Prawda jest gdzieś tam! Wiedzą o tym wszyscy, którzy chociaż pobieżnie zetknęli się z przygodami agentów Z archiwum X, przybliżających widzom na całym świecie tajemnice wymykające się naszemu ziemskiemu pojmowaniu. Jednak ostatnimi czasy niosących kaganek kosmologicznej oświaty mamy coraz więcej. Steven Spielberg dopiero co ogłosił Dzień objawienia, zaczęto ponownie analizować brazylijski incydent w Varginha, coraz więcej osobowości medialnych i polityków zaczyna poruszać temat UFO/UAP, a Pentagon cyklicznie wypuszcza w świat kolejne porcje odtajnionych dokumentów prezentujących najróżniejszej maści niezidentyfikowane obiekty latające. Czy nadciąga realne objawienie? Tego (na razie) nie wiemy, ale nie można zaprzeczyć, iż temat Niezidentyfikowanych Obiektów Latających od dawna nie był tak medialnie rozpowszechniony. A jako iż Filmawka nie ma z tymi absolutnie nic wspólnego, (a choćby gdyby, to niczego nam nie udowodnicie) postanowiliśmy rzucić nieco więcej światła na historię obecności UFO na ekranach kin i telewizorów.
Omawiane tytuły już niedługo będziecie mogli zobaczyć na tegorocznej edycji Octopus Film Festival, wraz z wprowadzeniami autorów czytanego właśnie tekstu. Wsiadajcie zatem do naszego latającego spodka, zapnijcie pasy, nie wystawiajcie kończyn za okno i ruszamy w międzygwiezdną podróż!
Nie ma żadnego spodka
Niestety już na wstępie musimy przekłuć bańkę popkulturowych wyobrażeń i nadziei. Nasz kosmiczny talerz powstał wyłącznie z popkulturowej potrzeby wizualnej transparentności, żeby łatwiej było wam skojarzyć, co się dzieje. Prawda jest niestety taka, iż fenomen „latającego spodka” to efekt dziennikarskiej pomyłki, choć dotyczył realnie udokumentowanego incydentu z 1947 roku. Nie chodzi jednak o tajemniczą katastrofę w Roswell w Nowym Meksyku, a obserwację poczynioną przez kapitana Kennetha Arnolda 24 czerwca. Amerykanin w czasie przelotu nad Mount Rainier zauważył formację dziewięciu niezidentyfikowanych obiektów odbijających oślepiające światło słoneczne, poruszających się z prędkością ok. 1900 km/h. Poza myśliwcami bojowymi nic nie potrafiło poruszać się tak szybko, jednak jak wynika z relacji pilota, nie był to klasyczny tor lotu. Pokonywanie przestrzeni powietrznej przez tajemnicze obiekty przypominało rzucanie kaczek na powierzchni wody. Czyli innymi słowy, leciały jak spodki rzucone na wodę. Proszę bardzo, oto i nowa (nomen omen) kaczka dziennikarska, która na zawsze zmieniła popkulturowe pojmowanie tego czym są UFO/UAP. Ale przecież globalna fascynacja tematem nie mogła wziąć się tylko z relacji jednego pilota oślepionego promieniami słonecznymi, prawda? Uznajmy ją za pierwszą, przewróconą kostkę domina, w ślad za którą zaraz padną kolejne. W zbliżonym czasie miał bowiem miejsce jeszcze jeden tajemniczy incydent, spowity niemniejszą dawką mgły tajemnicy, ale znacznie większą ilością hipotez i teorii spiskowych narosłych wokół niej.
