Zbigniew miał zawsze dla mnie w kieszeni cukierka landrynkę, jeszcze zanim zostałem jego zięciem. Poznałem go, kiedy zacząłem chodzić z Martą, jego córką, i od razu polubiłem tego cichego, siwego mężczyznę, który przez trzydzieści osiem lat uczył fizyki w liceum przy Kopernika w Bydgoszczy. Emerytowany belfer, wdowiec od czterech lat – żona, pani Halina, zmarła na raka trzustki, zanim zdążyliśmy się pobrać. Ja jestem kierownikiem regionalnym sieci hurtowni budowlanych, mam pod sobą dwadzieścia sklepów w województwie kujawsko-pomorskim, firmowe audi, telefon, który dzwoni choćby w niedzielę rano. Uważałem się za dobrego zięcia. Dzwoniłem co tydzień. Pytałem, czy czegoś nie trzeba. Zawsze słyszałem to samo: „Wszystko gra, synu, ty się martw o swoje sprawy".
Nie wiedziałem wtedy, iż „wszystko gra" to było kłamstwo, które sam sobie kupowałem za cenę spokoju sumienia.
Trzeciego czwartku sierpnia miałem odwołane spotkanie z dostawcą płytek ceramicznych i zamiast wracać do biura, pojechałem prosto do niego, na Wyżyny, do tej kawalerki na trzecim piętrze bez windy, gdzie mieszkał od czasu, gdy sprzedali z żoną większe mieszkanie na Fordonie. Drzwi były uchylone. Wszedłem bez pukania, bo tak zawsze robiłem. I zamarłem w progu.
Na stole, pod obrusem w niebieskie kwiatki, który pamiętam jeszcze z ich dawnego mieszkania, stały trzy kartony po bananach z Lidla. W środku – książki. Setki książek. Fizyka dla klas ósmych, zbiory zadań, „Feynmana wykłady", stare wydania z PRL-u z żółtymi kartkami, niektóre podpisane ołówkiem, inne z dedykacjami od uczniów. Obok leżała kartka z jego charakterem pisma, tym drżącym już trochę: „Książki do sprzedania. Cena do uzgodnienia. Stan bardzo dobry".
– Tato… co pan robi?
Nazywałem go „tato" od ślubu, choć czasem, kiedy było mi głupio, mówiłem po imieniu. Wtedy powiedziałem „tato" i zabrzmiało to jak oskarżenie.
Zbigniew podniósł na mnie oczy i zamiast się tłumaczyć, zaczął układać kolejną książkę w kartonie, jakby nic się nie stało.
– Cezary. Nie wiedziałem, iż wpadniesz.
– Pan sprzedaje książki? Te same, które pan trzymał czterdzieści lat?
– Tylko część. Mam ich za dużo. Trzeba trochę przewietrzyć mieszkanie.
Wziąłem jedną z góry. Na pierwszej stronie ktoś napisał niebieskim długopisem: „Panu profesorowi Zbigniewowi K., za to, iż nauczył mnie, iż fizyka to nie wzory, tylko sposób patrzenia na świat. Klasa 4c, matura 1994". Trzymałem tę książkę i czułem, jak coś we mnie się zaciska.
– Ile pan za to bierze?
– Trzy, cztery złote za sztukę. Może pięć za lepsze.
Policzyłem w głowie kartony. Sto dwadzieścia sztuk, może więcej. Sześćset złotych. Za czterdzieści lat pracy.
– Dlaczego mi pan nie powiedział, iż brakuje pieniędzy?
Wygładził obrus dłonią, jakby to była najważniejsza czynność na świecie.
– Bo masz swoje życie, Cezary. Firmę, Martę, dzieci. Nie chciałem obciążać.
– A pan nie jest częścią mojego życia?
Milczał chwilę, potem powiedział cicho:
– Czynsz podnieśli o sto osiemdziesiąt złotych od stycznia. Leki na serce – druga refundacja mi się skończyła, bo lekarz zapomniał wypisać nowy wniosek, a do przychodni kolejka na trzy tygodnie. No i piecyk gazowy się popsuł, trzeba było wymienić.
– I zamiast zadzwonić do mnie, pan pakuje książki do kartonów po bananach?
– Nie chciałem prosić. Nigdy nie umiałem prosić, Cezary. choćby Halinę o rękę prosiłem przez trzy miesiące, bo się bałem, iż to za dużo.
Usiadłem naprzeciwko niego przy stole. Za jego plecami, na komodzie, stało zdjęcie pani Haliny w ramce z muszelek – z wakacji w Jastrzębiej Górze, chyba z osiemdziesiątego dziewiątego roku, sądząc po fryzurach. Zawsze mówił, iż to ona pilnowała, żeby książki nie zajęły całego mieszkania, i zawsze to ona je odkurzała, jedna po drugiej, z taką czcią, jakby to były relikwie.
– Marta wie o tym?
– Nie. I proszę, nie mów jej. Ma dosyć z bliźniakami.
