„Alpha” – trauma w marmurze [RECENZJA]

filmawka.pl 2 godzin temu

Julia Ducournau, zdobywczyni Złotej Palmy na festiwalu w Cannes za Titane i swego czasu twórczyni określana francuską wizjonerką współczesnego kina, po kilku latach przerwy powraca na srebrny ekran. Tym razem jednak, stojąc niejako w kontrze do swoich poprzednich dzieł, dokonuje świadomego i ryzykownego kroku wstecz od czystej prowokacji, w stronę popękanego, rodzinnego melodramatu. Alpha to z pewnością ambitna próba przepracowania zbiorowej traumy kryzysu AIDS z przełomu lat 80. i 90., w której reżyserka rezygnuje z mechanicznej transgresji na rzecz uziemionej dystopii, w której ciało nie łączy się z metalem, ale ulega petryfikacji, zamieniając chorych w kruszejący marmur. Pytanie tylko, czy wspomniana wyżej postawa – godna podziwu i pełna empatii – przełożona w taki sposób na płaszczyznę artystyczną, nie okazuje się czasem głęboko nietrafiona?

Film otwiera wizualny i dźwiękowy majstersztyk: mała Alpha obrysowuje konstelację łączącą ślady po igłach na ramieniu swojego uzależnionego od heroiny wuja Amina. W tle wybrzmiewają pierwsze akordy Roads zespołu Portishead – Beth Gibbons śpiewa o wojnie, której nikt nie widzi, co stanowi bolesną zapowiedź przyszłości dziewczynki. Ten moment dziecięcej naiwności zostaje brutalnie skonfrontowany z teraźniejszością, w której trzynastoletnia już bohaterka podczas narkotycznego otępienia na domówce, otrzymuje amatorski tatuaż brudną igłą. Litera „A” wyryta na jej skórze staje się współczesną „Szkarłatną literą”, piętnem, które uruchamia lawinę szkolnej stygmatyzacji, paranoi matki i bolesnego oczekiwania na wyniki testów krwi.

fot. „Alpha” / materiały prasowe Velvet Spoon

Ducournau kreuje tu fascynującą, choć jednocześnie przerażającą metaforę choroby, w której patogen przenoszony przez krew nie powoduje wyniszczenia tkanek, ale ich skamienienie. Proces zaczyna się od kaszlu pyłem i postępującej sztywności, aż po perłowy odcień skóry zwiastujący ostateczną petryfikację w marmurowy posąg. Na pierwszy rzut oka jawi się to jako zabieg o ogromnej sile symbolicznej – reżyserka deifikuje ofiary epidemii, zamieniając ich cierpienie w nieruchome i piękne monumenty, co stanowi próbę nadania godności tym, którzy w rzeczywistości lat 90. umierali w aurze strachu i upokorzenia. Widać to najwyraźniej w szpitalnych salach, gdzie matka Alphy, będąca lekarką, dogląda pacjentów kruszejących niczym papier-mâché.

Sercem emocjonalnym, a zarazem źródłem największej frustracji, jest relacja Alphy z Aminem i jej matką. Farahani tworzy portret kobiety uwięzionej w toksycznej współzależności: zamiast szukać profesjonalnej pomocy dla brata, zakłada – jak to by określił Goffman – zawodową maskę i na własną rękę ratuje go z kolejnych przedawkowań. Jednocześnie w tym samym momencie, wykazuje się skrajną nieodpowiedzialnością, zamykając trzynastoletnią córkę w jednym pokoju z przechodzącym detoks narkomanem. Przez tę decyzję Amin, grany przez Tahara Rahima z poświęceniem przypominającym fizyczną transformację Christiana Bale’a w Mechaniku, wciąga Alphę w nocną odyseję po dekadenckich klubach. W scenie w undergroundowym barze, przy dźwiękach The Mercy Seat Nicka Cave’a, kamera wywraca się do góry nogami, ukazując chorych na marmurową chorobę górujących nad tłumem. To moment czystego fatalizmu, w którym bohaterowie wykrzykują światu, iż nie boją się już śmierci.