Kadr z filmu „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, reż. Steven SpielbergDnia 4 lipca W. W. „Mac” Brazel odkrył na swoim ranczu porozrzucane fragmenty folii aluminiowej, gumy, drewnianych kołków i taśmy, pozostałe po kolizji tajemniczego obiektu z podłożem. I choć oficjalnie były to pozostałości po eksperymentalnych balonach szpiegowskich do nasłuchu Sowietów (bo do czego niby innego miałyby służyć wojsku nowe wynalazki w 1947 roku) budowanych w ramach Projektu Mogul, doniesienia z prasy sugerowały coś innego. Po obserwacjach kapitana Arnolda, w Stanach Zjednoczonych zapanowała „gorączka latających dysków”, objawiająca się ponad 800 doniesieniami o podobnych przypadkach. Brazel, jak przystało na przykładnego obywatela, zgłosił tajemniczy incydent szeryfowi, a ten wojsku, które uprzątnęło tajemniczy obiekt. Sprawa załatwiona po cichu i dyskretnie? Może, gdyby rzecznik prasowy RAAFu (Lotniska Wojskowego w Roswell) nie określił zabranego obiektu właśnie jako latającego dysku. Bez wątpienia takie sformułowanie nie podsyci paranoi w już i tak skonsternowanym społeczeństwie, które na pewno nie zacznie wymyślać szeregu teorii spiskowych, chłonąć kolejnych półprawd i samemu fabrykować rzekomych dowodów, aby jakakolwiek wiarygodność wyleciała przez okna niczym wspomniany spodek… Mało tego, jeżeli wierzyć tzw. „faktom autentycznym”, raptem rok później doszło do kolejnego rozbicia latającego statku obcych, z którego udało się wydobyć ciała! A iż Aztec i Roswell leżą niedaleko siebie, popkultura połączyła oba incydenty z Nowego Meksyku w jeden, a „dowody” na ich wystąpienie widzieliście ostatnio w Dniu objawienia lub nielegalnie skopiowanych nagraniach z autopsji kosmitów. Jednak jak wyglądała droga do powstania obecnego obrazu UFO, jaki utrwaliła nam w głowach historia kina? Czemu baliśmy się Szaraków, a nie np. superinteligentnych stawonogów? Bo to wszystko przez ruskich, proszę pana!
Chociaż obce formy życia zaczęły zyskiwać coraz większą prominencję w literaturze w drugiej połowie XIX wieku, daleko było im do zunifikowanego wizerunku humanoida. Przez silne wpływy teorii ewolucji Karola Darwina, pisarze na całym świecie zaczęli snuć fantazje na temat spekulatywnej ewolucji życia na innych planetach, które mogło przybrać formę świadomych drzew, ptaków o zaburzonych względem ziemskich proporcjach czy choćby gwiazdy obdarzonej świadomością. choćby uproszczony wizualnie konflikt „ludzie kontra mięczaki/pajęczaki o wielu kończynach” z czasem został wyparty przez najeźdźców bliższych nam anatomicznie. Ciężko się dziwić, skoro na początku XX wieku populację znacząco zdziesiątkowały globalne działania wymierzone przez ludzi wobec ludzi, a choćby po ich zakończeniu wroga można było spodziewać się dosłownie wszędzie. Zwłaszcza zza oceanu. Eksperymentalne obiekty latające? Testy nuklearne? Permanentna inwigilacji i szpiegostwo na każdym możliwym polu? Pewnie jeszcze eksperymenty z telepatią, bronią laserową i porywaniem amerykańskich dzieci celem nieludzkich eksperymentów. Tym mniej więcej zajmowali się Sowieci według oficjalnej narracji rządowej, wyjątkowo zbieżnej z postępującym lękiem przed obywatelami Bloku Wschodniego. Zupełnie jakby rząd planował coś ukryć i nie mówił nam całej prawdy… Ale bez obaw. Prawda jest gdzieś tam!
Norbert Kaczała
Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, reż. Robert Wise (1951)
Oryginalny plakat filmu „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” / mat. prasowe 20th Century Fox„Klaatu barada nikto” – fraza ta wypowiedziana ponad siedemdziesiąt lat temu nie tylko powstrzymała zagładę Ziemi, ale zapisała się w historii kina sci-fi jako cytat z jednego z najbardziej kultowych filmów o przybyszach z kosmosu.
Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia z 1951 roku rozpoczyna zdarzenie dzisiaj już znajome, choć w cieniu wojny atomowej uchodzące za niezwykle oryginalne. Oto z kosmicznego statku wyłania się humanoidalna postać Klaatu wraz z potężnym robotem Gortem. Spodziewać się można inwazji, tymczasem bohater przybywa z misją pokojową. Klaatu ostrzega ludzkość przed konsekwencjami jej własnej agresji i rosnącego zagrożenia nuklearnego. Robert Wise i Edmund H. North za główne zagrożenie dla Błękitnej Planety obrali więc nie pozaziemskie formy życia, a ludzi.
