przez lata, jak budowało ono relacje czwórki rodzeństwa, skąd wzięły się w nim duchy, które wciąż nawiedzają bohaterów.
Emi Buchwald chciała zrobić film pełnometrażowy
Na niekorzyść „Nie ma duchów” działa również forma. Całość poszatkowana jest na krótkie fragmenty, coś na kształt rozdziałów skupiających się kolejno na każdym z rodzeństwa. Nie porządkują one jednak historii, wręcz przeciwnie. Dzieło Buchwald przypomina raczej zbiór etiud powiązanych ze sobą jedynie pojawiającymi się w nich postaciami. Zabieg ten wprowadza chaos i niedopowiedzenia. Potęguje je także brak wyraźnego motywu, czy elementu fabularnego, na którym osadzałby się dany fragment. Zamiast tego mamy rozdziały zatytułowane „Benek musiał się położyć” albo „Nic nie uspokajało Jany jak chóry kobiece”. Zastanawiać może, czy pełen metraż był w tym przypadku adekwatnym wyborem. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż historia zyskałaby na krótszej formie.
Dzieło Buchwald zdecydowanie wyróżnia oryginalność warstwy formalnej, a szczególnie wykorzystanie w nim muzyki popularnej. Nie sposób nie zapamiętać utworu „Serce” towarzyszącego najlepszej scenie całego filmu. Pozytywne wrażenie robią także zdjęcia oraz niespotykane w polskim kinie wykorzystanie CGI. Podobnie jak w przypadku konstrukcji bohaterów brakuje tutaj jednak dociągnięcia znakomitych pomysłów do satysfakcjonującego dla widza rozwiązania.
Pojawiające się w warstwie dźwiękowej piosenki bardzo dosłownie ilustrują sceny, którym towarzyszą. Piękne zdjęcia po pewnym czasie zaczynają składać się wyłącznie na zestaw pocztówkowych obrazków. Najciekawsze pozostaje tutaj wykorzystanie efektów specjalnych do wykreowania leśmianowskiego „Dusiołka”. Podobny pomysł na papierze wydaje się bardzo ryzykowny. Wprowadzenie elementów nadnaturalnych mogło zaburzyć płynność narracji, a choćby wiązać się z niezamierzonym efektem komicznym. Kreując tajemniczą istotę na wzór Nocnej Mary z obrazu Füssliego, twórcy zdecydowanie osiągnęli sukces. Szkoda tylko, iż i w tym przypadku potencjał nie został w pełni wykorzystany. Zmagania Benka z Dusiołkiem rozwiązane są tak, jak zostały wprowadzone. Nagle i bez wyraźnej przyczyny. jeżeli mały potworek miał być czymś więcej niż tylko filmowym gagiem, jeżeli miał on swoje metaforyczne, emocjonalne znaczenie (a wydaje się, iż tak właśnie miało być) to nie wybrzmiało ono w pełni.
Każde pokolenie
Dzieło Emi Buchwald opowiada o ludziach młodych. Niby już dorosłych, ale jeszcze niepewnych swojej pozycji w świecie. Zaliczyć ich można do pokolenia Z, co też zrobiło wielu krytyków, obwieszczając film „portretem pokolenia”. Rzeczywiście bohaterowie mówią językiem, jaki znamy, prezentują zachowania, jakie zdarzyło nam się pewnie nie raz powielać. Zwłaszcza osoby dorastające w rodzinach wielodzietnych na ekranie zobaczą odzwierciedlenie znanych sobie doświadczeń. Kto nie obgadywał rodziców po spotkaniu rodzinnym? Kto nie licytował się o to, czyje doświadczenie dorastania było trudniejsze? Są to jednak wyłącznie momenty. W jednej chwili możemy powiedzieć sobie w duchu „to ja!”, aby zaraz urósł odczuwany wobec bohaterów dystans.
W kontekście scenariusza „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” chwalona była przede wszystkim wierność oddania sposobu, w jaki rozmawiają ze sobą młodzi ludzie. W dialogach słyszymy masę wtrąceń anglojęzycznych, zwłaszcza „faków” i „szitów” w wielu odmianach (z pewnością łatwiej jest rzucać mięsem z bezpiecznego dystansu języka obcego). Choć zdecydowanie jest to tendencja, do której możemy się otwarcie przyznać, to w filmie wyczuwalny jest rodzaj sztuczności. To wybrzmiewa tak, jakby reżyserka usłyszała na ulicy kilka rozmów i na tej podstawie napisała cały scenariusz. Znów powraca tu fasadowość. Język nie wydaje się naturalny. Co prawda na tle innych produkcji o „młodych” dzieło Buchwald wypada znakomicie.
„Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” to film zdecydowanie wyróżniający się we współczesnej polskiej kinematografii. Bardzo kameralny, blisko skupiony na codziennych rozterkach demografii, w mediach traktowanej często z pobłażaniem. Buchwald wykazuje się empatią, nie ocenia swoich bohaterów. Problemy, na których zdaje się balansować cały świat, po latach będą pewnie wydawały się błahostką. Nie zmienia to faktu, iż w danym momencie sprawiają wrażenie niemożliwych do przepracowania. Wątek rodzinny, zaczerpnięty z życia prywatnego reżyserki, poprowadzony jest z wyczuwalną czułością i ciepłem. Szkoda tylko, iż wiele bardzo ciekawych pomysłów zostaje spłyconych lub ginie w gąszczu zabawy formalnej (piosenka Sufjana Stevensa musi przecież wybrzmieć bez zakłóceń, z pewnością kosztowała twórców majątek).
Są takie filmy, na które czekamy, na które liczymy, bo podejmują bliską nam tematykę, bo znajdujemy się w perfekcyjnej, dedykowanej wręcz grupie odbiorczej. Chcemy wspierać nowe głosy rodzimego kina, zobaczyć cząstkę siebie na ekranie. Liczymy po prostu, iż film nam się spodoba, bo czujemy, iż ma ku temu ogromny potencjał. Cytując klasyka: „You can’t always get what you want”.
Anna Tomczak







![„Alpha” – trauma w marmurze [RECENZJA]](https://www.filmawka.pl/wp-content/uploads/2026/03/ALPHA-Photo-1-©MANDARIN-COMPAGNIE-KALLOUCHE-CINEMA-FRAKAS-PRODUCTIONS-FRANCE-3-CINEMA-scaled.jpg)




![UEFA ukarała Lille za oprawę z Joanną d’Arc [+FOTO]](https://kresy.pl/wp-content/uploads/2026/03/Po-dwoch-stronach-barykady-2026-03-30T223338.541.jpg)



