Od niedzieli do niedzieli Paweł tylko wegetował. Sześć dni pustki, jeden dzień życia. choćby ten dzień miał rozpisany na godziny i telefoniczne przypomnienia według harmonogramu ustalonego przez byłą żonę, Elżbietę, jeszcze dwa lata wcześniej. Od dziesiątej do osiemnastej. Bez spóźnień. Bez fast foodów. Bez prezentów ot tak, bez okazji. Bo on, Paweł, był tylko funkcją. Tata na niedzielę.
Córka, Jagoda, czekała na niego pod klatką z nieprzeniknioną miną osoby trzymającej się zasad. W jej spojrzeniu widział: Spóźniłeś się dwie minuty lub Dziś w programie kino.
Chodzili do kina, do parku, do kawiarni. Rozmawiali o szkole, o filmach, o przyjaciółkach. Nigdy o Elżbiecie. Nigdy o tym, co było po szóstej, gdy odwoził Jagodę do domu, a ona nie oglądając się szła do windy, do mamy i jej nowego męża, Grzegorza.
Grzegorz był prawdziwym tatą. Mieszkał z nimi. Pomagał przy lekcjach. Zawoził Jagodę na weekendy na swoją działkę pod Warszawą. Mieli wspólne żarty, wspólne zdjęcia na Facebooku. Paweł oglądał je ukradkiem, nocami. Czuł się wtedy, jakby podglądał cudze życie.
Chciał wcisnąć całą swoją ojcowską miłość, nagromadzoną przez tydzień, w te osiem godzin. I nigdy się to nie udawało brzmiało sztucznie, nienaturalnie.
Nieporadnie pytał:
Potrzebujesz czegoś?
Jagoda wzruszała ramionami:
Wszystko mam.
To wszystko mam bolało bardziej niż jakakolwiek złość. Oznaczało: mam dom. A ty jesteś tylko dodatkiem.
***
Wszystko runęło pewnego wtorku.
Zadzwoniła Elżbieta. Jej głos, zwykle twardy i opanowany, był słaby, drżący.
Paweł Chodzi o Jagodę. Lekarze podejrzewają guz. Złośliwy. Potrzebna jest skomplikowana operacja. Bardzo droga.
Świat zawęził się do punktu w telefonie. Potem Elżbieta, już bardziej opanowana, zaczęła mówić o pieniądzach. Mówiła, iż mają z Grzegorzem oszczędności, ale nie wystarczą. Sprzedają samochód. Szukają rozwiązań. Nie prosiła. Informowała. Jak wspólnika od nieszczęść.
Paweł rzucił wszystko. Przyjechał do szpitala. Zobaczył Jagodę, małą i przestraszoną w szpitalnej piżamce. Serce mu pękło.
Przy niej, na krześle, siedział Grzegorz. Trzymał ją za dłoń, mówił coś cicho. Jagoda patrzyła na niego, szukając w oczach oparcia.
Paweł stał w drzwiach. Był zbędny. Niedzielny tata w środku tygodnia był nie na miejscu.
Tato uśmiechnęła się do niego słabo Jagoda.
To tato zabrzmiało jak koło ratunkowe. Podszedł, ale jedyne, co potrafił, to niezręcznie pogładzić ją po głowie:
Wszystko będzie dobrze, słonko.
Puste, oklepane słowa…
Elżbieta stała przy oknie na korytarzu. Odwrócona, rzuciła tylko:
Pieniądze jeżeli dasz radę.
Mógł.
Miał tylko jedno: kolekcjonerską gitarę Gibson z 1972 roku.
Marzenie młodości. Kupił ją za wielkie pieniądze.
Sprzedał za pół ceny, byle szybciej. Przelał złotówki Elżbiecie, anonimowo. Nie chciał wdzięczności. Nie chciał, by Jagoda myślała, iż miłość da się przełożyć na pieniądze. Lepiej, by sądziła, iż Grzegorz wszystko zorganizował. On miał prawo być bohaterem. Paweł nie miał. Paweł miał tylko obowiązek.
***
Operację zaplanowano na czwartek. W środę wieczorem przyszedł do szpitala nie potrafił już zostać w domu.
W sali była Elżbieta. Grzegorz gdzieś wyszedł. Jagoda leżała z zamkniętymi oczami, nie spała.
Mamo powiedziała cicho poproś tego pana doktora, co był rano, żeby nie opowiadał kawałów. On nie umie.
Dobrze odpowiedziała Elżbieta.
I powiedz tacie Grzegorzowi, żeby nie czytał mi o biznes-planach. To nudne.