Inspiracjami dla reżysera były między innymi literatura, zwłaszcza twórczość H. G. Wellsa, oraz lata 30. i 40. w kinie science fiction. Wojna światów niewątpliwie wpłynęła na Wise’a – w tej XIX-wiecznej powieści Marsjanie odwracają bowiem kolonialną perspektywę i drwią z pychy cywilizacji Zachodu. Rozwijający się na przełomie XIX i XX wieku optymizm technologiczny prowokował jednocześnie coraz więcej wątpliwości na temat zagrożeń, jakie mogą płynąć z postępu nauki i techniki. Dokładnie do tego w Dniu, w którym zatrzymała się Ziemia nawiązał Robert Wise. Klaatu krytykuje sposób wykorzystywania osiągnięć technologicznych przez ludzi; paradoksalnie więc to nie kosmiczna infrastruktura jest największym problemem – chodzi o bombę atomową.
W latach 30. oraz 40. w science fiction dominowały egzotyczne światy i widowiska. Twórcy stawiali przede wszystkim na aspekt rozrywkowy, wyraźnie rozgraniczali dobro oraz zło. Zamiast jednak czerpać wyłącznie z komiksowych dynamik Flasha Gordona czy Bucka Rogersa w XXV wieku, Wise interesował się także kinem niemieckim. Jednym z najważniejszych wpływów pozostaje Metropolis (1927) Fritza Langa. Choć w tym filmie mamy do czynienia z robotami, a nie kosmitami, poruszane są tam wątki klas społecznych czy odpowiedzialności za rozwój technologiczny. Wise i North w Dniu… postawili na podobnie nieoczywisty i utrzymany w odcieniach szarości klucz narracyjny, nie narzucając widzowi konkretnych odpowiedzi.
Takie rozwiązania pozwoliły filmowi przetrwać próbę czasu. Oszczędna forma wykluczyła spektakularne sceny zniszczenia – historia koncentruje się na tajemnicy i napięciu oraz wykorzystuje motyw kosmitów do podjęcia dialogu o człowieku i jego umiejętności współpracy. Niebagatelną rolę odegrała również muzyka Bernarda Herrmanna, wykorzystująca między innymi theremin, czyli instrument elektroniczny, którego charakterystyczne brzmienie na długie lata zaczęto kojarzyć z tematyką pozaziemską.
Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia został bardzo dobrze przyjęty zarówno przez krytyków, jak i widzów, do dzisiaj pozostając jednym z najważniejszych filmów science fiction wszech czasów. Stał się on pomostem między klasycznym sci-fi lat 50. a bardziej refleksyjną odsłoną gatunku, która rozwijana była w kolejnych dekadach. Jako jeden z pierwszych filmów przełamał dominujący schemat, w ramach którego obcy oznaczali zagrożenie. Tym samym Wise scementował fundament pod późniejsze filmy o UFO, w których kontakt z kosmitami nie implikował od razu międzygalaktycznej wojny.
Anna Czerwińska
Bliskie spotkania trzeciego stopnia, reż. Steven Spielberg (1977)
Oryginalny plakat filmu „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” / mat. prasowe Columbia PicturesZanim nadszedł tegoroczny Dzień objawienia, Steven Spielberg rozpoczął ufologiczną wędrówkę w 1977 roku Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia. Jest to kolejna pozycja filmowa, która o kosmitach traktuje nie w ujęciu inwazji i zagrożenia dla ludzkości, ale skupia się na wątku tajemnicy i kontakcie z obcą formą życia.
Film kontrastował z premierującymi zaledwie kilka miesięcy wcześniej Gwiezdnymi wojnami. Zamiast spektakularnego widowiska sci-fi, Spielberg przyjrzał się amerykańskim przedmieściom, doświadczającym niezwykłości wkraczających w życia zwyczajnych ludzi. Reżyser niewątpliwie czerpał z Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia, splatając losy kosmitów z naszymi w sposób pokojowy. Nie przedstawił jednak przybyszów z kosmosu jako nauczycieli i istot wyższych – kontakt oparł na ciekawości i tak charakterystycznej dla siebie fascynacji nieznanymi zjawiskami. Tym samym w Bliskich spotkaniach… nie można mówić o jakimkolwiek konflikcie na linii Ziemia – kosmos.
Takie podejście było znów przełomowe, bo wyraźnie różniło się od tendencji ukazywania istot pozaziemskich jako najeźdźców. Bliskie spotkania trzeciego stopnia skupiają się przy swojej spokojnej atmosferze na kontakcie z przybyszami z kosmosu, mając tym samym ogromny wpływ na późniejsze produkcje o tematyce UFO. Trudno sobie wyobrazić powstanie E.T. (1982), Kontaktu (1997) czy Nowego początku (2016), które zamiast konfliktu z obcą cywilizacją, za główną oś fabularną wybierają właśnie próbę komunikacji.
