Grzegorz Jarzyna wspomina, iż gdy dwa lata temu rozpoczynał pracę nad spektaklem w Narodowym Akademickim Teatrze Dramatycznym im. Łesi Ukrainki, największe wrażenie robiły na nim blackouty – wyłączenia elektryczności, pogrążające miasto w ciemnościach. – Wychodziliśmy wieczorem na ciemną ulicę, słychać było tylko terkot generatorów zasilających sklepiki. Oświetlone były jedynie gmachy rządowe. I teatry, grające przy pełnych widowniach. Ciemne wielkie miasto wyglądało okropnie. I jednocześnie czuć było siłę i znaczenie kultury, zwłaszcza takich form jak teatr, odwołujących się do najbardziej antycznych, starogreckich form komunikacji polegających na bliskim byciu z sobą – opowiada.
Wizyta pod bombami w kijowskim teatrze to szczególne doświadczenie. Okrycia należy mieć ze sobą, choćby zimą – nigdy nie wiadomo, kiedy alarm przerwie przedstawienie. W lutym br. w Teatrze Narodowym im. Iwana Franki oglądałem „Rodzinę Kajdaszów” według Iwana Neczuj-Łewyckiego, inscenizację ukraińskiej klasyki. W tym czasie 600 tys. mieszkańców pozbawionych było ciepła, a pozostali pokazywali, iż da się żyć, gdy temperatura w mieszkaniu nie spadła poniżej 10 stopni. Wielka widownia na 800 osób wypełniła się do ostatniego miejsca. Kiedy rozległ się alarm, wszyscy spokojnie wyszli na 20-stopniowy mróz szukać schronienia.