Powiem.
Paweł stał za kotarą. Nie mógł się ruszyć. Usłyszał ciszę a potem Jagoda jeszcze ciszej:
A mojego tatę poproś, żeby przyszedł. Żeby posiedział. Nic nie mówił. I żeby poczytał. Jak dawniej. Hobbita.
Paweł zamarł. Serce miał gdzieś w gardle.
Jak dawniej
***
To było przed rozwodem. Czytał jej na dobranoc, zmieniał głosy krasnoludków i elfów.
Elżbieta wyszła na korytarz, zobaczyła go i wskazała głową na salę:
Wejdź. Ale nie za długo. Potrzebuje spokoju.
Usiadł przy łóżku. Jagoda otworzyła oczy.
Cześć, tato.
Cześć, jagódko. Hobbita?
Mhm.
Nie miał przy sobie książki. Znalazł tekst w telefonie. Zaczęli czytać.
Cicho, monotonnie, gubił wątki, mylił słowa. Nie zmieniał głosów. Po prostu czytał. Litery mieszały się przed oczami. Czuł, jak jej dłoń w jego słabnie.
Czytał chyba przez godzinę. Może dłużej. Głos miał już zachrypnięty, kiedy poczuł, iż zasnęła. Chciał ostrożnie wysunąć rękę, ale Jagoda we śnie ścisnęła jego dłoń jeszcze mocniej.
I wtedy, patrząc na jej wychudzoną, śpiącą twarz, zrobił coś, czego nigdy nie robił. Nachylił się i szeptem, który usłyszały tylko ściany powiedział:
Przepraszam cię, córeczko. Za wszystko. Bardzo cię kocham. Trzymaj się. Dla mnie. Taty na niedzielę.
Nie wiedział, czy usłyszała. Wolał wierzyć, iż nie.
***
Operacja trwała długo. Paweł siedział na korytarzu naprzeciw Elżbiety i Grzegorza. Byli razem.
On sam.
Ale tym razem nie czuł pustki. Było w nim ciche czytanie i ciepły ciężar córki na dłoni.
Kiedy lekarze wyszli i oznajmili, iż operacja się udała, guz jest łagodny, Elżbieta rozpłakała się, wtulając w ramię Grzegorza.
Paweł podszedł do okna. Ścisnął pięści, żeby nie wykrzyczeć ulgi.
***
Jagodzie gwałtownie się polepszało. Po tygodniu trafiła do zwykłej sali.
Grzegorz jak przystało na prawdziwego tatę biegał po lekarzach, załatwiał dokumenty.
Paweł przychodził co wieczór. Czytał. Milczał. Czasem razem oglądali serial.
Któregoś dnia, gdy szykował się do wyjścia, córka zatrzymała go.
Tato.
Jestem.
Wiem, iż to ty. Pieniądze Mama nie mówiła, ale słyszałam, jak się z Grzegorzem kłócili. On chciał sprzedać udziały w firmie, a mama krzyczała, iż nie można, iż ty już wszystko załatwiłeś, iż sprzedałeś gitarę.
Milczał.
Po co? spytała. Przecież my nie jesteśmy razem
Jesteście moją rodziną przerwał, to się nie zmienia.
Jagoda patrzyła długo, a potem podała mu starą, zniszczoną zakładkę z tektury. Dziecięcym pismem było na niej napisane: Dla kochanego taty od Jagódki.
Zrobiła ją lata temu
Znalazłam ją w starej książce, jak byłam w domu na weekend. Trzymaj. Żebyś nie gubił stron
Wziął zakładkę. Kartonik wciąż był ciepły od jej dłoni.
Tato powiedziała znów, tym razem już pewnym, dorosłym głosem. Ty nie jesteś na niedzielę. Jesteś na zawsze. Rozumiesz?
Nie odpowiedział. Po prostu skinął głową, ściskając zakładkę w dłoni.
Potem gwałtownie wyszedł. Bo mężczyźni, choćby tacy od niedziel, nie płaczą przy córkach
Oni po prostu wariują ze szczęścia i bólu, chowając się gdzieś z tekturowym kluczem do przeszłości, która okazuje się jest ich teraźniejszością.
***
W następną niedzielę Paweł przyszedł nie na dziesiątą, ale na dziewiątą. I wyszedł nie o szóstej, a dużo później.
Oni z Jagodą w milczeniu patrzyli na cichnące miasto za oknem. Już bez planu.
Po prostu dlatego, iż był tatą Jagody.
Na zawsze.