Bliskie spotkania trzeciego stopnia zajmują szczególne miejsce w filmografii Spielberga, ponieważ zawierają niemalże wszystkie motywy powracające przez kolejne dekady jego kariery. Film wyrósł także z najprawdziwszej fascynacji tematyką UFO, która zajmowała reżysera od najmłodszych lat. Spielberg czytał bowiem raporty ufologiczne, śledził badania Josefa Allena Hyneka – autora klasyfikacji bliskich spotkań, od której film bierze swój tytuł[1]. Nic z jego 135 minut nie jest przypadkiem, bo reżyser chciał nadać przedstawianej historii pozory autentyczności.
Premiera Bliskich spotkań trzeciego stopnia przypada nadto na złoty okres ufologii. Lata 70. to pokłosie zakończonego w USA Projektu Blue Book (1952–1969), w ramach którego zajmowano się badaniami zgłoszeń dotyczących niezidentyfikowanych obiektów latających. Chociaż większość z przeanalizowanych wyjaśniono jako błędne obserwacje samolotów, planet czy zjawisk atmosferycznych, nie wszystkie przypadki udało się rozwikłać[2]. To sprowokowało narastającą dyskusję o UFO oraz coraz częściej pojawiające się przekonanie, iż amerykański rząd ukrywa o nim informacje[3]. Zaczęły ujawniać się osoby, które opowiadały o swoich obserwacjach UFO, doświadczeniach kontaktu z istotami pozaziemskimi, a choćby zaproszeniach na pokłady ich statków.
Spielberg doskonale wyczuł tę zmianę narracji i pociągnął ją w swoich filmach o tematyce kosmitów. Nie interesowała go brutalna inwazja, a właśnie wątek pozaziemskiej tajemnicy. Swoją optykę częściowo zapożyczył od wspomnianego już Hyneka, wśród jego konsultantów naukowych podczas prac nad filmem obecny był również uczeń amerykańskiego ufologa – francuski astronom oraz badacz UFO Jacques Vallée[4]. Obrana finalnie przez Spielberga perspektywa okazała się jednym z najtrwalszych elementów dziedzictwa Bliskich spotkań trzeciego stopnia i wywarła nieprzeceniony wpływ na obraz kosmitów w późniejszych filmach z tego podgatunku science fiction.
Anna Czerwińska
Uprowadzenie, reż. Robert Lieberman (1993)
Oryginalny plakat filmu „Uprowadzenie” / mat. prasowe Paramount PicturesWbrew temu, co mogliście wyczytać we wcześniejszych akapitach, moralny triumf Ziemian nie jest zawsze tak jednoznaczny, jak chcieliby tego reżyserzy z tej planety. Owszem, zdarza im się nauczyć czegoś cennego od istot innych niż oni, jednak choćby sam fakt konfrontacji z kosmitami potrafią oni obrócić w zarzewie konfliktu. O jego większej skali pomówimy w kolejnej części, jednak teraz przyjrzyjmy się najbardziej ludzkiemu filmowi o U.F.O. – Uprowadzeniu. W przeciwieństwie do Bliskich spotkań trzeciego stopnia czy Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia, najlepszy film Roberta Liebermana oparty jest na autentycznych wydarzeniach, a przynajmniej zeznaniach ich dotyczących.
5 października 1975 roku. Dzień jakich wiele w okolicy miasteczka Snowflake w Arizonie. Nikt z pracujących tam drwali nie przypuszcza, iż jeszcze tego samego wieczoru ich przyjaciel Travis Walton zostanie potencjalnie zamordowany przez kosmitów. Przerażeni mężczyźni uciekają w popłochu, a ofiara zostaje wessana do wnętrza niezidentyfikowanego obiektu latającego, którego światła zlały się z firmamentem nocnego nieba. A przynajmniej tak wynika z relacji i perspektywy samego Waltona, na którą widzowi trzeba będzie trochę poczekać.