To mnie dobiło najbardziej. Że choćby własnej córce nie chciał powiedzieć.
– A wie pan, iż Marta mi kiedyś powiedziała, iż pan z panią Haliną sprzedaliście złoty łańcuszek po babci, żeby zapłacić za moje studia w Warszawie? Że przez dwie zimy pan chodził w tej samej kurtce, bo pieniądze szły na moje książki i akademik?
Zbigniew uniósł głowę, zaskoczony.
– Kto ci to powiedział?
– Marta. Rok temu. Kiedy się pokłóciliśmy o to, iż za rzadko tu przyjeżdżamy.
Zamilkł. Widziałem, jak zaciska palce na krawędzi kartonu.
– Nie powinna była tego mówić.
– Powinna. Bo teraz stoję tu i patrzę, jak człowiek, który wychował moją żonę, sprzedaje swoje życie po pięć złotych za sztukę, żeby kupić leki na serce.
Wtedy powiedział coś, czego się nie spodziewałem:
– Bałem się, iż jak przyjdziesz i zobaczysz, w jakim jestem stanie, przestaniesz mnie szanować. Że pomyślisz sobie: stary belfer, nie umie sobie poradzić, trzeba go teraz utrzymywać jak dziecko.
Wstałem, obszedłem stół i uklęknąłem obok jego krzesła, tak jak on kiedyś klękał pewnie przy moim łóżku, kiedy byłem mały i chorowałem – bo Marta mi to opowiadała, jak siedział przy niej nocami z termometrem.
– Ja pana nie szanuję za to, iż pan sobie radzi sam. Szanuję pana za to, kim pan jest. A teraz proszę mi powiedzieć, ile dokładnie brakuje na czynsz i na leki.
Bronił się jeszcze, mówił, iż da radę, iż coś wymyśli, iż nie chce być ciężarem. To słowo – ciężar – zabrzmiało jak uderzenie. Ten sam człowiek, który nosił mnie kiedyś, w opowieściach Marty, na barana przez cały park nad Brdą, teraz bał się, iż będzie komuś ciężarem.
Nie sprzedaliśmy tamtego dnia żadnej książki. Zapakowałem kartony z powrotem na półki, on podawał mi tomy jeden po drugim i przy każdym mówił, skąd się wzięła. „Tę dała mi uczennica, która potem została inżynierką w Volkswagenie w Poznaniu". „Tę kupiła mi Halina na Dzień Nauczyciela, w osiemdziesiątym siódmym". „Z tej czytałem ci fragmenty – no, Marcie – kiedy była mała i nie mogła spać".
Nazajutrz poszedłem do banku i uregulowałem zaległy czynsz, umówiłem wizytę u kardiologa prywatnie, żeby nie czekał trzech tygodni, zapłaciłem za nowy piecyk. Kupiłem też nowy regał, dębowy, na zamówienie u stolarza z Osielska, bo stare półki już się uginały. Zbigniew burczał, iż przesadzam, iż nie trzeba było tyle wydawać. Odpowiedziałem tylko, iż nie przesadzam – iż się spóźniłem.
Tydzień później zadzwoniłem do liceum przy Kopernika. Rozmawiałem z dyrektorką i z trzema byłymi uczniami, których namiary dostałem od Marty. Zorganizowaliśmy małe spotkanie w auli szkolnej, oficjalnie z okazji Dnia Edukacji Narodowej, czternastego października. Kiedy Zbigniew wszedł do sali, wsparty na moim ramieniu, w garniturze, który kupiłem mu tydzień wcześniej, cała sala wstała.
Podeszła do niego kobieta po pięćdziesiątce, z wilgotnymi oczami.
– Panie profesorze, to pan mi powiedział w ósmej klasie, iż jestem za mądra, żeby się bać matury. Dzisiaj jestem lekarką w szpitalu na Bielawach.
Inny mężczyzna, w skórzanej kurtce, uścisnął mu dłoń tak mocno, iż aż się skrzywił.
– Beze pana bym rzucił szkołę w drugiej klasie. Pamięta pan? Tłumaczył mi pan drugą zasadę dynamiki na przerwach, bo w domu nie było komu.
Zbigniew nie potrafił nic powiedzieć. Stał i patrzył na tych ludzi, a ja stałem obok i płakałem bez wstydu przed obcymi.
Tego dnia żadna książka nie wróciła do kartonu. Ustawiliśmy je wszystkie na nowym regale, pod zdjęciem pani Haliny. Na najwyższej półce położyłem tę z dedykacją z dziewięćdziesiątego czwartego roku, a obok niej kartkę, którą sam napisałem: „Dla profesora Zbigniewa K. – człowieka, który nauczył mnie, iż wartości nie mierzy się w złotówkach. Z wdzięcznością, Cezary".
Przeczytał to trzy razy. Potem zdjął okulary, popatrzył na zdjęcie żony i powiedział cicho:
– Widziałaś, Halino? Chłopak wrócił.