Warstwa wizualna i dźwiękowa filmu, oparta na desaturowanej kolorystyce i rozedrganej kamerze Rubena Impena, buduje poczucie narastającej klaustrofobii. Ekspresjonistyczne obrazy, takie jak sufit pokoju Alphy dosłownie napierający na nią w chwilach lęku czy krew rozlewająca się w szkolnym basenie sprawiają, iż czujemy fizyczny dyskomfort protagonistki. Niestety, ta sugestywna forma zderza się z niespójnym scenariuszem, a każdy z powyższych atutów z czasem zaczyna pracować na niekorzyść filmu, obnażając fundamenty zbudowane z niezwykle kruchego materiału.

fot. „Alpha” / materiały prasowe Velvet Spoon

To, co w prologu wydawało się muzycznym objawieniem i emocjonalnym kręgosłupem, w miarę upływu metrażu zamienia się w irytującą, dydaktyczną protezę. Ducournau przestaje ufać sile obrazu i zaczyna sięgać po utwory wspomnianego już Nicka Cave’a czy Tame Impali w sposób drażniąco dosłowny, niepozwalający wciągnąć widza w intelektualno-poznawczą grę polegającą na odkodowywaniu znaczeń. Muzyka zatem, zamiast budować atmosferę zaczyna „krzyczeć” to, czego reżyserka nie potrafiła zawrzeć w samej dramaturgii. Przez to teksty piosenek stają się łopatologicznym streszczeniem stanów psychicznych bohaterki, co sprowadza film do poziomu przeestetyzowanego teledysku o „trudnej młodzieży”. Podobna korozja dotyka centralnego symbolu „szkarłatnej litery”. Fascynujące, neogotyckie „A” gwałtownie traci swoją drapieżność i zostaje sprowadzone do roli taniego rekwizytu w szkolnym dramacie o prześladowaniach. W miejsce pogłębionej analizy mechanizmu wykluczenia otrzymujemy serię repetytywnych scen, które budują jedynie czysto somatyczny dyskomfort, nie oferując żadnego merytorycznego wglądu w socjologiczną problematykę kozła ofiarnego Victora Turnera czy w psychologiczne skutki tego procesu dla samej bohaterki.

Najbardziej bolesnym rozczarowaniem okazuje się jednak sama metafora choroby. Choć wizualnie uderzająca, w kontekście fabularnym staje się ona anachronicznym i dziwnie pustym ornamentem. Ducournau szlachetnie walczy z dezinformacją sprzed trzech dekad, co czyni z Alphy dzieło nieaktualne, jakby reżyserka próbowała wyważać otwarte od lat drzwi (i tak, oczywiście można tę kwestię odnieść również do współczesności, jednak nie jest to główny temat filmu – jak sama reżyserka przyznała, chodziło jej o pochylenie się nad problematyką AIDS, a samo umiejscowienie akcji w latach 90. również wydaje się to potwierdzać). Ten brak realizmu uderza z pełną siłą w kreacji matki-lekarki. Wspomniany już przeze mnie fakt, iż profesjonalna medyczka, w pełni świadoma zagrożeń, powierza opiekę nad córką niestabilnemu bratu-narkomanowi w stanie krytycznego odstawienia, podważa elementarną logikę świata przedstawionego. Trudno współczuć bohaterom, których działania są podyktowane nie tragicznym losem, a jedynie wygodą scenarzysty, chcącego za wszelką cenę doprowadzić do kolejnej nielogicznej sceny „niepokoju”.

fot. „Alpha” / materiały prasowe Velvet Spoon

Strukturalnie film całkowicie rozpada się w ostatnim akcie, przypominając dom z kart, w którym zabrakło spoiwa. Surrealistyczny huragan montażu, w którym retrospekcje mieszają się z teraźniejszością, zamiast prowokować do pytań, wywołuje jedynie znużenie i konfuzję –jasne staje się, iż reżyserka nie miała żadnego pomysłu na koherentne zakończenie, więc ukryła jego brak za fasadą oniryzmu. Na domiar złego, postacie drugoplanowe migają na ekranie bez żadnego wpływu na bieg zdarzeń, sprawiając iż ponad 120-minutowy metraż zaczyna niemiłosiernie ciążyć. Wszystko to kumuluje się w dosyć smutnej konkluzji – Alpha obiecywała uwalniający wydech i nobilitację cierpienia, a dostarczyła jedynie przeestetyzowanego marazmu i nielogicznego melodramatu. Film, podobnie jak jego nadrzędna symbolika wizualna, pozostaje jedynie martwym, kamiennym monumentem niespełnionych obietnic, w którym intelektualna ambicja została przygnieciona przez narracyjny bezwład.

Korekta: Michalina Nowak

Idź do oryginalnego materiału