Uprowadzenie prezentuje nam przede wszystkim dekonstrukcję małomiasteczkowej społeczności, gdzie szereg sekretów i niedopowiedzeń, eskaluje w pełnoprawny konflikt. Protagoniści na czele z bohaterem wybitnego Roberta Patricka (który właśnie przez ten film kilka lat później zajmie biurko agenta Muldera w Z archiwum X) próbują nie tylko oczyścić swoje dobre imię, ale i zmierzyć z brzemieniem zostawienia przyjaciela na pastwę losu, nie wiedząc co go spotkało. Kilku niewiarygodnych narratorów przesłuchiwanych przez policję, choćby jeżeli nie rzuca światła (np. z nieba) na sprawę, wyraźnie kreśli relację z resztą świadków i mieszkańców Snowflake. Ścierające się ze sobą charaktery pięciu niewinnych mężczyzn nie są już w stanie ze sobą współpracować, przez co ryzyko skoczenia sobie do gardeł narasta z każdą chwilą. Przecież każdy z nich mógł mieć jakiś powód, by pozbyć się Travisa.
Wszystko jednak komplikuje się jeszcze bardziej, gdy uprowadzony niespodziewanie wraca. Przerażony, skonsternowany, brudny i nagi, stał się jednym świadkiem tajemniczego zajścia, którego wersja wydarzeń zdaje się jeszcze mniej prawdopodobna niż pozostałej piątki. I to właśnie w tym segmencie wyraża się niezaprzeczalna kultowość filmu Liebermana, przez którą całe pokolenia widzów defekowały w skafander. D. B. Sweeney odgrywa traumę Waltona bez ani jednej fałszywej nuty, a zagubienie pośród znanych mu miejsc i ludzi jest wręcz namacalne. Ten aktorski dyskomfort jest jednak niczym przy dwudziestominutowej scenie rozgrywającej się na statku obcych, gdzie rzekomo trafił Travis. Arcydzieło kosmicznego horroru. Wybitne osiągnięcie w zakresie praktycznych efektów specjalnych. Inicjator odruchów wymiotnych pomieszanych z przerażeniem i odwróceniem wzroku od ekranu. Poprzeczka zawieszona na wysokości, do której mało komu do dziś udało się doskoczyć. Jedna z piękniejszych rzeczy, jakie w życiu widziałem. jeżeli rozważania o fundamentalnym zepsuciu i dziecięcej ciekawości wiecznego odkrywania przedstawicieli tej planety nie są dla was wystarczającym powodem, aby zajmować się kinem science fiction, pozwólcie sobie na kosmiczny lęk. Uprowadzenie to wspaniały reprezentant filmów ufologicznych, będący jednak bliższy wczesnym zimnowojennym paranojom niż optymizmowi kina nowej przygody dla szerokiej publiczności. Ludzie są gotowi wymordować się w imię własnych interesów i nie potrzebują do tego obcej cywilizacji, która i tak pewnie im w tym pomoże.
Norbert Kaczała
Nowy początek, reż. Denis Villeneuve (2016)
Oryginalny plakat filmu „Nowy początek” / mat. prasowe Paramount PicturesJednak pomoc prostym humanoidom z Drogi Mlecznej może przyjmować inne formy, niż nieunikniona anihilacja. Tak samo jak przybysze spoza naszego układu słonecznego nie muszą przyjmować formy wspomnianych wyżej dwubocznie symetrycznych dwunogów. Denis Villenueve w swojej adaptacji opowiadania Historia twojego życia Teda Chianga nie tylko znacząco poprawia jej dramaturgię i filozoficzny wydźwięk, ale przede wszystkim każe nam zakwestionować naturę wszystkiego, co pozornie rozumiemy. Czemu adekwatnie opisuję ten film dzięki pojedynczych znaków i słów, zamiast serii semasiograficznych logogramów? Czemu czytacie go od lewej do prawej? Czemu jego pointa znajduje się na końcu? I czemu tak uparcie uważamy, iż początek nie jest tym samym? W „najbardziej science” ze wszystkich prezentowanych w tym roku filmów science fiction nie będziemy przejmować się wyłącznie obecnością życia pozaziemskiego, ale tym jak ograniczeni wobec niego jesteśmy. Nie przez technologię podróży międzygwiezdnych, ale przez limity naszej percepcji.
