Tomasz Kołodziejczak – Dominium Solarne tom 1 – recenzja książki

moviesroom.pl 1 dzień temu

Stworzenie świata SF to niełatwa rzecz, bo jednak musi być równowaga między „science” a „fiction”. Przelanie jednego z tych składników grozi albo wykreowaniem głupawej opowiastki, albo przegadanego traktatu, który rozumie jedynie sam autor i wąskie grono wtajemniczonych. Na szczęście polska fantastyka obfituje w twórców, którzy znają tajemniczą alchemię światów pozaziemskich, a jednym z nich jest Tomasz Kołodziejczak. Dominium Solarne tom 1 to zbiorcze wznowienie kultowej serii SF jego pióra, na które czekałem od lat.

Gladius to piękny świat. Może niebędący centrum wszechświata człowieka i nie najwyżej rozwinięty spośród nich, ale rozwijający się i perspektywiczny. Przynajmniej do czasu inwazji korgardów, potwornie agresywnej obcej rasy, której Gladianie musieli nieco ustąpić pola, ale też daleko im do całkowitej kapitulacji. I tu, całe na biało, wkracza Dominium Solarne. Najpotężniejszy twór polityczny zbudowany przez człowieka, wyprzedzający technologicznie wolne światy jak Gladius. Zdawać by się mogło, iż to dobrze. Ot dobry hegemon ratuje swoich sojuszników. Jednak jak to bywa w polityce, wszystko ma swoje drugie dno. W samym środku zamieszania znalazł się tanator Daniel Bondaree, który okazuje się być w nim kluczowy.

Wizja Kołodziejczaka jest powalająca. Nie chodzi wyłącznie o barwną egzotykę tego świata, wraz z jego technologią, obyczajami, religią i wszystkim tym, co dodaje fikcji wiarygodności. Dużą rolę gra tu polityka. Taka, jaka jest naprawdę, bez idealizmu czy przeskalowania. Solarni to zaawansowane, transhumanistyczne imperium, przy którym Gladianie to niemal cybernetyczni naturszczycy. Kwestia wchłonięcia Gladiusa przez Dominium nie jest łatwa, ale możliwa. Nie dzięki wojsku czy przewadze technologicznej, a dzięki usłużnym ludziom na kluczowych stanowiskach Rady Elektorów. I może Daniel i pozostali tanatorzy to potężna siła, będąca jednocześnie katami, sędziami i oddziałami specjalnymi, ale choćby oni nie są w stanie grać na dwa fronty z obcą cywilizacją korgardów i wślizgującym się w systemowe tryby planety Dominium Solarnym.

Polityka polityką, ale Kołodziejczak nie zapomniał też o warstwie obyczajowej. Daniel tworzy dość szczególny związek z Diną Tivoli, siostrą prominentnego polityka optującego za ścisłym sojuszem z Solarnymi. Mamy więc wspólnotę dusz, ale i różnicę poglądów. Przynajmniej do czasu. Pisarz wsunął wątek romantyczny pomiędzy wielkie wydarzenia, nadając przy tym całości emocjonalnego tonu. Bondaree nie jest typem kosmicznego trepa, ale wplątanie go w tego typu relację czyni z niego materiał na bohatera.

Dominium Solarne tom 1 to klasyka polskiej fantastyki. Wciąż wypatruję momentu, w którym Tomasz Kołodziejczak w pełni powróci do pisania, a wznowienie Kolorów sztandarów i Schwytanego w światła to okazja do przypomnienia sobie dawnych lektur. Dostajemy oparte na twardych, ale niezwykle fantazyjnych fundamentach uniwersum, w którym autor przeplata politykę z fantastyką, romans z militaryzmem, nie mówiąc już o grozie korgardów. Znakomicie, iż Fabryka Słów sięga po swoją klasykę, bo to nie tylko dzieła wybitne, ale i historycznie ważne dla tej gałęzi literatury.

PS: Niniejsza powieść to wznowienie z czasów, gdy z Fabryką Słów częściej współpracował fenomenalny artysta Dominik Broniek. To on zdefiniował dla mnie świat Ja, Inwkizytor Piekary i nadał wielu tytułom tego wydawcy ostrzejszego sznytu. Co dotyczy również Dominium Solarnego. Korgardzkie potworności i chłodna technologia Solarnych w szkicach Brońka pokrywają się idealnie z opisami Kołodziejczaka i dodatkowo nadają im odpowiednią formę.


Okładka książki Dominium Solarne tom 1

Autor: Tomasz Kołodziejczak
Wydawca: Fabryka Słów 2026
Stron : 704
Ocena: 85

Idź do oryginalnego materiału