Jak zwykle bywało w omawianych wcześniej filmach, przybycie obcych spotyka się przede wszystkim z interwencją wojska. Jednak podstawą komunikacji musi być język, dlatego do Pierwszego Kontaktu wysłana zostaje lingwistka – celem zrozumienia kosmicznych wysłanników zanim wszystko zostanie wysadzone w powietrze. Niestety tym razem kosmici nie potrafią mówić po angielsku. Ba, nie mają choćby strun głosowych, a ich sposób zapisu nie pokrywa się z fonetyką. Czy to znaczy, iż widzowie na prośbę reżysera mają teraz opracowywać z protagonistami nowy system komunikacji pozbawiony liter i fonemów? Częściowo, ale przede wszystkim muszą zrozumieć naturę istot o innym uwarunkowaniu biologicznym, sposobie pojmowaniu czasu i posiadających świadomość własnego końca. Popchnięta do kosmicznego ekstremum hipoteza Sapira-Whorfa (lub prawo relatywizmu językowego) pokazuje widzowi i bohaterom, iż nowy język potrafi dosłownie przeprogramować nasz sposób myślenia. choćby bardziej niż sama konfrontacja z pięcionożnymi kosmitami o aparycji wysokiego pajęczaka. Każdemu gatunkowi pisane jest wyginięcie, ale nie każdy potrafi sobie z tym faktem poradzić. Przesłanie, jakie przynoszą ludzkości heptapody, to nieortodoksyjne dla naszych prostych umysłów pojmowanie czasu i jego domniemanej linearności. Tak jak zapis języka kosmitów stanowi zamknięty okrąg, tak przeszłość i przyszłość stają się nieustającym biegiem. Kiedyś to jeszcze zrozumiecie.
A czy jest coś, co pozwala nam lepiej zrozumieć własne człowieczeństwo niż zwątpienie? Uświadomienie sobie, iż nie jesteśmy panami wszechświata, za jakich czasem lubimy się uważać, skoro choćby nie potrafimy podróżować między planetami i widzieć kilka tysięcy lat w przyszłość. Że myślimy linearnie tylko dlatego, iż tak wyewoluowały nasze mózgi. Że doświadczamy Nowego początku, patrząc w kinowy ekran, bo nie potrafimy porozumiewać się wyłącznie dzięki powonienia, a nasz wzrok jest na tyle lichy, iż nie widzimy choćby w nadfiolecie. Chłoniemy audiowizualne przesłanie Villenueve’a, kwestionując naturę własnych dwunożnych, opartych na węglu organizmów, którym ciężko pogodzić się z nieuniknionym. Jednak to właśnie czyni nas ludźmi. To fascynuje nas w science fiction i to każe nam spoglądać w niebo oraz ekrany kinowe. Pokorna refleksja, iż gdzieś tam, w oddali kosmosu znajduje się coś lub ktoś, wymykający się naszemu rozumieniu. Ale bez obaw. Prawda jest gdzieś tam i niebawem wyjdzie na jaw!
Norbert Kaczała
Patrząc z perspektywy historii kina, omówione tytuły nie są jedynie czterema udanymi filmami o UFO. Tworzą one niemal chronologiczną opowieść o tym, jak zmieniało się nasze wyobrażenie o pozaziemskiej inteligencji i – co równie ważne – o nas samych. Wspólnie pokazują, iż kino ufologiczne zawsze było zwierciadłem swoich czasów. Obcy rzadko odzwierciedlali wyłącznie lęki lub nadzieje związane z możliwością istnienia innych cywilizacji; znacznie częściej stawali się metaforą najważniejszych pytań, jakie zadawało sobie dane pokolenie.
Równolegle, szczególnie w końcówce lat 90., rozwijało się jednak drugie oblicze kina o UFO – widowiskowe filmy katastroficzne, takie jak Dzień Niepodległości (1996) czy późniejsze superprodukcje spod znaku globalnej inwazji. Było to kino czerpiące z tradycji wojennej i widowiskowego science fiction, w którym obcy pełnią przede wszystkim funkcję przeciwnika. Choć tego typu filmy odniosły ogromny sukces komercyjny, nie wywarły równie trwałego wpływu na sposób przedstawiania samego fenomenu pierwszego kontaktu. Znacznie większe znaczenie dla późniejszych twórców miały produkcje stawiające na tajemnicę, komunikację i psychologię niż na spektakularne bitwy.
Z tej perspektywy można zauważyć wyraźny kierunek rozwoju kina ufologicznego. Przez siedemdziesiąt lat punkt ciężkości przesuwał się od technologii ku człowiekowi. Najpierw pytano, jakie statki posiadają obcy i jaką mają broń. Następnie zaczęto zastanawiać się, czego od nas chcą. Później pojawiły się pytania o to, jak wpływają na ludzką psychikę, pamięć i świadomość. w tej chwili najciekawsze filmy pytają raczej o naturę inteligencji, komunikacji czy samej definicji życia niż o wygląd latających spodków.
Kadr z filmu „Nowy początek”, reż. Denis VilleneuveTa ewolucja wydaje się zbieżna z tym, co dzieje się poza kinem. W ostatnich latach temat niezidentyfikowanych zjawisk anomalnych (UAP) wrócił do głównego nurtu debaty publicznej za sprawą odtajnionych nagrań wojskowych, przesłuchań w Kongresie Stanów Zjednoczonych i większego zainteresowania środowisk naukowych oraz wojskowych badaniem niewyjaśnionych obserwacji[5]. Nie oznacza to potwierdzenia pozaziemskiego pochodzenia tych zjawisk, ale sprawia, iż sam temat przestał być wyłącznie domeną sensacji i zaczął funkcjonować jako przedmiot poważniejszej dyskusji. NASA i AARO[6] prowadzą lub wspierają analizy niewyjaśnionych obserwacji, podkreślając jednocześnie, iż dotychczas nie przedstawiono wiarygodnych dowodów na pozaziemskie pochodzenie badanych zjawisk.
Jeżeli ta tendencja się utrzyma, można przypuszczać, iż w najbliższych dekadach kino o UFO będzie coraz rzadziej opowiadało o klasycznych „latających talerzach”. Większą rolę odegrają pytania o sztuczną inteligencję, świadomość, biologiczne i cyfrowe formy życia oraz możliwość kontaktu z inteligencją, która nie przypomina człowieka ani pod względem biologii, ani sposobu myślenia. Coraz większe znaczenie mogą zyskać również historie inspirowane rzeczywistymi procedurami naukowymi, analizą danych, astrobiologią i eksploracją Układu Słonecznego. Rozwój teleskopów nowej generacji, misji na Marsa i księżyce Jowisza czy Saturna będą dostarczały twórcom nowych inspiracji, przesuwając punkt ciężkości z fantastyki militarnej ku bardziej wiarygodnemu science fiction.
Jednocześnie można oczekiwać powrotu do kameralnych historii. W epoce powszechnych telefonów, sztucznej inteligencji i mediów społecznościowych pytanie nie będzie już brzmiało „czy ktoś zobaczył UFO?”, ale „czy można jeszcze odróżnić autentyczne doświadczenie od doskonale wygenerowanego obrazu?”. Paradoksalnie więc przyszłe kino ufologiczne może coraz częściej opowiadać nie o samych obcych, ale o kryzysie zaufania do własnych zmysłów i informacji. Miejmy jednocześnie nadzieję, iż prawda jest gdzieś tam i w końcu wyjdzie na jaw.
Anna Czerwińska
[1] https://www.rogerebert.com/interviews/top-secret-steven-spielberg-on-the-brink-of-the-close-encounters-premiere, dostęp: 28.07.2026 r.
[2] J. A. Hynek, The Hynek UFO Report, Londyn 1978.
[3] Narodzona w ten sposób kultura nieufności wobec instytucji państwowych stała się fundamentem dla serialu Z Archiwum X (1993–2002).
[4] https://www.eruditorumpress.com/blog/sensor-scan-close-encounters-of-the-third-kind, dostęp: 28.07.2026 r.
[5] https://www.war.gov/ufo/, dostęp: 2.08.2026 r.
[6] All-domain Anomaly Resolution Office, czyli urząd Pentagonu ds. badań nad niewyjaśnionymi zjawiskami powietrznymi.
Bibliografia dodatkowa
C. Pickover, Istoty pozaziemskie a współczesna nauka, Warszawa 2000.
G. M. Graff, UFO. Rząd USA, CIA i Pentagon. NASA i SETI. Archiwalne, odtajnione dokumenty. Historia i teraźniejszość, Kraków 2024.
Z. Blania-Bolnar, Obecność UFO. Tom 1, Warszawa 1988.
Korekta: Daniel Łojko
Tekst powstał we współpracy z Octopus Film Festivalem. Szczegóły naszego cyklu „U.F.O. czyli Niezidentyfikowany Obiekt Filmawkowy” znajdziecie tutaj!















